Pięknie dziękuje za komentarze, może nie widać, ale naprawdę ogromnie mnie motywują ;) Tak cicho dodam, że przed nami dwa najważniejsze rozdziały, także wena na pewno się przyda... : Tymczasem zapraszam do lektury.


Do czasu, gdy Lestrade pojawił się w drzwiach, byłem już kompletnym wrakiem. Zdążyłem wymyślić już dziesięć czarnych scenariuszy, wszystkie równie prawdopodobne, i przeanalizować je tyle razy, że robiło mi się słabo. Najgorsze w tym wszystkim było to, że sam nie mogłem nic zrobić - musiałem zaangażować Grega. Albo Mycrofta. Z dwojga złego zdecydowanie wolałem poczciwego inspektora, choć nie oszukiwałem się - zdawałem sobie sprawę, że Mycroft wkrótce dowie się o zaginięciu brata. Jego pojawienie się na Baker Street było tylko kwestią czasu.

— John. — Wymieniliśmy z Lestrade'em krótki uścisk dłoni. — I co? Dalej nie odpowiada?

— Dzwoniłem czternaście razy i wysłałem pewnie z tyle samo wiadomości, żadnej reakcji.

— Cholera. — Lestrade wyglądał na autentycznie zdenerwowanego, co wcale nie poprawiało mojego stanu psychicznego. — Nie bardzo wiem, co możemy teraz zrobić, John. Zdajesz sobie sprawę, że chłopaków mogę wysłać dopiero po dwudziestu czterech godzinach od zaginięcia?

— Tak — westchnąłem.

— Szukanie na własną rękę możemy sobie od razu odpuścić, przy nim to bez sensu… — Lestrade opadł na fotel naprzeciwko mnie. Ukryłem twarz w dłoniach i zacząłem gładzić swoje włosy, tak jak dotykał ich jeszcze paręnaście godzin wcześniej Sherlock… Przez chwilę milczeliśmy, a później usłyszałem głos Grega: — Ale zaraz, jak ty się tu w ogóle znalazłeś?

Nagle zdałem sobie sprawę, że Lestrade przecież nic nie wiedział o… niczym. Nawet nie próbowałem kłamać.

— Pogodziliśmy się. Spotkaliśmy się na paru kolacjach, rozmawialiśmy i okazało się, że obaj wciąż się potrzebujemy, jakkolwiek mocno chciałbym, uhm, chciałem to wtedy od siebie odsuwać. Potem Sherlock nafaszerował się psychotropami i tydzień leżał półprzytomny w mojej dawnej sypialni. Przyjechałem tu, znalazłem go i zdałem sobie sprawę, obaj sobie zdaliśmy, że przez cały ten czas, od samego początku, chcieliśmy być więcej niż tylko przyjaciółmi, więc… zostałem na dłużej. W jego sypialni. — Lestrade patrzył na mnie z otwartymi ustami. Zmarszczyłem brwi. — Co?

— Czyli… wy wcześniej nic nie- ten? Tak kompletnie?

Uśmiechnąłem się żenująco.

— Przecież mówiliśmy, że jesteśmy przyjaciółmi.

— Jakby ktoś wam wierzył. — Greg przewrócił oczami. — To jak na siebie patrzyliście, jak blisko siebie staliście, jak bardzo przeżyłeś jego — odchrząknął — śmierć, John… W Yardzie nigdy nawet nie było zakładów, wszyscy byliśmy pewni, że się tu pieprzycie jak króliki.

Nawet nie próbowałem sobie wyobrazić swojej miny.

Przez chwilę panowała niezręczna cisza, aż w końcu przypomniałem sobie, że z tego wszystkiego nawet nie zaproponowałem Gregowi herbaty.

— Napijesz się czegoś? — zapytałem, przecierając twarz dłońmi.

— Nie, dzięki. — Przeczesał krótkie włosy dłonią. — Ale wracając do naszego tematu…

— Tak.

— Nie wiem, czy jest sens, żebym teraz tu z tobą siedział, John. Rano, oczywiście jeśli do tego czasu Sherlock nie wróci, zgłosisz zaginięcie i zaczniemy poszukiwania. Póki co spróbuj o tym nie myśleć. Robił już gorsze rzeczy. — Nagle przed moimi oczami pojawił się obraz jego martwego ciała, rozbitej czaszki, wszystko we krwi, chodnik zabarwiony na bordowo… Przymknąłem powieki i musiałem zasłonić oczy dłonią. Lestrade nie powinien mnie takiego widzieć. — Trzymaj się, stary. Odprowadzę się do drzwi.

