— Och, John… Tak, dobrze… iMocniej/i, John… Taaak… Świetnie… Jesteś do tego stworzony…

Miałem ochotę mu powiedzieć, żeby się zamknął, ale z drugiej strony, otrzymywanie komplementów od Sherlocka Holmesa raczej nie zaliczało się do zjawisk zwyczajnych i codziennych, wolałem więc nie przerywać go, żeby równowaga we Wszechświecie nie została przypadkiem zachwiana.

Wymasowałem go icałego/i. Nigdy bym nie pomyślał, że mój genialny detektyw-konsultant-kochanek może być tak spięty, a jednak - ciągle odkrywałem w nim nowe rzeczy. Zacząłem od długich mięśni łydek, przechodząc do ud i starając się skupić wzrok na mięśniach, a nie jego penisie, co było nie lada wyzwaniem; na szczęście Sherlock zamknął oczy, choć wcale nie byłem pewny, czy nie czuł mojego wygłodniałego spojrzenia na swojej męskości. Jeśli wiedział, nie skomentował, i byłem mu za to wdzięczny. Godzinę zajął mi porządny masaż pleców i to dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, w jak permanentnym stresie Sherlock musiał ciągle żyć, żeby doprowadzić swoje mięśnie do takiego stanu. Miałem nadzieję, że nie byłem jego główną przyczyną. Póki co nie zadawałem żadnych pytań, skupiając się na wykorzystywaniu mojej nieco zakurzonej wiedzy ze studiów i pozwalając się Sherlockowi w pełni odprężyć, zapisałem sobie jednak mentalną notatkę, żeby go o to zapytać w niedalekiej przeszłości. Czułem, jak ciało Sherlocka stopniowo się pode mną rozluźnia, a jego oddech wyrównuje, nawet mimo rzucanych od czasu do czasu uwag, w większej mierze - co było dla mnie nie lada zaskoczeniem - pozytywnych.

Kiedy skończyłem, całując jego kark, odwrócił się do mnie z szerokim, rozbrajającym uśmiechem na twarzy i wciąż zamkniętymi oczami. Słowo daję, nie wiem, jak ponad czterdziestoletni mężczyzna mógł zachować niewinność kociątka, ale Sherlockowi jakimś cudem się to udało. Oczywiście jeśli na moment z pamięci wymazałbym to, że kroił ludzi i zwierzęta na kawałki "dla nauki" i zostawiał te części w lodówce, i że skoczył…

— John? — Szlag. Pewnie mrugnąłem nerwowo. Albo wziąłem głębszy, niż powinienem, oddech. Cholera, nieważne, co mnie zdradziło, Sherlock iwiedział/i.

— Przepraszam — wydusiłem, chociaż przecież nie miałem za co go przepraszać. Panika zaczynała przejmować nade mną kontrolę i nagle nie byłem w stanie się opanować, zupełnie jakby te wszystkie lata nie dzieliły mnie od wspomnień z szesnastego czerwca, kiedy trzymałem jego dłoń nie wyczuwając pulsu… Poczułem obejmujące mnie ramiona i chwilę potem wtulałem się w jego nagie ciało, próbując opanować drżenie.

Nie mam pojęcia, ile czasu tak trwaliśmy, on siedząc na leżance, ja wciśnięty w jego ciepłe ramiona. Kiedy w końcu mnie wypuścił, spojrzał na mnie tylko krótko i zniknął w swojej sypialni, nie wychodząc do końca dnia.


Przez resztę popołudnia zdążyłem przejechać się do Sutton po podstawowe rzeczy i wrócić. Miałem jednak sporo wątpliwości, czy w ogóle zostawać na noc, przez dziwne zachowanie Sherlocka. Nie byłem pewny, czy w ogóle będzie mnie dzisiaj chciał widzieć w swoim łóżku. Do tej pory znałem jego humorki jedynie z punktu widzenia przyjaciela i współlokatora i nie miałem pojęcia, jak to będzie wyglądało teraz, kiedy awansowałem do stopnia kochanka. Równie dobrze może wygonić mnie z łóżka, a wtedy z powrotem będę musiał jechać do Sutton, bo niestety nie mogłem już sobie pozwolić na nieprzespane noce przed pracą. Wracałem na Baker Street z duszą na ramieniu, wyłączając radio, kiedy zabrzmiało "Będę na ciebie czekał"*. Jak zwykle wszystko przeciw mnie.

