Słodycz i Puchatość

Cz. 9.1

== Cztery lata później==

Zmęczony Severus usiadł w fotelu i obserwował poczynania siedmiolatka. Chłopiec stał u podnóża sporej choinki i lewitował dziecięcą różdżką ozdoby na jej szczyt. Jak na dziecko w tym wieku zakres opanowanych prostych zaklęć był spory. Mógł to sam stwierdzić, przecież miał kontakt ze starszymi dziećmi w szkole, które w wieku lat jedenastu nie potrafiły zwykłej Leviosa.

— Czy tak jest dobrze, ojcze? — usłyszał pytanie.

Spojrzał na dzieło chłopca.

— Za dużo czerwieni i gwiazda jest trochę krzywo — odparł spokojnie i tak wiedząc, że zaraz zostanie skrytykowany.

— Są święta, musi być dużo czerwieni. Wujkowie przyniosą jutro gwiazdy i chcę by pasowały. Muszę cię przyzwyczaić.

Mars na czole Snape'a chyba aż nazbyt jasno powiedział chłopcu co myśli o tych odwiedzinach.

— Obiecali, że nie będą długo i zażyją eliksiry.

— Pamiętasz, że jutro idziemy do Weasleyów? — zmienił temat.

— Tak, ojcze. Skrzaty pomogły mi z prezentami

Chłopiec mówił wolno i wyraźnie artykułując dokładnie każde słowo. Wiedział, że opiekun nie lubi seplenienia i niezrozumiałej mowy. Przyzwyczaił się do ostrego traktowania. Nigdy nie był karany bez powodu i rozumiał, że w ten sposób ojciec go kocha.

— Harry?

— Tak? — Odwrócił się, wyrwany z zamyślenia.

— Coś się stało?

— Nie, nic.

Wznowił pracę, zawieszając bombki na niższych gałęziach.

— Jesteś ostatnio bardzo cichy — zauważył Severus.

Chłopiec spojrzał na niego zdziwiony.

— Wczoraj twierdziłeś coś innego, ojcze. Coś o głupich wybrykach i nieodpo... nieodpowiedzialności — zająknął się, rumieniąc.

Mężczyzna uniósł brwi, taksując go wzrokiem.

— To co zrobiłeś było głupie i nieodpowiedzialne. Dobrze wiesz kim jesteś, a tak zaryzykowałeś.

— Ojcze! — jęknął chłopiec załamany. — Prosiłem! Nie chcę tego słuchać. Nie jestem żadnym Wybranym.

— Wybrańcem, Harry — poprawił go.

— Wszystko jedno. — Machnął ręką. — Nie prosiłem się o to. Chcę jedynie iść do Hogwartu, mieć przyjaciół i tyle.

— A nauka? — zapytał dociekliwie Severus.

— Merlinie! Ojcze! Przecież pojadę do szkoły, raczej nie uda mi się omijać zajęć.

Dzwonek u drzwi przerwał tę rozmowę. Severus zerknął na syna swojej przyjaciółki, ale ten wzruszył ramionami, nie spodziewając się nikogo.

— Zostań tutaj — polecił mu, wyjmując różdżkę.

Wyszedł do holu i po chwili można było usłyszeć jak wita się z kim.

— Harry, chodź tutaj! — Chłopiec wykonał polecenie i wyszedł powoli z salonu.

W korytarzu ujrzał dyrektora Hogwartu w towarzystwie jakiejś starszej kobiety.

— Dobry wieczór — przywitał się cicho.

— Ależ wyrosłeś, chłopcze! — zawołał wesoło starszy czarodziej, próbując zmierzwić mu włosy.

Chłopiec jednak cofnął się poza jego zasięg, marszcząc brwi i zerkając w stronę Severusa.

— Harry, poproś skrzaty o przygotowanie poczęstunku. Zaprowadzę gości do salonu.

— Tak, ojcze.

Szybko przeszedł do kuchni i wezwał skrzata, by ten wykonał polecenie. Mógłby zrobić to sam, ale miał wyraźny zakaz. Opiekun twierdził, że ciągle jest dzieckiem i wystarczy, że potrafi się obsłużyć, ale nie musi tego robić. Harry i tak przypuszczał, że chodziło tu bardziej o jego bezpieczeństwo, a nie że to nie wypada, gdy w domu są dwa skrzaty.

— Minerwo. Albusie. Co was do nas sprowadza? — Severus wskazał gościom fotele.

— Wiem, że jesteśmy nie w porę. Dzień przed świętami to nie najlepszy czas na takie rozmowy.

— Mógłby pan przejść do sedna, dyrektorze — poprosił chłodno mistrz eliksirów, wskazując skrzatowi, za którym podążał Harry, o położenie tacy przed gośćmi.

— Chodź do nas, chłopcze. To także dotyczy ciebie. — Albus poklepał miejsce koło siebie.

Severus natychmiast się spiął. Harry podszedł do niego i stanął przy fotelu. To zachowanie zostało dostrzeżone, ale nie skomentowane. Przynajmniej na razie.

— Harry, czy ostatnio miałeś jakieś przeczucia? — zapytał spokojnie Dumbledore, sięgając po herbatę, ale ciągle patrząc na chłopca.

Krótkie, trwające dosłownie ułamek sekundy, zmarszczenie brwi przez chłopca było jedyną oznaką na to pytanie.

— Dlaczego pan pyta? — odezwał się Severus, obejmując syna w pasie i przyciągając, tak by usiadł na oparciu fotela.

— Nie jesteś zbyt zaborczy względem chłopca, Severusie? — rzuciła nagle McGonagall, widząc jego zachowanie. — Remus i Syriusz...

— Sami są sobie winni. Gdyby wtedy się nie zapomnieli, nadal mogliby przebywać z Harrym.

— Likantropia... — Już chciała coś dodać, ale jej przerwał.

— Jest zaraźliwa, gdybyś zapomniała. Mamy i bez tego wystarczająco dużo na głowie.

Albus położył dłoń na ramieniu towarzyszki, by ja uspokoić.

— Właśnie po części w tej sprawie przyszliśmy do was. Ostatnio wydajesz się być mocno przemęczony. Chcielibyśmy zaproponować ci pomoc...

— Nie potrzebuję żadnej pomocy!

— Ojcze! — krzyknął Harry, spoglądając na niego z krytyką.

— Cisza! — skarcił go.

— Nie! — sprzeciwił się. — Myślisz, że nie widzę. Jesteś wyczerpany. Ktoś musi ci pomóc. Nie dasz rady sam.

— Harry! — zbeształ go natychmiast Severus i chłopiec umilkł, ale z buntem na twarzy.

— Chłopcze? — zwrócił się do niego Dumbledore. — Powiedz, co się dzieje, a postaramy się pomóc.

— Harry! — Tym jednym słowem Snape próbował go powstrzymać.

— Nie, ojcze — rzucił i odwrócił się do dyrektora. Mam zrywy magii i ojciec stara się je powstrzymywał własną barierą. To właśnie ona go tak wyczerpuje.