- Panno Granger - oczy Albusa Dumbledora zdawały się przeszywać młodą kobietę na wylot. Dziewczyna jednak siedziała prosto na krześle, patrząc, z wyrazem determinacji na twarzy, na zasiadającego za biurkiem dyrektora. - Już wkrótce odejdę z tego świata. Nie będę mógł kontrolować biegu wydarzeń. Harry będzie potrzebował wsparcia. Dużo wsparcia. Stanie się wtedy jedyną osobą, na którą będzie mógł liczyć czarodziejski świat - oświadczył jej, a ona popatrzyła na niego skonfundowana.

- Przepraszam, panie dyrektorze, że przerywam, ale... Chce pan powiedzieć, że zaplanował pan swoją śmierć? - zadała pierwsze pytanie, jakie udało jej się wydobyć z kotła szaleńczo kłębiących się myśli.

- Nie, moja droga. To nieuniknione. Oberwałem niezwykle wredną klątwą, której działanie można tylko spowolnić. Moje dni na tym świecie już są policzone - oznajmił z zadziwiającym spokojem.

- Naprawdę nie da się czegoś z tym zrobić? Jestem pewna, że można by... - próbowała zaoponować, ale nie pozwolono jej dokończyć.

- Hermiono - zwrócił się do niej po imieniu. - Nie przejmuj się tym. To nie jest w tej chwili istotne. Słabnę z dnia na dzień, chociażbym przeżył, nie byłbym w stanie wiele zrobić. Wierzę, że zachowasz tę wiedzę dla siebie? - zapytał, zmuszając ją do spojrzenia mu wprost w błękitne tęczówki.

- Ależ, oczywiście - odparła, a jej umysł pracował intensywnie. - Powiedział pan wcześniej, że mam pomóc Harry'emu. Ale przecież od dawna właśnie to robię. Chyba, że istnieje coś jeszcze, co mogłabym zrobić...

- Strzał w dziesiątkę - odpowiedział Albus, posyłając jej delikatny uśmiech. - Wiedziałem, że jesteś wyjątkowo mądrą osobą. Na pewno nie poczęstujesz się cytrynowym dropsem?

- Nie, dziękuję - powiedziała stanowczym głosem. Nie mogła zrozumieć, co takiego tkwiło w tych mugolskich słodyczach. Rozejrzała się ponownie po gabinecie dyrektorskim. Po raz pierwszy została tu zaproszona sama. Mogłaby czuć się zaszczycona takim wyróżnieniem, jednak w tej chwili była bardziej zaintrygowana feniksem, który niespodziewanie wleciał do pomieszczenia. Wydawał jej się jakiś inny, a może odniosła tylko takie wrażenie. Usiadł na żerdzi, a następnie wlepił w nią wzrok. Zupełnie, jakby chciał przejrzeć jej duszę na wylot. Zmusiła się do ponownego skoncentrowania się na rozmówcy. - Harry jeszcze nie dorósł do tego, aby zrozumieć pewne rzeczy - oświadczył Dumbledore. - Nie mogę mu powiedzieć wszystkiego, co chciałbym oraz przekazać mu niezbędnej wiedzy i umiejętności. Pan Weasley również nie wydaje mi się zbyt odpowiedzialny. Postanowiłem postawić jedną kartę na ciebie, Hermiono. W testamencie przekażę ci wszystko, co niezbędne, a także dalsze wskazówki postępowania. Na razie chciałbym ci dać to, co najważniejsze - dyrektor wypowiadając te słowa wyciągnął przed siebie rękę wraz z różdżką.

Dziewczyna rzuciła mu zdziwione spojrzenie. Nie wiedziała, co ma na myśli mężczyzna, jednak on szybko kontynuował.

- Musisz przechować tę różdżkę do czasu ostatecznego starcia Harry'ego z Tomem. Nie możesz dopuścić, aby ruszył on do walki bez tego artefaktu. Jednak wcześniej chłopiec nie może dowiedzieć się, co ci przekazałem. Nikt nie może poznać prawdy. W rękach Harry'ego mogłaby zostać znaleziona, jednak u ciebie nikt nie powinien jej odkryć zbyt wcześnie. A wiem, że ty będziesz potrafiła ją dobrze wykorzystać.