Było już koło ósmej, kiedy wszedłem do 221B, akompaniowany tym razem jedynie martwą ciszą. Westchnąłem w eter i poszedłem do kuchni tylko po to, żeby szybko zrezygnować z samodzielnego robienia kolacji i postanowić zamówić jedzenie na wynos. Przez chwilę planowałem zamówić najzwyklejszą i najtańszą pizzę, ale szybko wpadł mi do głowy pomysł zadzwonienia do ulubionej tajskiej restauracji Sherlocka. Szanse, że jedzenie poprawi mu humor, były w najlepszym wypadku mierne, ale postanowiłem wypróbować każdą możliwą metodę. Czterdzieści minut później dostawca puścił mi sygnał, a ja byłem pięćdziesiąt funtów biedniejszy. Ach, miłość.

Przez ułamek sekundy byłem zaskoczony własną myślą, która pojawiła się w moim własnym umyśle. Miłość. Otrząsnąłem się z nieistniejącego kurzu. Może to był już właściwy czas. Może powinienem mu to powiedzieć teraz i ostatecznie zakończyć ten cyrk między nami. Może tak będzie lepiej…

— Och, jedzenie. "Przez żołądek do serca", hm? Nie sądziłem, że posuniesz się do takich niskich zagrań.

Powinienem mu przyłożyć. W twarz. Krzesłem.

Drzwi zatrzasnęły się za nim tak gwałtownie, jak mój cudny detektyw pojawił się w salonie.

— Ty pieprzony dupku, wyłaź! — zacząłem się drzeć jak debil pod drzwiami jego sypialni. Cholera, co ja robiłem… Odchrząknąłem. — Sherlock — zacząłem spokojniej. — Wyjdź stamtąd. Proszę. — Żadnego odzewu. Mogłem się domyślić. Westchnąłem, wróciłem do kuchni, wziąłem obie porcje i usiadłem pod drzwiami, opierając się o nie plecami i zabierając do jedzenia. Wystarczyło mi, że byłem wkurzony, wkurzony i głodny przelałoby czarę goryczy. — Trudno, poczekam. Czekałem trzy lata, pamiętasz? Powinieneś wiedzieć, że jestem cierpliwy.

Niespodziewanie drzwi drgnęły, a ja cudem uniknąłem wylądowania na plecach. Odwróciłem się nieznacznie, tak żeby móc kątem oka go widzieć, ale jednocześnie nie całkiem na niego patrząc. Czekałem.

— Będziesz tak siedział na tej podłodze czy w końcu tu przyjdziesz?

Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Zgarnąłem siebie i jedzenie i wskoczyłem do jego łóżka, ciągle nie do końca pewny, co się właściwie między nami rozgrywa. Sherlock oblizał wargi i wziął ode mnie styropianowe opakowanie. Wziąłem to za sygnał i powoli uniosłem dłoń, zbliżając ją do jego twarzy i gładząc szorstką cerę wciąż ostrożnie. Sherlock wypuścił oddech i chwilę później byłem nad nim i całowałem go z potrzebą, której sam bym w sobie nawet nie podejrzewał. Dłonie Sherlocka przesuwały się po mojej koszulce w dół, zaciskając na moich pośladkach. Cholera, on chyba nie sugerował seksu na zgodę?

Jedna dłoń zjechała niżej, głaszcząc wnętrze mojego uda.

Szlag, szlag, szlag.

Oderwałem się od niego i uśmiechnąłem lekko.

— Może najpierw zjedz?