— Do zobaczenia — rzuciłem za nim, ale chyba już mnie nie słyszał.

Do końca dnia kręciłem się po mieszkaniu bez sensu. W pewnym momencie nawet ubrałem się i chciałem wyjść go szukać, ale szybko porzuciłem ten niedorzeczny pomysł; Sherlock mógł być dosłownie wszędzie. W ciągu dnia wysłałem jeszcze kilka wiadomości i dzwoniłem parę razy, wciąż bez odzewu. Wieczorem zaparzyłem melisę, położyłem się w łóżku Sherlocka i leżałem.

Nie spałem całą noc.


Greg zadzwonił kilka minut po siódmej.

— Hej, John, jak tam?

— Dalej nic — westchnąłem.

— Dobra, to chodź do Yardu. Złożysz zawiadomienie i zaczniemy poszukiwania.

— Będę za jakieś pół godziny.

Założyłem na siebie pierwszy z brzegu sweter, półświadomie rejestrując, że ten jest Sherlocka ulubiony. Wyszedłem na zewnątrz i machnąłem po taksówkę.

— Do Scotland Yardu, proszę — powiedziałem kierowcy. Skinął głową i ruszyliśmy.

Jechaliśmy jakąś inną drogą, ale nie miałem siły ani głowy się nad tym zastanawiać. Może na mieście były korki, kto tam wiedział. Wolałem myśleć o tym, że mogę już nigdy nie zobaczyć Sherlocka. Boże, nawet nie byłem sobie w stanie tego wyobrazić. Nie po tym wszystkim, co się między nami wydarzyło. Jezu, byleby tylko żył…

Nie komentowałem drogi, którą wybrał taksówkarz, dopóki nie minęliśmy Scotland Yardu.

— Przepraszam… — odchrząknąłem. — Minęliśmy…

— Mycroft Holmes chce pana widzieć.

Westchnąłem głęboko. Nie było sensu zmuszać kierowcy, żeby się teraz zatrzymał; Mycroft i tak znalazłby sposób, żeby mnie porwać.

— Jakby nie mógł zadzwonić.

Mężczyzna nie odzywał się więcej.

Podjechaliśmy pod doskonale znany mi Diogenes Club. Na palcach przeszedłem przez lobby, starając się trzymać moje nerwy na wodzy, i wparowałem do gabinetu Holmesa starszego.

— Do kurwy nędzy…

— John — ton Mycrofta był jak zwykle pusty i opanowany — usiądź.

Cholerny dupek.

Usiadłem w skórzanym fotelu przed jego biurkiem, tylko przelotnie myśląc o wszystkim, co wydarzyło się od czasu, gdy siedziałem tu ostatnim razem.

— Nie zamierzam tu długo siedzieć, mam ważniejsze sprawy do załatwienia, oczywiście związane z twoim bratem, więc jakbyś mógł się streszczać…

— Właśnie w tej sprawie cię zaprosiłem. — Prychnąłem. Ciężko było nazwać porwanie mnie "zaproszeniem". — Zdaje się, że wybierałeś się do Scotland Yardu.

— Jakbyś nie wiedział — warknąłem.

— A także, że wczoraj, około godziny ósmej wieczorem, był u ciebie detektyw inspektor Gregory Lestrade. — Nawet nie chciałem się pytać, ile kamer znów zamontował na Baker Street. Prawdę mówiąc, miałem to zupełnie gdzieś. Chciałem tylko wyjść, znaleźć Sherlocka, stłuc go i wrócić do domu. Popatrzyłem na Mycrofta wyzywająco. Uśmiechnął się połową ust. — Te dwa wydarzenia pozwalają mi wysnuć wniosek, że planujesz zawiadomić policję o zaginięciu Sherlocka.

— Niezbyt powalająca dedukcja.

Mycroft zmierzył mnie wzrokiem.

— Nie możesz tego zrobić, John. To znaczy, oczywiście — roześmiał się, a mój gniew wzrósł niekontrolowanie — możesz, natomiast szczerze bym tego kroku odradzał, gdyż byłaby to z twojej strony jedynie strata czasu, John. Wszcząłem już własne poszukiwania, angażowanie policji jest zdecydowanie zbędne.

