Epilog
Gdy Lestrade i Donovan dotarli wreszcie na Baker Street, był już prawie świt.
W izbie przyjęć okazało się, że obrażenia Sherlocka to nie tylko kolekcja sińców, rozcięcie na linii włosów i skręcona kostka. Naruszone żebra okazały się połamane, a na tomografie dyżurny lekarz dopatrzył się też pęknięcia kości skroniowej. Detektyw jednak odmówił pozostania w szpitalu, a Watson przekonał medyków, że ranny nie pozostanie bez właściwej opieki. Teraz Holmes siedział wygodnie w swoim fotelu, popodpierany poduszkami, a doktor przycupnął na krześle obok, z kubkiem herbaty w dłoniach, czujnie obserwując przyjaciela.
Lestrade upił łyk herbaty i po raz kolejny pokręcił głową. Nadal trudno było mu to wszystko poskładać. Nie chodziło nawet o zabójstwo, czy też próbę zabójstwa, ale o to, kto to zrobił.
- Dlaczego Barret? O co mu chodziło? – spytał.
- O tego, jak go nazwałeś, Greg, Mściciela – wyjaśnił Sherlock. Zmęczenie i obrażenia spowolniły go na tyle, że nie próbował swoich zagrań ze zmuszaniem widowni do myślenia.
- Ale dlaczego Alex? – odezwała się sierżant.
- Bo żadnego Mściciela nie było.
- Co?
- Nie było. Statystyka, Greg, statystyka… - Holmes oparł głowę na poduszce i lekko przymknął oczy. – Statystycznie mogło się zdarzyć tak, że ktoś, kto atakował kobiety, zginął w bójce. Sama agresja to wystarczający powód, by skrócić życie.
- Zaraz, zaraz – zażądała Sally. – To było pięć, nie, sześć zabójstw kobiet i pięciu morderców… Wszystko to statystyka?!
Sherlock na moment otworzył oczy i popatrzył na sierżant. Od zamieszania w uliczce Donovan nie zdążyła nawet zmyć makijażu.
- Tak, statystyka. Była tylko jedna para, ofiara i zabójca, który zginął. Ta pierwsza – powiedział. – Pozostałe cztery to radosna twórczość Barreta, który wpadł na pomysł, że dorobi na wierszówkach.
- Ale po co?
- Hazard? Szantaż? Chęć sławy? Ten redaktor, który opublikował pierwszy artykuł, pewnie ci to wyjaśni ze szczegółami. Jeśli uznasz, że warto go pytać.
Lestrade nie mógł nie zauważyć gorzkiego grymasu detektywa. Sherlock nie lubił gazet, szczególnie bulwarowej prasy.
- Sfałszował akta. Wstawił dokumenty z innych, też nierozwiązanych śledztw. Wszystko się pięknie składało, ofiary i ich martwi zabójcy. Potem musiał tylko zaczekać, aż ten młody Hopkins je wyszuka i zrobi się z tego sprawa. Cały plan sypnął się w momencie, gdy ty to dostałeś. Miały być kontrolowane przecieki, a zrobiła się jedna, wielka burza…
- Jakim cudem tego nie wiedzieliśmy?
- Bo jesteście idiotami…
W głosie Sherlocka nie było jednak słychać wyższości. Doktor spojrzał na niego uważnie i ujął go za nadgarstek.
- Nic mi nie jest, John… - zaprotestował detektyw.
- Widzę.
- Dobra, jesteśmy idiotami. Czego nie widzieliśmy? – Lestrade miał ochotę paść tu, w salonie, na wygodną kanapę i zapomnieć na jakiś czas o całym świecie.
- Komputery wiedzą tylko to, co dostaną od ludzi. Odciski się zgadzały, analizy też, nic nie podejrzewaliście. Szukaliście nie tam, gdzie trzeba. Znajomi, wspólne miejsca i nic się nie zgadzało. Trzeba było nie ograniczać się tylko do tej dziesiątki i zajrzeć do innych, podobnych spraw. Wtedy byście zobaczyli, co zostało przeniesione.
- Teraz to mówisz… - skrzywił się Greg. Rzeczywiście, takie postawienie sprawy czyniło z nich idiotów.
