Policzyłem w myślach do dziesięciu, i otworzyłem oczy, chłonąc zalewające mnie fale nowych danych. John zawsze mówi, że wyglądam wtedy jak człowiek pijący czystą wodę po ośmiu godzinach pragnienia. Jego metafora okazała się być całkiem trafną, ponieważ w pewnym sensie znajdowałem się w stanie permanentnego pragnienia informacji.

Niespiesznie powędrowałem wzrokiem przez niewielkie, ale wygodne mieszkanko, w którym się znajdowaliśmy. Mieszkanie należało do pani Hudson, która sama zaproponowała nam zostanie jej sąsiadami.

- Ten po lewo jest mój - mruknął John, szturchając mnie łokciem w żebro, i wskazując ruchem podbródka staroświecki czerwony fotel zapełniający przestrzeń w niewielkiej odległości od kominka. Naprzeciwko niego stał kompletnie inny mebel obity skórą i wsparty stalową ramą. Chyba właśnie znalazłem coś dla siebie.

- Czułam, że ci się spodoba. Kazałam sprowadzić go specjalnie dla ciebie - uśmiechnęła się do mnie staruszka, kiedy ja zająłem modernistyczny fotel. - Frank nie lubił zakupów, ale nigdy nie żałował pieniędzy na jakość.

Frank. Nie tak znowu drogi sercu nieocenionej Marthy Hudson od niedawna były już mąż, który w akcie dobrego serca łaskawie pozwolił jej po rozwodzie zachować prawo własności do kamienicy na Baker Street. Sprawiał wrażenie cichego i ułożonego domatora, ponad wszystko wielbiciela muzyki Wagnera i miłośnika kotów. Takiego znali go sąsiedzi. W rzeczywistości Frank jednak był przemytnikiem wszelkiego znanego ludzkości dobra ze szczególnym uwzględnieniem różnej maści substancji zmieniających świadomość, chociaż osobiście nie nazwałbym ich dobrem. Frank natomiast stanowi boleśnie realne zagrożenie, o czym świadczy nietypowo gruba dla pani Hudson warstwa podkładu, jaką nałożyła tego ranka. Zacisnąłem dłonie w pięści. Nawet po rozwodzie nie widzi problemu w podnoszeniu na nią ręki. Cóż. Ktoś będzie musiał upewnić go w tym, że to była ostatnia rzecz, jaką zrobił jako wolny człowiek.

- ...Sherlock? Kochanie, przerażasz mnie - usłyszałem ciche wezwanie Johna. Pochylał się nade mną z niepokojem. Chyba właśnie coś powiedział. Cholera.

- John? - spytałem. Mój głos stał się dziwnie ochrypły, a mięśnie odezwały tępym bólem. Ruszył w kierunku kuchni, by zaparzyć herbaty. - Gdzie jest pani Hudson?

- Wyszła godzinę temu, umówiła się z siostrą, ale kazała nam się czuć jak u siebie w domu.

Kiwnąłem głową w geście przypominającym potwierdzenie, jeśli tylko człowiek zmrużył oczy i spojrzał na to pod odpowiednim kątem.

- Powiesz mi?

Rzuciłem w niego uniesioną brwią, ale chyba jej nie widział. Co, oczywiście, nie przeszkodziło mu w udzieleniu mi odpowiedzi. Och, John. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jaki jesteś niezwykły.

- O czym myślałeś. Byłeś gdzieś daleko przez dwie godziny.

- Muszę zadzwonić do Mycrofta - odparłem wymijająco, zrywając się ze swojego fotela. John spojrzał na mnie z kuchni ze znajomym 'wybacz-mnie-maluczkiemu-ale-co-ty-wyprawiasz' wypisanym na twarzy. Jego mina wystarczyła za każdy komentarz.

- Nie mogę zadzwonić do własnego brata?

Uśmiechnął się z lekkim politowaniem. Przewróciłem oczami. Własny chłopak nie wierzy w moje dobre intencje. No cóż, no cóż.

- Mam zadanie dla naszego rodzinnego Stalina - wyjaśniłem w końcu, ale czoło Johna tylko dodatkowo potwierdziło moje przypuszczenia, że i tak nic z tego nie zrozumiał. - Stalin znał się na czystkach, tak?

- No... tak.

- A ja właśnie potrzebuję kogoś usunąć, więc do kogo mam się zwrócić, jak nie do niego?

- Sherlock... Czy ty właśnie usiłujesz nająć Mycrofta do mokrej roboty?

- Tam od razu mokrej - obruszyłem się, wybierając ze złością numer Mycrofta. Szkolony. Odebrał po pierwszym sygnale.

