Od autora: Kolejny rozdział przed nami, niestety, czy też stety, ostatni, po nim tylko epilog. Jeszcze raz dziękuję wszystkim za komentarze. Przykro mi, Drumla, ale Sherlockowi nie uśmiechała się rola głównego podejrzanego, czy wręcz oskarżonego, niezależnie od tego, jak bardzo Anderson działał mu na nerwy. Myszyno, wiadomo, że się w zasadzkach nie pije alkoholu, na szczęście piwa są też bezalkoholowe.


Rozdział 4


Dzięki Bogu, już piątek!". To hasło przyświecało chyba wszystkim gościom baru, gdzie gwar głosów mieszał się z muzyką w ogłuszającej kakofonii. Mieszkańcy Londynu chcieli zapomnieć o tygodniu pracy i dobrze się bawić. Ktoś mógł nawet powiedzieć, że desperacko chcieli, bo tłoczyli się przy ladzie, gdzie trójka barmanów pospiesznie napełniała kolejne szklanki i szklaneczki.

Taki zamęt musiał pasować do planów „Mściciela", za to pewnością nie odpowiadał inspektorowi. Znalezienie jednej, konkretnej osoby w tym tłoku jawiło mu się jako równie łatwe, co wyłowienie jednej, konkretnej monety z fontanny na Piccadily Circus, jednak Sherlock zbył jego obiekcje wzruszeniem ramion. Lestrade musiał przyznać mu rację. Holmes i tylko Holmes był zdolny rozpoznać wśród kilkudziesięciu osób tą, która przyszła tam z morderczymi zamiarami.

Na razie Sherlock bawił inspektora i Watsona swoimi obserwacjami innych gości. W miarę, jak ubywało płynu w szklankach, Lestrade wysłuchiwał coraz bardziej skomplikowanych życiorysów. Zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co detektyw zamówił dla siebie do picia i jaką ma odporność na alkohol, więc zastanawiał się, czy Sherlock nadal robi użytek ze swojej wiedzy i zdolności, czy też wzięło go, wybitnie nie w porę, na opowiadanie bajek. Jeśli doktor miał podobne skojarzenia, zachowywał je dla siebie, więcej uwagi poświęcając mijającym ich kobietom.

Wreszcie szklanki były puste, Holmes skończył kolejną litanię o nałogach pijącego w pobliżu trzykrotnego rozwodnika i wyniósł się na chwilę. Gdy wrócił, nie podszedł do nich, ale do Sally. Sierżant zjawiła się w barze wkrótce po nich i teraz siedziała nieopodal. Ku zaskoczeniu inspektora niewiele zmieniło się w jej stroju, ale musiało to być skuteczne, bo już co najmniej trzykrotnie, o ile Lestrade wszystko zauważył, odrzucała zaczepki podchmielonych gości.

Jej pełna obrzydzenia mina na widok detektywa była niewątpliwie szczera. Holmes równie szczerze uśmiechnął się w odpowiedzi i usiadł naprzeciwko, a za moment poufale ujął ją za rękę. Sally odruchowo cofnęła dłoń. Sherlock tylko potrząsnął głową i zaczął do niej coś mówić. Lestrade ze swego miejsca nie mógł słyszeć słów, ale widział, że Donovan otwiera coraz szerzej oczy, a na policzkach pojawia się jej coraz ciemniejszy rumieniec. Detektyw zdawał się nie zwracać na to uwagi.

Można się było spodziewać, że taka sytuacja skończy się klasycznym policzkiem, ale sierżant nie należała do pań policzkujących natrętów. Jej uderzenie nie tylko rozniosło się echem po barze, powodując, że większość gości obejrzała się w tamtą stronę, ale i dosłownie zrzuciło Holmesa z krzesła. Sherlock poderwał się z podłogi i wściekle szarpnął Sally za ramię, przyciągając ją do siebie. O ile Grega oczy nie zmyliły, detektyw spróbował pocałować Donovan. Odpowiedziała na to wyprowadzając mu w żołądek krótki prosty cios, który znów sprowadził Holmesa do parteru, nagle pozbawionego tchu. Sierżant nachyliła się nad nim i wysyczała coś, co sprawiło, że kilku zainteresowanych widzów zagwizdało z uznaniem, a Watson poruszył się na swoim miejscu niespokojnie. Sherlock nie odpowiedział, wstał z trudem, zatoczył się i wręcz pognał w stronę do toalety, wymownie zasłaniając usta.

