a jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto.

*

Okolice Arghandabu w prowincji Kandahar, Afganistan.

Proszę, Boże, pozwól mi żyć. Pozwól mi jeszcze raz go zobaczyć...

Niewiele pamiętam. W zasadzie tylko tyle, że krzyczałem. Nigdy przedtem nie czułem tak ogromnego bólu, i miałem wrażenie, że siła moich płuc rozniesie na strzępy bębenki w uszach. Cały pobyt na oddziale w moim mniemaniu rozciągnął się w jeden niekończący się dzień, a leki przeciwbólowe okryły wszystko wówczas subtelną, a później frustrującą mgłą zapomnienia.

Tylko jedno wiem na pewno - nie byłem sam.

*
- Ostrzelano ich konwój. To była zasadzka, panie Holmes.

- Ile ofiar?

- Dwóch zabitych na miejscu i dwóch poważnie rannych, sir.

- Niech Smith wreszcie się do czegoś przyda i zadzwoni do ich rodzin.

- Tak jest. Natychmiast, sir. Powinien pan wiedzieć, że jednym z rannych jest John Watson.

W tej właśnie sekundzie nabrałem nagłej ochoty do wysłania kilku z moich pracowników w okolice Ziemi Ognistej.

- ... Kurwa.

- Sir?

- Powiedz mi, Collins - odezwałem się po kilku minutach; niestety nie udało mi się ukryć odczuwanej złości. - Jak długo już pracujesz dla rządu Jej Królewskiej Mości?

- Ee... We wrześniu minie pięć lat, sir.

- Nie uważasz, że mając przeszło pięć lat doświadczenia pracy w placówce dyplomatycznej Zjednoczonego Królestwa, gdzie jako twoje jedyne zadanie od dłuższego czasu przydzielono ci monitorowanie i informowanie mnie o wszelkich wydarzeniach, w których udział bierze John Watson, masz obowiązek wypełnienia powinności wobec rządu i POINFORMOWANIA swojego zwierzchnika o tym w pierwszej kolejności? Czy może nałożyłem na ciebie na tyle dużo obowiązków, że sobie z nimi nie radzisz? Może masz dość pracy dla Królowej? Chciałbyś znowu być cywilem, Collins? Wystarczyło powiedzieć, bardzo szybko znalazłbym kogoś na twoje miejsce. Nawet teraz mogę zlecić Anthei przyjęcie do służby świeżej krwi, to nie problem.

- Nie, sir. Nie mam dość pracy dla kraju. Przepraszam, sir. To się już więcej nie powtórzy.

- To twoja ostatnia szansa, Collins. Inaczej zrobię wszystko, żebyś otrzymał polecenie utworzenia naszej ambasady w Ziemi Ognistej.

- ...Tak jest, sir.

- Co z Johnem Watsonem?

- Nieprzytomny. Stracił bardzo dużo krwi. Zginąłby, gdyby nie szeregowy Murray. Odepchnął go w ostatniej chwili, dlatego postrzelono go w lewy bark, zamiast w serce. Teraz jest transportowany śmigłowcem do najbliższego szpitala w Kandaharze.

- Szeregowy Murray przeżył?

- Nie, sir. Wykrwawił się, zanim do niego dotarli.

- Jeśli dobrze pamiętam, Murray zostawił w Londynie żonę. Upewnij się, że wdowa otrzymała niezbędną pomoc, i zorganizuj oba pogrzeby z wszelkimi honorami.

- Tak jest. Czy to wszystko, sir?

- Na razie tak. Informuj mnie o każdej zmianie sytuacji.

Nie czekając na odpowiedź, zakończyłem połączenie, i sięgnąłem do barku po moją najlepszą whiskey. To będzie długa noc.

*
Sherlock dowiedział się o wszystkim w najgorszy z możliwych sposobów - z telewizji. Wiadomości przyjął mniej więcej tak, jak można się było tego spodziewać. Po jego wizycie mój gabinet nigdy nie był już tym samym pomieszczeniem; w żyłach mojego młodszego brata płynęła przecież krew Holmesów.

