To co on czuł było nieporównywalne z uczuciami Malfoya. To musiał być prawdziwy koszmar dowiedzieć się że może stracić i żonę i dziecko. Ból w oczach ślizgona który widział Harry był nie pojętym bezkresem. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł przykrość z powodu tragedii innej osoby.

Słysząc iż Ainnir nawiązała kontakt z Mentorką wciągnął blondyna w głąb salonu. Posadził odrętwiałego Malfoy'a po czym wcisnął mu w dłoń szklankę wypełnioną bursztynowym płynem. Obserwował jak jego dawny wróg jednym zamachem opróżnił naczynie.

-Jeszcze.- zażądał Draco wyciągając w kierunku Pottera tumbler.

-Wystarczy ci. Gdzie Hermiona?

-Śpi, a teraz nalej mi jeszcze.- warknął nieustępliwie w stronę Przeklętego Pottera, który wyglądał na jaszcze bardziej upartego niż był chwilę temu. Kiedy ten odstawił butelkę zaklął w iście mugolski sposób po czym spojrzał na zielonookiego.

-Ależ z ciebie pantoflarz Potter. Ach, tak w ogóle, to dzięki twojej niewyparzonej gębie zesłałeś mi na kark cały Zakon Feniksa!

-Nie ma za co. W końcu to twoja wina...

-Potter nie wkurwiaj mnie! Lepiej mi powiedz o co chodziło twojej żonce!- głos Draco podnosił się z każdym wypowiedzianym słowem. Harry zastanawiał się ile mężczyzna jeszcze wytrzyma. Prawdę powiedziawszy sam miał ochotę dowiedzieć się co też Ainnir dostrzegła. Po raz kolejny przeklinał swój powrót do Londynu:

-Mogłeś im powiedzieć a nie grać niedoinformowanego. Mogłeś powiedzieć Hermionie...

-I co jej miałem powiedzieć?! Że Potter mówi do widzenia i ma w dupie świat?! Och, a może że był wtedy Potworem gorszym niż Ten Którego Imienia Nie Można Wymieniać?! Myślisz że nie wiem co się z tobą wtedy działo?- Z blondyna jakby uszło powietrze. Spojrzał na czarnowłosego zmęczonym wzrokiem.

On WIE. Przemknęło Harremu przez myśl.

-Zresztą, po co ja ci to mówię. Wyświadczyłem ci przysługę nikomu nie mówiąc. Miałeś czas zająć się tym, czym miałeś się zająć. Najważniejsze że wróciłeś.

-Malfoy a co z tobą? Jakoś nie wyczuwam żebyś się że tak powiem uaktywnił...-Draco spojrzał na niego poirytowany, jednak mimo wszystko Harry miał rację, nadal był chodzącą bombom z opóźnionym zapłonem.

Od czasu ataku Śmierciożerców mógł czekać tylko na najgorsze. Uaktywnione geny podczas wypadku powoli przejmują kontrolę nad twoimi hormonami, emocjami i magią do czasu ponownej aktywacji.

Kiedy już miał coś odpowiedzieć. Do pokoju weszła Ainnir. Jej fryzura mówiła wiele o przebiegu rozmowy przez przeźroczysty kamień. Przygryzała dolną wargę do czasu gdy nie zobaczyła Dracona tuż koło swojego męża. Od razu wyraz jej twarzy diametralnie się zmienił. Gdy przeczesała dłonią włosy spojrzała na Harrego unikając spojrzenia Draco.

Gdy ciałem kobiety wstrząsnął szloch a umięśnione ramiona Pottera objęły drżące ciało, Draco odniósł wrażenie że coś go ominęło. Umknęła mu jakaś część i nie wiedział jakim sposobem.

Wiedział jedno, powinien zostawić ich samych...

Następnego dnia, wczesnym rankiem Hermiona usłyszała czyjeś krzyki dobiegające z holu. Chciała obudzić Draco by sprawdził co się dzieje, jednak zastała puste, chłodne miejsce obok siebie. Niechętnie wstała widząc godzinę na nocnym zegarku wskazującym 4 rano.

