Bardzo dziękuję za komentarz, o tym tekście słyszałam i pomysł mnie zainspirował, nie czytałam, więc nie wiem, w jakim stopniu się "wizja" pokrywa ;)
Rano oczywiście miałem kaca, choć wcale nie wypiłem dużo. Ból głowy pogłębił się jeszcze, gdy sprawdziłem wiadomości: zero nowych. Nawet najgłupszego "nudzę się". Nic. Cisza.
Oczywiście nie żebym na coś liczył.
Mógł chociaż napisać, że wrócił na Baker Street…
Usiadłem na kanapie, żeby pozbierać dane. Nie byliśmy z Sherlockiem przyjaciółmi, ponieważ mu nie wybaczyłem, minęło pięć lat, spotkaliśmy się raz, było miło, bo sporo razem przeżyliśmy, to wszystko. Nie było mowy, żeby cokolwiek było tak jak wcześniej, minęło zbyt wiele czasu. Ja byłem rozwiedziony, on… Bóg jeden wie, co wyprawiał, nie, nie mogliśmy znowu żyć jak dawniej. Miałem miłą pracę i przyjemny domek na przedmieściach Londynu i cholernie nienawidziłem swojego życia, a on znów wzniecił we mnie iskierkę emocji… Która szybko mogła przemienić się w pożar i strawić cię całego. Dlatego nie mogłem się do niego bardziej zbliżyć, jakkolwiek mocno by mnie ciągnęło.
Do drugiej kręciłem się bezcelowo, wreszcie poddany włączyłem telewizor i znów oddałem się znienawidzonej rozrywce komentowania telenowel, gdy niespodziewanie usłyszałem wibrację telefonu. Jak saper rzuciłem się z kanapy na stolik, oczywiście mocno waląc brzuchem o kant, ale to zupełnie się nie liczyło.
Wino? SH
Odmów mu, odmów, skłam, powiedz, że masz dyżur…
O której i gdzie?
Szlag.
Piąta, u Angelo? SH
Napisz, że to twój kot przypadkiem wysłał tego esemesa i przepraszasz, ale nie możesz.
Będę.
To tyle jeśli chodziło o trzymanie się od niego z daleka. Nie oznaczało to jednak, że musiałem się zaraz wprowadzać czy znów zacząć za nim biegać… To miał być tylko drink. Nic więcej. Wino u dawnego wspólnego znajomego. Ze znajomym. Żadnych ekscesów.
Następną godzinę spędziłem na wmawianiu sobie, że faktycznie tak będzie. W końcu zwlokłem się z sofy, włożyłem mój stary sweter, jeszcze z sherlockowych czasów, zatrzasnąłem za sobą drzwi i wsiadłem do tego przeklętego samochodu. Muszę sprzedać ten złom.
— Joooohn! — powitał mnie Angelo jowialnie I uścisnął tak, że mało nie zmiażdżył mi klatki piersiowej. — John Watson, ty stary koniu! — Aż tak było widać? — Czemu nie zagląda?
— Mieszkam teraz w Sutton, daleko trochę — odpowiedziałem zwyczajnie. — Angelo, czy Sherlock już jest?
— Och, tak, już czeka na ciebie! A wygląda lepiej niż jak za…
— John! — Sherlock pojawił się obok mnie nie wiadomo kiedy. Faktycznie wyglądał… dobrze (inne słowo nie przeszło mi nawet przez myśl) - bladobłękitna koszula, idealnie skrojony garnitur. — Dzięki, Angelo. — Albo mi się wydawało, albo mrugnął do niego porozumiewawczo. — Już się tym zajmę.
Tym?
Usiedliśmy dokładnie w miejscu, gdzie siedziałem z nim podczas naszej pierwszej wizyty, przy sprawie "seryjnych samobójstw".
— Sentyment? — zapytałem tylko trochę przekornie. Ociupinkę.
Sherlock uśmiechnął się tylko, a mój żołądek odtańczył kankana.
— Lubię ten widok. — Wzruszył ramionami, odbierając od kelnera wino. Nalał mi lampkę.
— Ostatnio jakoś nawet nie zapytałem o sprawę tego prawnika…
— Banał.
