Rozdział 15
Ale się napracowałam nad tym rozdziałem... Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu :).
Ginewra Weasley lubiła kontrolować wszystko w swoim życiu. Najbardziej jednak lubiła zmuszać innych do robienia tego, czego od nich oczekiwała, a raczej tego, co według niej jest stosowne zrobić. Zaczęło to się, gdy Ginny zaczęła mówić. Właśnie to było największą zmorą dla państwa Weasley w ich rodzinnym domu trzynaście lat temu. Mała rudowłosa Ginny mówi i to jak mówi. Od początku wyrażała swoje zdanie i broniła go zacięcie. Nie przyjmowała żadnej odmowy, a na atak odpowiadała atakiem. Ustawiała swoich starszych braci, jak chciała i wszyscy zawsze mówili, że jej pozycja społeczna, to pozycja lidera. Przywódca, jak to przywódca w swoim stadzie musi czasem robić porządek i dlatego, pomimo padającego śniegu i temperatury powietrza stanowczo odmiennej niż jej charakter, młoda Gryfonka powędrowała na boisko do Quidditcha.
- Ron! – krzyknęła w kierunku brata, który właśnie zataczał kółko nad boiskiem.
Młody Weasley zbliżył się do siostry.
- Chcesz ze mną polatać?
- Nie. Gdzie jest Harry? Myślałam, że będzie z tobą…
- U Dumbledore'a w gabinecie, podobno go wzywał.
- Nieważne. Złaź na dół, musimy pogadać.
Ron wylądował na ziemi i pomaszerował za młodszą siostrą w kierunku trybun. Kiedy usiedli, zaczęła swój monolog.
- Powinieneś pogodzić się z Hermioną… Nie przerywaj mi. – podniosła uciszająco dłoń i nie zważając na minę brata, kontynuowała. – Nie sądzisz, że to zabrnęło za daleko? Ona jest twoją przyjaciółką, a ty odpychasz ją w każdy możliwy sposób. Tak być dalej nie może, zwłaszcza, że spędzi z nami Boże Narodzenie.
Najmłodszy z braci Weasley westchnął. Tęsknił za Hermioną i mimo tego, że chciał się z nią pogodzić, to nie miał ochoty jej przepraszać. Ginny jednak suszyła mu głowę już od kilku dni i wiedział, że jak jego siostra na coś się uprze, to nie da się jej przegadać.
Ginny zobaczyła, jak jej brat się łamie i poczuła smak zwycięstwa w ustach. Jednak Ron nie byłby Ronem, jeśli chociaż by nie spróbował jej przekonać co do swoich racji.
- No, bo to chodzi o to, że ja już jej zupełnie nie poznaję. Cały czas chodzi do tego gnojka z lochów, z nami nie rozmawiała od stu lat i jeszcze jest ze starszym facetem. Lubię Syriusza, naprawdę, ale przecież on by mógł być jej ojcem!
- A nie uważasz, że jako jej przyjaciel mógłbyś to właśnie jej powiedzieć? Że martwisz się o nią?
- No, w sumie racja…
- To pogadaj z nią, ona ci wszystko wytłumaczy. Może ci się wydaje inna, ale to ta sama nasza Hermi, która ciągle łazi z nosem w książce. – na to stwierdzenie Ron się uśmiechnął delikatnie. – Może jest po prostu trochę zagubiona, ale w końcu po to ma się przyjaciół, żeby pomogli ci się odnaleźć.
- Po kim ty niby jesteś taka mądra, co?
- Na pewno nie po tobie. – odgryzła się Ginny i puściła mu oczko.
QOQOQOQOQO
Hermiona jak to miała w zwyczaju, kiedy się denerwowała, wyłamywała sobie prawie palce. Pogodziła się z Draco, więc była szczęśliwa, ale zostało tak mało czasu, a ona nie miała żadnego planu. No, może nasunęły jej się ze dwa albo trzy pomysły, ale w porównaniu do tego, co mógł zaproponować jej Draco, były beznadziejne.
W końcu jednak drzwi do Pokoju Życzeń się otworzyły, a w nich stanął Ślizgon.