Sherlock popatrzył na mnie dziwnie. O Boże, jestem żałosny.

Zsunąłem się z niego i poprawiłem nieistniejący kołnierzyk koszuli, oblizując wargi. Ciągle czułem na sobie zaskoczone spojrzenie Sherlocka i nie wytrzymałem.

— Jasna cholera, Sherlock. Nie możemy tak… ot tak… — Zacząłem machać rękami jak kretyn. — Co dopiero przesiedziałeś cały wieczór w swojej sypialni bez żadnego wyraźnego powodu, a teraz chcesz mnie wziąć w obecności tajskiego żarcia. — Westchnąłem. — Musi być zachowana jakaś kolej rzeczy.

Sherlock prychnął. Czułem, co nadchodzi.

— Och, rozumiem. Może najpierw poproszę twoich rodziców o rękę, potem, jeśli łaskawie wyrażą zgodę, oczywiście, oświadczę ci się i weźmiemy ślub w małym kościółku nad oceanem. Zaprosimy twoją siostrę i Mycrofta w towarzystwie połowy agentów brytyjskiego wywiadu, to w końcu skromna uroczystość. W nocy przy zgaszonym świetle będziemy uprawiać grzeczny seks, a dziewięć miesięcy później…

— Dobra, dobra, starczy. — Denerwował mnie jak diabli i musiałem mu przerwać, bo miałem być zirytowany, a nie ledwo powstrzymywać się od wybuchnięcia śmiechem. Jezu, co się stało z moim życiem. — Zjedz to pieprzone tajskie żarcie, bo pięćdziesiąt funtów posagu pójdzie na marne.

Sherlock uśmiechnął się połową ust, ale zaczął powoli przeżuwać wołowinę. W końcu jakiś sukces.

— Ale powiedz mi, John, co jest złego w dzisiaj?

Zmarszczyłem brwi.

— To najpierw powiedz, co się dziś ugryzło.

— Zapytałem pierwszy — zaperzył się.

— To nie przedszkole. — Przewróciłem oczami, a Sherlock mruknął. Zupełnie nie współpracował, niech go szlag.

— Chciałem ci dać czas.

— Czas na co, na miłość boską?

Sherlock wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Odstawiłem jedzenie ostrożnie i nakryłem jego dłoń swoją.

— Hej. — Zerknął na mnie. — Nie musisz unikać odpowiedzi, Sherlock. Właściwie wolałbym, żebyś niczego w sobie nie chował. — Wreszcie nasze spojrzenia się spotkały na dłużej niż tylko ułamek sekundy. Wyglądał, jakby był zmieszany, a ja w dalszym ciągu nie miałem pojęcia, o co mogło chodzić.

— Czas na przeżycie tego, co czułeś po moim samobójstwie, cokolwiek się dzisiaj znowu pojawiło. — Zacisnąłem dłoń mocniej na jego palcach nie w pełni świadomie. — Widziałem to, John. Nie chciałem tego widzieć.

— Nie możesz od tego uciec — wyszeptałem, czując pod powiekami znajome pieczenie łez. — Żaden z nas nie może.

— Wiem.

— Więc dlaczego próbujesz? — wciąż nie podnosiłem głosu ponad szept.

Zmiażdżył moje wargi własnymi, tak że całe powietrze opuściło moje płuca, zwątpienie umysł i niepokój serce. Sherlock był tu, tu i teraz, ze mną, mogłem go dotknąć i mogłem go całować, i przeszłość, jakakolwiek była, nie miała znaczenia przy teraźniejszości. Wczepiłem się dłońmi w jego koszulę, tak by być jeszcze bliżej i mieć go jeszcze więcej, i nagle stwierdziłem: pieprzyć kolejność i opanowanie. Jedną dłonią wciąż niemal desperacko miąłem jego koszulę, drugą zsuwając w dół, pod gumką od spodni. Pogładziłem jego penisa i Sherlock oderwał się ode mnie gwałtownie.

— Jesteś pewien?

