Słodycz i Puchatość
Dla Akame
Cz. 5
— Przytrzymaj go mocniej, Remus. Nie może się poruszyć.
— Staram się, ale chyba będziesz musiał go przywiązać, ja...
— Remuś!
Podwójny krzyk – dziecka i dorosłego – ocucił czarnowłosego mężczyznę, leżacego na podłodze. Głuchy stukot z prawej strony ledwo został przez niego zauważony. Gdy spróbował się podnieść, ból na plecach sparaliżował go natychmiast.
— Leż, Severusie. Jesteś poważnie ranny. Staram się właśnie zaleczyć ranę. Uprzedzam, będzie bardzo boleć — tłumaczył Syriusz, ale ostatnie słowa już nie zostały usłyszane, bo
Snape znów pogrążył się w ciemności.
Obok niego leżał Remus, także już nieprzytomny. Mały chłopczyk siedział pomiędzy nimi na podłodze, cichutko pociągając noskiem i głaszcząc obu po głowach.
— Śpią, plawda?
— Tak, mały. Śpią. Uleczymy ich i będą się z nami bawić. Bądź teraz grzeczny, dobrze?
— Dobrze, Siri.
Syriusz westchnął zmęczony, kierując różdżkę na szarpaną ranę na plecach Severusa. Jej wielkość była przerażająca. Uważał za cud to, że Snape dotarł do tego domu. Rana zaczynała się pomiędzy łopatkami, a kończyła na wysokości bioder, obejmując całą szerokość pleców.
Jak na złość Remus wcale nie był w lepszym stanie. W chwili, gdy Severus uciekał z dzieckiem, jeden ze śmierciożerców rzucił w jego stronę [i]Sectumsemprę.[/i] Jej siła osłabła na tarczy Syriusza, ale i tak nie udało się powstrzymać jej do końca. Wilkołak mocno krwawił, na całe szczęście ze stosunkowo płytkich ran.
Zaklęcie leczące było skomplikowane i niestety bolesne. Nawet nieprzytomny organizm odczuwał ból, a bez eliksirów Black nie mógł ulżyć rannym. Jemu samemu także przydałaby się pomoc, ale teraz nie miał czasu, aby o tym myśleć.
Zaczął leczyć Severusa. Centymetr po centymetrze rana się zamykała i tylko dzięki magicznym więzom, które musiał zastosować, Snape pozostawał w bezruchu.
— Bez eliksirów nigdy ich nie wyleczę — warknął Syriusz sam do siebie.
Na jego słowa zareagował jednak malec. Wstał chwiejnie na pulchnych nóżkach i podreptał do jednej ze ścian salonu domu numer dwa.
— Fiolki — powiedział i wskazał niewielkie drzwi z godłem węża nad framugą.
— Wiem, mały. Nie znam hasła. Tylko Severus może otworzyć te drzwi.
Harry nie poczuł się tym zrażony. Podszedł jeszcze bliżej i zaczął w nie klepać otwartą dłonią.
— Otwórz się. Otwórz! — wołał cicho, a zaraz potem oczy Syriusza zrobiły się okrągłe jak spodki.
Chłopiec zasyczał jak wąż, a godło poruszyło się nieznacznie. Trzask i głośne klapnięcie malucha na pupę oznaczało tylko jedno – drzwi się otworzyły.
Black na razie nie miał siły zastanawiać się nad niezwykle rzadką umiejętnością chrześniaka. Wszedł do jeszcze niedawno zabezpieczonego magazynku i po raz pierwszy w życiu podziękował za pedantyzm warzyciela. Wszystkie eliksiry stały równo poukładane na półkach, opatrzone etykietkami. Szybko zabrał najbardziej potrzebne, samemu wypijając w pośpiechu jeden na wzmocnienie. Czując się odrobinę lepiej, wlał też mikstury w obu mężczyzn, choć ze sporym trudem. Rany Lupina zaczęły zasklepiać się do końca i wilkołak przestał być tak przeraźliwie blady. U Severusa jednak nie było żadnych efektów, co zaniepokoiło Syriusza. Harry powrócił na swoje poprzednie miejsce i siedział, trzymając rannych opiekunów za ręce. Przestał też płakać.
Black przelewitował obu mężczyzn na kanapy, a chłopcu przysunął fotel, tak by mógł siedzieć koło Severusa. Sam opadł na drugi tuż przy Remusie. Mikstura wzmacniająca nie działała długo i nawet nie zauważył, kiedy wyczerpany zasnął. Harry zapadł w sen kilka minut później, trzymając głowę na piersi opiekuna, a nogi na fotelu.
Severusa Snape'a nie obudził ból. Nawet nie ciężar na piersi. Ocknął się, bo tak przyziemny organ jak pęcherz domagał się opróżnienia. Bardzo delikatnie przesunął dziecko na fotel, marszcząc brwi, gdy zauważył brak koca. Podniósł się ostrożnie, czując zesztywniałe i dokuczające mu plecy. Na drugiej sofie zobaczył Remusa i śpiącego w dziwnej pozie Syriusza. Wstał z cichym syknięciem, zauważając od razu otwarte drzwi do magazynku. Starołacińskie hasło nie powinno być znane Blackowi ani Lupinowi.