- Co u ciebie, DROGI bracie? - spytałem. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że przeszło mi to przez gardło, ale sytuacje podbramkowe wymagają odpowiednich rozwiązań.

- Sherlock?

- Mmmm?

W ciemności spowijającej sypialnię wszelkie mówienie wydało mi się zbrodnią. Nie chciałem zniszczyć tej bańki, w której się znajdowaliśmy - w pewnym sensie wszystko wewnątrz niej było chronione jak w najlepszym szwajcarskim banku. My przede wszystkim. Westchnąłem. Moja klatka piersiowa stanowiła ulubione miejsce Sherlocka; lubił zasypiać z głową opartą o nią i jedną długą nogą wplecioną pomiędzy moje dwie. Ze swoim terytorializmem bardzo przypominał mi kota; czytałem kiedyś, że każdy kot dzieli swoje terytorium na trzy zasadnicze strefy - izolacji, w której może odpoczywać; aktywności, w której najczęściej się bawi, i korytarze pomiędzy dwiema poprzednimi. Każda zmiana zachodząca w danym obszarze to zakłócenie wcześniejszej harmonii, i w efekcie źródło stresu. Tylko, że Sherlock w tym wszystkim nie przywiązywał się do miejsc. Wiem, że lubił nasze poprzednie mieszkanie, ale odszedł z niego bez żalu i sentymentu. Może zwyczajnie nie uważał mieszkania za swoje terytorium, ale jedynie tymczasowe miejsce pobytu?

- John, nie myśl tyle, próbuję zasnąć - mruknął niczym prawdziwy kot. - Zdajesz sobie już chyba sprawę z tego, ile byłbym w stanie dla ciebie zrobić, ale nie każ mi o tej porze domyślać się, co ci chodzi po głowie.

Przewróciłem oczami. Jak to zwykle w przypadku Sherlocka bywa, jego talent dramatyczny wysuwa się na pierwszy plan.

- Chciałem tylko powiedzieć, że ładnie się dzisiaj zachowałeś - powiedziałem. - Z panią Hudson.

Zarumienił się delikatnie. W swoich reakcjach nasuwał mi na myśl spłoszoną pierwszym usłyszanym komplementem młodą dziewczynę. Wtedy uwielbiałem go najbardziej, i starałem się mówić jak najwięcej, żeby tylko zachować ten jego rumieniec.

- Nie wiem, o czym mówisz - przygryzł dolną wargę i starał się zasłonić dłonią swoją twarz.

- Oj, wiesz - użyłem mojego firmowego uśmiechu nr 5, na wszelki wypadek wzmacniając uchwyt w ramieniu, którym go obejmowałem, by nie udało mu się wykorzystać chwili mojej nieuwagi na wyśliznięcie się. - Chodź no tu, chcę pocałować te twoje obłędne usta.

Na to z kolei zgodził się bardzo chętnie. Lubiłem myśleć, że z jakiegoś nieznanego mi powodu to mnie udało się posiąść umiejętność biegłego posługiwania się językiem Sherlockowym. Nie mam pojęcia, czym sobie na to zasłużyłem. Może w którymś z moich poprzednich wcieleń jako Aleksander Fleming odkryłem penicylinę?

Bardzo szybko z mojej dotychczasowej pozycji, na wznak, znalazłem się w tej dominującej nad nim. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami - jego poprzednia senność odeszła gdzieś daleko, zastąpiona przez płomień. Opuszkami palców pogładziłem go po policzku. Jak prawdziwy kot, poddał się mojemu dotykowi. Nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku.

- Jesteś najpiękniejszą istotą na Ziemi - powiedziałem cicho, pochłaniając oczami każdy centymetr kwadratowy jego skóry. - Zamierzam ci pokazać, jak bardzo cię kocham. Będę wielbił teraz wszystkie części twojego ciała, od rzęs po paznokcie, i będę mówił, dlaczego NIGDY nie powinieneś się zmieniać. Będziemy kochać się inaczej niż zwykle, dzisiaj zrobimy to powoli.

- Powoli? - szepnął ochryple.

- Powoli. Żebym mógł ci mówić, dlaczego cię kocham. Zamierzam powtarzać ci to tak długo, aż w końcu nie będziesz miał żadnych wątpliwości co do moich powodów.

- Och, John - westchnął, obejmując mnie ramionami. Chyba po prostu to ja byłem jego terytorium.