— Boże, tak — wysapałem, a Sherlock znów spoił nasze usta, ledwo zanim zdążyłem skończyć. Całował mnie gwałtownie, tak jakbym za chwilę miał się rozmyślić. Nie wiedzieć kiedy w mojej dłoni znalazła się tubka lubrykantu. Sherlock otworzył usta szerzej i zaczynałem powoli przejmować kontrolę nad pocałunkiem, jednocześnie ściągając jego spodnie i majtki. Chwyciłem jego już twarde jądra i Sherlock jęknął w moje usta.

— Robiłeś to kiedyś? — wysapał.

— Byłem w wojsku — wydusiłem na jednym oddechu, mając nadzieję, że zrozumie moją odpowiedź. Sherlock skinął głową i ustawił się pode mną tak, że miałem idealny dostęp do jego tyłka. Zacząłem go całować tym razem powolniej, wsadzając w niego palec. Sherlock nagle stężał pod moim dotykiem.

— Nie jesteś przecież prawiczkiem — wyszeptałem, wysuwając palec, ale wciąż całując jego żuchwę i szyję.

— Tak.

— Wiesz, co robić. — Spojrzałem na niego krótko. Nie spotykał moich oczu. — Zrelaksuj się.

Sherlock znów tylko skinął głową, a ja wróciłem do przygotowywania go. Jego skóra smakowała cudownie, słona od pierwszych kropli potu i ciepła; nie mogłem oderwać od niego ust. Palce Sherlocka wplotły się w moje włosy i to jeszcze bardziej pobudzało. Powoli rozluźniał się, tak że mogłem dodać trzeci palec, wracając do całowania jego ust. Wspaniale kontrastowały z resztą ciała, słodkie i mokre, i, Boże, mógłbym tak trwać zawsze. Jego dłonie błądziły po moim kręgosłupie, zaciskały się na moich pośladkach i już samo to sprawiało, że byłem coraz boleśniej podniecony. Wysunąłem z niego palce, smarując swojego penisa pozostałością tubki, tylko połowicznie zdając sobie sprawę, że Sherlock naprawdę sobie folgował przez ostatnie lata. Napierałem powoli główką na jego wejście, a Sherlock zacisnął dłonie na moich włosach mocniej i potraktowałem to jako zaproszenie. Wszedłem w niego powoli, jeszcze nie całkowicie, dopasowując nas do siebie. Wysunąłem się i uderzyłem drugi raz. Sherlock znieruchomiał, a ja kompletnie zamarłem. Wysunąłem się z niego szybko, obejmując jego twarz dłońmi.

— Co się dzieje? — Zagryzł wargi. — Powiedz mi. — Pocałowałem jego policzek łagodnie. — Błagam, Sherlock.

— Przepraszam, John — powiedział cicho łamiącym się głosem. — Kontynuuj.

Zszedłem z niego i usiadłem obok, szybko zakładając slipki z powrotem, ignorując błagania mojego wciąż twardego penisa.

— Zwariowałeś? Nie będę cię gwałcił.

Nagle cały nastrój jakoś wyparował. Boże, ten człowiek nosił w sobie tak wiele wciąż nieodkrytych przeze mnie ran i sekretów, że coraz trudniej było mi cokolwiek przewidzieć.

— Przepraszam. — Odchrząknął, siadając obok mnie, ale na tyle daleko, że nasze ciała się nie dotykały. Zaczynało mnie kłuć w klatce piersiowej. Będę musiał dobrze to rozegrać. Tak żeby nie stała się żadna większa krzywda.

— Nie masz za co przepraszać. — Starałem się brzmieć spokojnie, choć czułem w sobie narastającą panikę. — Tylko, proszę, powiedz mi, co się dzieje, bo się martwię. — Dalej się nie odzywał ani na mnie nie patrzył. Cholera, miałem wrażenie, że zaraz pęknie mi serce. — Czy ktoś cię kiedyś zgwałcił? — Słowo ledwo przeszło mi przez usta. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać, co zrobię, jeśli Sherlock powie "tak".

