Disclaimer: No, still nothing's mine.

Część druga zupełnie nie na poważnie. Przynajmniej na początku.

Smacznego :)


Dzień zupełnie taki sam, jak wszystkie inne.

Gdy słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, barwiąc szyby i krople rosy swym zabójczym szkarłatem, pewien równie szkarłatnowłosy osobnik z wyrazem kompletnej udręki na twarzy i rozpaczą w pięknych oczach zapukał, chociaż może bardziej odpowiednim byłoby rzec - załomotał, do wielkich drzwi majestatycznej posiadłości rodu Kuchikich. Na swoje nieszczęście, nie musiał czekać zbyt długo, by wrota te stanęły dla niego otworem i ukazała się w nich twarz – o zgubo! – głównego i jedynego gospodarza. Bardzo zadowolona twarz, co tylko utwierdziło nieszczęśnika w przekonaniu o rychłym końcu jego marnej, spóźnialskiej osoby. Prawdopodobnie, bardzo bolesnym końcu.

No nic, czas wejść w paszczę różowego lwa. Zróbmy to z podniesionym czołem! – pomyślał hardo, spinając się, prostując i zamaszystym ruchem odgarniając z czoła przyklapnięte z niepokoju włosy.

- Porucznik Abarai melduje się do wykonania kary! – zasalutował.

Chwilę później stał już w przestronnym holu, nie pierwszy raz podziwiając galerię majestatycznych malowideł wiszących na ścianach i wytworne bukiety suszonych kwiatów porozstawiane w załamaniach korytarzy. Zaraz jednak jego wzrok padł na wiadro z wodą, ścierkę i miotłę opierającą się o drzwi równie dostojnie, co jej właściciel. Na ten widok zimny dreszczy przebiegł pomiędzy łopatkami nieszczęsnego skazańca, sprawiając, że w obliczu tej kary poczuł się jeszcze mniejszy, niż wcześniej. No bo... któż to widział, porucznika ścierą traktować! Nawet, jeżeli to on tą ścierą miał traktować podłogę!

Renji nie poddał się jednak wszechogarniającej go niemocy, zawziął się w sobie i wyprostowany niczym struna sięgnął po szczotkę. A potem, z całą godnością na jaką w tej chwili było go stać, zapytał najzwyklejszym, jak miał nadzieję, tonem:

- To jak, gdzie mam zacząć, Kapitanie?

A potem zaczęło się piekło szorowania.


Nie miał pojęcia, ile już czasu poświęcił na usuwanie każdej, najmniejszej nawet plamki ze szlachetnych paneli pokrywających podłogę tej posiadłości, ale ból w krzyżu i kolana opuchnięte od długotrwałego klęczenia utwierdzały go w przekonaniu, że stanowczo za dużo. Ale kim by był, gdyby się poddał? Otóż właśnie. Na pewno nie sobą! Dlatego, ciągle i nieustannie powtarzał w myślach niczym mantrę: Jakem jest Abarai Renji, nie poddam się tej szmacie, która wycieńczeniem przywieść chce mnie do grobu! I pewnie cała ta nieszczęsna przygoda miałaby szczęśliwe zakończenie, gdyby Renji w porę spostrzegł, że zaczyna powtarzać te słowa na głos. Najpierw cichutko, mamrocząc tylko pod nosem, potem coraz głośniej, poprzez zwykłe narzekanie, aż zaczął krzyczeć, ile sił miał w płucach. A że miał całkiem sporo, niebawem pół domostwa zbiegło się, by podziwiać, jak pan na włościach rozprawia się z hałaśliwym osobnikiem. Jak wszyscy zgodnie bowiem przypuszczali, niewiele miało z niego zostać.

- Jakem jest Aba…

- Renji.

Jedno słowo wypowiedziane lodowatym tonem wystarczyło, by permanentnie wrócił do rzeczywistości. A potem by zamilkł na dobre i w tempie ekspresowym zarumienił pod kolor swoich włosów – na soczysty szkarłat.

- Tak?

- Jeżeli planowałeś dać koncert, proponowałbym znaleźć nań dogodniejsze miejsce.

Gdy odpowiedź nie nadeszła, co było w pełni zrozumiałe, bowiem nasz ukochany porucznik był zbyt sparaliżowany myślą o kolejnej karze, by zmusić się do czegoś więcej, aniżeli paniczne mrugnięcie oczami, Kuchiki przemówił ponownie, odbierając swemu podwładnemu resztki nadziei na spokojne popołudnia w najbliższej przyszłości.

- Do mojego gabinetu. Już.

I na nikogo już nie spoglądając, odwrócił się i zniknął w jednym z pomieszczeń. A Renjemu nie pozostało nic innego, jak tylko pognać za nim.


Gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, od razu chciał zgiąć się w głębokim ukłonie skruchy, ale nie zdążył. Silne ramiona przyparły go do ich chłodnej powierzchni, a długie palce zawędrowały na szyję, gładząc tatuaże za uszami.

- Za każdym razem, gdy się spóźniasz, zmuszasz mnie go odgrywania podobnego przedstawienia. Powinienem się obrazić… - wymruczał Byakuya, patrząc na niego intensywnie spod przymrużonych powiek. Delikatny błysk przekory nie umknął jednak uwadze czerwonowłosego porucznika i wtedy jego dramat się skończył. Minął strach, że będzie zmuszony znów bratać się ze ścierą, lub – co gorsza – mopem, zastąpiony radością, że jednak wszystko jest po staremu. Zupełnie tak samo, jak każdego innego dnia.

- Najmocniej przepraszam. Kapitanie.


Ten ByaRen wyskoczył trochę z krzaków, ale wen ostatnio kapryśny :) Usprawiedliwiam się tym, że inaczej Bya-chan w pierwszej części by się nie uśmiechał. Tylko kurcze, miało być humorystycznie, a wyszło jak zawsze…