- Dobra, mam wymówkę, więc mów, o co chodzi. Mamy dobrych kilka godzin, póki się nie skumają, że nie ma mnie w bibliotece.
- Ty? W bibliotece? Wolne żarty. – stwierdziła krytycznie Hermiona.
- Jak będziesz mi dogryzać, to ci nie pomogę, a widzę, że to coś ważnego… Zostaw te palce, bo się pokaleczysz! – powiedział Draco i oklapł na fotelu obok przyjaciółki.
- Wszystko pięknie i cacy, że udał się twój plan i mam oklumencję ze Snape'em, ale nie przewidziałeś takiego tyci, tyci szczególiku.
- Czego? – zapytał Ślizgon, ale od razu zrozumiał. – Aaa… Ups.
- Ups?! To za mało powiedziane! Ja od prawie tygodnia chodzę jak na szpilkach i usuwam się z drogi twojemu wujowi! Wymyśl coś i to szybko! Mam zajęcia w sobotę o dziesiątej rano!
- Dobra, dobra, tylko nie panikuj. Coś się wymyśli.
Draco dumał przez chwilę, mrucząc co chwilę do siebie słowa w stylu: „To na pewno nie.", „Może… Nie. Skuma się", „A może jednak? Nie. Nie ma szans.".
Hermiona czekała z zapartym tchem na jakieś rewelacyjne pomysły, ale z minuty na minutę coraz bardziej się denerwowała. W końcu nie wytrzymała i wybuchła:
- No i?! Masz jakiś pomysł?
- Kilka. Trzeba ułożyć plan działania i możliwość wielu opcji.
- Plan działania? Wielu opcji? – Hermionie nie podobały się te zwroty.
- Tak. Mamy do czynienia z poważnym przeciwnikiem. Nie można się patyczkować i iść na żywioł. – Draco brzmiał poważnie i widać było, że wie, o czym mówi.
- Okej. Ty tu jesteś mistrzem intrygi.
- Tylko przed tym wszystkim muszę ci się do czegoś przyznać. – teraz to Draco zaczął wyłamywać sobie palce ze zdenerwowania. – Ale jak to powiem, to mnie zaavadujesz…
- Draco… - Hermiona zobaczyła na twarzy chłopaka minę winowajcy i nastroszyła się jak kotka.
- Możliwe, że nieumyślnie trochę namieszałem i wymsknęły mi się z dwa słowa, które nie powinny przy nieodpowiedniej osobie, ale od razu chcę powiedzieć i się usprawiedliwić, że byłem zdenerwowany. Wiesz jak te emocje robią z mózgu papkę, co nie?
Hermiona się nie odezwała, tylko zacisnęła mocno usta i czekała, aż chłopak będzie kontynuować.
- No więc… Ten tego… Ja chyba… Powiedziałemsnapeowiżedlanie gotojesteśideałem. – powiedział szybko na jednym wydechu.
Spodziewał się wybuchu i dlatego zamknął oczy, przygotowując się na cios. Kiedy jednak po kilku sekundach zauważył, że jeszcze nie leży na podłodze i nie umiera w katuszach, otworzył nieśmiało jedno oko. Hermiona siedziała na swoim miejscu sparaliżowana. Wyglądała jak posąg. Cała biała, bez wyrazu, nieporuszająca się i intensywnie mrugająca.
- Yyy… Hermiono? Wszystko okej? – zapytał powoli.
- Co on na to? – wydusiła obojętnie, patrząc w przestrzeń.
- No, wiesz… Nie wiem, bo potem wyszedłem, trzaskając drzwiami.
Gryfonka wypuściła długo wstrzymywane powietrze.
- Łoł, myślałem, że mnie zabijesz. – odparł z ulgą Dracon.
- Spokojnie. – zaczęła powoli Hermiona. – Przyjdzie na to czas. Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie. – po jej słowach Draco przełknął nerwowo ślinę.
Kobiety potrafią być okrutne, kiedy się mszczą. Natomiast kobiety zakochane, są jeszcze gorsze.
QOQOQOQO
Mistrz Eliksirów wparował do gabinetu dyrektora i tak mocno trzasnął drzwiami, że Fineas Nigellus Black aż podskoczył w swoich ramach.