— Boże, nie. — Jeden kamień spadł mi z serca.

— Więc co się stało?

Westchnął.

— Kiedy Jack już się wyprowadzał, próbował… ale nic poważnego się nie stało, on tylko… ostatecznie nic mi nie zrobił…

Moja furia osiągnęła chyba najwyższy możliwy dla człowieka poziom. Ten typ wszedł z brudnymi buciorami w moje miejsce, a potem jeszcze próbował zgwałcić Sherlocka. Pierdolony Jack skrzywdził Sherlocka.

— Urwę mu jaja. — Chyba nie miałem tego powiedzieć nagłos, ale nie obchodziło mnie to. Moje dłonie zaczęły się trząść więc zacisnąłem je w pięści. Wstałem z łóżka.

— John. — Prawdopodobnie się podniósł, nie byłem już nawet pewny, jedyne, co widziałem, to moje dłonie zaciskające się wokół szyi tego fagasa. Czułem, jakby całe moje ciało płonęło żywym ogniem. Niech go tylko dostanę w swoje ręce… Gorzko wszystkiego pożałuje… Zrobię mu z twarzy jesień średniowiecza, tak że sam siebie nie rozpozna w lustrze… Niech go tylko…

Nie miałem pojęcia, kiedy ramiona Sherlocka owinęły się wokół mnie. Czułem, jak zostaję pociągnięty do mocnego uścisku.

— Proszę, John — wyszeptał, kładąc brodę na mojej głowie. W tym momencie nienawidziłem tej różnicy wzrostu, która między nami była.

— Puść mnie, Sherlock — wysapałem, wciąż nie potrafiąc się uspokoić. — Puść mnie, albo sam będę musiał się uwolnić, przy okazji być może robiąc ci krzywdę.

— Szsz — szepnął, przyciskając mnie do swojego ciała jeszcze mocniej i gładząc moje włosy. Powoli mój oddech uregulował się i nie rozsadzało mnie tak od środka, ale wciąż byłem wściekły. — Okej?

— Okej — westchnąłem, a Sherlock wypuścił mnie z objęć, cmokając łagodnie moje usta. — Ale dalej nie mieści mi się to w głowie. — Sherlock opadł na kanapę, zajął się wysyłaniem esemesów i nawet nie byłem pewien, czy mnie słucha, ale nie potrafiłem przestać mówić. — Jak on w ogóle… Jak mógł… — bełkotałem, sam właściwie nie wiedząc, co chciałem powiedzieć.

— Naprawdę nic się nie stało, John, posunął się za daleko, ale byłem w stanie sobie z nim poradzić — odpowiedział Sherlock nawet na mnie nie patrząc.

— Nic się…?! Masz traumę, człowieku, jak możesz mówić, że nic się nie stało?! — Czułem, jak gniew ponownie we mnie wzrasta. Sherlock najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że prawie padł ofiarą gwałtu. — Ten typ powinien pójść do…

— Obiecaj, że nikomu o tym nie powiesz — usłyszałem nagle ostry głos Sherlocka. To nie była prośba. Oblizałem wargi, spotykając jego spojrzenie.

— Dobrze, ale…

— Bez żadnych "ale". To koniec tego tematu. Nie rozmawiajmy o tym, ja to usunę, a ty…

Pokręciłem głową i usiadłem koło niego na kanapie, kładąc jego nogi na moich udach.

— Możesz okłamywać swoją świadomość, ale to zapisało się już w podświadomości, Sherlock. Unikanie tematu nic nie zmieni.

Podniósł się i przeszedł parę kroków po mieszkaniu. Mogłem dostrzec, że był coraz bardziej zdenerwowany. W końcu zatrzymał się twarzą do okna, tak że mogłem podziwiać jego wciąż nagie plecy.

— Skąd możesz to wiedzieć? Nie wiesz, jak funkcjonuje mój mózg, John, więc proszę, nie wypowiadaj się na ten temat.