Donovan nie czekała na jego powrót. Podeszła do baru, by uregulować rachunek. Trwało to chwilę, bo barmani wciąż byli zajęci i gdy wreszcie chowała resztę do torebki, Holmes już wrócił. Koszulę miał pochlapaną wodą i rozpiętą szerzej niż zwykle, wydawał się też być bledszy, zapewne przez kontrast z czerwonawą plamą na policzku. Wepchnął się pomiędzy klientów i wymusił garść kostek lodu, które zaraz przyłożył do twarzy, a potem obserwował, jak Sally wymaszerowuje z lokalu, wyraźnie dumna z siebie i usatysfakcjonowana.

Doktor pokręcił głową.

- Pójdę do niego. Sally mogła przesadzić z tym ciosem w żołądek.

Lestrade tylko kiwnął głową, zajęty wybieraniem numeru do znajomego, który koordynował warty w okolicy. Po takim pokazie Sally mogła przyciągnąć uwagę kogoś niezbyt przyjaźnie do niej nastawionego, a inspektor nie miał ochoty tłumaczyć się z obrażeń następnego podwładnego, nie po śmierci Andersona. Właśnie wysłał wiadomość, kiedy zobaczył, że Sherlock wychodzi, a John stoi przy kontuarze z taką miną, jakby to jego teraz uderzono. Chwilę później doktor otrząsnął się i wrócił na swoje miejsce.

- Wyrywamy stąd! – Doktor niemal warczał, ale wbrew swoim słowom, opadł ciężko na krzesło i wypił duszkiem resztę swego piwa.

Inspektor spojrzał na niego zaskoczony.

- Spokojnie. Ostrzegłem Barreta, by miał oko na Sally…

Watson aż się zachłysnął.

- Greg! Nie Sally! To Sherlock jest teraz przynętą! Znudziła mu się obserwacja i przeszedł do trzeciej fazy!

Przez moment Lestrade nie rozumiał. Trzecią fazą miała być obserwacja i dyskretna inwigilacja potencjalnego agresora, jakiego zwabi Sally. Potem zrobiło mu się zimno z wrażenia. Złapał za telefon.

Barret nie odbierał. Przez długą jak wieczność chwilę, pod uważnym spojrzeniem Watsona, Greg wsłuchiwał się w sygnał połączenia, aż krótki dźwięk poinformował go, że skończył się limit czasu.

Doktor już nie czekał.

- Zapłać za nas! – Rzucił na blat zmięte banknoty. – Ja idę!

x x x

Ulica w piątkowy wieczór była niewiele mniej zatłoczona niż lokal. Zapełniały ją hałaśliwe grupki nietrzeźwych, rozbawionych ludzi. Lestrade przez moment rozglądał się w popłochu, ale zaraz wypatrzył ciemną kurtkę Johna. Na szczęście dla inspektora były żołnierz poruszał się w wystarczająco charakterystyczny sposób, by Greg nie miał wątpliwości, na kogo patrzy. Doktor ewidentnie szedł za kimś, bo wykorzystywał ludzi na chodniku jako osłony terenowe. Tu się wkręcił pomiędzy kilku palaczy, tam stanął za trzema rozchichotanymi dziewczynami, a dalej powędrował za piątką zataczających się studentów. Zapewne widział Holmesa kawałek dalej i dostosował swoje podchody do jego tempa przemieszczania się. Gdzie była Sally, Lestrade mógł tylko zgadywać, ale się nie martwił. Z ochroną Barreta była narażona najmniej z nich wszystkich, a sądząc po nastroju, w jakim wychodziła z lokalu, mogła się właśnie modlić, by ktoś poważył się ją zaatakować i dostarczył jej pretekstu do ulżenia nerwom.

Lestrade podążał za Johnem, podobnie jak on wymijając kolejnych imprezowiczów. Grupy i grupki przemieszczały się chaotycznie, co i rusz zasłaniając doktora, ale za każdym razem inspektorowi udawało się dostrzec niewysoką, sztywno wyprostowaną sylwetkę, uparcie podążającą przed siebie. Aż do momentu, gdy dwie mocno wstawione dziewczyny zaczęły bójkę na środku chodnika i Greg musiał odskoczyć, by nie wciągnęła go awantura. Odskoczył, unikając ciosu kuflem, podtrzymał osuwającą się na ziemię nastolatkę z rozbitym nosem, przebiegł na drugą stronę ulicy, by nie zatrzymał go jej towarzysz i zdał sobie sprawę, że John zniknął.