- Z całym szacunkiem Snape, ale nie jesteś u siebie! – Mistrz Eliksirów nawet nie spojrzał na byłego dyrektora tylko szybko podszedł do biurka, przy którym siedział obecny.
Albus Dumbledore znał już swojego młodszego współpracownika na tyle dobrze, że wiedział, iż jeśli Severus jest w tak podłym humorze to:
a) Chce kogoś zamordować (prawdopodobnie ucznia).
b) Albus coś zrobił i teraz ten chce mu to wygarnąć.
lub
c) Potrzebuje pomocy i nie chce się do tego przyznać.
Dyrektor westchnął i spojrzał na Mistrza Eliksirów.
- Coś się stało? – zapytał ostrożnie.
- Owszem i to dość dawno! Jakieś osiemnaście lat temu poznałem pewną gnidę i teraz nie daje mi spokoju!
- Dobrze, że tym razem nie masz na myśli mnie… O ile wiem, to znamy się od jakichś dwudziestu czterech lat. – dyrektor zachichotał, ale widząc minę Severusa, od razu spoważniał. – Chodzi ci o Toma…
- Nie, Dumbledore. O Wróżkę- Zębuszkę… Oczywiste jest, że chodzi mi o tą jaszczurę. Wymyśliła sobie, że mam usunąć ochronę z Hogwartu, bo młodzi Śmierciożercy nie trafiają na spotkania…
- Nie mogę na to pozwolić. Wiesz przecież, że bezpieczeństwo uczniów jest ważniejsze. – dyrektor zamyślił się na chwilę. – Ale ty możesz ich zawsze eskortować do wyjścia. Aurorzy są niewidzialni, więc uczniowie pomyślą, że ich usunąłeś.
- Powiadom wszystkich, bo jak ktoś mi stanie na drodze, to nie ręczę za siebie. – odparł i wyszedł, znowu trzaskając drzwiami, ale trochę ciszej.
QOQOQOQOQ
Trójka Gryfonów weszła do Wielkiej Sali na kolację po bardzo wyczerpującym treningu. Zapowiadała się biała zima, więc całe błonia pokryte były śnieżnym puchem. Przemoczeni i zmarznięci usiedli na swoich miejscach przy stole, nie zwracając uwagi na kałuże, które zostawili, a które na pewno nie spodobają się woźnemu. Byli jednak strasznie głodni, więc na nic nie zważając zaczęli jeść. W końcu dołączyła do nich czwarta osoba.
Ginny spojrzała na brata, potem na siadającą obok niej Hermioną, a potem znowu na Rona. Rudzielec zrozumiał.
- Hej, Hermiono, co tam słychać? Słyszałem, że jesteś z Syriuszem, to prawda?
Brązowooka upuściła na talerz widelec i zaniemówiła. Ronald Weasley się w końcu do niej odezwał i był miły… To oznaczało tylko jedno: wybaczył jej i w końcu wszystko będzie po staremu.
Gin zauważyła, że przyjaciółka odpłynęła gdzieś myślami, więc dała jej łokciem kuksańca w żebra.
- Yyy… Tak to prawda. – powiedziała i uśmiechnęła się w stronę przyjaciela, a ten odpowiedział jej tym samym.
- Może masz ochotę zagrać ze mną dzisiaj w szachy? – Gryfonce zrzedła mina.
Miała ogromną ochotę, ale zwyczajnie nie miała czasu. Mieli jeszcze tyle do zrobienia, a noc była taka krótka.
- Przykro mi Ron, ale dzisiaj… Obiecałam Gin, że pomogę jej w eseju na Eliksiry!
- Co?! – tym razem to młodsza Gryfonka dostała łokciem. – A no tak! Ten o… tym, no…
- Pyle księżycowym. – dopowiedziała szybko Hermiona.
- Tak, właśnie. Zupełnie wyleciało mi z głowy. – odparła Ginny, a do Hermiony ciszej szepnęła: - Co ty wyrabiasz?