- Miałeś nie wysyłać go w rejon walk! - krzyknął, wściekle ciskając moją pamiątkową śniegową kulą w ścianę tuż obok portretu Królowej. Szkło w dość widowiskowy sposób rozprysło się w różnych kierunkach. - Po co ci tylu sługusów, skoro nawet tego nie potrafią zrobić?!

- Ile razy mam ci tłumaczyć, że ja mogę tylko sugerować jego przełożonym, co powinni zrobić? Nie mam bezpośredniego wpływu na ich decyzje, Sherlock. Myślisz, że John byłby zachwycony, gdyby się dowiedział o tym, jak duży zespół moich pracowników ma za zadanie obserwowanie go?

- Nie obchodzi mnie to! Chciałem, żeby był bezpieczny! Tylko o to cię prosiłem, Mycroft!

Oddychał ciężko, z wysiłku, stresu i wściekłości zdolnej zabić. Na szczęście wzrok jeszcze nie ma tej mocy, ale to się być może zmieni któregoś dnia w odległej przyszłości. Jego klatka piersiowa poruszała się żwawo, kiedy usiłował złapać oddech. Oczywiście, typowo dla siebie, wyjął z kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednego. Moje pełne dezaprobaty spojrzenie skwitował jedynie uniesioną z niedowierzaniem brwią, co ostatecznie odebrało mi chęć do komentowania.

Jego dbałość o własne zdrowie jest wręcz porażająca.

*
Pamiętam Johna. I to, że doświadczałem dziwacznego uczucia deja vu - tym razem role były odwrócone, co tylko dodatkowo podkreślało surrealizm całej tej sytuacji. Bo John - ze swoją żywą naturą i głodem doświadczeń - w szpitalnym łóżku i podłączony do aparatury monitorującej funkcjonowanie jego organizmu, stanowił dysonans. Jego miejsce było przy mnie, nie pod ostrzałem w dalekim pustynnym kraju ogarniętym chaosem.

Mogłem jedynie wypełnić moją część obietnicy.

*
Najpierw poczułem we włosach dotyk ręki, której nie byłbym w stanie pomylić z żadną inną dłonią na świecie. Ale nie byłem już niczego pewien. To było moje pierwsze doznanie po otwarciu oczu. Dotyk i ból, jaki przeszywał moje bezwładne po lekach ciało. Płonąłem. Nie wiem, kiedy moje usta otworzył krzyk.

- Czy ktokolwiek w tym pożałowania godnym miejscu posiada więcej niż połowę mózgu? Czy wiejscy szamani już przestali uczyć myślenia? - jednak miałem rację. Ktoś mnie wysłuchał tam, na górze. Zamknąłem oczy, i - pomimo otaczającego mnie zewsząd chaosu - skupiłem się na słuchaniu tego jedynego głosu.
Kiedy obudziłem się kilka godzin później, podstępna febris lizała rany gdzieś w kącie, a smukłe palce tancerza splatały się z moimi palcami żołnierza, które do złudzenia przypominały kołki.

*
Wreszcie odczułem znajome ciepło, bezpośrednio związane z osobą niewysokiego blondyna. Pod wpływem mojego dotyku uspokoił się i stopniowo zaczął rozluźniać spięte mięśnie. Jego oddech podtrzymywał także mnie; przypuszczam, że gdyby nie on, nie znalazłbym w sobie siły na udźwignięcie ciężaru sytuacji.

- Jesteś tu. Żyjesz. Zdążyłem.

*
Obserwowanie śpiącego Johna nigdy nie przestanie mnie fascynować; w tym procesie kryje się jakiś element nadprzyrodzony, którego nie umiem do końca pojąć. To ciekawe - zawsze miałem w głębokiej pogardzie wszystko to, co wymykało się ramom konwencjonalnego myślenia. A teraz znajduję samego siebie w okolicznościach, w których czuję się w obowiązku chronienia tego, czego nie rozumiem. I nie przeszkadza mi to. Nie. Jest to raczej nieodzowna część mojego obecnego świata, myślę.