— Niewątpliwie.
— Ale trochę mi pomogłeś.
— Trochę?
Sherlock przewrócił oczami.
— Może więcej niż trochę — przyznał, a moje ego odśpiewało hymn "Boże, chroń Watsona". — Ale ta sprawa i tak była prosta. Chciałem się tylko… upewnić — dodał szybko. — Czyste dowody, resztę sam przecież też widziałeś.
Nie pytaj, co robił w nocy, broń ci Boże…
— To co robiłeś całą noc?
Sherlock przyjrzał mi się z zainteresowaniem typu "co ci odbiło, John?". Westchnąłem w duchu. Zacząłem opanowywać to do perfekcji.
— Przesłuchiwałem go — odpowiedział bez zająknięcia, miałem jednak nieodparte wrażenie, którego zdecydowanie nie odpierałem, że kłamał i już samo to podejrzenie sprawiło, że poczułem się dziwnie. Sherlock kręcił, unikał odpowiedzi, ale nigdy mnie nie okłamał. Kłamstwa używał tylko jako narzędzia. Coś na mnie sprawdzał? — Miałem ciekawsze sprawy, gdy cię nie było.
Przełknąłem głośno.
— Teraz też mnie nie będzie — szepnąłem, ale byłem pewien, że mimo szumu rozmów musiał mnie usłyszeć. Jego oczy jakby oddaliły się.
— Zadaj to pytanie.
— Jakie znów pytanie? — Udałem, że nie rozumiem, o co mu chodziło. Holmes wyczuł półprawdę, ale nie skomentował. Miło z jego strony.
— O Richarda Brooka i wszystko, co działo się po mojej… śmierci.
— Więc…? — zapytałem niezręcznie.
— Moriarty zostawił mi kod. Pamiętasz tę sprawę porwania dzieci ambasadora? — Pragnąłem o niej zapomnieć każdego dnia, ale nie mogę. — Przed tym wszystkim, zaraz po swoim procesie, był u nas.
— Nic nie mówiłeś…
— Wtedy nie mogłem, a później… nie chciałeś słuchać. — Uderz mnie jeszcze. — Zostawił mi jabłko z szyfrem. IOU. Dziewiąta, piętnasta i dwudziesta pierwsza litera alfabetu, kod nie był trudny do odgadnięcia. — Nie pogrążałem się i nie powiedziałem, że dalej nie rozumiem. Nie byłem aż tak głupi. — To wręcz krzyczało: "czytaj co szósty wyraz". Zostawił mi kopię "Baśni" braci Grimm, resztę sobie ułożyłem. — Nie wyobrażałem sobie nakładu pracy, jaki musiał w to włożyć, ta książka miała ponad dwieście stron. Kiedy on w ogóle zdążył to zrobić?… — Była to opowiastka o samobójstwie, które musiało nastąpić, inaczej żaden z nas nie mógłby żyć. Postanowiłem to wszystko wykorzystać na swoją korzyść. Sam wybrałem miejsce. Mogłem się wcześniej przygotować.
Fajnie.
— Ja nie mogłem — wyszeptałem gorzko.
Sherlock spojrzał w moje oczy i cały lód okuwający moje serce momentalnie stopniał.
— Wiem, John. Wiem, że ten pomysł nie był doskonały. Największą jego wadą — wziął głębszy oddech — byłeś ty. Nie chciałem cię wystawiać na niebezpieczeństwo, ale zrobiłem to, kiedy cię poznałem.
— Byłem tego świadomy, Sherlock. — Nie miałem pojęcia, kiedy moja dłoń znalazła się na jego. — Od samego początku. I jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało.
Pokręcił głową, przełykając ciężko.
— To było co innego. Moriarty, on… nie był sam. Miał za sobą potężną armię, prędzej czy później by nas dopadli. Zabiliby cię już tego dnia, kiedy stanąłem z nim na dachu.
Greg dał mi jakieś nagrania, które Holmes rzekomo "zostawił". Zostały oczywiście opublikowane w mediach i szeroko komentowane przez miesiące, prasa więcej nie wylewała na nas pomyj - ale to właściwie wszystko. Moriarty przyznał się do bycia Moriartym. Żadna sensacja, a przynajmniej wtedy tak myślałem. Co znów przegapiłem?