Normalnie coś bym mu odburknął, ale teraz wiedziałem lepiej, że złośliwość Sherlocka nie jest kierowana jego charakterem, tylko stresem po urazie, z którym nie potrafił sobie poradzić. Podszedłem do niego ostrożnie i objąłem go w talii, całując jego obojczyk. Po mojej złości nie było śladu. Miałem ważniejsze rzeczy do zrobienia, Jacka mogłem zamordować później.

— Przejdziemy przez to razem, tylko pozwól mi sobie pomóc.

Sherlock nie odpowiedział, ale czułem, jak jego ciało się rozluźnia.


Przez kilka kolejnych dni sprawy nabrały jako-takiej normy: ja chodziłem grzecznie do pracy, Sherlock spędzał dnie na wykonywaniu jakichś dziwacznych eksperymentów na muchówkach, w które, dla własnego zdrowia psychicznego, wolałem nie wnikać. Wszystko było w normie, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki któregoś dnia, wracając akurat na Baker Street po pracy, nie zobaczyłem na wyświetlaczu telefonu numeru Grega Lestrade'a.

— Watson. — Odebrałem, starając się brzmiąc, tak jakbym nie wiedział, kto do mnie dzwoni.

— Hej, John, tu Greg.

— Och, czołem. Co słychać?

— Przepraszam, jeśli ci przeszkadzam, nie dzwoniłbym, ale… — zaczął, oczywiście ignorując standardowe pytanie o sprawy codzienne. Miło z jego strony. Nie zmieniało to jednak faktu, że zaczynałem się niepokoić. Lestrade nigdy nie dzwonił bez powodu, a kiedy już dzwonił, to tym powodem zawsze był Sherlock. Dobry Boże, mam nadzieję, że był grzeczny… — Pisałem do Sherlocka już parę razy, bo miałem kilka, ekhm, interesujących dla niego spraw, ale od paru dni albo mi nie odpisuje, albo mówi, że nie może. Czy z nim wszystko, no, okej? — Zatkało mnie i przez jakieś pół minuty nie byłem w stanie się odezwać. Sherlock faktycznie nie wychodził na sprawy, ale byłem święcie przekonany, że po prostu nie ma dla niego nic ciekawego, albo że Lestrade wziął sobie od niego wolne… Cholera jasna. — John?

— A, tak, uhm, tak, jest po prostu… zajęty… prowadzi jakieś badania…

— Ach. — Lestrade nie brzmiał na przekonanego. Sam też nie byłem przekonany, szlag by to. — Mam nadzieję, że szybko wróci, bo czasem… ciężko tu bez niego. Przyzwyczajenie już, chyba, nie?

— Taak — odpowiedziałem jak ostatni kretyn.

— Okej, dzięki, John, i do usłyszenia!

Dzięki Bogu, że nie zapraszał mnie tym razem na piwo, bo spędziłbym kolejnych kilka minut na ustalaniu szczegółów spotkania, które i tak nigdy nie dojdzie do skutku. Zamiast tego, ten czas mogłem poświęcić na zastanawianie się i zamartwianie na śmierć. Może nie powinienem zostawiać go samego w domu… Powinienem z nim być. Jestem takim idiotą. jak w ogóle mogłem pozwolić mu siedzieć w domu? Szlag.

Dojechałem do domu i na trzęsących się nogach wszedłem do środka. iUspokój się. Udawaj, że o niczym nie wiesz. Graj powoli i ostrożnie/i, powtarzałem sobie, ale jakoś nie byłem w stanie wprowadzić myśli w czyn. Byłem zbyt zdenerwowany, cholera jasna, żeby w cokolwiek grać. Szczególnie jeśli partnerem do gry miał być Sherlock Holmes.

Sherlock siedział w kuchni, pochylony nad mikroskopem. Położyłem obok niego siatkę z zakupami.