Spojrzałem na swoje upstrzone malinkami ciało i po raz pierwszy od zawsze pomyślałem sobie, że może nie jestem aż tak zły, jak mi się zdawało do tej pory. Ktoś taki jak John nie inwestowałby chyba tak wielu emocji w kogoś, kto nie byłby zdolny do odwzajemnienia przynajmniej części jego uczuć.

Westchnąłem, spoglądając na pustą połowę Johna. Wtuliłem twarz w pachnącą nim poduszkę. Dłonią natrafiłem na coś leżącego na materacu pod poduszką. Struktura przedmiotu podpowiedziała mi, że mam do czynienia z papierem. Z zaciekawieniem wydobyłem karteczkę, na której ręka Johna zostawiła pojedyncze słowo: Mycroft. Nie tracąc czasu, szybko wystukałem do brata wiadomość. Na szczęście on też nie był w nastroju na marnowanie czasu, bo odpisał błyskawicznie z informacją, że jest u mnie za 5 minut. Drań spodziewał się, że napiszę.

Zjawił się poniżej swojego własnego limitu, co również nie było dla mnie zaskoczeniem. Zaskoczył mnie natomiast tym, że nie był sam. O dziwo, przyszedł w towarzystwie Grahama Lestrade.

Trzecia doba na nogach, i nie jest to spowodowane jedynie czynnościami seksualnymi, których wykonywanie mój brat uznaje za przyjemność; w trakcie swojej ósmej od świtu kawy, niesie pudło, którego dźwigania gruby z powodu niezmierzonego lenistwa nie chciał nawet dotknąć, mimo że nie byłoby dla niego zbyt ciężkie...

- Mógłbyś przestać? Patrzenie na twoje dedukcje sprawia mi fizyczny ból - przewrócił oczami Mycroft.

- Mógłbyś przestać przyprowadzać do mojego mieszkania swojego psa? Wyobrażanie sobie tego, co razem robicie jest dla mnie gorsze niż słuchanie tego, co John nazywa klasyką - skrzywiłem się. Mycroft zacisnął wargi w wąską linię, ale nie odwzajemnił mojego komentarza. 1:0, grubasie.

Lestrade bez słowa zostawił pudło na dywanie pomiędzy naszymi fotelami, i z pewnym rozbawieniem przysłuchiwał się rozmowie. Zsunąłem się na kolana przed niepozornym opakowaniem, które bez wątpienia zawierało wiadomość od Johna.

- Chciał, żebym ci to oddał po jego wyjeździe.

Kiwnąłem gorączkowo głową, zabierając się za rozsupłanie wyjątkowo skomplikowanego węzła, jaki John zostawił. Gdy wreszcie mi się to udało po kilku długich minutach, drżącymi rękoma rozchyliłem tekturowe zakładki i zajrzałem do środka. W pierwszej chwili zobaczyłem tam tylko ciemność, ale bez wahania włożyłem rękę i wyczułem pod palcami niezwykle miękki materiał. Jak się okazało, uszyto z niego luksusowy płaszcz w kolorze grafitu przetykanego delikatnym błękitem. Żeby tego było mało, oprócz idealnego dopasowania do mojego ciała, w okolicach talii w podszewkę wszyto metkę z moim nazwiskiem. John musiałby sprzedać nerkę, żeby móc go kupić.

Belstaff na moich ramionach stanowił przyjemny ciężar kojarzący mi się z Johnem - nosił na sobie zapach jego wody kolońskiej. Sam ją wybrałem.
Na samym dnie pudła zobaczyłem kolejny liścik.

Kochany,

będę już w koszarach, kiedy dostaniesz paczkę. Chciałem, żebyś przestał wreszcie biegać po Londynie w samej piżamie. Nie bój się, nie napadłem na bank.

Ale nie kupiłem go tylko z powodu chęci ochrony przed chłodem wszystkiego, co jest dla mnie najcenniejsze na świecie. Przede wszystkim, chciałem ułatwić Ci start w nowe życie. Chciałem, żebyś posiadał coś, co będzie Ci się kojarzyło ze mną i wszystkim, co jest w Tobie dobrego. Bo Ty jesteś dobrym człowiekiem, Sherlocku Holmesie. Tylko błądzisz. Ale to nic złego, błądzenie jest nieodłączną częścią życia. Chciałem jakoś ułatwić Ci przeżycie naszej rozłąki, za parę tygodni się przecież zobaczymy.

Ten Belstaff to także obietnica, którą chciałem Ci złożyć. Obietnica, że wrócę do Ciebie.

Zanim do tego dojdzie, chciałbym, żebyś porozmawiał z Gregiem. Myślę, że miałby dla Ciebie kilka interesujących spraw.

Napisz niedługo.
Kocham,

John.