— Pozwolisz, że będę miał na ten temat inne zdanie — wysyczałem przez zęby. — To wszystko? Naprawdę chciałbym już wyjść. — Podniosłem się z fotela.

— Odwołam to zawiadomienie, jeśli je złożysz.

Opadłem znów na fotel.

— Nie możesz. — Mycroft uśmiechnął się tylko. — Dlaczego?

— Z całą pewnością jesteś świadom mojej i Sherlocka, hm, relacji…

— Umowy. — Nagle wszystko stało się oczywiste. — Jestem świadom waszej umowy. Nie chcesz, żeby Lestrade wiedział.

— Och, detektyw inspektor, z całym poszanowaniem, jest tutaj najmniej istotny. Jednakże gwiazda Sherlocka wciąż świeci jasno, dlatego angażowanie służb publicznych w nasze małe… przygody nie jest najlepszym pomysłem. Wolałbym, żeby to pozostało między mną i Sherlockiem. I tobą, w tej sytuacji, oczywiście.

Westchnąłem ciężko.

— W porządku, ale pod jednym warunkiem. — Mycroft uniósł lewą brew. — Masz mnie informować o poszukiwaniach na bieżąco. I wysłać samochód, kiedy Sherlock się odnajdzie.

Twarz Mycrofta stała się jeszcze bardziej poważna, choć nie sądziłem, że to w ogóle możliwe.

— Oczywiście.


Wiedziałem, że Mycroft pewnie urządza sobie z moich poczynań reality show, ale musiałem zadzwonić do Grega i wyjaśnić mu sytuację. Nie zamierzałem jeszcze przed nim wyjść na kretyna.

— Napijesz się czegoś? — zapytałem neutralnie.

— John, cholera, co jest grane? — walnął od razu. Cóż, przynajmniej był bezpośredni.

Westchnąłem pod nosem i usiadłem w fotelu Sherlocka, czując skręcanie w żołądku. Szlag by to.

— Mycroft mnie dzisiaj zgarnął, kiedy akurat jechałem do Yardu. Powiedział, że policja przyciągnie reporterów, i chociaż chciałbym, żeby choć raz pieprzony Holmes nie miał racji, to on chyba niestety się nie myli, Greg.

Lestrade westchnął ciężko.

— Więc co robimy?

Przetarłem twarz dłońmi. Żebym to wiedział.

— Mycroft powiedział, że jego służby się tym zajmą. — Spotkałem spojrzenie Lestrade'a. — Nie wiem, Greg. Nie mogę tak siedzieć i nic nie robić, ale nie mogę też nic zrobić. Pozostaje tylko czekać, ale to mnie wykończy.

— Raczej nic innego nam nie pozostaje — westchnął Gregory i wstał z fotela. — Wybacz, John, ale muszę wracać do pracy. Daj znać, jeśli coś się wyjaśni.

— Okej.

Poklepał mnie po ramieniu i wyszedł.

Nic nie wyjaśniało się przez następny tydzień.


Po siedmiu dniach nieobecności Sherlocka wyglądałem jak żywy trup. Spałem, w sumie, może osiem godzin, nie jadłem i nie wychodziłem z mieszkania. Byłem sam na siebie wściekły, że pozwoliłem Holmesowi tak się omotać, ale nic nie potrafiłem z tym zrobić. Chciałem tylko, żeby wrócił do domu.

Wpatrywałem się akurat martwym wzrokiem w ekran telewizora, kiedy usłyszałem sygnał wiadomości. Trzęsącymi się dłońmi sięgnąłem po telefon.

Jest w drodze na Baker Street, więc przypuszczam, że nie będę Cię niepokoił. MH

Przeczytałem to krótkie zdanie kilka razy, zanim pozwoliłem sobie wziąć głębszy oddech. Sherlock żył. Najprawdopodobniej był też cały, bez uszczerbków na zdrowiu.

Póki co.

Wziąłem szybki prysznic, ubrałem się w zwykłą koszulkę i jeansy i stanąłem przed oknem, za firanką, żeby Sherlock nie mógł mnie zauważyć z dołu. Czarne BWM podjechało pod Baker Street po jakichś dwudziestu minutach. Przymknąłem oczy, wygładziłem włosy i ubranie, wziąłem głębszy oddech i czekałem. Usłyszałem pewne, spokojne kroki Sherlocka na schodach i chwilę później drzwi do mieszkania otworzyły się. Oblizałem wargi, ale nie poruszyłem się nawet o milimetr, wciąż uparcie wlepiając wzrok w szybę, zaparowaną moim przyśpieszonym oddechem.