— Jak to?— nie wytrzymałem i zapytałem. Cholera, jeśli nie dowiem się wszystkiego dziś, nie dowiem się nigdy.
Sherlock przetarł twarz dłonią. Było mu trudno o tym mówić. Pieprzonemu Holmesowi, który nie wstydził się objaśniać mi swojego kalendarzyka masturbacji. A teraz nie wiedział, jak coś powiedzieć. Czy ja przez tych pięć lat byłem zupełnie ślepy? Zawsze wiedziałem, że w zawodach spostrzegawczości samochodu bym raczej nie wygrał, ale liczyłem chociaż na jakiś czajnik… Chyba nie zasługiwałem nawet na tyle.
— Moriarty mi groził. Powiedział, że jeśli nie umrę ja, zginie Lestrade, pani Hudson… — urwał, jakby zbierając słowa —…i ty.
— A tak to zginęliśmy tylko my. — Sherlock spojrzał na mnie i wiedziałem, że nie rozumie, o co mi chodzi. — To metafora, Sherlock — westchnąłem. — Naprawdę myślałeś, że twoja "śmierć" wcale na mnie nie wpłynie?
— Przypuszczałem, przez moment nawet próbowałem sobie wyobrazić siebie na twoim miejscu… Ale nie sądziłem, że to aż tak bardzo na ciebie wpłynie.
— No tak. Przecież tylko zginąłeś.
— Myślałem, że się domyślisz?
— Czego?
Spotkał moje spojrzenie.
— Że ja nigdy bym cię nie zostawił.
Szlag. To tyle jeśli chodzi o nieobwinianie się.
— Przepraszam, Sherlock — szepnąłem, znów ściskając jego dłoń. Byłem zaskoczony, że pozwalał mi na tak bezpośredni kontakt. — Przepraszam, że przez tyle lat nie umiałem ci wybaczyć. — Przez całe życie nie naprzepraszałem się tyle, co przez ostatnie dwa dni.
Wypuściłem jego dłoń, ale nie odsunął jej; nasze palce do końca wieczoru się stykały i pewnie powinienem uznać to za co najmniej nieodpowiednie, ale przez wieczór zatarły mi się granice odpowiedniości. Dopiliśmy wino, wymieniliśmy kilka uwag dotyczących wystroju, Sherlock zapłacił i rozstaliśmy się, choć bardzo długo zajęło nam obu powiedzenie "do zobaczenia".
W poniedziałek ledwo zwlokłem się z łóżka, założyłem na siebie byle co i wyszedłem do swojego kamieniołomu. Oczywiście w hallu czekało już na mnie dziesięciu pacjentów, dziewięć z grypą, jeden z zapaleniem gardła (po niedoleczonej grypie). Recepcjonistka obrzuciła mój outfit dezaprobującym spojrzeniem, na co uśmiechnąłem się tylko zgryźliwie. Dzień zapowiadał się cudownie, ptaszki ćwierkały, z radia płynęła muzyka Bee Gees, a ja miałem ochotę ich wszystkich zabić.
—…i ten syrop, trzy razy dziennie. Oczywiście zakaz wychodzenia z domu — odprawiłem ostatniego pacjenta ze sztucznym dobrodusznym uśmiechem. Lekarze byli szczególnie uzdolnieni, jeśli chodzi udawanie dobrych wujków.
— Dziękujemy, panie doktorze. — Kobieta z synem wyszła z gabinetu. Niedawno wzięła rozwód, ciągle chciała poprawiać obrączkę, której już nie miała na palcu, a dzieciak był na nią zły, ledwo się do kogokolwiek odzywał.
Zaraz, co ja robiłem…
Spojrzałem na zegar - druga. Następnego pacjenta miałem za pół godziny, równie dobrze mogłem się zdrzemnąć. Odchyliłem się odrobinę w fotelu, zamknąłem oczy i starałem wsłuchać się w rytm własnego serca. Spałem jakieś trzydzieści sekund, kiedy usłyszałem pukanie.
— Doktorze? — Recepcjonistka wychyliła się zza drzwi. — Pana partner tu jest.
