Rozdział dwunasty: Idealne zakończenie
Odnaleźli go bardzo szybko.
W chwili, w której Anna dostrzegła Pana, momentalnie pojęła, jak bardzo wystraszony on teraz jest. Wiedział, że za moment przegra. Spróbował nawet ucieczki, ale grupa osaczyła go ze wszystkich stron, nie dając mu ku temu żadnej, nawet najmniejszej szansy.
- Popełniacie ogromny błąd. – powiedział im jeszcze, licząc na to, że zdoła tym kogoś przekonać do zmiany zdania. – Nie zdołacie mnie pokonać.
- Wręcz przeciwnie, Pan. – Anna stanęła naprzeciwko niego, uśmiechając się prawie niezauważalnie. – Zdołamy cię pokonać. Ja zdołam cię pokonać. To już koniec. Wiesz o tym, ja o tym wiem. Po prostu miejmy to za sobą.
- Skoro naprawdę tego chcesz. – Pan wziął głęboki wdech i zrobił kilka kroków w stronę Anny. Nie zaatakował jej jednak; stanął przed nią z dumnie uniesioną głową, po raz pierwszy gotowy do uczciwej walki. – Zakończmy to, tu i teraz.
Annie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uniosła dłonie i wytworzyła naprędce kule błękitnej energii. Pan w tym samym czasie zrobił to samo, tworząc w swoich dłoniach takie same kule, tyle że stworzone ze złoto-zielonej energii magicznej.
Muszę wygrać to starcie. Wierzę, że mi się uda go pokonać. Muszę to zakończyć. Muszę to zakończyć dla nas wszystkich.
Zaatakowała go pierwsza. Nie chciała czekać już ani chwili dłużej. Rzuciła w niego kulą energii, po czym uniknęła ataku Pana, cofając się o jeden krok. Zaraz potem natarła na niego z pełną mocą, nie oszczędzając się nawet przez moment. Pan w tym samym momencie rzucił w nią potężną kulą ognia. Nie zamierzał chybić – był gotów realnie skrzywdzić jedyną osobę, na której rzekomo mu zależało. To paradoksalnie sprawiło, że Anna przestała się ograniczać w swoich atakach. Zrozumiała, że to naprawdę jest koniec. I że osoba, która wygra to starcie, zadecyduje o przyszłości nie tylko Storybrooke, ale i wszystkich magicznych i niemagicznych światów.
Rozłożyła ramiona na boki na ułamek sekundy, aby zaraz potem pchnąć je do przodu, posyłając ogromny podmuch lodowego wichru prosto na Pana.
Nie zdołał uniknąć tego ataku. Siła podmuchu odrzuciła go daleko w tył, dobre kilkanaście metrów. Anna wykorzystała to i ruszyła dalej na niego, ciskając raz za razem lodowym powietrzem zmieszanym z drobinami lodu i śniegu.
- To już koniec, Pan! – zawołała. Nie przestała go atakować. Powalała go raz za razem, gdy tylko próbował wstać z ziemi. – Poddaj się!
- Nigdy! – wykrzyknął chłopak. Podniósł się i jeszcze raz spróbował cisnąć w nią ognistą kulą. Nie zdołał nawet jej odpowiednio utworzyć; Anna otoczyła go wirem z chłodnego powietrza, odbierając mu na to szansę. Mimo tego Pan zdołał się jakoś wyswobodzić z tej pułapki i wykonać jeden celny atak. Anna uchyliła się w ostatniej chwili. Kula ognia uderzyła w drzewo tuż za nią, momentalnie je podpalając.
Dość tego. Czas to zakończyć.
Pan uformował w dłoni następną kulę i gotował się do rzucenia nią w Annę. Dziewczyna w tym samym czasie wyczarowała wokół siebie kilkadziesiąt lodowych sopli i wycelowała je prosto w nastolatka.
To jest moja ostatnia szansa. Nie mogę spudłować.
Pchnęła je do przodu siłą swojej magii w tym samym czasie, w którym Pan cisnął w nią swoją kulą ognia. Uchyliła się przed jego atakiem, jednocześnie koncentrując się wciąż na posłaniu wszystkich tych sopli w stronę ich oryginalnego celu.
Kolejna kula ognia minęła ją o centymetry. Dostrzegła, że Pan zdołał uchylić się przed pierwszymi soplami. Dziewczyna zacisnęła usta i skupiła się jeszcze bardziej. Kolejny tuzin sopli poleciał prosto na niego, w tym samym czasie, w którym uchylał się on przed tymi pierwszymi, które do niego dotarły.