Zatrzymał się. Wciąż się nie odwracałem.

— John — powiedział nieco ciszej niż normalnie.

— Możesz sobie odgrzać obiad od pani Hudson — odchrząknąłem, w duchu przeklinając swój głos za złamanie się w najważniejszym momencie. — Jest w lodówce.

Przez moment nie ruszał się, a potem usłyszałem, jak podchodzi kilka kroków naprzód. Przełknąłem gorzką ślinę.

— John, ja…

— Nie odzywaj się do mnie. — Machinalnie zacisnąłem dłonie w pięści. Czułem, że jest coraz bliżej mnie.

— John…

Niespodziewanie poczułem jego dłoń na ramieniu. Odwróciłem się gwałtownie.

— Nie dotykaj mnie! — ryknąłem. — Nie odzywaj się do mnie, Sherlock, po prostu nie mów. Mam po dziurki w nosie ciebie i twojego zachowania, i twoich tłumaczeń. Co powiesz mi tym razem? Zresztą wszystko jedno, prawda? Wiesz, co chcę usłyszeć. Przeprosisz i powiesz, że nie zamierzałeś znikać na tak długo, a potem będziesz udawać, że nic się nie stało,bo doskonale wiesz, że i tak za tobą pójdę. Ale dosyć tego, dość. Nie traktujesz mnie poważnie, a ja jestem już zbyt zmęczony na tego typu związek, rozumiesz? Gdyby to wydarzyło się wtedy, dziesięć lat temu, może twoje zachowanie by przeszło, ale nie teraz.

— John…

— Nie — przerwałem mu, dysząc tak ciężko, jakbym przebiegł co najmniej maraton. — Ja potrzebuję czegoś… kogoś stabilnego. Silnej relacji. Z tobą nie mogę być niczego pewny, nigdy nie będę mógł. Taki już jesteś i głupotą było sobie wyobrażać, że się dla mnie zmienisz, tylko pod tym jednym względem. — Potrząsnąłem głową krótko, gorzkim śmiechem tłumiąc szloch. Przetarłem oczy. — Idź zjedz, ja pójdę się spakowa…

Nie byłem pewny, jak to się stało, ale nagle zostałem przyciśnięty do tego nieszczęsnego okna. Sherlock oddychał szybko milimetry od mojej twarzy, rozbierając mnie tym ostrym, przenikającym spojrzeniem, coraz mocniej wciskając w szkło. A potem jego wargi zmiażdżyły moje i choć na początku nie chciałem, miałem mu pokazać, że się nie dam, że tym razem się postawię… musiałem mu ulec. Całował mnie z taką pasją i namiętnością, że nie umiałem go odtrącić. Oderwał się ode mnie dopiero, gdy nam obu zabrakło tchu.

— Nigdzie nie idziesz. — Pocałował mnie znów, tym razem czulej, tak że prawie wtopiłem się w to szkło. — Proszę.

Przymknąłem powieki i wziąłem kilka głębszych oddechów. Obaj zdawaliśmy sobie sprawę, że na dłuższą metę bez niego nie wytrzymam. Ale Sherlock na pewno wiedział też, że nie o to w tym wszystkim chodziło.

— Puść mnie, Sherlock — powiedziałem cicho, nie patrząc na niego w obawie, że zobaczyłbym w jego oczach to, co Sherlock na pewno czuł, ale nie umiał wyrazić w słowach. Odsunął się powoli.

— Proszę, John.

— Muszę to wszystko przemyśleć.

Przeszedłem obok niego, na chwilę zatrzymując się, by lekko dotknąć jego ramienia.


Spakowałem tylko dwie koszulki, kosmetyki i bieliznę. Nie oszukiwałem się - nie było szansy, żebym wytrzymał bez Sherlocka dłużej niż dwa dni. Jednak w naszym przypadku wytrzymywanie bez siebie w ogóle nie wchodziło w grę i Sherlock z całą pewnością był tego świadomy. Miałem mu pokazać, że akcje mają swoje konsekwencje. Nawet jeśli nie byłem w stanie go opuścić, powinienem zrobić cokolwiek, co dałoby takie wrażenie. Na Sherlocka terapia inna niż wstrząsowa zwyczajnie nie działała.