Zakołysałem się w krześle, zakrztusiłem własną śliną i zacząłem dusić jak nienormalny.
Wyszedłem na korytarz i oczywiście zauważyłem wysoką, ubraną w płaszcz postać.
— John! Nie odbierasz telefonów, a mam zwłoki…
— Na miłość boską. — Podszedłem do niego, złapałem go za rękę i obdarowując widownię przepraszającym uśmiechem, zaciągnąłem do mojego gabinetu. — Czyś ty kompletnie oszalał?
Zmarszczył brwi.
— Nie odbierasz telefonu.
— Bo jestem w pracy? — Objąłem ręką całe pomieszczenie, pokazując, że tak, faktycznie, to moja praca, gdyby Sherlock miał jakieś wątpliwości.
— I?
— "I"? Sherlock, nie mogę ot tak gawędzić sobie z tobą, gdy tu jestem, przychodzę tu w jakimś celu.
Przewrócił oczami.
— Oni wszyscy mają grypę.
Nie wytrzymałem i parsknąłem. Niech to.
— Tak, ale to nie zmienia faktu, że muszę tu być.
Przeszedł i z gracją opadł na mój fotel.
— Dlaczego nie zmienisz pracy?
Odwróciłem się do niego i założyłem ręce, opierając się plecami o ścianę.
— Jestem już za stary na striptizera.
Uśmiechnął się połową ust. Oblizałem wargi.
— Na pomaganie mi nie jesteś za stary.
Westchnąłem. Wyglądał jakoś poważniej w tym fotelu, ciągle jednak miałem przed oczami dawnego Sherlocka, mojego Sherlocka. Gdy patrzył na mnie tak jak teraz, naprawdę niewiele się różnił od tego sprzed ośmiu lat.
— Nie, Sherlock, nie mógłbym — westchnąłem, ale na moich ustach pojawił się sentymentalny uśmiech.
— Ostatnio bardzo dobrze sobie poradziłeś.
— Nie o to chodzi — zaprzeczyłem.
— Więc o co?
Wziąłem głębszy oddech. Tak bardzo jak ciągnęło mnie do niego, do jego spraw, tak dobrze zdawałem też sobie sprawę, że nie mógłbym do tego wrócić, po prostu bym nie mógł.
— To już zamknięty etap — zacząłem niepewnie, badając jego reakcję. — Nie można wrócić do tego, co było. To, że ci wybaczyłem, nic nie zmienia. Robiliśmy to lata temu, było świetnie i zawsze będę dobrze to wspominał, ale to już przeszłość.
— Nie rozumiem.
— Trudno. — Wzruszyłem ramionami.
— Nienawidzisz tej pracy i chcesz wrócić do przeszłości, dlaczego tego nie zrobisz?
Zacisnąłem wargi.
— Sam do końca tego nie rozumiem — przyznałem ciszej. — Wiem tylko, że nie mogę wrócić. — Przymknąłem powieki na moment. — Może trochę się boję.
— Czego? — Usłyszałem po chwili jego szept tuż przy swoim uchu. Na moim karku pojawiła się gęsia skórka, a policzki paliły mnie gorącem, ale nie otwierałem oczu. — Czego się boisz, John?
— Tego, że znów znikniesz — wyszeptałem.
Chyba dotknął mojej twarzy, nie byłem pewien; wiedziałem tylko, że gdy otworzyłem oczy, jego już nie było.
Po pracy, dokładnie minutę po czwartej, dostałem wiadomość.
Mam propozycję. SH
Nieco przestraszony wsiadłem do samochodu. U Sherlocka "propozycja" mogła oznaczać dosłownie wszystko. Od szwendania się po mieście do ślubu. Dlaczego myślałem o ślubie?
Nie odpisałem, dochodząc do wniosku, że i tak mi o tym za chwilę na pisze. Siedziałem, zamknięty w samochodzie na parkingu przed przychodnią jak idiota, czekając na kolejną wiadomość.
W ważniejszych sprawach będę przedstawiał Ci dowody na Baker Street. SH
Pierwszy przypadek już czeka.
Znów słyszałem zduszony głos rozsądku, odradzający mi przyjęcie tej oferty, bo z tego na pewno nic dobrego nie wyniknie.
