SIP 2
Severus usiadł w fotelu za dużym dębowym biurkiem. Przez okno widział, jak dwóch mężczyzn wychodzi z dzieckiem do ogródka na tyłach domu. Cała przestrzeń była dostosowana do zabawy: piaskownica z daszkiem, huśtawka z szelkami, nawet mała trampolina z siatką ochronną. Nic magicznego, jedynie mugolskie sprzęty.
Mężczyzna odwrócił się od okna i sięgnął po małą fotografię, przedstawiającą młodą kobietę z niemowlęciem na rękach. Uśmiechała się wesoło i co jakiś czas wysyłała buziaka do osoby robiącej zdjęcie.
— Mam nadzieję Lily, że to co robimy, wystarczy — szepnął i ciężko westchnął, zanurzając się we wspomnienia.
Trzydziesty pierwszy października był dla niego jednocześnie najgorszym i najszczęśliwszym dniem pod słońcem. To wtedy wyrzekł się tego potwora, Czarnego Pana. Niestety to także dzień śmierci Potterów i aktywowania się Przysięgi Wieczystej, obejmującej ich troje. Chyba nigdy dotąd żadne dziecko nie miało trzech ojców chrzestnych. Normalnie byłby nim tylko Black, ale w wyniku pewnego zdarzenia było ich teraz aż tylu. Każdy pełnił swoją rolę, w którą został wplątany przez bardzo cwaną dziewczynę. Severus uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, co ta kobieta z nimi robiła. Czasy szkole były okropne, to dla Severusa bezsprzeczny fakt. Potem nagle podczas jednego spotkania wszystko się diametralnie zmieniło.
Snape obserwował Potterów na polecenie Lorda Nie-Mów-Jego-Imienia-Bo-Kopniesz-W-Kalendarz i już wtedy nie wykonywał w pełni jego zadań.
Miał pewne zasady, których nigdy w życiu by nie złamał. Jedną z nich była wierność przyjaciołom. To było coś tak ważnego, że nic nie mogło skłonić go do tak haniebnego czynu, za jaki uważał zdradę. Tak więc informował Potterów o swych zamiarach i w te dni, w które „wykonywał" zadanie lordziny, wszystko było odpowiednio spreparowane, by ten niczego nie podejrzewał. Imprezy mocno zaprawiane, oczywiście chrzczonym, alkoholem miały rozwiązywać języki, a fałszywe wychwalanie Czarnego Pana wprawiało w stan uniesienia lorda, gdy odczytywał je z umysłu swego sługi.
Niestety to działało tylko do pewnego momentu. W międzyczasie pomiędzy Huncwotami a Severusem wrogość zaczęła przeradzać się w przyjaźń. Choć początkowo przyjaźnią objęta była jedynie Lily, z czasem więź rozciągnęła się też na resztę. Stare zwady zostały wybaczone lub poproszone o wybaczenie w zależności od strony.
Płacz dziecka wyrwał Severusa ze wspomnień. Zbiegł na parter i wypadł przez tylne drzwi do ogrodu. Sapnął wściekle, widząc małą katastrofę.
Harry siedział w piaskownicy, trzymając się za rączkę, a spomiędzy jego paluszków płynęła wąziutka stróżka krwi. Mężczyźni zniknęli.
— Tchórze.
Severus podszedł do dziecka, które wyciągnęło w jego stronę skaleczoną rękę. Ranka była niewielka i Snape od razu wykrył sprawcę. Deska piaskownicy obluzowała się, ukazując gwóźdź. To na nim chłopczyk musiał się skaleczyć.
— Black, Lupin! Wyłazić! Doprowadzicie mnie dziś do pasji! — Wziął już tylko chlipiące dziecko na ręce, delikatnie kołysząc.
Brak reakcji. Severus uśmiechnął się złośliwie. Mieszkali w pewnym oddaleniu od innych domów, a wysoki żywopłot zasłaniał widok. Wyciągnął różdżkę i wyczarował długi kij. Ten natychmiast ruszył w stronę krzaków. Dwa skowyty poinformowały, że zguby się znalazły. Dwa psy - jeden cały czarny, drugi przypominający wilka - uciekały przez ogród, a kij mknął za nimi.
— Dorośli faceci, a tacy niepoważni. Za grosz odpowiedzialności — mruknął i zerknął na chłopca, którego oczy świeciły radością, gdy oglądał widowisko z udziałem zwierząt. — Idziemy się wykąpać. Pachniesz jak te kundle.