- Czy pan trzyma w rękach tą, legendarną różdżkę? - zapytała zszokowana.

- Dokładnie, moje dziecko. To jeden z najpotężniejszych magicznych artefaktów na świecie, a ty jesteś najlepiej zapowiadającą się czarownicą młodego pokolenia. Liczę, że wykorzystasz jej możliwości, a w odpowiednim momencie przekażesz ją Harry'emu.

- Ale przecież... ona w ogóle nie przypomina mojej. Od razu ktoś się zorientuje, że coś nie tak - wyszeptała oszołomiona.

- Daj mi swoją różdżkę - poprosił, a ona podała mu ją. Wziął ją do ręki, a następnie rzucił swoją różdżką zaklęcie na jej starą. W jednym momencie zmieniły wygląd, a następnie podał jej własną różdżkę, wyglądającą jak ta jego. Posłała mu pytające spojrzenie.

- Musisz mnie rozbroić, aby czarna różdżka mogła ci dobrze służyć. Śmiało, nie obawiaj się.

- Expelliarmus - szepnęła. Już po chwili trzymała czarną różdżkę w dłoni. W momencie, gdy po raz pierwszy dotknęła jej, poczuła wyraźny przepływ energii, jakby rozlewała się ona po jej ciele falami. Dyrektor w tym czasie, jak gdyby nigdy nic, wziął jej różdżkę.

- Jestem pewny, że ona równie dobrze będzie mi służyć w najbliższych tygodniach.

- Kiedy... - zaczęła, jednak nie wiedziała, jak skończyć.

- Już wkrótce - odpowiedział, nie podając szczegółów.

- Mogę już iść? - zapytała. Harry i Ron mogli zacząć martwić się jej zniknięciem. Co prawda przyzwyczaili się do jej ciągłego przesiadywania do późna w bibliotece, jednak dziś obiecała pomóc im z esejem na obronę, który zadał im Snape.

- Jeszcze chwila - odpowiedział Dumbledore. - Chciałbym przedstawić ci pewną osobę. Mogłabyś? - zwrócił się nieoczekiwanie do feniksa, który na jej oczach przemienił się w kobietę.

Na pierwszy rzut oka wyglądała na jakieś trzydzieści, maksymalnie czterdzieści lat, jednak dziewczynie wydawała się, że jest ona sporo starsza. Czuć było od niej aurę siły. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że coś nie tak jest z oczami nieznajomej. Na stalowych tęczówkach można było dostrzec szkarłatne plamki. Na dodatek jej elegancko zaczesane w kok włosy wydawały się wpadać w granat, a nie jak jej się wydawało - w czerń. Ubrana było w prostą szatę czarodziejską, która wiele nie różniła się od tych, jakie nosiły hogwarckie nauczycielki. Jednak w jej półuśmiechu kryło się coś tajemniczego, co dopełniało jej odmienność od zwykłego człowieka.

- Inshia Venn, moja stara przyjaciółka, a to Hermiona Granger, znana ci już uczennica mojej szkoły - przedstawił je sobie Dumbledore. - Myślę, że wasza współpraca będzie owocna.

- Jaka współpraca? - wyjąkała oszołomiona Hermiona.

- Za pewną przysługę obiecałam Albusowi nauczyć cię kilku rzeczy - wyjaśniła kobieta głosem, w którym można było wyczuć obcy akcent. - A czy uda nam się zrealizować ten pomysł, to się okaże już wkrótce. Mam nadzieję, Albusie, że nie przesadziłeś, opisując mi jej potencjał. Nie wygląda mi na kogoś, kto byłby w stanie to zrobić.

- Zapewniam cię, że jest zdolna do tego. Dasz jej trochę czasu, a sobie poradzi.

- Skoro tak uważasz. No nic. Najwyżej stracisz jedną uczennicę - odpowiedziała, jakby mówiła o pogodzie. - Już ci mówiłam, że nie gwarantuję, że ona wróci do ciebie cała.

- Jestem w stanie ponieść to ryzyko - oświadczył Dumbledore.