Mój cały świat przez sen poruszył się niespokojnie, przylegając do mnie jeszcze szczelniej, i jednocześnie zsuwając z siebie cienką derkę, która rzekomo miała zapewnić mu ciepło. Nakryłem go Belstaffem - po chwili usłyszałem, jak cicho wzdycha, z błogością zanurzając się w głębszym śnie.

*
Nienawidziłem tego miejsca. Przypominało mi jakiegoś cholernego pasożyta, który zalęgł się w moim wnętrzu i radośnie pożywiał się w najlepsze tym, co tam odnalazł. Każda minuta przytomności groziła mi szaleństwem - czułem się osaczony ze wszystkich stron, tak jak wtedy, na pustyni, w ostatniej sekundzie przed wybuchem prowizorycznego ładunku podłożonego przez nieprzyjaciela. Uszy wypełniał mi nieludzki krzyk Billa, i czułem na twarzy rozbryzg czegoś ciepłego, co niewątpliwie było jego krwią. Później było tylko uczucie silnego uderzenia, i nagle straciłem czucie w lewym ramieniu. W pierwszej chwili nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że dostałem; ta świadomość przyszła do mnie o wiele później - kiedy po raz pierwszy świat zaczął ciemnieć mi przed oczami, i nie mogłem nic z tym zrobić. Do tej pory czuję na sobie ten odór śmierci. Chyba nigdy się go nie pozbędę.

Mojej uwagi domagał się właśnie znajomy baryton, który słyszałem poprzez wątłe ściany snu niosącego ze sobą dźwięki eksplozji i ten nieznośny upał wkradający się przez szczeliny okna. Docierały do mnie pojedyncze słowa Sherlocka, jak na przykład 'przewóz', 'samolot', czy 'rana', potem przez dość długi czas panowała cisza. Przerwało ją dopiero pojawienie się Sherlocka przy moim łóżku. Był na tyle wściekły, że nie czekał na moje pytanie. Ani na to, żebym otworzył oczy.

- Ci imbecyle w swoim ograniczeniu usiłują się odgrażać, że skrócą godziny odwiedzin, jeżeli nie przestanę patrzeć im na ręce - wyrzucił z siebie na jednym wydechu. Spojrzałem w jego kierunku, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. - Tak jakby to miało w jakiś sposób powstrzymać mnie od bycia przy tobie.

W milczeniu ścisnąłem jego rękę, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Dzięki Bogu.

*
Roztrzaskany wyrostek kruczy. Draśnięta tętnica podobojczykowa. Wystarczyła zaledwie jedna, dobrze wycelowana kula, bym nigdy więcej nie mógł pracować jako chirurg. Chirurg musi mieć pewne dłonie, to jego najważniejsza cecha. Może być odludkiem bez kręgosłupa moralnego, ale musi z natury być spokojnym człowiekiem, który potrafi zapanować nad sobą w najbardziej stresujących sytuacjach. Jego dłonie nie mogą drżeć. Moje - nawet po długotrwałej rehabilitacji, której wprost nie mogę się doczekać - nigdy już nie będą pewne.

*
Po tygodniu od operacji przy niemałej pomocy Mycrofta zabrałem go do domu. W ciągu całej podróży użył ośmiu słów, z czego większość stanowiło 'tak' lub 'nie'. Ten Nowy John stanowił rażące przeciwieństwo tego, którego zwykłem nazywać Moim Johnem. Mój John we właściwy tylko sobie sposób wprowadzał do pomieszczenia światło, którym ogrzewał ból każdej cierpiącej duszy. Mój John leczył innych swoim uśmiechem i życzliwym spojrzeniem oczu w kolorze nieba. Mój John bezbłędnie rozpoznawał sytuacje wymagające jego słowa czy milczenia. Nowy John nie miał znanego mi światła. Oczy Nowego Johna były puste, pozbawione życzliwości chyba nawet dla niego samego. Nowy John sprawiał wrażenie człowieka zagubionego w świecie, jaki nagle wokół niego wyrósł. Nowy John miał koszmary. Nowy John był człowiekiem złamanym.