— Nie, nie. Niee! — Chłopczyk zaczął się wyrywać.
— Żadne „nie". Idziemy i tyle.
Malec złapał się jego ubrania z naburmuszoną miną. Po drodze do łazienki Snape zabrał maść na rany, by po oczyszczeniu opatrzyć skaleczenie.
Chłopiec nie sprzeciwiał się już, jakby wiedział, że nie ma szans ze swoim mrocznym opiekunem. Został położony na leżance i zabezpieczony przed ewentualnym upadkiem. Mężczyzna przygotował kąpiel i wrócił do malucha. Zaczął go rozbierać. Wrzucił rzeczy do pojemnika na pranie i odwrócił się z powrotem.
Ciepły płyn wylądował na jego ubraniu, zaczynając od koszuli, a kończąc na spodniach.
Klaszcząc, chłopiec dopingował sam siebie. Zapach moczu rozszedł się po pomieszczeniu.
— Ty mały...! — wrzasnął, ale natychmiast się powstrzymał, widząc przerażenie w tych maleńkich, zielonych oczkach. — Teraz musimy się razem wykąpać. — Śmiech łobuziaka powiadomił go o zgodzie. — Lepiej się przyznaj, że planowałeś to od samego początku.
Białe ząbki ukazały się w pełnej krasie. Mężczyzna zrzucił odzież i wziął dziecko na ręce. Malec wtulił się w ciepło ciało, cicho mrucząc jakąś swoją melodię. Chwilę zaczekali aż woda pod prysznicem nabierze odpowiedniej, nie za gorącej temperatury, i weszli do kabiny. Szczebiot wzrósł o oktawę lub dwie, gdy krople wody łaskotały ciało. Chłopiec po otrzymaniu mydła rozsmarowywał je na klatce opiekuna w zawiłe wzory, w czasie gdy mężczyzna go mył.
— Jesteś nieznośnym bachorem, Potter. Chcesz, żeby wszyscy koło ciebie skakali. Nie jesteś jakimś księciem.
— Jezdem, jezdem. Hally Pottel. Ksiązie. — Chlapał na wszystkie strony, klepiąc mężczyznę po piersi. — Hally będzie duzi i sławny. I ulatuje księźnićki.
— Księżniczki? Jakie znowu księżniczki? Co te debile ci czytają na dobranoc?
— Kopciuszka. I Cialineczkę.
— Że co?
— Pocitaś mi? — Pytanie zdziwiło profesora.
To było zadanie tej skundlonej dwójki. Nigdy nie czytał dziecku bajek na dobranoc.
— Pocitaś mi? — Usłyszał ponownie.
— Zobaczymy, Potter. Koniec kąpieli.
Dobitny sprzeciw odbił się od ścian łazienki, raniąc uszy w zbyt małej przestrzeni. Puchowy ręcznik uciszył minimalnie małego. Podczas ubierania ranka została opatrzona do końca. Snape owinął się w szlafrok i wyszli z łazienki.
Na korytarzu już czekało dwóch ubłoconych delikwentów.
— Mieliście naprawić piaskownicę w zeszłym tygodniu. Dlaczego tego nie zrobiliście? Dopóki nie będzie naprawiona, macie zakaz wstępu do kuchni. Położę dziś Harry'ego, a wy zajmijcie się waszymi obowiązkami.
Po rzuceniu polecenia ruszył do kuchni, żeby dać dziecku kolację i potem je położyć. Eseje będą musiały dziś poczekać.
— Dlaczego ja się dałem wkręcić w to Lily? — zapytał cicho Syriusz, kierując się z powrotem ku wyjściu do ogrodu.
— Bo ją kochałeś, tak jak my wszyscy — rzucił Lupin, depcząc mu po piętach. — Poza tym Severus ma rację. Jesteśmy zbyt roztrzepani, żeby samodzielnie wychować Harry'ego. On jest naszą nadzieją, pamiętasz? Nie może być słaby, a Severus zapewni mu siłę. Nauczy go wszystkiego, co powinien umieć. My zapewniamy mu miłość. On pewnego dnia wróci. Lily wiedziała o tym i przekazała nam tę przepowiednię tylko dlatego, że bała się o Harry'ego.
Wyszli w ciszy.
