Akcja tekstu toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, rozdziały opisujące to, co dzieje się po zaginięciu Garena będą dodawane na przemian z rozdziałami dotyczącymi dołączenia Lux do League.

I. Fortes fortuna adiuvat

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Luxanno?!

Lux oderwała wzrok od okna powozu, przeniosła spojrzenie na surową twarz Garena i posłała mu przepraszający uśmiech. Rzeczywiście nie słuchała brata – była zbyt zajęta przypatrywaniem się coraz bliższej siedzibie Instytutu Wojny.

- Nie podoba mi się twoje podejście. To nie…

- …jest zabawa, od nas zależy rozstrzyganie konfliktów w całym Valoran, a chociaż nie możemy zginąć ani odnieść trwałych obrażeń, walka będzie prawdziwa i prawdziwe będą jej konsekwencje, zaś moje moce na arenie zostaną ograniczone – weszła mu w słowo Lux, która słyszała przemowę Garena już tyle razy, że mogłaby ją wyrecytować bez zająknięcia nawet wyrwana ze snu w środku nocy. – Wiem, bracie.

- Ale wciąż nie rozumiesz. Oglądanie meczy na ekranie to nie to samo, co branie w nich udziału, Luxanno. Chciałbym, żebyś traktowała to poważniej.

Chciałabym, żebyś przestał nazywać mnie Luxanną, pomyślała Lux, trochę zniecierpliwiona. Chciałabym, żebyś znów się do mnie uśmiechnął. Chciałabym, żebyś sobie przypomniał, że nie jestem małą, niepoważną dziewczynką, która dopiero przestała bawić się lalkami. Chciałabym, żebyś przestał być taki… obcy.

- Tak – powiedziała jednak, bo Garen zaciskał usta w wąską linię, poważny i nieskończenie daleki. Rozmowy z nim zdawały się trudniejsze niż kiedyś. – Wiem. Po prostu to słynne miejsce. Jestem… ciekawa, jak wygląda w rzeczywistości. Przepraszam.

Ciekawa… Wszystkich czempionów znanych z opowieści, aren oglądanych dotąd tylko na ekranach, słynnego Instytutu Wojny. Ciekawa, podniecona i trochę zdenerwowana (no dobrze, może bardziej niż trochę), bo wprawdzie ukończyła Akademię i szpiegowała dla Demacii, ale nigdy nie brała udziału w prawdziwych bitwach, a teraz miała stawić czoła najpotężniejszym wojownikom i magom z Valoranu. Garen miał rację: do tego nie mogły przygotować same przekazy, choć obserwowała każdą walkę, w której brał udział jej brat.

Brat nie był zadowolony z jej decyzji o przyłączeniu do League. Powtarzał, że walka na Fields of Justice to zupełnie co innego niż zajęcia w Akademii. Nie mylił się, oczywiście, ale przecież ona doskonale o tym wiedziała. Była jednak Crownguardówną i jako córka swego rodu powinna służyć rodzinnemu miastu. Nie mogłaby tego robić w akademickich salach.

Jestem Lux z Demacii. Nie boję się niczego.

A jednak gdy powóz się zatrzymał, serce podeszło jej do gardła i musiała spleść palce, aby ukryć drżenie rąk. Mimo to wyskakując na bruk zdołała przywołać na twarz swój zwykły uśmiech.

- Ktoś tutaj robi sobie żarty? Ona ma walczyć na Fields of Justice?

Sarah Fortune z niedowierzaniem obserwowała najnowszy nabytek League. Delikatna blondyneczka krążyła po placu niemalże w podskokach, niczym za sprawą magii w jednej sekundzie stojąc obok Garena, w następnej biegając wokół osób zabierających bagaże, by po chwili znaleźć się przy rzeźbach zdobiących wejście do Instytutu.

- Ile ona ma lat? Szesnaście? Siedemnaście?

- Pozwolę sobie przypomnieć, że miałaś szesnaście lat, gdy zostałaś kapitanem statku – zauważyła Caitlyn, podpierająca się o balustradę tuż obok. Miss Fortune speszyła się, choć oczywiście nie na długo.

- No tak, ale to ja. To zupełnie co innego – oznajmiła stanowczo. – Tylko popatrz na tę blondi. Wygląda dokładnie jak te dziewuszki, błagające Gangplanka o autograf. Powinna zbierać kwiatki albo tańczyć na balach, a nie… Chyba zresztą myśli, że tu będzie dużo balów, patrz, ile ma kufrów!

- Potrafi rozproszyć mrok – przemówił ktoś za nimi, wyłaniając się z cienia. Miss Fortune podskoczył i omal nie wypadła przez balkon. Kobieta, która stała z tyłu, wyglądała niczym postać z koszmarów: długie, czarne włosy, ciemny strój, czerwień szkieł przysłaniających oczy.