Odpaliłem silnik i pojechałem prosto na Baker Street.
Dziwnie było pukać do tych drzwi, wrót, za którymi zostawiłem swoją przeszłość.
— John! — powitała mnie ciepła twarz pani Hudson. Nie dzwoniłem do Sherlocka, że już jestem, ale spodziewałem się, że będzie na mnie czekał. Spotkanie z panią Hudson było miłą niespodzianką. — Sherlock mówił mi, że przyjdziesz. Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłam! — Uściskaliśmy się przyjaźnie. — On jest czymś zajęty, ale zaraz do ciebie zejdzie, a na razie chodź do mnie, kochaneczku, upiekłam ciasto.
Kuchnia pani Hudson pachniała domem, szarlotką (a jednak skurczybyk nie kłamał) i "ziółkami na biodro". Nie mogłem jednak jej za to winić. Przy Sherlocku ciężko było wytrzymać bez żadnych używek.
— Jak z Mary, John? — zapytała niewinnie, podając mi talerzyk z szarlotką.
— Jesteśmy po rozwodzie, pani Hudson.
— Och, szkoda. — Uśmiechnęła się. Uwielbiałem tę kobietę. — A jak praca?
— Dobrze. Stabilnie. — Kłamca, kłamca.
— Tak, słyszałam, że pracujesz w jakiejś miłej klinice… Chciałam nawet kiedyś do ciebie pojechać z biodrem, wiesz, kochany, jest trochę gorzej, ale do Sutton stąd daleko, nawet taksówką…
— Trzeba było zadzwonić, pani Hudson, wie pani, że nigdy bym nie odmówił. — Uśmiechnąłem się.
— Nie chciałam cię fatygować, kochaneczku, Sherlock jest taki zabiegany ostatnio, ty pewnie też… Mówię ci, prawie go nie ma. To tu skacze, to tam, ale ciągle wszędzie sam… Trochę mi go szkoda aż, wiesz, po Jacku nie miał do kogo ust otworzyć.
Zadławiłem się tą cholerną szarlotką, zacząłem wypluwać płuca, aż pani Hudson się wzdrygnęła. Uspokoiłem się dopiero po kilkudziesięciu sekundach.
— Jacku? — Odchrząknąłem. — Jakim Jacku?
Pani Hudson jakby trochę się zmieszała.
— Wiesz, John, po tym, jak się pokłóciliście, Sherlock wpadł w straszną depresję, no okropną, gorszej niż po tej, jak jej tam… Irene, oj, zdecydowanie gorszej. Nic nie jadł tygodniami, w ogóle nie wychodził z domu, nawet na sprawy, nawet skrzypiec w nocy nie słyszałam! Kilka tygodni dosłownie przeleżał na tej nieszczęsnej sofie w szlafroku, aż, rozumiesz, musiałam zadzwonić do Mycrofta, żeby coś zaradził, bo ja nie umiałam sobie z nim dać rady, a bałam się trochę, że może wpadł w… wiesz. — Spojrzała na mnie wymownie. Wiedziałem. W narkotyki. — Mycroft bardzo długo z nim rozmawiał, a wyszedł stąd jakby dziesięć lat starszy! No i później Sherlock zaczął wychodzić, ale głównie wieczorami, wracał w nocy, a czasem rano mijałam się z jakimiś chłopcami, ale niezbyt sympatycznie wyglądali, niektórzy nawet mi "dzień dobry" nie mówili! — Słuchałem tego z rosnącym niedowierzaniem? Holmes i seks na jedną noc? — Trwało to chyba z trzy miesiące, codziennie był tu ktoś inny, mówię ci, wariactwo. — Jakby ktoś walnął mnie obuchem w brzuch. Mój żołądek wywinął salto, a potem opadł jak kamień. — A później jak nagle się zaczęło, tak nagle urwało. I wtedy zaproponowałam mu nowego współlokatora, mojego siostrzeńca, Jacka. Bardzo uprzejmy był, literat, wiesz, a jaki bystry! Sherlock nawet zaczął go zabierać na sprawy, bardzo go wszyscy lubili, no ale takiego człowieka nie da się nie lubić, miły, dobrze wychowany, szarmancki, a jak przystojny… — Poczułem zimną falę potu schodzącą po moim czole. — Tak, Jack był…
W tym samym momencie usłyszeliśmy chrząknięcie z progu. Spojrzałem w górę i naszła mnie tak ogromna ochota, żeby mu przyłożyć, że do dziś nie wiem, jakim cudem się powstrzymałem. Bez słów poszedłem za nim na górę, opadłem wściekle na fotel i ze słabo skrywanym nadąsaniem przyjąłem teczkę z jakimiś fotografiami. Nie miałem pojęcia, co to było, a Holmes zmierzył mnie tylko spojrzeniem.