Słysząc świszczący oddech od strony dwójki mężczyzn, podszedł do nich. Remus, trochę blady, nadal spał. Niepokojący odgłos dolatywał z fotela. Już na pierwszy rzut oka widać było, że Black ma gorączkę. Zaczerwienione policzki, spękane wargi i ten ciężki oddech. Snape wyciągnął różdżkę i skontrolował całą trójkę. Harry był trochę potłuczony, Remus odsypiał utratę krwi, a Syriusz cierpiał na wyczerpanie magiczne. Severus przywołał do siebie odpowiednie eliksiry i podał je majaczącemu przez sen mężczyźnie. Następnie przelewitował go na sofę, z której dopiero co sam wstał. Wyczarował też koce oraz ogień w kominku. Następnie zabrał różdżkę Blackowi i odłożył ją na półkę, przyklejając prostym zaklęciem na hasło, tak by Remus też nie mógł jej ruszyć. Podobnie zrobił i z różdżką wilkołaka. Jeszcze tego mu brakowało, by wyczerpany magicznie kundel zdechł mu w jego prywatnym domu.
— Ares! Mars! — wywołał dwa skrzaty. — Przygotujcie pokoje dla gości i jeden dla dziecka oraz odpowiednie blokady na schodach.
Skrzaty skłoniły się i zniknęły wykonać rozkazy swego pana.
Severus wreszcie mógł zrobić to, po co wstał. Ruszył do łazienki.
Po skorzystaniu z toalety musiał też udać się do swojej sypialni, bo resztki ubrania, które miał na sobie, dosłownie z niego spadały. Przy użyciu lustrzanego zaklęcia obejrzał i tak niezbyt piękne plecy. Zaczerwienione, ale już zasklepione rany piekły przy każdym ruchu. Ostatecznie zdecydował się założyć spodnie i najzwyklejszy podkoszulek.
— Panie, panicz Harry się obudził.
— Już idę — przekazał skrzatowi i szybko ruszył z powrotem na parter, do salonu.
Harry już czekał na niego. Uśmiechnął się szeroko z ulgą, gdy tylko go zobaczył. Wyciągnął w górę rączki, domagając się podniesienia.
— Chodź, Harry. Musisz coś zjeść.
Podniósł go, choć plecy odezwały się zdwojonym bólem. Chłopiec wtulił się w niego mocno, obejmując za szyję. Załkał króciutko, pociągając nosem.
— Już wszystko dobrze, Harry. Jesteś bezpieczny — szepnął uspokajająco Severus.
Wszedł do kuchni i posadził chłopca na krześle.
— Mars. — Gdy skrzat pojawił się przed nim, dziecko pisnęło wystraszone. — Harry, to jest Mars.
— Ciekolada! — Zaklaskał uradowany malec.
— Nie, Harry — zaprzeczył Severus, zapamiętując jednocześnie, aby wyperswadować dwójce pozostałych opiekunów mugolskie słodycze w posiłkach dla dziecka. — To nie batonik. To skrzat. Nie bój się go, nic ci nie zrobi.
— A drugi ciat?
Mężczyzna spojrzał zaskoczony na chłopca. Był tu z nim tylko raz, pół roku temu, a ten zapamiętał, że były dwa skrzaty. Nie powinien. Dzieci nie pamiętają w tym wieku aż tak długo. Czyżby otwarty magazynek miał coś wspólnego z niezwykłą pamięcią dziecka?
Przy ostatniej wizycie sprawdzał jego stan, a Harry czekał w salonie w przenośnym kojcu.
Zamówił u skrzata posiłek dla siebie i dziecka. Rozluźnił się przy swojej herbacie i uśmiechnął delikatnie na widok umazanego kaszką czekoladową malca. Jak na ten wiek chłopczyk całkiem nieźle radził sobie z łyżką. Kłopoty zaczynały się dopiero, gdy próbował nią trafić do buzi.
— Lumoś! — Zawartość łyżki pofrunęła eleganckim łukiem na środek dębowego stołu. — Noksi!
Severus nie reagował na inkantacje zaklęć rzucane łyżeczką w niebieskie znicze. Standardowa zabawa chłopca przy posiłkach. Poza tym, czego można się było spodziewać, skoro wychowuje go trzech czarodziei?
— Kjucjo!
Tym razem Severus zmroził chłopca wzrokiem. Ten drgnął i opuścił łyżeczkę na stół.
— Harry, tego zaklęcia nigdy nie wolno ci użyć, dobrze? Ono robi krzywdę. — Szeroko otwarte zielone oczy patrzyły na opiekuna z uwagą. — Aua, Harry. To zaklęcie robi duże aua — wytłumaczył w dziecięcy sposób.
— Jak wujciom?
— Tak. To zły czar.
— Jest be?
— Tak. Jak urośniesz, nauczę cię dużo dobrych zaklęć. — Pogłaskał go po głowie, zauważając, że są pełne pyłu. — Co powiesz na kąpiel, Harry?
— Piana! — Zaczął podskakiwać na krześle.
— Dobrze, będzie piana, ale najpierw zjedz.