- Jesteś mi dzisiaj potrzebna. Wszystko wyjaśnię potem. Spotkajmy się przed Pokojem Życzeń za godzinę. – po czym najzwyczajniej w świecie wróciła do nakładania sobie na talerz sałatki.
QOQOQOQOQOQ
Następny dzień dla wszystkich zaczął się jak każdy inny. Święta już za rogiem, więc cały zamek udekorowany był dosłownie w każdym zakamarku. Tu świece, tam choinki z bombkami, a gdzie indziej zwisające łańcuchy. Nawet duchom udzielił się bożonarodzeniowy nastrój, gdyż jeszcze przed śniadaniem latały, śpiewając kolędy. Wszystko wyglądało jak zwykle i nikt nie podejrzewał, że dzisiaj wydarzy się coś niezwykłego. No, może prawie nikt. Otóż była pewna grupka uczniów, którzy nie spali całą noc, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Zamierzali dzisiaj „zabawić" zarówno uczniów, jak i nauczycieli swoim przedstawieniem. A wszystko to po to, żeby uratować jedną duszyczkę, która niedługo zostanie zesłana przed obliczę samego diabła.
Dla szóstorocznych Gryfonów pierwszą lekcją dzisiaj była Obrona Przed Czarną Magią. Niestety, dla większości z nich, oznaczało to dzielenie klasowego powietrza z uczniami spod znaku węża. Jednak profesor Lupin był jednym z najbardziej lubianych przez nich nauczycieli, do tego byłym Gryfonem. Dlatego wiedzieli, że nie ma się czego obawiać.
Remus zwyczajowo wpuścił wszystkich do klasy, a sam zajął miejsce przy biurku nauczycielskim. Sprawdził obecność i wstał, aby napisać temat dzisiejszej lekcji na tablicy. W połowie zdania jednak, pisanie przerwało mu pukanie do drzwi.
- Proszę. – zaprosił do środka, a w drzwiach ukazała się drobna postać Ginny Weasley. – Słucham. – powiedział i zachęcająco uśmiechnął się do rudowłosej.
- Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia w imieniu dyrektora chciałabym wszystkim życzyć wesołych świąt i rozdać po smakołyku. – powiedziała na jednym wydechu Gryfonka, lecz gdy zobaczyła zdziwioną minę nauczyciela, szybko dodała: - Wie pan, profesorze, jak dyrektor Dumbledore lubi rozdawać słodycze…
- Tak, wiem… - przyznał Remus. – O tym wiedzą chyba wszyscy…
Ginny zaczęła chodzić po klasie i na każdej ławce zostawiała po jednej dla każdego ucznia czekoladce w zielono- czerwonym papierku. Iście ślizgońsko- gryfoński, jak i świąteczny podarunek. Kiedy przechodziła koło ławki Hermiony puściła jej oczko, po czym szybko skończyła, pożegnała się i wyszła.
Hermiona rozejrzała się wokół. Większa część kolegów z jej domu już zajadała się czekoladką, ale tylko nieliczni Ślizgoni odważyli się, aby spróbować cukierka. Sama odpakowała czekoladkę i z niechęcią włożyła ją sobie do ust. Zdziwił ją orzechowy smak, ale pogryzła i przełknęła.
Teraz trzeba czekać.
Po kilkudziesięciu sekundach jednak nic nie poczuła. Spojrzała z zaskoczoną miną na Dracona, a ten tylko wzruszył ramionami. Coś się nie zgadzało.
Usłyszała poruszenie po drugiej stronie klasy i nagle nastąpiło wielkie zamieszanie. Ktoś, chyba Lavender, krzyknął, Lupin podniósł wzrok znad książki, wszyscy zaczęli wstawać i zbierać się obok Neville'a. Sam zainteresowany miał trochę głupią minę i nie wiedział, co się dzieje. Jego głowa w tej chwili przypominała zmutowaną jagodę. Była nienaturalnie okrągła, wielka i no, fioletowa, a jakby inaczej…
- Co tu się stało? – zapytał Lupin, a Ślizgoni ryknęli śmiechem.
- Nie wiem… - wyszeptał Neville. – Ja tylko zjadłem tą czekoladkę i…
- Ja wiem, co się stało! – zawołał niespodziewanie Ron.