— Więc Jack — wysyczałem, patrząc na Sherlocka spode łba i zaciskając dłonie na podłokietnikach. Jak zazdrosna żona, brawo. Och, zamknij się.
— Tak, był taki ktoś.
— Był?
— Jak widzisz. — Rozłożył dłonie bezradnie, wskazując na mieszkanie. Faktycznie - żadnych rzeczy należących do kogokolwiek innego. Nagle to mieszkanie wydało mi się dziwnie chłodne.
— Dlaczego się zgodziłeś, żeby z tobą zamieszkał?
— Przesłuchujesz mnie?
— Nie, po prostu jestem ciekawy — syknąłem wściekle. Byłem na najlepszej drodze do totalnego skompromitowania się i przekreślenia wszystkiego, o czym wczoraj go zapewniałem, ale tak jakoś miałem to w dupie.
— Potrzebowałem współlokatora. — Wzruszył ramionami. Co za absolutna bujda!
— Ta — powiedziałem przez zaciśnięte zęby. — Co robił?
— Pisywał do dobrej gazety.
— Pewnie słodko razem wyglądaliście na miejscach zbrodni. Ty i John dwa, ulepszona wersja.
— John, niezbyt rozumiem twoje zachowanie.
Sapnąłem, ze zdziwieniem rejestrując, że z moich nozdrzy nie buchnął ogień.
— Ja natomiast "niezbyt rozumiem", dlaczego że wczoraj mówiłeś, że potrzebujesz mnie! A ci seks-przyjaciele? — wybuchłem.
— O co ci chodzi?
— O nic, po prostu wcześniej mówiłeś, że jesteś poślubiony swojej pracy!
Sherlock znów zmierzył mnie spojrzeniem od góry do dołu, później jednak opuścił wzrok i nasze oczy już się nie spotkały.
— Czy to by cokolwiek zmieniło?
— Nie, ale…
— Więc dlaczego jesteś zły?
Odetchnąłem głębiej. To, że Sherlockowi wszystko trzeba było tłumaczyć jak pięciolatkowi, trochę mnie uspokajało. Pozwalało mi jednocześnie jeszcze raz wyklarować niektóre sprawy samemu sobie.
— Po prostu jestem zaskoczony, to wszystko. Zdawało mi się, że byliśmy ze sobą szczerzy, a ty zawsze twierdziłeś, że nie jesteś zainteresowany cielesnością ani że nie chcesz się angażować.
— Zmieniłem zdanie po tym, jak odszedłeś.
— Zauważyłem.
Wpatrywałem się we własne zbielałe od zbyt długiego uścisku na Bogu ducha winnych podłokietnikach palce. Milczeliśmy przez chwilę, ja jeszcze raz przetrawiałem te wszystkie informacje, Sherlock robił… cholera wie co. Nie mogłem uwierzyć, że był z kimś, że z własnej nieprzymuszonej woli pozwalał się tamtym facetom dotykać… Cholera, pewnie uprawiali tu wszędzie seks. Aż się wzdrygnąłem. Na moim fotelu też…?
Uspokój się, John, powiedziałem samemu sobie. To nie jest już "twój" fotel, a Sherlock może na nim pieprzyć lub być pieprzonym przez kogokolwiek sobie tylko wymarzy. Niby miałem świadomość, że to wszystko prawda, ale mój żołądek i tak odmawiał rozluźnienia się, znaczącego, że tak, akceptuję tę sytuację. Wręcz przeciwnie, czułem, jakby wszystkie moje narządy wołały o pomstę do nieba. Chyba faktycznie powinienem coś zrobić.