- Vayne! Chcesz, żebym dostała apopleksji? – burknęła Sarah. Ktoś inny z pewnością nie uniknąłby paru przykrych słów, ale ponura wojowniczka wzbudzała w łowczyni nagród pewną obawę. – Jak długo tu jesteś? Słowo daję, nie można tutaj spokojnie porozmawiać, zawsze gdzieś w cieniu czaisz się ty, Akali albo Shen…

- W League jest już zbyt wielu magów, którzy powinni zostać zlikwidowani – stwierdziła Shauna Vayne, jakby nie słysząc słów miss Fortune. – Tej dziewczynie daj spokój.

Sarah parsknęła drwiąco, krzyżując ręce na pokaźnym biuście. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale niechętnie przyjmowała każdą kolejną ładną, dziewczęcą buzię w siedzibie Instytutu – oczywiście blondynka nie mogła równać się z nią, jednak po co komu tutaj kolejna panna? Nie mogliby ściągnąć jakiegoś przystojnego bohatera?

Czuła się obserwowana.

- Bardzo dziękuję. Może pomogę? Te książki nie są lekkie…

- Nie, panienko, absolutnie, damy sobie radę – zapewnił ją służący. Lux obdarzyła go uśmiechem, z obawą zerkała jednak, jak przenoszą ciężki kufer. Oczywiście, zamek został zaklęty, ale jeśli go upuszczą i któryś z bezcennych tomów ulegnie uszkodzeniu…

Mrowił ją kark. Odwróciła się, niby po to, by podbiec do brata, ale prześlizgnęła spojrzeniem po murach Instytutu – na jednym z balkonów dostrzegła dwie postacie. Z tak daleka nie mogła zobaczyć twarzy, ale nakrycia głów obu dam zdradzały ich tożsamość. Miss Fortune, łowczyni nagród oraz Caitlyn, dzielna pani szeryf. Widziała, co obie potrafią zdziałać na arenie. Bywało, że samodzielnie wygrywały całe mecze.

A niedługo będzie walczyć wraz z nimi lub przeciwko nim, w zależności od tego czy interesy Demacii, Piltover i Bilgewater będą się pokrywać. Na tę myśl z trudem powstrzymała odruch każący zacisnąć palce na różdżce zawieszonej przy pasku. To zawsze ją uspokajało, ale nie chciała pokazać po sobie zdenerwowania…

- Luxanno. – Surowy głos Garena po raz kolejny wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Wojownik stał już na schodach i spoglądał na nią wyczekująco. – Czy masz zamiar spędzić tutaj cały dzień?

- Idę!

Szybkim krokiem podeszła do brata. Znów miała wrażenie, że ktoś na nią patrzy. Nie tylko kobiety stojące na balkonie. Zerknęła przez ramię i gdzieś pomiędzy cieniami rzeczywiście dostrzegła jakiś ruch, mignęły jej rude włosy. Du Couteau, zrozumiała, natychmiast odwracając wzrok. Jedna z trzech najlepszych szermierzy Noxus. Jedyna wojowniczka, która dotrzymywała kroku Garenowi. Który też musiał ją dostrzec, bo teraz patrzył gdzieś ponad głową siostry, a wyraz jego twarzy uległ zmianie. Lux ku własnemu zdumieniu nie dostrzegła jednak w bracie złości, niechęci czy choćby ostrożności bądź rezerwy. Jego twarz jakby złagodniała – i poruszył głową, lekko, ledwo dostrzegalnie, gdyby siostra nie obserwowała go tak uważnie, uznałaby to za przypadkowy gest.

Bo jest przypadkowy, zganiła zaraz samą siebie. Garen z pewnością nie pozdrawiałby Katariny, z którą nie raz spotkał się na placu boju. Lux wciąż pamiętała tamten dzień, przed pięciu laty, gdy brat powrócił z pola bitwy pokryty płytkimi, ale licznymi ranami. Dwunastoletnia córka Crownguardów patrzyła w szoku na te zadrapania, nie rozumiejąc, co się stało. Dopiero dużo później usłyszała opowieść o pierwszej walce Potęgi Demacii i Złowieszczego Ostrza.

- Garen? – Odważyła się wreszcie przemówić, mężczyzna przypomniał sobie o jej istnieniu, znów skierował na nią spojrzenie, równie surowe jak parę chwil temu.

- Zaprowadzę cię do kwatery. Są wygodne, chociaż w posiadłości przywykłaś do bardziej luksusowych wnętrz.

- Musiałam sypiać w różnych warunkach – zaprotestowała Lux, ale tak cicho, że brat, który zdążył już odwrócić się i wejść do budynku, chyba nawet nie usłyszał. Przez moment miała ochotę zawołać za nim, zapytać, co się z nim stało, potrząsnąć, krzyknąć, zrobić cokolwiek… W końcu ruszyła jednak za nim w milczeniu.

Crownguardowie nie urządzają publicznie scen. Po prawdzie, nie urządzają ich wcale.