Hermiona czuła się dziwnie, wykluczona z rozmowy, która najwyraźniej jej dotyczyła. Jednak wydawało jej się, że nie powinna przerywać rozmowy dorosłym. W końcu to wszystko musiało się wyjaśnić. Intrygowało ją tylko tajemnicze coś, o czym przed chwilą rozmawiali. Mieli na myśli jakąś umiejętność, zaklęcia, a może nawet całą dziedzinę magii? I jakie ryzyko się za tym kryło? Czemu dyrektor bez jej zgody podejmował jakąś decyzję, która miała zaważyć na jej życiu.

- W takim razie zobaczymy się za dwa dni. W piątek pełnia - oświadczyła kobieta, jakby fazy księżyca odgrywały dla niej znaczącą rolę. - O godzinie dwudziestej drugiej będę na nią czekać przy jeziorze, obok magicznej wierzby. Żegnaj Dumbledore - powiedziała i nie czekając na odpowiedź, przemieniła się w feniksa, a następnie znikła.

- Kim ona była, profesorze? - zapytała od razu Hermiona. - I o co w tym wszystkim chodzi?

- Jeśli będzie chciała, sama ci to zdradzi. Od niej dowiesz się wszystkiego. Zaufaj mi. Robię to dla twojego dobra. Pojutrze kwadrans przed dziesiątą wieczorem przyjdź na umówione miejsce. Zabierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

- Co się ze mną stanie? Gdzie ona mnie zabierze? - ponownie zasypała pytaniami dyrektora, jednak on zbył je lekkim uśmiechem.

- Zabierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy - powtórzył. - Dobranoc, panno Granger.

- Dobranoc - odpowiedziała, wiedząc, że niczego więcej od niego nie wyciągnie.


Pokój Wspólny jak zwykle o tej porze był zatoczony. Chociaż cisza nocna zaczęła się już dawno temu, uczniowie chętnie siedzieli przy kominku, gawędząc w najlepsze. Harry'ego i Rona dostrzegła przy stoliku w kącie. Jak nietrudno było zgadnąć, wcale nie zajmowali się nauką. Grali sobie spokojnie w szachy, jakby jutro nie mieli zajęć obrony, na których powinni oddać esej zadany dwa tygodnie temu. W koszmarnie długim wypracowaniu musieli opisać wszystkie rodzaje tarcz ochronnych, które mogły się przydać w bezpośredniej walce z przeciwnikiem. Ona przez kilka wieczorów pracowała nad nim, a jej przyjaciele chcieli go zrobić w paręnaście minut.

- Harry, Ron! - krzyknęła. - Czy przypadkiem o czymś nie zapomnieliście?

- Hermiono, właśnie czekaliśmy na ciebie. Miałaś przyjść po kolacji - powiedział Potter, poprawiając hebanową czuprynę, będącą w nieładzie niezależnie od woli właściciela.

- Przepraszam, zasiedziałam się w bibliotece - skłamała. - Czemu nie zaczęliście beze mnie?

- Próbowaliśmy - powiedział Ron, jednak ona mu nie uwierzyła.

- Musicie kiedyś nauczyć się myśleć samodzielnie. No ale trudno. Z czym mieliście problem? - zapytała.

- Ze wszystkim - odparł Ron, a ona miała ochotę na niego nakrzyczeć. - Przedyktuję wam fragmenty mojego wypracowania - powiedziała z rezygnacją. - Nie mam zamiaru tkwić tu znowu do północy.

- Jesteś cudowna - powiedział Harry, a następnie jednym ruchem różdżki zamknął szachownicę, która po ponownym otwarciu miała być w tym ułożeniu, na jakim skończyli.

Dziewczyna, nie marnując czasu, zaczęła dyktować im, dzięki czemu jeden problem miała już z głowy. Niecałą godzinę później mogła spokojnie wziąć sobie prysznic, a następnie wsunąć pod pierzynę w dormitorium i pogrążyć w rozmyślaniach o minionym dniu. A miała o czym.


Krzyk gwałconej Agathe. Pokaleczone ciało młodej kobiety, która zawiniła jedynie tym, że była niezwykle podobna do swojej kuzynki. Rezygnacja w jej oczach i ostatni oddech. Zaatakowanie z nienacka oprawców. Zawalenie sufitu własnego domu. Zabicie ostatniego z nich avadą, która cudem jej się udała. Znalezienie ciał rodziców w ogrodzie domu. Tony łez i samotność. Zatuszowanie śladów. Pogrzeb. Białe róże na grobie bliskich. Strach, że ktoś się o tym dowie. Że wyślą ją do Azkabanu.