John osunął się na kanapę. Jego twarzy znowu krzyczała, tak jak wtedy, kiedy obudziłem się w szpitalu po przedawkowaniu w któreś ze świąt. I miał zmarszczki, tak dużo zmarszczek.

- Napijesz się herbaty? - spytałem dla rozluźnienia napiętej atmosfery. Pokręcił tylko głową, a po następnej minucie po prostu wyszedł z salonu, mrucząc coś o śnie. Usłyszałem jego kroki na schodach wiodących do wolnego pokoju, i wiedziałem, że nie mogę zostawić go samego. Właśnie dlatego tego nie zrobiłem.

Na górze zastałem go nieruchomo siedzącego na łóżku i wpatrzonego w przestrzeń. Na mój widok przez jego twarz przemknął cień irytacji.

- Nie zwracaj na mnie uwagi, mnie tu nie ma - powiedziałem cicho, usadawiając się w krześle na biegunach u wezgłowia łóżka.

- Chciałem pobyć przez chwilę sam - odezwał się wreszcie. - Od postrzału non stop otaczają mnie ludzie.

Westchnąłem. Nie ma mowy, żebym wyszedł.

- Prześpij się.

Po dłuższym zastanowieniu niechętnie zdjął z siebie wszystkie ubrania z wyjątkiem koszulki i bokserek i ułożył się na pościelonym przez panią Hudson łóżku. Bez słowa zaciągnąłem zasłony w jedynym oknie. Kiedy powtórnie usiadłem w fotelu, zdrową ręką sięgnął po moją dłoń.

- Dziękuję.

- Zupełnie nie masz za co, John.

Uśmiechnął się z wysiłkiem.

- Opowiesz mi coś? Cokolwiek, inaczej nie zasnę. Każdego wieczoru w Afganistanie słuchałem nagrań twojego głosu.

- Oczywiście. Czy wiesz, że w starożytności uczestnicy olimpiad przed startem spożywali miód? Poprzez dostarczenie do organizmu znacznej dawki energii zwiększali swoje szanse na wygraną.

Zasnął, zanim skończyłem drugie zdanie. Telefon w mojej kieszeni odezwał się sygnałem przychodzącej wiadomości; niechętnie go wyjąłem i zobaczyłem, że jej nadawcą jest Lestrade.

Jak John? GL

Przewróciłem oczami, odpisując i tym samym rozpoczynając następującą wymianę zdań:

Podobnie jak ty, gdyby odebrano ci możliwość pracy w Yardzie i spania z moim bratem. SH

Udam, że ty tego nie napisałeś, a ja nie przeczytałem. GL

Och, moja nieskończona wdzięczności. SH

Bardzo śmieszne. Lepiej zaopiekuj się moim kumplem. GL

Nie jestem idiotą, George. SH

...GREG!

To, jak ci matka dała na imię, nie zajmuje wysokiego miejsca na liście moich priorytetów, Lestrade. SH

Nagle zyskałem dla Johna jeszcze większy szacunek, ten człowiek musi być świętym. GL

Znając Johna, powiedziałby, że przesadzasz. SH

Powiedziałby, ten nasz skromny John. GL

Kolejny sms od niego przyszedł, gdy byłem w połowie pisania pełnej wściekłości wiadomości mającej na celu przypomnienie niefrasobliwemu inspektorowi, że nie dzielę się pod żadnym pozorem z nikim, a już zwłaszcza z kimś, kto dobrowolnie bierze do swojej sypialni mojego brata.

Mój błąd, TWÓJ John. GL

Mój John potrzebuje teraz odpoczynku, a twoje nieustanne pisanie będzie mu go zakłócało. Nie muszę ci chyba grozić, że naślę na was naszą matkę. SH

...Nie ośmielisz się. GL

Bingo.

Chcesz zaryzykować? SH

Nie odważył się odpisać. Stary dobry szantaż jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.