- Wiesz?! – zdziwili się jednocześnie Draco i Hermiona.
- Tak. Ginny pewnie zawieruszyła się jedna z czekoladek od Freda i George'a. To wygląda zupełnie tak samo, jak po Czekoladkach- Jagódkach, ale one jeszcze nie wyszły do sprzedaży… Pewnie podarowali mojej siostrze jedną. W końcu wielu z nas zjadło cukierek od dyrektora i nic nam nie jest!
Hermiona i Draco niezauważalnie odetchnęli z ulgą.
- No, dobrze. Neville idź do pani Pomfrey, a reszta na miejsce i kontynuujemy lekcję. – zarządził Lupin i wszyscy zaczęli się rozchodzić.
Neville spakował swoje rzeczy i odprowadzany zmartwionym spojrzeniem Gryfonów, wyszedł. Hermiona natomiast z wielkim poczuciem winy usiadła przy swojej ławce. Myślała, że to będzie ich sukces... Po chwili zauważyła, że ktoś jej coś napisał na pergaminie. Notka brzmiała:
Plan B.
QOQOQOQOQ
Hermiona na obiedzie siedziała jak na szpilkach. Snape się nie pojawiał, a według Dracona byłoby najlepiej, gdyby przy tym wszystkim był. Bardziej wiarygodnie, jak to określił. W końcu jednak się zjawił i zajął miejsce przy stole nauczycielskim. Gryfonka odetchnęła z ulgą. Przynajmniej to poszło według planu. Zabrała się za jedzenie, kiedy przyszła poczta. Stado sów wleciało przez małe okienko w rogu Wielkiej Sali i teraz latało nad pięcioma stołami, rozdając listy i paczki. Na stole Gryfonów wylądowała jedna z tych paczek i Hermiona sięgnęła po nią ręką, lecz ktoś ją ubiegł.
- Ej, Harry, to moje!
- Skąd wiesz? – zapytał Potter, obracając pakunek w ręku. – Nie ma tu twojego nazwiska, a to może być od Syriusza.
- Jak to nie ma mojego nazwiska?! – zapytała z rozdrażnieniem Gryfonka.
LUNA!
- No, nie ma. Otworzę i zobaczymy do kogo jest ta…
- Nie! – zawołała Hermiona, ale było już na późno.
Wystąpił wybuch i teraz cała sala wpatrywała się w kłęby dymu unoszące się nad stołem Gryffindoru. Kiedy owy dym opadł, wszyscy zobaczyli Chłopca- Który- Przeżył, a on…
- Czy on śpi? – zapytał z niedowierzaniem Ron.
Nikt nie musiał mu odpowiadać, gdyż ciszę przerwało donośne chrapnięcie. Wszyscy zaczęli po kątach chichotać, gdyż domyślili się, że to tylko niewinny dowcip. Twarz Harry'ego spoczywała na talerzu i była cała w sosie miodowo- musztardowym, a sam Wybraniec miał minę, jakby śniło mu się coś miłego. Hermiona poderwała się szybko z miejsca i nie zważając na pytanie rudzielca, czy pomoże mu odtransportować Harry'ego do dormitorium, wyszła, a w ślad za nią poszedł Draco.
- To się musi skończyć! – wykrzyknęła, zamykając drzwi od schowka na miotły. – Istny cyrk, a nie plan działania!
- Nie możemy zrezygnować, zważając na drobne niepowodzenia. – odparł poważnie Draco.
- Drobne niepowodzenia?! – Gryfonka już była cała czerwona ze złości. – Neville został ofiarą naszych eksperymentów, Harry będzie spał przez dwie doby, a ty to nazywasz drobnymi niepowodzeniami?!
- Ale jaki przy tym ubaw! – parsknął Ślizgon i został zgromiony przez jadowite spojrzenie przyjaciółki. – No, okej, może nawaliliśmy, ale plan „C" zależy wyłącznie od ciebie, więc myślę, że może się udać.
