Rozdział dziewiąty: Błędy przeszłości
Anna otworzyła powoli oczy, mrugając intensywnie. Głowa niesamowicie mocno ją bolała. Podniosła się ociężale i rozejrzała dookoła. Nie rozpoznała otoczenia, w jakim się znajdowała. Leżała na twardej, zimnej kamiennej płycie w jakiejś jaskini.
Pan… w moim pokoju był Pan. Znokautował mnie zaklęciem… zaklęciem usypiającym. Tak, to musiało być to. Uśpił mnie i porwał. Tak. To się właśnie stało.
Od razu zaczęła szukać spojrzeniem winowajcy. Znalazła go po krótkiej chwili – siedział w rogu jaskini, ukryty w cieniu, i ewidentnie czekał na to, aż Anna się nie zbudzi i go nie dostrzeże. Dopiero gdy to się stało, Pan wyszedł ze swojej kryjówki.
- Obudziłaś się już, jak widzę. – zaczął, podchodząc do niej wolnym krokiem. – Odradzam. – dodał szybko, gdy Anna usiadła w pozycji obronnej, gotowa do ataku. – Otoczyłem tę kryjówkę silnym zaklęciem ochronnym. Nikt stąd nie wyjdzie ani nie wejdzie bez mojego pozwolenia. I nikt też nie będzie w stanie używać tu magii… chyba że mu na to pozwolę. – dodał po chwili, uśmiechając się szyderczo.
- Dlaczego mnie porwałeś? – spytała się Anna. – Na co ci jestem potrzebna?
- Posiadasz bardzo potężną magię w sobie, moja droga. Ale tego chyba nie muszę ci tłumaczyć, prawda? Mamy już za sobą tę gadkę. Wiesz, czego od ciebie chciałem od samego początku.
- Nie będę z tobą współpracować. Nigdy. – Gdyby nie jej nienaganne maniery i wychowanie w zamku, Anna jak nic teraz by splunęła Panowi pod nogi. Powstrzymała się jednak od tego ostatkami swojej woli. – Zabiłeś moją ciotkę. Próbowałeś mnie porwać, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem. Zniszczyłeś moją rodzinę.
- Nie twierdzę, że byłem najgrzeczniejszym „nastolatkiem" w przeszłości. – odparł Pan. Anna prychnęła głośno z odrazą, słysząc to, ale nie przerwała mu. Odwróciła jedynie ostentacyjnie od niego spojrzenie. Czuła, że jeśli dalej się będzie na niego patrzeć, to jak nic rzuci się na niego i udusi go gołymi rękoma – a do takich rozwiązań nie chciała się zniżać. – Ale nigdy nie chciałem zrobić ci nic złego. Daj mi po prostu wszystko wyjaśnić.
- Nie chcę słuchać żadnych twoich wyjaśnień! – wybuchła nagle Anna. Wstała z płyty kamiennej i stanęła naprzeciw Pana, wpatrując się w niego z mieszaniną odrazy i nienawiści. Była od niego niższa o pół głowy, ale chłopak poczuł się teraz tak, jakby Anna mierzyła ponad sześć stóp wzrostu. Gdyby tylko istniała taka możliwość, to od jej spojrzenia zapadłby się pod ziemię i nigdy stamtąd nie wyszedł. Mógł wręcz poczuć ten gniew na swojej skórze. Aura Anny aż wibrowała od wszystkich silnych emocji, jakie teraz odczuwała. – Jesteś dla mnie nikim. Możesz sobie wmawiać, że robiłeś to wszystko, aby… nie wiem, co tam sobie chcesz wmawiać. Że mnie chciałeś szkolić, uczyć, być moim przyjacielem… a może myślałeś na swój chory i pokręcony sposób, że będziesz w ten sposób mnie chronił. Nie interesuje mnie to. Żadne wyjaśnienie, jakie masz dla mnie, nie zmieni tego, co czuję wobec ciebie.
- Umierałem, Anna. – odpowiedział Pan po chwili milczenia, jaka pomiędzy nimi zapadła po monologu dziewczyny. – Wierzyłem wtedy głęboko w to, że twoja moc ocali mnie. I nadal uważam, że tak by mogło się to skończyć. Twoja matka bez problemu uzdrowiła Devina, gdy to zraniłem podczas naszej ostatniej walki.
- To wciąż nic nie zmienia. – Anna wciąż upierała się przy swoim. Nic, co Pan jej powiedział, nie zmieniło jej nastawienia. – Dla takich jak ty nie ma przebaczenia.
- Chyba nieco przesadzasz, moja droga? – Pan zaśmiał się cicho.