Kiedy wyszedłem, Sherlock siedział w swoim fotelu, wyprostowany, wzrok wlepiony w okno, do którego przed minutami mnie przyszpilał. Przez chwilę stałem tylko w progu, niezdolny, by się poruszyć. Chciałem mu powiedzieć tak wiele rzeczy. Chciałem mu powiedzieć, jak bardzo mnie rani, raz za razem, i jak boli mnie to, że mi nie ufa. Jak bardzo boję się, że któregoś dnia naprawdę zniknie, i nie pozostanie mi po nim nic poza gorzkim wspomnieniem. Jak mocno chciałbym przestać obawiać się o przyszłość. Jak okropnie za nim tęsknię i jak bardzo nie chcę go zostawiać, i jak bardzo boli mnie to, że muszę, chociaż to tylko kilka dni, bo nie umiałbym zostawić go na stałe. Że go kocham.

Sherlock odwrócił głowę i nasze oczy spotkały się.

Milczeliśmy, przytrzymując nawzajem swoje spojrzenia, jeszcze kilka minut. Przełknąłem ślinę i wyszedłem, porażony siłą wszystkiego, co nie zostało wypowiedziane.


Wyszedłem na Baker Street, wsiadłem do mojego znienawidzonego samochodu i pojechałem przed siebie. Nie miałem żadnego pomysłu, gdzie się zatrzymać. Mogłem oczywiście wrócić do domu w Sutton, ale wizja spędzenia tam choć jednej nocy… Nie, nie mogłem wrócić do Sutton. Zresztą Sherlock na pewno podejrzewał, że właśnie tam ucieknę. Westchnąłem i wstukałem w nawigację adres najbliższego Orbisa, kiedy do głowy przyszedł mi zdecydowanie lepszy pomysł.

— Greg.

— John? Słyszałem, że Sherlock wrócił… Wszystko okej?

— Tak, tak, wrócił… Słuchaj, mógłbym prosić cię o przysługę?

— Jasne, stary, wal jak w dym.


— Czekaj, John, bo czegoś nie rozumiem. Skoro nie chcesz odchodzić, to czemu to robisz?

Przekręciłem się w fotelu i wziąłem łyk ciepłej herbaty. Greg oczywiście zgodził się, żebym u niego przenocował, chociaż nie ukrywał zdziwienia.

— Ja to wiem, ty to wiesz, Sherlock pewnie też podejrzewa, ale… Chcę, żeby przez chwilę poczuł się tak jak ja, Greg. Żeby zrozumiał, co to znaczy bać się o najbliższą sobie osobę. Bać się, że nie wróci. Inaczej tego nie zrozumie.

Potrzebowałem trochę czasu dla siebie, natomiast nie chciałem być też zupełnie sam, bo wtedy wróciłbym do Sherlocka pewnie po jakichś trzydziestu minutach. Nie oszukiwałem się - byłem w Sherlocku zakochany na śmierć. Dlatego potrzebowałem kogoś, kto sprowadzi mnie na ziemię, gdybym za - spojrzałem na zegarek - dwadzieścia minut próbował do niego wrócić. Smutne, ale to był główny powód, dla którego zadzwoniłem do Grega. No i miał też dobre piwo w lodówce. Ale to już traktowałem bardziej jako bonus.


— Czuję, że Mycroft miał z tym coś wspólnego — powiedziałem, przeżuwając chińszczyznę, którą z Gregiem zamówiliśmy. Minęło pięć godzin od mojej wielkiej ucieczki i na razie udawało mi się wygrywać z tęsknotą i siłą ciągnącą mnie z powrotem do niego.

— Myślisz?

— Ta. Niemożliwe, żeby namierzył go dopiero w Londynie. Błagam, wiesz, na co go stać…

Mój wywód przerwało ciche pukanie do drzwi. Spojrzałem na Grega, Greg na mnie, po czym mężczyzna podniósł się. Coś, co bezustannie krzyczało, żebym wracał do Sherlocka, nagle zamilkło. A to oznaczało tylko jedno.

Góra przyszła do Mahometa.

— Otworzę — powiedział Lestrade, a ja skinąłem głową, modląc się o siłę. Nie mogłem wrócić, jeszcze nie, niczego się jeszcze nie nauczył… — Sherlock — usłyszałem głos Grega z hallu.