- Dobrze, ale po tym koniec. Jeszcze nauczyciele się połapią, że coś jest nie tak…
QOQOQOQOQ
Plan „C", jak to zauważył Draco i jego powodzenie było jedynie w rękach Hermiony. Dlatego właśnie wchodziła na ostatnią lekcję Eliksirów z drżącymi dłońmi. Jeśli pójdzie coś nie tak, to wszystko będzie jej winą. Pochyliła się nad podręcznikiem i zaczęła czytać.
Eliksir postarzający
Składniki:
0,3 l żółci pancernika
0,4 l żabiego skrzeku
0,5 dag sproszkowanych much siatkoskrzydłych
1 kg akoniktu
1 litr wody
Przyrządzenie:
Wlewamy do kociołka cynowego rozmiar 2. 1 litr wody i połowę żółci pancernika. Mieszamy 3 razy w kierunku wg. wskazówek zegara. Powinien być pomarańczowy. Dodajemy 0,5 dag sproszkowanych much siatkoskrzydłych, mieszamy energicznie…
Wystarczy dodać dwa dekagramy sproszkowanych much, a nie pół. – powtarzała sobie jak mantrę Hermiona. Nabrała na miarkę odpowiednią ilość składnika i przygotowała się do wrzucenia. Rzuciła jeszcze tylko okiem w stronę Dracona, ale ten zajęty był swoim kociołkiem i nie widział świata poza nim. Zamknęła oczy. To tylko lekkie draśnięcie, nic wielkiego… Na trzy. Raz… Dwa… Trzy? Poczuła na swoim nadgarstku żelazny uścisk i rozchyliła powieki. Cała klasa wlepiała w nią z przerażeniem wzrok. Napotkała spojrzenie przyjaciela i zobaczyła w nim- litość! Dopiero chrząknięcie osoby trzymającej ją za rękę oderwało ją od lustrowania pomieszczenie. Stał nad nią sam Snape, a jego nozdrza niebezpiecznie drżały.
- Może mi pani powiedzieć, panno Granger, co pani robi? – zaczął spokojnie, ale niebezpiecznie złowieszczo.
- Ja... Ja… - zaczęła się jąkać.
- Czy już kompletnie wam, Gryfonom, odbiło?! – wrzasnął, a potem wysyczał. – Ile w tym eliksirze potrzeba much siatkoskrzydłych? Odpowiem za panią. O jakieś trzy czwarte mniej… - nabrał powietrza, a Hermiona przygotowała się na wybuch. – Czy ty wiesz, że jakbyś to dodała, to eksplozja połamałaby ci wszystkie kości?! Jeśli masz zamiar się zabić, kretynko, to nie w mojej klasie! – puścił jej rękę i ruchem różdżki wyczyścił kociołek. – Spakuj się i wynocha!
Hermionie wezbrały łzy w oczach, ale zacisnęła pięści i zaczęła zbierać swoje rzeczy. Snape natomiast usiadł za swoim biurkiem i ucisnął nasadę nosa.
Co ta dziewczyna znowu wyrabia?
Spojrzał na nią, gdy chowała książki do torby. Wyglądała zdrowo, więc to nie mógł być nawrót choroby. Westchnął i wstał.
- Pięćdziesiąt punków od Gryffindoru. Granger, szlaban o dwudziestej, ze mną.
Dojrzał jeszcze jej oburzone spojrzenie i wyszła.
QOQOQOQOQ
Szła po schodach w kierunku Pokoju Wspólnego, a łzy ciekły jej po policzkach. Jest kompletnie zgubiona. Nikt i nic już jej nie pomoże. Teraz przyśpieszyła swoją karę śmierci o jakieś czternaście godzin. Kiedy schody nagle zmieniły kierunek, poddała się i usiadła na nich. Schowała twarz w dłoniach i zaczęła rozmyślać. Wyśmieje ją? Na pewno. Zrani? Już to czuje. Wypędzi? Pewnie tak… I nie będzie chciał jej znać. Otarła łzy rękawem i doszła do wniosku, że może im wcześniej pogodzi się z tym faktem, tym będzie jej lżej. Wstała i pomaszerowała w kierunku Pokoju Życzeń. Draco będzie chciał z nią porozmawiać.