W tym jednym ułamku sekundy Anna wstrzymała w napięciu oddech. Bała się nawet zamrugać. Czuła przepływ magii w całym swoim ciele. Czuła, jak steruje każdym z sopli lodu. Manewrowała nimi instynktownie, zmieniając kierunek ich lotu dokładnie w tym samym momencie, w którym Pan przechylił się na bok.
A potem, powoli, wypuściła długo wstrzymywany oddech.
Jeden z sopli trafił Pana w ramię. Drugi, przelatując tuż obok niego głowy, drasnął go w policzek. Trzeci, ostatni, wycelowany prosto w jego serce, zdołał zostać przez niego zniszczony.
Nie. Nie poddam się. Nie teraz. Bez cienia wahania Anna obróciła się wokół siebie, wytwarzając kolejne pół tuzina sopli. Sekundę później posłała je prosto w Pana.
Zdołał uniknąć ich wszystkich. Anna zacisnęła dłoń w pięść i skupiła się na jednym jedynym soplu, który jeszcze nie rozbił się o drzewa znajdujące się za Panem. Zmusiła go do zatrzymania się, obrócenia się wokół własnej osi i zawrócenia. Pan nie zdążył go dostrzec na czas. Nie zdołał się nawet przed nim uchylić.
Z ust Anny wydobył się zduszony krzyk. Z wrażenia osunęła się na kolana, nie dowierzając temu, co widzi.
Ostatni sopel przebił Pana na wskroś. Trafiła go w sam środek serca. Chłopak powoli upadł na kolana, rozwierając nieznacznie usta. Jego wzrok powędrował w dół, w stronę wystającego mu z piersi sopla. Świadomość tego, co właśnie się stało, jeszcze do niego nie dotarła.
Powoli, z wysiłkiem, podniósł w końcu spojrzenie na Annę. Dziewczyna, wciąż w głębokim szoku, wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
Naprawdę to zrobiłam. Niemożliwe. Naprawdę mi to się udało.
Przez krótką chwilę pomyślała, że jest jej go szkoda. Że mimo wszystko nie zasłużył na taki koniec. Potem jednak przypomniała sobie swoją ciocię, swoją mamę, Devina, całe Storybrooke… a na koniec także siebie. I zrozumiała, że w tym jednym przypadku nie miała innego wyjścia. Dokładnie tak to musiało się zakończyć. Nie było innej opcji.
Pan w końcu uświadomił sobie, że przegrał. Nie ma już dla niego ratunku – przyszedł jego koniec. Gdy tylko to pojął, uśmiechnął się słabo, po czym zamknął powoli oczy. W chwili, gdy wydał swoje ostatnie tchnienie, jego ciało przemieniło się w jasny, złoto-zielony pył, który rozwiał pierwszy lekki wiatr. Anna obserwowała to wszystko, nim ostatnia drobina pyłu nie zniknęła z pola jej widzenia.
- To koniec. – wyszeptała, bardziej sama do siebie niż do kogoś innego. – To naprawdę koniec. Wygraliśmy.
- Nie musicie jeszcze odchodzić. – powiedziała Emma do Elsy. Stała razem z nią przed portalem wiodącym prosto do królestwa Arendelle. – Możecie jeszcze trochę tu zostać.
- Niestety, ale musimy jak najszybciej wrócić do Arendelle. – odpowiedziała jej Elsa. – Czas nas nagli. Nie wiemy, jak dużo zmieniło się po naszym zniknięciu. Powinnyśmy wrócić tam jak najszybciej.
Anna niechętnie, ale zgadzała się ze swoją matką. Bardzo chciała zostać w Storybrooke, ale wiedziała, że jej królestwo potrzebuje ich obu. Chciała już wrócić do swojego taty, do wujka Kristoffa… chciała wrócić do swoich stron. Wiedziała, że musi to zrobić. Tam był jej dom.
Dziewczyna podeszła niepewnie do Devina, który stał na uboczu. Chłopak wydawał się równie speszony i zaniepokojony co ona. Gdy stanęła obok niego, Devin przez krótką chwilę unikał jej spojrzenia, nim w końcu nie odważył się odwrócić w jej stronę.
- Przyszła na mnie pora. – zaczęła niepewnym głosem Anna. Nie była do końca pewna tego, co jest pomiędzy nią a Devinem. Wiedziała, że jest on jej bardzo bliski, ale nie wiedziała, czy będzie chciał wyruszyć z nią do Arendelle. I o to właśnie chciała go zapytać. Chciała wiedzieć, na czym stoi. – Devin… czy… czy ty chciałbyś się ze mną tam przenieść?