Po raz kolejny, jak w kalejdoskopie, we śnie nawiedziły ją sceny z ferii świątecznych, od których minęło już kilka tygodni. Znowu obudziła się z krzykiem, cała przepocona. Dochodziła piąta rano. Spała niecałe sześć godzin. Ale wiedziała, że już nie zaśnie. Nigdy nie zasypiała. Zamiast tego odsunęła zasłony wokół łóżka i ściągnęła zaklęcie dźwiękoszczelne. Poszła do łazienki prefektów, aby się wykąpać. Coraz częściej zaczynała dzień od długiej kąpieli w gorącej wodzie z bąbelkami. Taka forma relaksu pozwalała jej odciąć się od nocnych, nieprzyjemnych wizji. Prócz nieposłusznych myśli, nic nie zakłócało jej spokoju. Mogła zapomnieć o całym świecie, pogrążona w rozmyślaniach.

Sielanka zawsze kończyła się zbyt szybko. Trzeba było się ubrać i uczesać. Później zwykle szła do opustoszałej o tej porze Wielkiej Sali na filiżankę kawy. Wtedy też sprawdzała ponownie prace domowe na ten dzień i czytała lżejsze książki. Gdy przychodziła reszta uczniów, brała na talerz jakiegoś tosta, naleśnika bądź zwykłą razową bułkę z twarogiem i jadła to, włączając się w poranne rozmowy. Zazdrościła swoim rówieśnikom problemów, z jakimi się borykali. Nie dręczyły ich po nocach straszne sny, nie musieli rozmyślać, jak pomogą przyjacielowi pokonać Voldemorta.

W końcu przyleciały sowy. Wciąż prenumerowała Proroka Codziennego, jednak tego dnia zerknęła wyłącznie na jego okładkę. Nie miała ochoty na zwyczajowy przegląd prasy. Nie interesowały jej krajowe zawody w qudditchu ani wyznania sekretarki jakiegoś członka Wizengamotu. Odkrycie nowego gatunku jakiegoś ziela również nie wydawało się jej niczym ważnym.

- Hermiono, czemu jesteś dziś taka milcząca? - zapytała Ginny.

- Po prostu się nie wyspałam - odpowiedziała, uśmiechając się lekko do rudowłosej.

- Na pewno martwi się, że Snape da jej znowu zadowalający - zasugerował Harry. - Dziś odda nam testy sprzed tygodnia. Hermiona, jako jedyna, pisała bez przerwy przez półtorej godziny, zanim nam odebrał kartki. Sam się do tego dość długo przygotowywałem, ale napisałem jakieś pięć razy mniej niż ona.

- Nie przejmuj się nim - próbowała pocieszyć ją koleżanka. - Może nie będzie tak źle. Zresztą najważniejsze jest, że posiadasz tę wiedzę i zdajesz sobie z tego sprawę.

- Dziękuję - odpowiedziała, po czym wstała od stołu. - Idę już pod klasę - oświadczyła.


- Żenujące - oświadczył Snape na powitanie. - Zdaję sobie sprawę, że do tej pory tego przedmiotu nauczały was osoby niekompetentne, ale żeby z czymś tak banalnym sobie nie poradzić, to już zakrawa o absurd. Dwie trzecie klasy nie rozróżnia magii bezróżdżkowej i magii umysłu. Co najmniej połowa nie ma pojęcia, czym charakteryzuje się magia niewebralna, chociaż na różnych przedmiotach uczycie się jej od dawna. Niektórzy nawet nie potrafili zdefiniować rodzajów tych magii. Nawet panna Granger zaskoczyła mnie swoim brakiem wyobraźni. A już łudziłem się, że skoro tyle minut mordowała swoje pióro, to napisała coś w miarę sensownego. Cóż, nadzieja matką głupich. Nie marnowałem nawet swojego czasu na czytanie tych wszystkich bzdetów. Można było, jak pan Malfoy, napisać niecałe trzydzieści linijek i otrzymać ocenę wybitną. Podsumowując, test wyszedł katastrofalnie. Nie, żebym spodziewał się, że wyjdzie dobrze - oznajmił im, po czym rozdał im arkusze.

