Severus z Harrym spokojnie kończyli posiłek, gdy reszta rodziców chrzestnych powoli budziła się ze snu. Pierwszy oczy otworzył Remus, nie bardzo wierząc w swoje szczęście. Żył. I nawet nie czuł się tak strasznie jak powinien. Usiadł ostrożnie. Na tym skończyło się wszystko co dobre. Ciało bolało nawet przy tym niewielkim ruchu, choć nie widział już bardzo wyraźnych znaków swoich wcześniejszych ran.
Zobaczył Syriusza leżącego na drugiej sofie. Podszedł do niego i ten w tej samej chwili się obudził.
— Moja głowa — jęknął, łapiąc się za wspomnianą część ciała.
— Gdzie jest Harry i Severus, Syriuszu? — zapytał Lupin, gdy nie zobaczył ich w komnacie.
Black natychmiast zerwał się z sofy, co przypłacił zwaleniem się jak kłoda na podłogę, gdy nogi odmówiły posłuszeństwa. Lupin pomógł mu się podnieść, podpierając go.
— Byli tu. Obaj — odpowiedział po chwili animag, czekając aż pokój przestanie wirować.
Remus zaczął szukać swojej różdżki. Nie znalazłszy jej przy sobie ani obok sofy, rozejrzał się po salonie Snape Manor. Zauważył ją na kominku. Pierwsza próba podniesienia spełzła na niczym. Zdziwiony spróbował znów, bez efektu.
— Severus chyba próbuje coś nam powiedzieć — zauważył.
Syriusz także spróbował, ale i jemu się nie udało.
— Poszukajmy ich. Może poszli coś zjeść? — zaproponował wilkołak, pomagając lekko słaniającemu się przyjacielowi.
Spotkali pozostałą dwójkę w przedpokoju. Severus prowadził Harry'ego za rękę, nie chcąc ubrudzić się niepokojąco dużą ilością kaszki na ubraniu chłopca.
— Wszystko w porządku, Severusie? — Syriusz prawie wyrwał się z rąk Remusa, ale ten trzymał go mocno.
— Idź go gdzieś połóż, Lupin — zignorował całkowicie pytanie. — Jest wyczerpany magicznie.
— To dlatego przykleiłeś nasze różdżki do kominka? — spytał wilkołak.
— Nie mam siły, by zeskrobywać kundla z dywanu, jak zdechnie z wyczerpania. Idę wykąpać Harry'ego, przydałaby mi się pomoc. Nie mogę się schylać — rzucił chłodno, lewitując nad schodami dziecko, ku jego wielkiej radości. — Albo nie, poradzimy sobie. Zajmijcie się sobą.
— A co z tobą? Ta rana była straszna, pewnie nadal boli — spytał Black, wspinając się przy pomocy Remusa tuż za nim.
— Dam sobie radę sam — burknął oschle.
— Przyjdę do ciebie później, jak odkleisz moją różdżkę — zaproponował Lupin.
— Nie trzeba! Hasło to litość. — I zamknął dosyć głośno drzwi do łazienki.
— Przyjdę za godzinę! — krzyknął mu w odpowiedzi niezrażony wilkołak i pociągnął towarzysza w stronę sypialni.
Prawdę powiedziawszy Severus poruszał się z ogromnym trudem, ale nie przyznałby się do tego nikomu. Już prawie zapomniał, jak czuje się człowiek po potraktowaniu czarnomagicznym zaklęciem. Wyłącznie dzięki kilku prostym zaklęciom udało mu się zająć dzieckiem. Całe szczęście Harry, zmęczony przeżyciami, nie wymagał od niego niczego nadzwyczajnego, poza odrobiną uwagi. Po godzinie spał smacznie w łóżeczku przygotowanym przez dwóch skrzacich bogów wojny. Swój opiekuńczy obowiązek Severus zakończył na zaklęciach alarmujących.
Opadł ciężko na łóżko w swojej sypialni, opierając dudniącą od jakiegoś czasu głowę o słupek podtrzymujący baldachim.
— Aż tak źle?
Pytanie Remusa zaskoczyło go i poderwał się obronnie, sięgając po różdżkę. Ból w plecach wzrósł niebezpiecznie. Jęk sam wyrwał się z jego ust. Skulił się, łapiąc szybko powietrze. Lupin natychmiast do niego podszedł i przytrzymał, by nie uraził pleców kolejnymi, niepotrzebnymi ruchami.
— Przyniosłem maść przeciwbólową, chyba że wolisz eliksir? Choć jak sam dobrze wiesz, maść zadziałałaby dużo lepiej i skuteczniej. Jeśli chcesz, mogę cię nią wysmarować — zaproponował uczynnie, stawiając oba specyfiki na stoliku nocnym.
— Wszystko mi jedno — mruknął tylko Severus, wracając do poprzedniej pozycji. Czuł mdłości.
Takie zachowanie było u Mistrza Eliksirów bardzo podejrzane. Remus przypatrzył się dokładniej mężczyźnie. Był jeszcze bledszy niż podczas spotkania na korytarzu godzinę temu. Teraz wydawał się wręcz przezroczysty. Ciężki oddech oraz pot na czole wydawały się niepokojące.
