Słodycz i Puchatość
Dedykowane w nagrodę za najkonstruktywniejszy komentarz dla sandwich.
Cz.3
— Severusie Snape! Wyjdź ze swojej nory! Natychmiast! — Krzyk Syriusza rozniósł się po wąskim korytarzu, gdy mężczyzna dobijał się do laboratorium trzeciego opiekuna.
Drzwi otworzyły się mocnym szarpnięciem i wściekły wywołany stanął w progu.
— Czego, Black? Mówiłem, że będę dziś zajęty! — warknął na niego, wycierając dłonie w mocno poplamioną ścierkę.
— Tyle razy mówiłem ci, żebyś nie zabierał Harry'ego do swojego laboratorium. Te twoje trucizny kiedyś komuś zrobią krzywdę. Przynieś go tutaj natych...
— Cisza! — przerwał mu Snape, wychodząc na korytarz i zamykając za sobą drzwi. — Chcesz powiedzieć, że nie wiesz, gdzie jest Harry? Jeszcze dwadzieścia minut temu spał w swoim pokoju, zabezpieczony trzema zaklęcia alarmującymi.
Syriusz zbladł.
— Nie ma go z tobą? — zapytał z trwogą.
— Nie. Nie zabieram małego do laboratorium, gdy warzę niebezpieczne mikstury, najwyżej do tych błahych. Ustaliliśmy to już kiedyś. Gdzie jest Lupin?
— Odsypia pełnię. Jest zbyt słaby, by zająć się chłopcem — rzucił szybko przez ramię i zaczął przeszukiwać pokoje na tym piętrze.
— Spróbuj zaklęcia naprowadzającego! — warknął na niego Snape, sam wyciągając różdżkę.
— Już próbowałem. Kręci się w kółko.
Severus także spróbował, ale i u niego czar kręcił się w koło, nie zatrzymując się na dłużej, by wskazać jakikolwiek kierunek.
Pobiegł do pokoju dziecka sprawdzić, czy ktoś obcy nie ingerował w zaklęcia. Sapnął wściekle, gdy zauważył na ciągle aktywnych czarach kolejny. Kokon osłaniający na nich był mu jakoś znajomy, ale nie wiedział skąd. Zaczął szukać innych śladów. Nic, najmniejszego znaku, aby ktoś poza nimi był wcześniej w pokoju.
Zszedł na parter, zostawiając przeszukiwanie pokoi Blackowi. W kuchni nie znalazł nic, drzwi wejściowe nadal były zablokowane i nikt przez nie nie wychodził ani nie wchodził.
Skierował swoje kroki do salonu. I tu ani śladu dziecka. Oparł się o brzeg sofy, zastanawiając się, gdzie mógł zawędrować prawie dwuletni maluch. Ruch przy oknie natychmiast zwrócił jego uwagę. Zasłona drgała co kilkanaście sekund, ale nie było widać sprawcy. Wtedy usłyszał miauknięcie.
Zmarszczył brwi. W domu przecież nie było żadnego zwierzęcia. No, może poza dwoma kundlowatymi. Podszedł do okna i uniósł lekko spływającą do samej podłogi kotarę. Wraz z nią uniósł też wczepionego w nią czarnego, kudłatego kociaka, góra trzy-czteromiesięcznego.
Kot puścił się i miauknął zawodząco, gdy uderzył o podłogę. Severus wziął go za kark i przysunął bliżej twarzy.
— A ty skąd się tu wziąłeś?
Kot znów zamiauczał i zaczął się szarpać, próbując uwolnić.
Mężczyzna przyjrzał się dokładniej znalezisku. Biała smuga pomiędzy uszami coś, a dokładniej kogoś, mu przypominała.
— Syriusz! Chodź tutaj! Chyba go znalazłem!
Tupot po schodach był więcej niż donośny.
— Co oznacza u ciebie „chyba"? O kurcze! — Na widok kociaka w dłoni profesora zatrzymał się w miejscu. Sam będąc animagiem, rozpoznawał dosyć szybko innego. — Mógłbyś go tak nie trzymać? — Wyciągnął do niego ręce i odebrał nadal szarpiącego się zwierzaka.
— Zajmij się nim. Pewnie wkrótce się odmieni. Gdy to zrobi, wykąp go. Nie wiadomo, gdzie zdążył wejść w tej postaci. Potem zlikwiduj wszystkie pułapki na szczury i myszy. Zabezpiecz wszystkie małe wyjścia siatkami, bo zaklęcia potrafi w jakiś sposób ominąć. Przydałoby się też zabezpieczyć w końcu schody. Jako kotu nic mu się nie stanie, gdy się sturla z kilku, ale jako dziecko już może sobie zrobić krzywdę. Nałóż na niego zaklęcie tropiące, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak udało mu się wyjść na zewnątrz.
Po wyznaczeniu zadań wrócił do laboratorium i przerwanej pracy. Jednocześnie zastanawiał się, czym chłopiec ich jeszcze zaskoczy. Jego magia jakby żyła własnym życiem i dostosowywała się do zachcianek chłopca.
Tym razem skończyło się bez ran czy okaleczeń, ale następnym razem może nie być już tak wesoło. Animagia nie była niczym niespodziewanym. W końcu jego ojciec był animagiem, a pewne umiejętności rozwijają się szybciej u dzieci, jeżeli rodzic był w nich obznajomiony. Zobaczymy, co z Lily obudzi się w dziecku . Osobiście nie pogniewa się za coś normalnego, na przykład ochotę do nauki, czy nawet eliksirów.
Syriusz zabrał kociaka najpierw do kuchni, stawiając przed nim miskę z odrobiną ciepłego gulaszu. Jakoś nie potrafił podać chrześniakowi czegokolwiek kociego. Poza tym i tak nic takiego nie miał. Po zjedzeniu maluch zaczął się nieporadnie myć, rozbawiając tym Blacka. Kot siedział na środku stołu, a Syriusz podpierał głowę na jednej ręce. Drugą bawił się z chrześniakiem, drapiąc go po białym brzuszku, gdy ten starał się go złapać.
— Skąd wytrzasnąłeś kota, Syriuszu? — zapytał Remus, wchodząc ospale do kuchni.
Był bardzo blady i każdy ruch musiał mu sprawiać ból, bo ograniczał je do minimum.
— To Harry.
— Nazwałeś kota imieniem chrześniaka? — zdziwił się.
Kociak zauważył nową postać i zaczął się na nią jeżyć.
— Nie, Remusie. Źle zrozumiałeś. To jest Harry. Zmienił się. Czekam teraz aż wróci do swojej naturalnej postaci.
Lupin podszedł powoli do stołu i zajął wolne miejsce. Harry w ciele kota zaczął się od niego odsuwać, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi stołu. Syriusz podniósł go i przytulił do siebie, głaszcząc uspokajająco.
— Chyba w tej postaci nie bardzo mnie lubi.
— Dziwisz się? Jest kotem, a ty wilkiem. Odwieczne prawo natury.
W tej samej chwili kociak zmienił się nagle w małe dziecko. Wtulił się w dorosłego, cicho chichocząc.
— Wujo! Wujo! — mówił, jednocześnie klepiąc go po piersi. — Kanapki! Kanapki!
— Co powiesz najpierw na kąpiel, mały? Wyglądasz, jakbyś wylazł z kominka.
Maluch, faktycznie, czystością nie grzeszył.
— Zabawa! Woda! Kanapki!