Przyspieszył kroku. Może to nie było nic groźnego, może Watson dostrzegł, że Holmes gdzieś skręca i sam zboczył w jakiś zaułek między domami, ale Lestrade zaczął się denerwować. Myśl o możliwych konsekwencjach niepowodzenia nieautoryzowanej akcji była jak bryłka lodu w żołądku. Wiedział, że panikuje, ale nie potrafił powstrzymać czarnych myśli. Sherlock i John już nieraz wyręczali wymiar sprawiedliwości, zostawiając czy to jemu, czy Dimmockowi posprzątanie pozostałego po nich bałaganu, ale teraz inspektor nie mógł się wykpić zapisem o nieznanych sprawcach. A przecież już doświadczył, jak smakuje bycie na przymusowym urlopie. Dni po sprawie Brooka były chyba najgorszymi, jakie przeżył.

Komórka w kieszeni zawibrowała. Wyciągnął ją pospiesznie. Barret!

- Co jest?

- Zgubiłem Donovan.

Lestrade zmełł w ustach przekleństwo.

- Szukaj jej – polecił. – Rozejrzyj się też za Holmesem, powinien być w jej pobliżu.

Może Sally była bezpieczna, ale wolał się upewnić. Od cywila w tarapatach gorsze było tylko wpakowanie w nie podwładnego na nieautoryzowanej, nielegalnej akcji.

Barret rozłączył się, a Greg zaczął wybierać numer do Watsona. Zrezygnował w połowie i zamiast tego spróbował zadzwonić do Holmesa.

Detektyw nie odbierał. Lestrade pospiesznie napisał wiadomość. „Barret zgubił Sally. Uważaj!" Miał ochotę dopisać coś jeszcze na temat głupoty robienia z siebie tarczy strzelniczej (czy raczej worka bokserskiego), ale się powstrzymał. Na wymówki przyjdzie pora, gdy będą już w bezpiecznym miejscu, oby cali i zdrowi.

Już spokojniejszy zaczął dzwonić do Watsona. Jeden sygnał, drugi, dziesiąty… John chyba wyciszył sygnał telefonu, bo nie odbierał. Inspektor szedł teraz nie ukrywając się i wypatrywał znajomych sylwetek, krępego doktorem czy wysokiego Holmesa, ale wciąż na próżno. Ulica się już kończyła, ludzi było coraz mniej. Przed jednym z ostatnich barów przed skrzyżowaniem dostrzegł kolegę z Yardu, McReilly'ego.

- Greg?

- Nie widziałeś pozostałych?!

- Kogo?

- Sally, Sherlocka i Johna. Szli w tej kolejności.

- Nie.

McReilly wyprostował się czujnie. Sally miała dać mu znać, gdy dojdzie do przecznicy, by ktoś nadal za nią podążał.

- Barreta też nie było? – Greg pytał już właściwie pro forma.

Policjant potrząsnął głową.

Lestrade okręcił się i spojrzał na zatłoczoną ulicę. Cała trójka, nie, czwórka, musiała gdzieś skręcić na bok.

- Co, zgubili się?

- Inspektor tylko kiwnął głową, zajęty wybieraniem numeru do Watsona. Nim jednak skończył, telefon zawibrował sygnałem.

- John?! Gdzie jesteś?!

- Kłopoty… - Głos doktora był ledwie słyszalny.

Lestrade zamarł.

- Gdzie?

- Bar… zaplecze… zawróć… - Połączenie urwało się nagle.

- Co jest, Greg? – zainteresował się McReilly.

- Mają problemy, chyba zawrócili do baru – rzucił Lestrade przez ramię, ruszając pospiesznie z powrotem.

W połowie drogi stanął. Zaplecze baru? Jakim cudem? Przecież cała trójka miała się od niego oddalać. Wrócili? Po co? Czy Watson miał może na myśli inny bar? Jeśli tak, to który? Mijane zaułki i przejścia pomiędzy budynkami były właściwie puste, jeśli ktoś tam był, nie sposób było go dostrzec. Lestrade nie wiedział już, czy dalej biec do pierwszego lokalu, czy też podnieść alarm, kończąc całą akcję. Sięgał już po telefon, gdy po drugiej stronie ulicy mignęła mu znajoma postać. John! Doktor szedł szybko wzdłuż budynku i skręcił za róg, nie oglądając się za siebie. Inspektor pognał w jego stronę.