Kwatera rzeczywiście nie była tak luksusowa, jak komnaty Lux w rezydencji Crownguardów, dziewczynie jednak to nie przeszkadzało. Półki pomieściły książki, okno, pod którym ustawiono łóżko, wychodziło na wschód i przed południem z pewnością wpuszczało wiele światła, na środku pomieszczenia zostawało sporo pustego miejsca – może na wypadek, gdyby ktoś przed snem miał ochotę wymachiwać szablą albo pomedytować? Uśmiechnęła się lekko, wspominając czasy najwcześniejszego dzieciństwa, gdy nastoletni Garen właśnie tak postępował, doprowadzając tym samym do furii panią matkę, bo a to potłukł wazon, a to pociął zasłony, a to omal nie skrócił o głowę nieostrożnej służącej… Młody Crownguard zresztą często coś tłukł albo przewracał. Był niezgrabnym nastolatkiem, nie przyzwyczajonym do własnej postury (wystrzelił w górę nagle, w ciągu roku z niskiego, drobnego chłopca zamieniając się w wyrostka górującego nawet nad ojcem), który nagle zyskiwał płynność ruchu, gdy zaciskał dłonie na rękojeści miecza.

Teraz, oczywiście, było zupełnie inaczej. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz Garen potknął się czy wpadł na coś lub na kogoś.

Lux opadła na łóżko. Niebo za oknem zdążyło ściemnieć i choć miała straszliwą ochotę zacząć zwiedzać i zawierać nowe znajomości, zmusiła się do przebrania i położenia. Jutro czekał ją pierwszy mecz, a przeczuwała, że jeśli podczas niego zaśnie, brat raczej nie będzie zachwycony. Co powie Garen, jeśli Lux zawiedzie?

Myśl pozytywnie, nakazała sobie, spoglądając na gwiazdy widoczne za oknem. Śpiewająco przeszłaś wszystkie testy, jakim poddawani są kandydaci. Byłeś najlepsza w Akademii. Przecież nie zapomnisz nagle, jak używa się różdżki.

Mimo to długo przewracała się z boku na bok, osunęła się w sen późno, sama nie wiedząc kiedy. Gdy poczuła, że ktoś mało delikatnie szarpie ją za ramię, miała takie wrażenie, jakby ledwo co zamknęła oczy.

- Dalej, królewno, wstawaj!

Zdezorientowana uniosła powieki, tuż nad twarzą mignął jej kosmyk długich, rudych włosów. Złowieszcze Ostrze! – pomyślała spanikowana Lux, odruchowo podniosła rękę, pomiędzy palcami rozbłysło światło.

- Auuu! – zawyła oślepiona Sarah Fortune, odskakując od łóżka, trąc podrażnione oczy. Charakterystyczny kapelusz spadł piratce z głowy. – Ty wariatko! Co ty sobie myślisz?!

- Ja… przepraszam, myślałam, że…

…ze jesteś noxiańską zabójczynią i chcesz poderżnąć mi gardło, dokończyła w myślach Lux. To było oczywiście głupie. Nikt z Noxus nie zaryzykowałby ataku na terenie Instytutu. Poza tym na wszelki wypadek kwatery Noxian znajdowały się możliwe najdalej od pokoi Demcian i mieszkańców Ionii, a przy wejściach do skrzydeł pełniono straż. Wreszcie zaś Katarina, gdyby już dostała się do komnaty Luxanny Crownguard, po prostu by ją zabiła, nie próbowała budzić.

- Gratulacje, że w ogóle myślisz, bo można w to powątpiewać – wysyczała wściekła miss Fortune, wciąż szybko mrugając. – Podziurawiłabym cię jak sito, blondi, ale za chwilę nas obie czeka mecz. Bądź łaskawa nie zawalić wszystkiego w ciągu pierwszych trzydziestu sekund, co?

- Postaram się. I jeszcze raz przepraszam. To był odruch.

- Odruch! – jęknęła Sarah, podnosząc swój kapelusz. – To teraz odruchowo zwlekaj się z tego łóżka, ale migiem.

Posłusznie spełniła polecenie, szybko włożyła naszykowany wieczorem strój do walki. Ręce trochę się jej trzęsły, miała trudności z zapięciem lekkiego półpancerza. Wiedziała, że dzisiejszy mecz tak naprawdę nie ma wielkiego znaczenia. Nie powierzono by losów Demacii nowicjusze. Miała reprezentować interesy jakiegoś rodu z Bilgewater, który wdał się w konflikt z inną rodziną – nie znała szczegółów, to Xin Zhao podejmował decyzje dotyczące tego, dla kogo będą walczyć czempioni Demacii. Lux zdawała sobie sprawę z tego, że przydzielono ją właśnie do tego meczu, ponieważ wynik nie będzie miał żadnego wpływu na Demacię. Będzie miał jednak wpływ na nią. Na opinię, jaką sobie wyrobi. I przede wszystkim na to, co pomyśli brat.

- Gotowa, królewno? – spytała miss Fortune ironicznie. Lux zdobyła się jednak na uśmiech. Nie chciała robić sobie wrogów i było jej wstyd za swoją reakcję.

- Gotowa – przytaknęła. – I… miło mi cię poznać. Mam na imię Lux.

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że pierwszy raz w życiu nie przedstawiła się jako Luxanna Crownguard.

Fortes fortuna adiuvat – śmiałym sprzyja los, Terencjusz.