— Długo tu mieszkał? — zapytałem przepraszającym tonem. Szkoda tylko, że Holmes nie rozróżniał tonów przepraszających od nieprzepraszających i tak czy inaczej będę musiał mu powiedzieć wprost, że owszem, jestem idiotą.
— Prawie dwa lata.
Szczęka opadła mi chyba piętro niżej. Dwa - kurwa, że co? - lata?! To dłużej, niż my… "My" co, John? Byliśmy przyjaciółeczkami? Westchnąłem pod nosem. To wszystko wydawało mi się tak nierealne, ten nowy współlokator, ci faceci, Sherlock dotykany, dotykający, całowany, całujący… Moje serce przyśpieszyło nieznacznie na te wyobrażenia i poczułem, że pompuje krew w miejsca zdecydowanie nieodpowiednie. Odchrząknąłem.
— To długo. — Super. — Dlaczego się wyprowadził? — Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że znowu go przesłuchiwałem. — Przepraszam, Sherlock, jeśli nie chcesz o tym mówić, nie odpowiadaj, nie wiem, co we mnie… — zacząłem paplać bez sensu.
— Przestało być miło, Jack chciał rzeczy, których nie mogłem mu dać, dlatego uznaliśmy, że tak będzie dla nas obu lepiej.
Imię tego chłoptasia okropnie mnie denerwowało. Jack. Taka tańsza wersja Johna. Przełknąłem gorycz podchodzącą mi do gardła.
— Cudownie, że nim się przejmowałeś. — Zerwałem się z fotela jak oparzony. — No ale tak, na mnie przetestowałeś wszystko, więc on dostał pełen zestaw najlepszego traktowania. Ciekawe, dlaczego cię jednak zostawił ten twój nadworny kronikarz.
— John… — Sherlock również wstał i przypatrywał mi się z czymś dziwnym, jakby niepokojem, ale też nie do końca. Nie umiałem stwierdzić, byłem zbyt wściekły.
— A ja ciągle tylko "John", "John" to, "John" tamto, "John, kup mleko", "John, zrób mi herbaty", "John, skup na mnie wzrok"… — Nagle poczułem pieczenie pod powiekami. Sherlock stał przy ścianie z rozchylonymi wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie. — To o nim chciał powiedzieć Angelo. — Uderzyła mnie świadomość. Wygląda lepiej niż jak za… Za Jacka. — Tam też go zabierałeś? Tych swoich chłoptasiów na seks też? A może on też był chłopcem do seksu, co? — Byłem coraz bliżej niego, a Sherlock jakby się kulił. — Ciągle razem, wspólne mieszkanie, ludzie zaczęli gadać, a on pewnie podkręcał te plotki… Obaj przystojni, aż szkoda było nie skorzystać, hm? — Moja twarz była tak blisko jego, że wystarczył jeden ruch… Spojrzałem mu w oczy i to mnie złamało.
Zmiażdżyłem jego wargi w pocałunku, ale chwilę później to ja byłem przyciśnięty do ściany, z rękoma przyszpilonymi nad głową przez jedną jego dłonie. Wiedziałem, że to chude ciało było tylko chwytem reklamowym i że Holmes był dość silnym mężczyzną, ale, cholera, nie spodziewałem się, że aż tak silnym. Trzymał mnie tak mocno, że w ogóle nie mogłem się ruszyć, całował ostro i z potrzebą, której wcześniej w nim nie widziałem. Poddałem się mu zupełnie, dałem się posiąść i czułem się doskonale; jego język dominował nad moim, jego ciało górowało nade mną i miałem wrażenie, że tak powinno być, że powinienem dawać przyciskać się do ściany i dawać całować się w ten sposób. Oderwał się wreszcie ode mnie i obaj łapaliśmy utracony oddech, ciągle nie wypuszczał jednak moich rąk, które zaczynały już drętwieć. Biegał rozpalonym wzrokiem po mojej twarzy, a ja czułem się, jakby mnie rozbierał. Mógłby to zrobić naprawdę, a nie wyręczać się takimi półśrodkami.