— Hej. — Nie odpowiedział, czego oczywiście się spodziewałem, dlatego nie poddawałem się. — Jak idzie eksperyment? — Dalej zero reakcji. Okej, dam radę. — Pewnie dobrze. — Wyjąłem obiad z lodówki i wstawiłem na kuchenkę. — Nie masz żadnych spraw?

— Lestrade do ciebie dzwonił. — Nawet nie udawał, że pyta.

Pieprzony dupek.

— Nie, dlaczego…

— Och, John, chociaż nie kłam.

Westchnąłem.

— Tak, dzwonił. Dlaczego siedzisz w domu?

— Nic interesującego.

— Chociaż nie kłam. — Przewróciłem oczami.

— Nic. Interesującego — powtórzył dobitniej i zrozumiałem, że to miało zakończyć naszą rozmowę. Pomieszałem ryż w garnku, wyłączyłem gaz i nałożyłem dwie porcje, podsuwając jedną Sherlockowi; nie za blisko, cholera wie, czy te muchówki wciąż nie były żywe.

— Zjedz — powiedziałem lekko zrezygnowanym tonem.

— Nie jestem głodny.

Sherlock.

Wreszcie podniósł na mnie wzrok.

— Nie mam najmniejszej ochoty powtarzać ci wszystko dwa razy, John. Powiedziałem: nie jestem głodny. Czy mógłbyś łaskawie zająć się swoimi sprawami i dać mi pracować? — powiedział w swojej maksymalnej szybkości.

Och, więc to tak?

— Okej, w porządku. — Wzruszyłem ramionami i zająłem się obiadem. Chciałem dodać coś jeszcze, ale nie było sensu. Zresztą, lepiej, żeby Sherlock okazywał jakiekolwiek emocje, niż chował wszystko w sobie. Może mimo wszystko to był jakiś postęp.

Nie odzywaliśmy się do siebie do końca dnia. Sherlock nie wychodził z kuchni, ja zająłem się porządkowaniem na powrót swoich rzeczy. Sherlock zrobił mi miejsce w swojej szafie, więc raczej nie musiałem się spodziewać eksmisji, przynajmniej w najbliższych dniach; chociaż - z nim nigdy niczego nie można było być pewnym.

Wieczorem usiadłem przed telewizorem, tak żeby mieć na Sherlocka oko. Wyglądał jak posąg; pochylony nad tym cholernym mikroskopem, zupełnie nieruchomy. Westchnąłem sam do siebie. Powinienem jeszcze zdecydować, co z pracą. Nie było szansy, że Amanda da mi urlop, więc kwestia dotyczyła tylko tego, czy się zwalniam czy nie. Nie chciałem zostawiać Sherlocka samego, z drugiej strony, przy jego obecnym rozdrażnieniu, mężuś w domu nie wyglądał na dobre rozwiązanie.

Ostatecznie doszedłem do wniosku, że jutro poproszę o wypowiedzenie. Trudno, Sherlock jakoś będzie musiał znieść moją obecność.

Wziąłem szybki prysznic i po krótkiej wewnętrznej bitwie położyłem się w łóżku Sherlocka. Pewnie i tak dziś nie będzie spał, albo…

Nagle drzwi rozsunęły się i stanął w nich półnagi mężczyzna, owinięty tylko w ręcznik.

Sherlock odchrząknął. Nie spuszczałem jednak z niego wzroku.

— Mogę spać na kanapie, jeśli chcesz.

Przez chwilę nie odpowiadał. Przebiegł po całym moim ciele wzrokiem kilka razy, a ja starałem się wytrzymać jego spojrzenie.

— Możesz zostać — odezwał się w końcu. Jego głos był perfekcyjnie, niemal pedantycznie neutralny, tak że nie mogłem z niego zupełnie nic wyczytać. Westchnąłem cicho i przesunąłem się. Sherlock rozwiesił ręcznik na drzwiach, założył slipki i wsunął się do łóżka, odwracając do mnie plecami. Zagryzłem dolną wargę i przysunąłem się nieco bliżej; nie zareagował. Uniosłem lekko ramię, ale szybko je opuściłem i odsunąłem się. Może nie powinienem go denerwować. Wszystko po kolei. Powoli. Odwróciłem się i westchnąłem, prawdopodobnie nieco za głośno, ale miałem to gdzieś.