Gdy tylko wyszła na korytarz zalała ją fala energii która stawiała włoski na karku. Jednak to nie było tak przerażające jak krzyki które dobiegały z okolic kuchni.

-Zapłodniłeś ją, chociaż wiedziałeś że w twoim stanie to może zabić i ją i dziecko, ty draniu!- krzyk praktycznie ranił jej uszy pomimo iż była znacznie oddalona od epicentrum kłótni. Stanęła na początku schodów blisko wrzeszczącego obrazu.

-Nie zrobiłem tego specjalnie do jasnej cholery! I nie mam zamiaru ci się tłumaczyć z mojego życia intymnego!- tym razem rozpoznała dobiegający krzyk, to Draco. Czyżby kłócili się o jej ciąże? Przecież to nie miało żadnego sensu!

-Ale Ainnir, kochanie, wpadki się przecież zdarzają...- próbował załagodzić awanturę Harry. Jednak z marnym skutkiem. Kolejne krzyki Ainnir już nie były skierowane do Draco. Tym razem dziewczyna wyżywała się na swoim mężu. Hermiona prawie wybuchnęła śmiechem gdy ta zagroziła swojemu mężowi kastracją jeżeli nadal będzie bronił Draco. Kłótnia trwała w najlepsze gdy do drzwi ktoś delikatnie zapukał. Hermiona nie zdążyła nawet wstać gdy drzwi same się otworzyły. Przerażona patrzyła na przybyłą parę z dzieckiem. Przyglądała się bijącej od nich poświaty oraz ich nieludzko pięknym twarzom.

Twarz w kształcie serca okalały długie czarne włosy, proste i z mnóstwem ciemno fioletowych pasemek. Wąskie usta rozciągnięte w lekkim uśmiechu odkrywały wydłużone kły, a fioletowe spojrzenie taksowało ponure wnętrze.

Natomiast mężczyzna nie był specjalnie zainteresowany wnętrzem. Jego skośnookie spojrzenie utkwiło w jej osobie. Przez chwilę odniosła wrażenie że jego oczy zmieniły kolor na oślepiający błękit. W tym samym momencie usłyszała kwilenie dziecka, które nie mogło mieć więcej niż pięć lat.

Czarnowłosy wtulił twarz w czarnofioletowe kosmyki dziecka.

-Harry! Ileż można stać na progu!- krzyknęła nieznana jej kobieta. Jak na zawołanie Harry wybiegł z kuchni.

Nie było by w tym nic dziwnego gdyby Harry nie rozgryzł kciuka by zacząć kreślić dziwne symbole na futrynie drzwi. Jak na Hermionę przystało zaczęła się przyglądać poczynaniom przyjaciela. Wiele z tych znaków była dla niej nieznana, jednak kiedy czarnowłosy zaczął malować znak demona, wydała zduszony okrzyk.

Omal nie zemdlała kiedy spojrzenia przybyłych padły na nią. Przerażona ich nieludzkimi tęczówkami i niemożnością rzucania zaklęć, zaczęła się modlić do Michała Archanioła.

-To tak nie działa kochana.- powiedział z kpiącym uśmieszkiem Azjata przekraczając próg domu. Przez ułamek sekundy Hermiona mogła dostrzec opalizujące skrzydła za plecami nieznajomych.

-Może byście przestali ją tak straszyć na Boga! Harry miałeś z nią wyjaśnić kilka spraw!- czarnowłosa spiorunowała spojrzeniem dwójkę mężczyzn stojących obok siebie. Kobieta zdążyła zobaczyć strach w oczach Pottera gdy do holu wkroczyła Ainnir z Draco.

Nagle wszystko zamarło. Hermiona patrzała jak napięcie na twarzy nieznajomej ustępuje zaskoczeniu, tęsknocie i ogromnym bólu...

-Draco...?- szept nieznajomej rozszedł się echem wzdłuż holu i pobocznych korytarzy.