Obiecana scenka z Gajeel x Levy ( o ile ktoś tu w ogóle zagląda :D)


Drzwi uchyliły się lekko, a do środka wsunął się potężnie zbudowany mężczyzna o długich czarnych włosach i skórze pooranej bliznami. Źrenice rozszerzyły mu się po wejściu do ciemnego korytarzyka, niemal całkowicie zasłaniając czerwone tęczówki. Stąpając na tyle cicho, na ile pozwalała mu jego postura, wszedł do małego gabinetu po prawej.

Jedną ścianę, niemal w całości zajmowała ogromna półka zapełniona książkami i woluminami. Niektóre wyglądały na całkiem nowe, a inne były dużo starsze niż ich obecna właścicielka. Niebieskowłosa, drobna dziewczyna spała na małej kanapie pod oknem. Na jej piersiach leżało kilka papierów, które studiowała nim oddała się w objęcia morfeusza. Na jej brzuchu, zwinięty w kłębek leżał Lily, również pogrążony w drzemce. Gajeel podszedł do niej cichym krokiem, zawsze zastawał ją tak. Śpiącą spokojnie, wiedząc, że on może tu w każdej chwili wejść. Dziwił się jej. Dziwił się, że mu wybaczyła, zaufała, poszła z nim i dalej ufała. Dziwił się, że go uratowała. I nie tylko wtedy na Tenrou, pamiętał jak ryzykowała swoje życie by dać mu oddech w czasie walk z Tartarosem. A potem, po rozpadzie Fairy tail pomogła iść dalej i znaleźć miejsce na świecie. Stanął obok niej, przyglądając się cienkiej, podłużnej bliźnie na prawym ramieniu. Była niemal niewidoczna, ale go raziła w oczy niczym wielkie ognisko. Tą ranę zadał jej własnoręcznie, jeszcze, jako członek Phantom lords. Zbliżył do niej palec, pozostając jednak w odległości paru milimetrów od skóry, czuł ciepło bijące od kobiety, czasem nawet muskał go jakiś włos. Powędrował palcem w górę, w ślad za blizną, a gdy ta się skończyła, przeniósł wzrok na drugą. Na prawej skroni widniała maleńka gwiazdka, również jego sprawka. Musnął powietrze obok niej, powtarzając gest, jaki czynił codziennie. Taki jego rytuał, by nie zapomniał, że tak naprawdę jest potworem. Chciał cofnąć rękę i odejść jak zawsze, ale powstrzymał go słaby uścisk małej rączki na jego. Na szorstkiej skórze swojej dłoni poczuł zaciskające się, delikatne palce przyzwyczajone bardziej do chwytania książek niż ludzi. Potem napotkał spojrzenie dużych, brązowych oczu. Patrzyły na niego z wstydem i przestrachem, ale było w nich także wyzwanie. Na dotąd bladych policzkach zakwitł czerwony rumieniec. Poczuł jak do jednej ręki, dołącza druga, chwytając go mocno. Kobieta stanowczym ruchem przysunęła jego dużą rękę do swojego policzka, tak, że palce muskały blizne na skroni. Patrzył przerażony na to, co Levy wyczynia z jego ręką.

- Przestań – poprosił cicho – ja potrafię tylko niszczyć! – dokończył głośniej, gdy kobieta nadal go trzymała, poczym gwałtownie wyrwał rękę z uścisku.

Papiery leżące na dziewczynie spadły z głośnym szumem na podłogę, ale żadne z nich się tym nie przejęło. Gajeel wlepiał wzrok w oparcie kanapy ponad niebieskimi włosami, a Levy patrzyła na mężczyznę z wściekłością.

- Nieprawda! -powiedziała wstając i zakładając ręce na piersiach.

- Spójrz na swoje blizny! – wykrzyknął mężczyzna zaciskając dłonie w pięści.

Levy była zbyt dobra, by mu powiedzieć, że go nienawidzi, ale Gajeel nie łudził się, co do tego. On potrafił tylko niszczyć i jego można tylko nienawidzić. Dziewczyna mogła czuć może jeszcze współczucie, ale pogromca smoków wiedział, jaka jest prawda o jego destrukcyjnej naturze.

- A ty spójrz na swoje – szepnęła łagodnie podchodząc do szatyna.

Wskazała lekko drżącym palcem, najpierw na szeroką bliznę na lewym ramieniu, a potem dotknęła palcem czarnej, obcisłej koszulki trochę ponad sercem.

- Te dwie są z wyspy Tenrou – szepnęła – kiedy walczyłeś, żebym ja mogła uciec – a ta – kontynuowała, wędrują palcem na prawy policzek – jest z walk z Tartarosem, zdobyłeś ją w obronie przyjaciół – wzięła głębszy oddech i podnosząc harde spojrzenie powiedziała ostrzej – Nie mów nigdy więcej, że potrafisz tylko niszczyć! – w jej prawym oku zakręciła się łza.

Stali tak bez słowa. On lekko odchylony do tyłu z szokiem wymalowanym na twarzy, ona z palcem wciąż na jego policzku. Jakby mówiąc, że się go nie boi.

- Ghe ghe – zaśmiał się w końcu przerywając cisze i napięta atmosferę. – Ty to jednak jesteś niesamowita – dodał przytulając lekko dziewczynę.

Levy najpierw zastygła w bezruchu, a potem objęła talię Gajeela, ledwo oplatając ją krótkimi rękami. Mężczyzna tego nie widział, ale domyślał się, że na jej wargach kwitł delikatny uśmiech. A on patrzył ponad jej głową, z bólem w oczach. „Wybacz Levy, ale ja naprawdę jestem potworem, nieważne ile razy cię obronie, to się nie zmieni" – myślał, trzymając w objęciach drobne i kruche ciałko kobiety, nie wiedząc nawet, że to stwierdzenie dawno przestało być prawdą.


Wdzięczna będę za jakikolwiek komentarz do tego co wrzucam zarówno w tym ficu jak w innych ;) Taka mała wiadomość czy to co pisze ma sens i czy się komuś podoba bądź nie.