Na kartce Hermiony malowało się ogromne Z. Miała ochotę się rozpłakać, jednak udało jej się opanować. Jej przyjaciele podziali nędzne. Nevill i Lavender dostali nawet po trollu.

- A teraz zbiorę kolejne wasze wypociny - powiedział nauczyciel. - Accio zadania domowe. Mam nadzieję, że wykorzystaliście te dwa tygodnie i będę w stanie doczytać każde wypracowanie do końca. Inaczej niektórzy będą musieli poważnie się zastanowić, jak zamierzają zdać egzaminy końcowe. A obiecuję, że nikomu nie pójdę na rękę. Nie dopuszczę nikogo do ostatniej klasy, jeśli nie będzie znał podstaw teorii. A teraz proszę o opuszczenie ławek. Przygotowałem dla was kilka zaklęć, które powinniście szybko opanować.

Hermiona musiała przyznać, że z nową różdżką jakoś szybko i gładko poszło jej przyswojenie nowych zaklęć. Wystarczy, że poprawnie je wymawiała i wykonywała właściwe ruchy różdżką, a czar nabierał potężnej mocy już za pierwszym podejściem. Zauważył to również Harry, który pogratulował jej dobrego dnia.


Kolejny wieczór nadszedł zbyt szybko. Tym razem jednak będzie mogła spać bez koszmarów. Po eliksirach poprosiła profesora Slughorna o eliksir bezsennego snu, który rzekomo miał być dla Harry'ego. Dał jej go bardzo chętnie. Wystarczyło małe kłamstwo, aby zdobyć stosunkowo drogą miksturę. Mogłaby w sumie zrobić go sama, ale nie miała za bardzo gdzie, a nie chciała prosić nauczyciela o udostępnienie pracowni eliksirów. Tak było łatwiej. Wypiła niezbyt przyjemny w smaku płyn, po czym zapadła w błogi sen.

Tym razem obudziła się dość późno, przez co nie było czasu na poranną kąpiel. Dziś miała tylko potrójne eliksiry i podwójną transmutację, więc po lekcjach na spokojnie zdąży zastanowić się, co jej będzie potrzebne w miejscu, do którego chciał wysłać ją Dumbledore. Z każdą godziną miała coraz więcej wątpliwości, jednak nikt nie mógł jej pomóc. Na żadnym posiłku w ciągu tego dnia nie spotkała dyrektora. Po obiedzie odrobiła wszystkie zadania domowe, a przed kolacją rzuciła specjalne zaklęcie na swoją torebkę, otrzymaną kiedyś od mamy. Wrzuciła do niej sporo ubrań, trochę książek, jakieś kosmetyki i parę innych rzeczy, które wydawały jej się niezbędne. Następnie zmniejszyła samą torebkę.

Na ostatni posiłek tego dnia zdecydowała się nie iść. Zamiast tego udała się do biblioteki, aby wypożyczyć parę książek o magicznych rasach. Dopiero teraz miała czas dowiedzieć się, kim lub czym była tajemnicza kobieta, która miała ją czegoś nauczyć. Niestety żaden z opisów nie odzwierciedlał jej wyglądu. To jednak nie zaniepokoiło jej. Wiedziała, że istnieją różne krzyżówki ras, a niekiedy osobniki specjalnie zmieniają różne cechy zewnętrzne, aby nie można było ich łatwo rozpoznać.

Skoro jednak przyjaźniła się z Dumbledorem, nie powinna stanowić dla niej zagrożenia. A przynajmniej Hermiona żywiła taką nadzieję.

Resztę wieczoru spędziła w pokoju wspólnym. Wreszcie nadszedł czas opuszczenia przyjaciół. Nawet nie zauważyli, że wychodzi. Szła ostrożnie. Chociaż była prefektem, wolała nikogo nie spotkać, aby uniknąć pytań. Wyszła przed zamek i skierowała się w stronę Bijącej Wierzby. Nie dostrzegła w jej okolicach nikogo. Jednak nie było to równoznaczne z tym, że nikt się tam nie czaił. Miała nadzieję porozmawiać jeszcze z dyrektorem, ale nie pojawił się. Zamiast niego, o równej dwudziestej drugiej ciemności rozświetlił feniks.