Wstrzymałem oddech, choć sam nie wiedziałem po co, skoro Sherlock wiedział, że tu jestem. Chyba tylko dla zasady zachowywania się jak najciszej. Sherlock uciszył go. Zmarszczyłem brwi. Dlaczego nie chciał, żebym wiedział, że tu jest? Zdecydowanie bardziej w jego stylu byłoby wpaść do salonu, pokazać mi, że i tak nigdy przed nim nie ucieknę, wkurzyć Lestrade'a, tak żeby nas obu wyrzucił z mieszkania, a potem odwieźć mnie z powrotem na Baker Street. O co tym razem chodziło?

— Jakbyś mógł… — odchrząknął. Jego głos był cichy. Hall od salonu oddzielała co prawda tylko półścianką, mimo wszystko jednak nie byłem pewien, jakim cudem mogłem go usłyszeć. — Jakbyś mógł dać to Johnowi, wiem, że tu jest — wtrącił, uprzedzając pytanie Gregory'ego. — Noce mają być zimne, a on nie wziął nawet kurtki. Um.

— W porządku — odparł Lestrade zaskoczony. Nie mogłem go za to winić. Moje brwi podjechały praktycznie do połowy czoła i dalej nie mogłem wypuścić wstrzymywanego oddechu. Co tu się, do diabła, działo?

— Dziękuję — powiedział Sherlock zwyczajnie, a potem usłyszałem kroki na schodach. Wreszcie odetchnąłem powoli, wciąż nie do końca pewny, co właśnie miało miejsce. Lestrade wrócił do salonu, trzymając w jednej ręce sweter, oczywiście mój ulubiony, z otwartymi ustami. Patrzyliśmy się na siebie porażeni.

— Słyszałeś? — zapytał Greg.

— Tak.

— Jezus Maria, John. — Opadł na miękki dywan, siadając obok mnie. Ukryłem twarz w dłoniach. — Nie mogę mówić ci, co masz robić, bo to oczywiście tylko twoja sprawa. Ale powiem ci jedno: znam Sherlocka już piętnaście lat, ale nigdy w życiu bym się nie spodziewał, że dożyję momentu, kiedy on bezinteresownie zacznie o kogoś dbać. Widziałem już, jak okazuje emocje — przerwał, a ja w końcu na niego spojrzałem — radość, smutek. Widziałem też jego łzy. Ale nigdy nie widziałem go tak… pokonanego. — Wziął głębszy wdech, a ja chciałem wyskoczyć przez najbliższe okno. — On cię kocha, John. Jest w tobie szaleńczo zakochany i to widać jak na dłoni. Jeden diabeł wie, dlaczego zniknął, ale słowo daję, jak znam Sherlocka, nigdy nie zrobiłby tego, żeby cię skrzywdzić.

— Greg — jęknąłem, przecierając twarz dłońmi. — Co ja mam zrobić?

— Nie obraź się, John — zaczął ostrożnie. — Ale wydaje mi się, że Sherlock nie potrzebuje już lekcji z miłości. Chyba nauczyłeś go wszystkiego, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę.

Podniosłem się gwałtownie, popatrzyłem na Grega, a on tylko skinął głową, i wybiegłem z mieszkania. Greg mieszkał jakieś piętnaście minut spacerem od Baker Street, więc miałem nadzieję, że Sherlock nie łapał taksówki, tylko zdecydował się na spacer. Pobiegłem do końca ulicy i skręciłem w prawo, na drugim końcu zauważając ciemną, wysoką sylwetkę. Było już ciemno, ale Sherlocka rozpoznałbym wszędzie. Moje serce zaczęło bić szybciej i przeszedł po mnie dreszcz; nie wiedziałem czy z chłodu, czy z emocji. Sherlock musiał usłyszeć moje kroki, bo zatrzymał się i odwrócił. Widziałem, jak jego brwi marszczą się, a usta zaciskają w wąską linię. Podbiegłem do niego, wziąłem kilka głębszych oddechów i odezwałem się, sam nie do końca pewny, co chciałem powiedzieć.

— Sherlock… — wysapałem.

— John…? — Nie krył zaskoczenia. — Nie rób czegoś, czego będziesz potem żałował. Może faktycznie… daj sobie czas. — Jego opanowanie powróciło, ale moje serce biło za szybko i za mocno chciałem powiedzieć mu wszystko to, co trzymałem w sobie od tak dawna.