— Idiota — usłyszałem szept przy swoim uchu i ciepłe ramię Sherlocka obejmujące mnie. Przykryłem jego dłoń swoją i zasnąłem niemal natychmiast.


Rano pojechałem do kliniki tylko po to, żeby złożyć wypowiedzenie. Amanda patrzyła na mnie dziwnie, ale, chwała Bogu, nie zadawała pytań. Zgodziła się nawet na zwolnienie bez okresu wypowiedzenia, więc trzy godziny po tym, jak wyjechałem z domu, byłem już z powrotem.

— Sherlock? — zawołałem, ale odpowiedziała mi pustka. Przeszedłem przez całe mieszkanie. Wyglądało na to, że w końcu postanowił wyjść.

Gdzie jesteś?

Sprawa — odpisał niemal natychmiast. Zmarszczyłem brwi.

Mam przyjechać?

Niekoniecznie.

Cholera, co on znowu odstawiał?

Poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie herbaty i zająłem się przeglądaniem zeszłotygodniowej prasy. Nawet się nie zorientowałem, kiedy zegar wybił trzecią. Przeszedłem znów po mieszkaniu, jakby Sherlock jakimś cudem miał się do niego w międzyczasie teleportować, a później zająłem się gotowaniem obiadu. O czwartej Sherlocka wciąż nie było, a ja zupełnie straciłem apetyt. Często znikał na sprawach, ale zawsze ciągnął mnie ze sobą, albo przynajmniej pisał, co robi, a teraz nic, żadnego narzekania na Andersona czy marudzenia, żebym przyjechał, wręcz przeciwnie - Sherlock ewidentnie nie chciał, żebym mu towarzyszył. Połapać się w jego zachowaniu to naprawdę nie lada wyczyn. Nie byłem pewny, czy kiedykolwiek będę w stanie osiągnąć stan świadomości, w którym albo mam wybryki Sherlocka w nosie, albo go rozumiem.

Pewnie nigdy.

Włączyłem telewizor i do dwudziestej udawało mi się w miarę nie przejmować. Ale kiedy zaczęło się ściemniać, mój niepokój urósł do rozmiarów, których już nie umiałem ignorować.

Kiedy wracasz? — napisałem i przez kolejnych trzydzieści minut wpatrywałem się martwym wzrokiem w ekran telefonu, czekając na odpowiedź.

Sprawa, John.

Wypuściłem oddech i wściekłem się. Znowu sobie ze mną pogrywał… Tym razem jednak nie miałem zamiaru mu odpuścić, przynajmniej nie tak łatwo jak… zawsze. Szlag.

Napisz mi przynajmniej gdzie jesteś, bo się martwię.

Londyn.

Cholerny dupek.

Dzwonię do Lestrade'a.

Miałem świadomość, że zachowuję się gorzej niż zazdrosna żona, ale zupełnie mnie to nie obchodziło.

Nic mi nie odpisywał, więc wybrałem numer Grega.

— Greg?

— Och, John, i jak tam? Udało ci się wygonić księżniczkę do Yardu?

Mogłem przysiąc, że moje serce zatrzymało się.

— Ach, to… nie, ciągle much… badania… Co tam?

Przez chwilę nie było odpowiedzi.

— Wszystko w porządku, John?

Nagle poczułem, że nie powinienem kłamać.

— Nie wiem. Dzwonię, bo Sherlocka nie ma w domu, wyszedł i napisał, że na sprawę, więc myślałem, że jest z tobą…

— Nie, John, nie było go tu, nie kontaktował się ze mną.

— Szlag.

— Czekaj, zaraz będę.

Rozłączyłem się.


*I will wait by Mumford and sons ;)