- A ty skąd wiedziałeś, żeby tam szukać? – spytała Sally. – Skoro zgadzały się odciski, wszystko było dopasowane, to skąd ty akurat wiedziałeś, że to fałsz?
- Ręce.
- Co?
- Zdjęcia rąk. Nie zgadzały się z danymi o ofiarach.
Lestrade'a olśniło. Sherlock szczycił się tym, że potrafi rozpoznać zawód człowieka po jego wyglądzie, w tym po rękach.
- O, cholera – stwierdził z uczuciem.
- A ja nadal nie rozumiem – upierała się Sally. – Akta to jedno. Mógł sfałszować. Ale Alex…
- Nie wykryliście zmian i Barret uwierzył, że może dalej mylić śledztwo. Wykorzystał Andersona.
- Jak to?
- Anderson jednak prawidłowo zabezpieczył dowody. To Barret pod nieobecność Molly złożył wizytę w kostnicy i poprzekładał próbki tak, że te najważniejsze uległy rozkładowi.
- Po co to robił?
- Chciał dopasować drugą ofiarę. Bez części analiz mógł szybciej znaleźć kogoś, kto by pasował na jej mordercę.
- Anderson… - wtrącił Lestrade.
- Nawet idiota miewa chwile geniuszu. Barret wykorzystał to, że Anderson był rozkojarzony, liczył, że nie przypomni sobie, gdzie kładł próbki. I liczył… - Detektyw na moment spojrzał na Sally. – Liczył, że Anderson nie będzie się zastanawiał, co się wydarzyło. Poszuka winnego w pierwszej osobie, jaka się znajdzie w pobliżu, i obciąży Molly. Nie wiedział, że to ja chciałem je sprawdzić.
- Ale to nie tłumaczy…
- Zacznij myśleć, Donovan! – Sherlock wykrzesał z siebie odrobinę energii. – Nikomu nie mówiliście, że ja pracuję właśnie nad tym. Pełna tajemnica. A Anderson pewnie wykrzyczał to w Yardzie. Z detalami i nie obchodziło go zbytnio, komu to mówi.
Donovan zagryzła wargi. No tak, dla każdego w Yardzie było jasne, że jeśli Holmes zabierał się za dochodzenie, to je rozwiązywał. Na pewno musiał dostrzec fałszerstwa.
- Ale to nie był powód… - urwała.
- Był. Anderson pasował mu do profilu drugiej ofiary, zabójcy. Mógł mu w ten sposób podpiąć tamto zabójstwo. I rozwalał zespół.
- Alex nie pasował.
- Donovan… - Sherlock popatrzył na Sally. – Nie łudź się. Pasował i ty jesteś tego najlepszym dowodem. To, jak cię traktował.
Sierżant poczerwieniała.
- Gdyby nie twoja głowa…
- Nie, nie obrażaj się, Donovan, bo wiesz, że to prawda.
- Wracaj do sprawy, Sherlock – wtrącił się John – zanim mi zlecisz z tego fotela. Olśniło cię, jak cię Greg przepytywał, tak? Co było dalej?
- Dalej to już było proste. – Holmes westchnął i poprawił się na fotelu. - Tylko policjant mógł zabić Andersona. Tylko policjant mógł sfałszować akta. Tylko jedno nazwisko powtarzało się we wszystkich zmienionych sprawach i tylko jeden człowiek ze Yardu był pod naszą nieobecność w kostnicy. Zasadzka była na niego, Greg, a ty uprzejmie go do niej zaprosiłeś.
- A ty nie byłeś uprzejmy mnie poinformować, kogo podejrzewasz – odpalił Lestrade. Gniew na chwilę przezwyciężył zmęczenie. – Bo rozumiem, że Sally wiedziała?
- Tak… - przyznała sierżant.
- To po to ją wyciągnąłeś z Yardu? Nie, by zmieniała kiecki.
- Kieckę, jak to nazwałeś, Greg, też – poinformował spokojnie detektyw. – Sfałszował te akta tak ostrożnie, że ci z wewnętrznego mogli tego nie wyłapać. – Krzywy uśmiech był komentarzem Sherlocka na temat inteligencji pracowników Yardu. – Tak samo, jeśli idzie o dowody, że to on zabił Andersona.