Chłopak uniósł gwałtownie wzrok i spojrzał się na Annę z niedowierzaniem.
- Naprawdę? – Devin wydawał się być tym pytaniem szczerze zaskoczony. – Naprawdę chcesz, żebym tam się z tobą udał? Do Arendelle? Do… twojego domu?
- Oczywiście. – Anna uśmiechnęła się szeroko. – Jesteś dla mnie kimś bardzo bliskim, Devin. – dodała następnie, ujmując dłoń chłopaka w swoją. – Wiem, że znamy się dopiero od niedawna, ale… czuję, że wiele nas łączy. I że chcę, abyś poznał strony, z których pochodzę. Żebyś w ten sposób jeszcze lepiej mnie mógł poznać. Pytanie tylko… czy chcesz tego? Czy chcesz się tam ze mną wybrać?
- Bez dwóch zdań chcę. – Devin nawet się nad tym nie zastanawiał. Anna zaśmiała się radośnie, słysząc to. Dokładnie na taką odpowiedź liczyła. – Storybrooke jest niezwykle interesującym miejscem, ale… to nie jest mój dom. Nawet nie jestem pewien, czy takowy posiadam. Ale chcę się wybrać z tobą do Arendelle. Wierzę w to, że tam odnajdę swoje miejsce.
Anna nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Zdobyła się tylko na to, aby przytulić chłopaka i uścisnąć go mocno.
- Dziękuję. – wyszeptała, nie przestając się uśmiechać ze szczęścia, które ją teraz rozpierało. – To wiele dla mnie znaczy.
Chwilę później Devin ustawił się obok Anny przed portalem do Arendelle. Pożegnał się krótko z Emmą i pozostałymi, po czym bez dalszego zwlekania skierował się w stronę portalu, idąc tuż za Anną.
Anna tuż przed przejściem przez portal zatrzymała się na moment, aby rzucić jedno ostatnie spojrzenie na Storybrooke i ludzi, których tu zostawiali. Pomachała Henry'emu, który stał obok Emmy i Reginy. Następnie odwróciła się z powrotem w stronę portalu i bez wahania przeszła przez niego.
Następny przystanek – dom.
Gdy wylądowała po drugiej stronie, w pierwszej chwili nie rozpoznała otaczającego ją krajobrazu. Panowała tu teraz wczesna zima, i cienka warstwa śniegu pokrywała ziemię i drzewa dookoła nich.
- Anna. – dobiegł ją nagle znajomy głos. Dziewczyna obróciła się zszokowana w stronę osoby, którą bardzo chciała zobaczyć od tak dawna.
- Tata. – wyszeptała, czując łzy napływające jej do oczu.
Alexander, uśmiechając się przez łzy, podszedł do córki i przytulił ją mocno do siebie. Anna długo go nie puszczała, bojąc się, że to wszystko może okazać się iluzją. Tak długo przebywała poza domem, że niemalże zapomniała już, jak on wyglądał.
- Czekaliśmy na was bardzo długo. Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się, że znów mogłem cię zobaczyć. – powiedział dziewczynie Alexander, gdy w końcu wypuścił ją ze swoich objęć. Anna nie była jednak długo sama – zaraz potem została porwana w kolejny mocny uścisk przez Kristoffa.
- Hej, mała! – zawołał Kristoff, śmiejąc się razem z Anną. – Wreszcie wróciłyście.
Anna wciąż się śmiała, gdy jej wujek postawił ją na ziemi. Obserwowała potem z szerokim uśmiechem na ustach, jak Alexander i Kristoff witają się wylewnie z Elsą, po czym wymieniają uściski z nowo poznanym Devinem.
- To jak, wracamy do zamku? – spytał się w końcu Kristoff, gdy już skończyły się wzajemne powitania.
- Oczywiście, że wracamy. – odparł Alexander.
Droga powrotna była kolejnym błogim przeżyciem dla Anny. Z roztkliwieniem przyglądała się mijanym krajobrazom. W końcu zaczynała rozpoznawać świat, z którego tyle lat temu wyrwano ją siłą. W chwili, w której zobaczyła zamek Arendelle, łzy znów napłynęły do kącików jej oczu.
Już nigdy więcej tego miejsca nie opuszczę. – pomyślała, nie przestając się uśmiechać. – Mam przy sobie swoją rodzinę. Devin jest tu ze mną. A Pan już nigdy po nas nie wróci. Jestem w domu. Nareszcie jestem w domu.