— Chrzanić to, czy będę żałował. — Przez chwilę miałem wrażenie, że się uśmiechnął, ale potem jego twarz znów przybrała neutralny wyraz. — Posłuchaj, parę godzin temu, kiedy cię zostawiłem… chcę, żebyś wiedział, że nie wytrzymałbym bez ciebie dłużej. Chciałem ci tylko pokazać… jak to jest czekać. Martwić się. Zastanawiać, czy wrócisz. — Chciał mi przerwać, ale nie pozwoliłem mu na to. — Nie, poczekaj, daj mi jeszcze chwilę… Myślałem, że potrzebujesz tej lekcji, ale jak zwykle się myliłem. Myślałem, że to…

— "To" co, John? Nauczy mnie czekać? Czekałem na ciebie od pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy. Czekałem na ciebie osiem lat, a tak naprawdę, czekałem na ciebie całe życie. A potem pojawiłeś się, od razu zaznaczając, że nigdy nie dasz mi wszystkiego, co chciałbym dostać. Ale to i tak było lepsze niż życie bez ciebie, dlatego nic nie robiłem. Zbyt bałem się… że cię stracę. Straciłem cię i tak, i to było najgorsze, co mnie w życiu spotkało, nie Moriarty, nie utrata pieniędzy czy honoru, tylko myśl, że może już nigdy cię nie zobaczę… Wciąż jednak próbowałem, bo nie mógłbym przestać, John. Udało się, jesteś, dajesz mi wszystko, a potem znów mnie zostawiasz, mówiąc, że muszę nauczyć się czekać… John, przeżyłbym sto lat i umarłbym sto razy, i powtórzył to wszystko sto razy, gdyby miałoby to sprawić, że odnalazłbym cię i już nigdy nie stracił.

Przez chwilę stałem bez słów, ogłuszony prawdą, którą właśnie sobie uświadomiłem. Spotkałem jego spojrzenie i wiedziałem.

— Sherlock, ja…

— Nie, nie mów tego, John. — Odwrócił wzrok.

— Och, do diabła z tym "nie mówimy tych rzeczy", Sherlock! To ty poświęciłeś wszystko i więcej dla mnie, to ty czekałeś tyle lat, nie mówiąc nawet słowa, to ty byłeś gotowy dla mnie umrzeć i to ty sprawiłeś, że mogłem do ciebie wrócić, więc proszę, pozwól mi chociaż…

— Nie, John…

— Kocham cię. — Nasze spojrzenia w końcu spotkały się. — Kocham cię, mimo że czasem doprowadzasz mnie do szału i ranisz nieświadomie, i pozwalasz mi myśleć, że nie jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. — Sherlock zamrugał parę razy, jakby próbował powstrzymać łzy. — Popełniłem sporo błędów, wiem o tym, ale to wszystko dlatego, że kochałem i kocham cię zbyt mocno. Być może mi nie wierzysz, wcale by mnie to nie zdziwiło, ale obiecuję ci - spędzę każdy kolejny dzień, udowadniając ci, że to prawda.

Klatka piersiowa Sherlocka unosiła się i opadała szybko; jego usta były rozchylone, a w oczach lśniły łzy. Przez moment jeszcze tylko na siebie patrzyliśmy, a później pokonałem dzielącą nas odległość i zatopiłem się w jego ustach, stając na palcach i chwytając poły jego płaszcza w dłonie. Sherlock owinął wokół mnie ramiona, przyciągając bliżej siebie, i oddał mój pocałunek. Nic innego mnie nie obchodziło; ani przechodnie przyglądający się nam dziwnie, ani wczesnojesienny chłód (choć Sherlock miał rację). Chciałem tylko stać tak jak teraz, całować Sherlocka i powtarzać mu, jak bardzo go kocham; nic innego nie miało znaczenia. Poczułem na swojej cerze łzy Sherlocka i scałowałem je z jego twarzy.

— Chodźmy do domu — szepnąłem, łapiąc dłoń Sherlocka i składając na niej delikatny pocałunek.

— A twoje rzeczy?

— Och, Lestrade wie. Pewnie podrzuci je rano.

Sherlock uśmiechnął się lekko, a ja przysiągłem sobie, że codziennie będę sprawiał, by ten uśmiech pojawiał się na jego ustach.

— Pewnie zmarzłeś — powiedział Sherlock i nim się zorientowałem, narzucił na mnie swój płaszcz.

— Sherlock…

— Szz — uciszył mnie, całując w czoło. — Chodźmy. — Objął mnie ramieniem, a ja wtuliłem się w jego ciepłe ciało.