- Och, czyżby? – Anna nie była ani trochę w nastroju do żartów. Miała idealną okazję do tego, aby mu wszystko wyrzucić. I nie zamierzała tej okazji zmarnować. – Zabiłeś swojego jedynego przyjaciela i sojusznika, aby rzucić tę cholerną klątwę. Jedynego przyjaciela i sojusznika. Kto tak postępuje. Kto tak postępuje, co? Bohater? Niezrozumiany złoczyńca? Nie, Pan… ty nie jesteś nawet niezrozumianym złoczyńcą. Taki to przynajmniej ma jakiś kodeks moralny, jakiego się trzyma. Ma coś, co trzyma go przy tym skrawku dobroci. Ty nie masz nawet tego. Słyszałam, co wyczyniałeś w Nibylandii. Chciałeś tam zabić swojego wnuka i prawnuka. Swoją własną krew, Pan. Jesteś chory. Interesuje cię tylko to, co się z tobą stanie. Nie potrzebujesz mnie. Nie chcesz mnie chronić ani szukać we mnie sojusznika. Chcesz mnie tylko wykorzystać, i tyle. A gdy spełnię już swoją rolę, odrzucisz mnie jak stare śmieci. Dlatego powiem ci coś teraz. – Anna zrobiła kolejny krok w stronę Pana, tak że teraz stała tuż przed nim. Spojrzała się mu prosto w oczy, chcąc, aby chłopak w pełni zrozumiał, co miała mu teraz do przekazania. – Nigdy, ale to przenigdy nie dam ci wygrać. Zrobię wszystko, aby cię powstrzymać. Nawet gdybym miała stracić swoje życie. Nigdy ci nie pomogę. Nigdy.
Pan milczał przez długą chwilę. Patrzył się prosto na Annę, zastanawiając się nad swoim kolejnym posunięciem. Ewidentnie widział, że żadna współpraca z nią nie miała sensu – Anna nigdy mu nie zaufa. Nigdy mu nie wybaczy. Nie miał zatem innego wyjścia.
- No cóż… nie dajesz mi zatem innego wyboru. – powiedział cichym głosem, odsuwając się powoli od Anny. Dziewczyna obserwowała go przez cały ten czas, mając się nieprzerwanie na baczności. – Będę musiał cię zabrać z powrotem do Nibylandii. Liczyłem na to, że będę mógł z tobą zostać tutaj, i że razem będziemy przewodzić Storybrooke… ale widzę teraz, że to były tylko mrzonki. Tylko siłą cię zmuszę do współpracy.
- Nigdzie z tobą nie odejdę. Prędzej umrę. – wycedziła Anna. Pan tylko się zaśmiał na te słowa.
- Szczerze w to wątpię. – odparł, wciąż się śmiejąc. – Nie zdołasz mnie powstrzymać. Nie będziesz w stanie stawić mi oporu, gdy już będę cię stąd zabierał. I nie będziesz w stanie mnie powstrzymać, gdy odbiorę na własność serce Najprawdziwszego Wierzącego.
- Że co? – Anna zamarła, słysząc to. Pan również zamarł, nagle zdając sobie sprawę, że właśnie wydał część swojego planu osobie, która ani trochę nie stała po jego stronie. – Dalej chcesz zabić Henry'ego? Swojego własnego prawnuka?
- To cena, jaką muszę zapłacić za to, aby przeżyć. – odpowiedział chłopak z wahaniem.
- I zdradzasz mi ten plan. Ot tak, bez żadnego zająknienia.
- Zdradzam ci go, bo wiem, co nastąpi, gdy już odzyskam to serce. – Pan uśmiechnął się tajemniczo po tych słowach. – Serce Henry'ego sprawi, że odzyskam pełnię swoich mocy. Będę silniejszy niż kiedykolwiek. A gdy to już się stanie… wtedy będę w stanie zrobić wszystko.
- Wszystko… wszystko, czyli co? – Anna obawiała się tego, co się zaraz dowie. Po spojrzeniu chłopaka, domyślała się, że to, co ma jej on do powiedzenia, nie będzie niczym dobrym.
- Teraz trzymają się tu wspomnienia o twojej matce, o rodzinnych stronach… nawet o Devinie. – Pan wypowiedział imię chłopaka jak najgorsze przekleństwo, krzywiąc się przy tym nieznacznie. – Gdy jednak zyskam pełnię mocy, będę w stanie się tego wszystkiego pozbyć. A gdy to zrobię… wtedy jedyną bliską osobą, jaka ci pozostanie, będę ja.
- Nie zrobisz tego. – Anna była teraz szczerze przerażona tą perspektywą. Wiedziała, że musi go powstrzymać, ale nie wiedziała jeszcze, jak to osiągnąć; szczególnie tutaj, w miejscu, gdzie była pozbawiona swojej magii. – Nie możesz być aż tak okrutny.
- Nie pamiętasz swojej wspaniałej przemowy, moja droga? – Pan zaśmiał się gorzko po tych słowach. – Nie mam w sobie żadnych uczuć. Nie troszczę się o nikogo poza sobą. Martwię się tylko tym, czego ja chcę. Czego ja potrzebuję. A to, czego teraz potrzebuję, to osoby, która obdarzy mnie silnym uczuciem… niekoniecznie nawet prawdziwym. Byle kto się nie nada – potrzebuję kogoś specjalnego. A ty… ty jesteś wręcz doskonała. A teraz wybacz mi na moment. – dodał na koniec, wyrywając się ze swojego złowieszczego monologu. – Najwyższa pora udać się do Storybrooke po moje nowe serce. – I teleportował się, nim Anna zdołała coś jeszcze powiedzieć.
Dziewczyna przez długą chwilę nie była w stanie nic z siebie wykrztusić. W końcu, po długiej minucie stania w miejscu jak zaklęta, upadła na zimny kamień, drżąc na całym ciele.
Jest źle. Jest bardzo źle. Muszę się stąd wydostać. Muszę coś wymyślić. Bo inaczej… inaczej skończę jako niewolnica Pana. Na wieki.