Lestrade tylko pokiwał głową. Jeśli szło o ludzi prowadzących wewnętrzne śledztwa, to podzielał zdanie detektywa. I wolał, by trzymali się z daleka od Sherlocka Holmesa.
- Potrzebowałem świadka i dowodu, stąd pułapka. A Sally była moim ubezpieczeniem.
Donovan wyprostowała się nagle. Holmes nigdy przedtem nie nazywał jej po imieniu.
- Jak zażądasz, żebym cię teraz przeprosiła… - zaczęła.
Sherlock tylko uśmiechnął się krzywo i popatrzył na kobietę. Potrząsnęła głową.
- Nie przeproszę – powtórzyła.
Detektyw tylko wzruszył ramionami i poprawił się na poduszkach. Lestrade i John popatrzyli na siebie. Niezależnie od wydarzeń, tragedii czy tymczasowych sojuszy, wojna między Donovan i Sherlockiem miała najwidoczniej trwać dalej.
x x x
Wielkie instytucje mają swoje sposoby radzenia sobie z niepożądanymi wydarzeniami. Rzecznicy prasowi już wiele razy przeprowadzali Scotland Yard przez mielizny kłopotliwych wieści, skandali czy wewnętrznego zamieszania. Umieli zatem przedstawiać różne historie w zgrabnie dobranych słowach. Barret był w końcu winien tylko zabójstwa kolegi i sfałszowania akt spraw, nie można było mu przypiąć pozostałych zabójstw, choć tabloidy tego próbowały. Podejrzenie, że to on był Mścicielem wracało raz za razem, aż konieczne było specjalne oświadczenie, które natychmiast zostało zakwestionowane. Jak to powiedział John, ludzie lubią czytać, że wygrywa sprawiedliwość, zwłaszcza w tak radykalnej formie.
Sam doktor nie opisał sprawy na blogu. Po części dlatego, że przemilczano, za zgodą wszystkich zainteresowanych, udział Sherlocka Holmesa, a po części, że sam detektyw nie miał ochoty do niej wracać. Była nudna, oświadczył i John się z tym zgodził, pamiętając o godzinach spędzonych na szperaniu po aktach.
Innym powodem, dla którego Sherlock nie chciał wracać do tej sprawy było to, że rzecznicy Scotland Yardu nie tylko ograniczyli się do zdementowania informacji, że niebezpieczny zabójca wciąż przebywa na wolności. Uczczono także pamięć Alexa Andersona, jako tego, który wykrył spreparowane dowody i – rozpoznany przez sprawcę – zapłacił za to życiem. Na pogrzebie technika wygłoszono mowy o dobrej pracy, oddaniu służbie i cichym bohaterstwie, a panią Anderson pocieszało wiele osób, z nadinspektorem na czele.
Inspektor Lestrade, który do swoich akt dopisał kolejną rozwiązaną sprawę, także składał kondolencje wdowie. Nie mógł nie dostrzec, że kobieta sprawia wrażenie udręczonej tą całą ceremonią i domyślał się powodów. Nie trzeba było geniuszu Sherlocka, by wiedzieć, że znała prawdę o mężu i z trudem powstrzymywała się od wykrzyczenia jej wszystkim zebranym. Takie samo spojrzenie pełne hamowanej wściekłości miała i Donovan, ale ona zamiast na pogrzeb, pojechała na służbową siłownię, wyładować żal na worku treningowym.
Dzień po pogrzebie Andersona Lestrade znalazł wolną chwilę, by pojechać na Baker Street. John otworzył drzwi, rozbawiony tak, jak rzadko kiedy.
- Co się stało?
- Wejdź i się przekonaj – zaprosił go John.
Greg wiedział, co się dzieje, jeszcze zanim wszedł na piętro. Kłótnia Sally i Sherlocka była aż za dobrze słyszalna.
- Wpadła zapytać, jak się goją Sherlockowi żebra – wyjaśnił rozbawiony doktor – i została na czymś w rodzaju korepetycji z dedukowania.
Lestrade tylko potrząsnął głową. Dla wydziału zapowiadały się ciekawe czasy.
Koniec
Od autora: No i koniec historii. Przyszła, czepiła się głowy, została opowiedziana. Tylko tyle i aż tyle. Wszystkim czytającym dziękuję za komentarze, a Ariance, Amidze, Filigrance i Myszynie – raz jeszcze za betunek.