Wąskie przejście zaprowadziło go na uliczkę na tyłach budynków. Inspektor rozejrzał się pospiesznie. Potężne kontenery na śmieci stały jak rozrzucone elementy barykady czy przeszkody, zasłaniając mu widok. Mogła się tu ukryć cała armia, nie tylko trzy czy cztery osoby. Gwar z ulicy dobiegał mocno stłumiony, ciemność słabo rozświetlały nieliczne lampy nad tylnymi wejściami do lokali, a powietrze przesycone było mdlącym, kwaśnym zapachem sfermentowanego jedzenia. Było cicho i spokojnie.

Nagły hałas zaskoczył Grega. Trzask, brzęk, szelest materiału, jęk. Ktoś walczył w pobliżu.

- Stać! Policja! – rzucił prawie odruchowo, w nadziei, że wystarczająco zaskoczy walczących, by tego właściwego na moment sparaliżował strach.

- Spokojnie, Greg, sytuacja pod kontrolą! – padła odpowiedź.

- Barret?! – Coś w głosie kolegi zaniepokoiło inspektora.

- Tutaj!

Tutaj okazało się być oświetlonym skrawkiem chodnika między kontenerami, tuż obok jakiegoś wejścia.

- Wszystko pod kontrolą – powtórzył Barret. – Tamten zwiał.

Jeśli chciał uspokoić Lestrade'a, to mu się nie udało. Inspektor nie miał zamiaru być spokojny, gdy na schodkach prowadzących do klubu widział leżącego bezwładnie Holmesa. A doktor celował Barretowi w głowę.

- Boże, John!

Lestrade chciał ruszyć w stronę detektywa, gdy Watson wyciągnął rękę, zatrzymując go w miejscu.

- On kłamie, Greg – stwierdził. - To on pobił Sherlocka.

- Co?!

- Zajdź go z boku, Greg, i skuj – rozkazał John tonem, jakiego inspektor nie słyszał od czasów własnego stażu w Yardzie. – Pospiesz się. Sherlock potrzebuje pomocy. Nie wiem, co z Sally, czy jej też nie dopadł.

- O czym ty mówisz? – oburzył się Barret.

Pistolet w dłoni doktora nawet nie drgnął.

- Greg, rusz się! – ponaglił John.

Lestrade potrząsnął z niedowierzaniem głową.

- Barret… - zaczął.

Kilka rzeczy zdarzyło się niemal jednocześnie.

Barret sięgnął pod kurtkę, wyciągając stamtąd kanciasty kształt tasera, Lestrade uskoczył, ale tak niefortunnie, że zasłonił kolegę, już byłego kolegę! przed Watsonem. Paralizator minął twarz inspektora o cale, iskrząc niebezpiecznie. Za plecami Barreta coś mignęło, trzasnęło, i mężczyzna zgiął się w pół, odsłaniając Sally uzbrojoną w zaimprowizowaną pałkę.

Lestrade tylko potrząsnął głową, oszołomiony.

- Pilnuj go, Donovan – polecił.

Sam upadł na kolana przy detektywie. Holmes wydawał się nie oddychać, pół twarzy miał zalane krwią, czarną w sodowym świetle lampy, w palcach zaciskał jakąś szmatkę, ale gdy John spróbował go obrócić, jęknął słabo i chwycił za rękaw kurtki doktora.

- Niedobrze – mruknął doktor. – Zadzwoń po pogotowie. Mój telefon szlag trafił. – Wskazał na połyskujące w śmieciach szczątki.

- Zaraz… - wyjęczał Sherlock. Przytrzymał się ręki przyjaciela i z trudem usiadł.

- Leż lepiej spokojnie, pogotowie zaraz będzie – poprosił John.

- Nic mi nie jest…

Łupnięcie i jęk!

Lestrade obejrzał się na Donovan. Sierżant stała o krok od pojękującego Barreta.

- Próbował wstać – wyjaśniła zimno.

- Boże… Sally…

- To morderca Andersona… - powiedział Sherlock zaskakująco przytomnym głosem, nim znów się osunął na ramię Johna.

Lestrade jeszcze raz wybrał numer pogotowia.


CDN.