Wypuścił moje dłonie i odsunął się gwałtownie, odwracając do mnie plecami.
— Chyba powinieneś już pójść — powiedział, a mnie zatkało. Po takim pocałunku odprawiał mnie do domu? Czy jemu już naprawdę kompletnie odbiło?
— Dobrze, pójdę. — Skinął głową. — Wezmę te zdjęcia. — Zero reakcji. — Nie musisz mnie odprowadzać. — Ewidentnie nie zamierzał.
Zbiegłem na dół, pożegnałem się krótko z panią Hudson i wyszedłem na zewnątrz. Świeże powietrze jakby trochę mnie otrzeźwiło, na pewno wywołało u mnie nową falę nienawiści do samego siebie. Miałem do siebie tak mieszane odczucia, że sam właściwie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie miałem pojęcia, o co urządzałem mu ten cyrk, spektakl zazdrości, a jednocześnie to zdawało się doprowadzić do tego… później. Z drugiej strony, Sherlock raczej się nie cieszył z tego pocałunku, sądząc po tym, jak dosłownie wykopał mnie z mieszkania. Cholera.
Wróciłem do domu, wziąłem zimny prysznic i położyłem się z nadzieją, że sen uratuje mnie od smutnych przemyśleń na temat mojego zachowania. Od dawna wiedziałem, że sen to taki stary skurczybyk, który dokładnie wie, kiedy nie nadejść, i teraz oczywiście dostałem okazję, by jeszcze lepiej się o tym przekonać. Leżałem bezsennie dobrą godzinę, zanim wściekły wróciłem na dół do kuchni, zrobiłem sobie słabą herbatę i usiadłem przy stole. Zachowałem się jak skończony dupek, teraz widziałem to jeszcze wyraźniej, choć naprawdę nie było potrzeby. A później wyrwałem się jak Filip z konopi i go pocałowałem. Westchnąłem w gorący kubek.
Przepraszam, Sherlock. Jestem okropnym durniem. John — wysłałem po chwili zrezygnowany. Czy ta nasza pokręcona relacja zawsze już będzie tak wyglądać? Sherlock jako dobra i niewinna ofiara, ja półmózgi oprawca, który po chwili reflektuje się i przeprasza? Wyglądało to dla mnie niezbyt ciekawie.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Przyjęte. SH
Nieistniejący kamień spadł mi z serca. Nieistniejący, bo przecież nie przejmowałem się uczuciami Sherlocka. Wcale. Później będę rozważał, czy Sherlock w ogóle zdawał sobie sprawę, że nie przepraszałem go za pocałunek.
Zaczynał mnie natomiast martwić mój umysł, właściwie ta jego część, zwana przez laików "sercem", która odpowiadała za uczucia. Uniosłem się po wiadomości o chłopcach Sherlocka i jego nowym współlokatorze jak paw, szkoda tylko, że nie miałem piórek. Czyli generalnie żadnego powodu. Coś jednak czułem, przecież go pocałowałem, do kurwy nędzy, ale nieumiejętność określenia tego doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Na miłość boską, to Holmes był tym nierozgarniętym w kwestii odczuwania, ja miałem zawsze wszystko uporządkowane… Sam zaczynałem się gubić, z jednej strony nie chciałem rozpoczynać tej znajomości na nowo, z drugiej informacja o tym, że Sherlock też umiał być szczęśliwy z kimś innym wywoływała we mnie jakąś irracjonalną irytację, jednocześnie palącą i bolesną, która doprowadziła do… no. Coś we mnie krzyczało: ON JEST TWÓJ, a ja, cholerny macho, musiałem mu to udowodnić. W dodatku wzrok Sherlocka, gdy zacząłem uzewnętrzniać moje coś… tak nie patrzył ktoś, komu moje słowa były obojętne.
Ale wcześniej mówił, że jest poślubiony pracy.
Ale "zmienił zdanie po tym, jak odszedłem" i oddał mój pocałunek.
Ale później mnie wykopał.
Tak, ale jak całował...
Kurwa.
Przekręciłem się w krześle i wyjrzałem za okno. Mgła była gęsta jak mleko, moja herbata już zimna, a ja beznadziejnie zdezorientowany.