— Severusie, dobrze się czujesz? — zaniepokoił się nagle, gdy spojrzenie tego drugiego zrobiło się trochę zamglone.
Tylko szybka reakcja Remusa uchroniła Severusa od spotkania z dywanem. Mężczyzna ułożył go od razu na brzuchu i podwinął koszulkę, by wysmarować jeszcze niedawno poranione plecy. Wykorzystywał sytuację, dopóki mistrz eliksirów nie grymasi. Pomimo wyleczenia ran, mięśnie nadal pamiętały uszkodzenie i to one powodowały ból. Już miał nałożyć pierwszą warstwę maści, gdy zaniepokoiły go dziwne, małe bąble. Czyżby Severus dostał jakimś zaklęciem z opóźnionym efektem? Remus rzucił czar rozpoznający klątwę, ale wynik był negatywny. Nie wiedział, co zrobić. Czy maść jakoś wpłynie na tę wysypkę?
Zaryzykował. Ból mięśni był teraz najważniejszym objawem do zlikwidowania. Nie leczony mógł nawet spowodować częściowy paraliż. Wprawdzie tylko czasowy, ale za to bardzo nieznośny, a już z całą pewnością dla Snape'a, który kochał swoją samodzielność. Lupin starał się nałożyć maść najdelikatniej jak potrafił, by nie pękł żaden z bąbli. Miał nadzieję, że Severus rozpozna objawy, gdy się ocknie. I odblokuje kominek, by mogli się porozumieć z przyjaciółmi. Pewnie wszyscy są już mocno spanikowani.
Natarczywe dzwonienie rozbrzmiało w pokoju tak niespodziewanie, że aż się poderwał z łóżka, na którym klęczał, smarując mężczyznę.
Zaraz skojarzył alarm z pokojem Harry'ego. Płacz dotarł do niego, gdy tylko otworzył drzwi na korytarz. Wbiegł szybko do sypialni, dziękując Merlinowi za ekspresową regenerację sił charakterystyczną dla wilkołaków. Dopadł do łóżeczka chłopca i zamarł. Harry stał, trzymając się jedną rączką sztachet, a drugą drapał się po brzuszku przez śpioszki.
— Aua — zachlipał, a łzy spłynęły pomiędzy kilkoma bąbelkami, takimi samymi jak u Severusa.
— Co z Harrym? — zapytał Syriusz, opierając się ciężko o framugę.
— Nie wiem. Ma jakieś bąble, Severus także. Chyba dostali jakąś klątwą.
— Pokaż go — poprosił, podchodząc.
Lupin podniósł malca i podsunął bliżej przyjaciela. Syriusz przyglądał mu się chwilę, a potem zachichotał.
— To nie klątwa. Złapał ospę.
— Ospę? — zdziwił się Remus. — Czarodzieje rzadko chorują na mugolskie choroby.
— Rzadko oznacza, że jednak czasami się to zdarza. Jeśli Severus ma ospę, to może być niedobrze. To choroba dziecięca, dorośli źle ją przechodzą. Umieśćmy ich w jednym pokoju, będzie łatwiej o nich zadbać. Jak te skrzaty się nazywały...? — zastanawiał się Syriusz.
— Mals! — zawołał Harry, pociągając noskiem i wycierając coś zielonego spod niego w rękaw.
— Nie, Harry. To nie pora na czekoladę...
— Słucham, panie? — Pojawienie się skrzata przerwało Blackowi.
— Ciat jest! — krzyknął malec. — Mals jest!
Remus zachichotał i poprosił o przeniesienie łóżeczka do drugiej sypialni. Nie obyło się bez tłumaczeń, bo pan domu nie wyraził zgody na tego typu przemeblowania. Udało się jednak dojść do porozumienia.
— Teraz musisz być grzeczny, Harry. Severus jest chory, tak jak i ty. Obaj musicie odpoczywać — pouczał go Syriusz. — Za chwilę posmaruję bąbelki, dobrze? Wtedy przestaną boleć i swędzieć.
— Dobrze, Siri. — Chłopiec już przykładał głowę do poduszki i zapatrzył się w sylwetkę nieprzytomnego opiekuna.
— Potrzebne będą maści z magazynku Severusa — zauważył Lupin. — Dobrze, że Severus go otworzył, bo byłoby niewesoło.
Syriusz spojrzał na niego niepewnie.
— Prawdę powiedziawszy, to Harry otworzył magazynek, kiedy ty i Severus byliście nieprzytomni.
— Znał hasło? Skąd?
— Poprosił albo rozkazał wężowi pilnującemu drzwi. Pamiętasz godło nad drzwiami?
— Czy ty...?
— Tak, Harry użył wężomowy.
Lupin usiadł w fotelu. Jego wzrok spoczął na malcu, który z każdym dniem coraz bardziej ich zaskakiwał. Syriusz głaskał go po rączce wystającej pomiędzy słupkami łóżeczka.
Co mieli zrobić, by go ochronić?
