beta: sandwich :*
Rozdział drugi
― Albusie, nie możesz tego tak po prostu zignorować. Musisz tym dzieciom coś powiedzieć. Od wczoraj o niczym innym nie mówią. Nie potrafię zdyscyplinować ich na zajęciach. ― McGonagall chodziła w tę i z powrotem przed biurkiem dyrektora i żywo gestykulowała. ― Może należałoby odwołać lekcje?
― Minnie, nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. Artykuł podniósł wrzawę, ale ta zaraz ucichnie. Dajmy sobie czas.
― Chyba żartujesz. Oni są przerażeni! Ich rodzice są przerażeni!
― Och, zapewne właśnie o to Tomowi chodziło. Jeśli nadamy temu wydarzeniu jakąś niezwykłą rangę… dolejemy oliwy do ognia.
McGonagall uderzyła dłonią w blat biurka.
― Zamordowano ministra! To wydarzenie już MA niezwykłą rangę!
Dumbledore westchnął i wyciągnął przed siebie ręce w uspokajającym geście.
― Dobrze. Dobrze ― powtórzył ― pomyślę o tym. Ale starajmy się jak najmniej zaburzać życie szkoły. To tylko podkopie i tak kruche poczucie bezpieczeństwa tych dzieci.
McGonagall spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi, jakby do końca nie ufała jego słowom.
― A co z Harrym? Chcesz go tak zostawić? Myślisz, że na nim to nie zrobiło wrażenia? Próbowałam z nim rozmawiać, ale zamknął się przede mną.
Dumbledore pokiwał głową.
― Wiem. O tym też pomyślę.
― Oby nie zbyt długo ― rzuciła cierpko Minerwa. ― Chłopak musi się w końcu dowiedzieć ― dodała łagodniej.
Albus spojrzał jej głęboko w oczy i uśmiechnął smutno.
xxx
Kto by pomyślał, że ta trzęsąca się staruszka ma w sobie tyle mocy? Lucjusz roztarł bolące jeszcze ramię po dobrze wycelowanej klątwie. Wrzucił stare, opasłe cielsko do piwnicy i zamknął drzwi. Z satysfakcją połamał odebraną różdżkę z drzewa cisowego. Cóż miała w środku? No proszę, to chyba syrenie łuski. Wyjątkowo rzadkie połączenie. Zadowolony z siebie ruszył po krętych kamiennych schodach prowadzących do głównego holu. Czarny Pan wyznaczył spotkanie za dwie godziny. Teraz musi zdać mu raport z kolejnej, dobrze wypełnionej misji.
― Lucjuszu! ― Dobiegł go wysoki głos Belli. Czarownica stała na półpiętrze, bawiąc się swoją różdżką. Włosy wydawały się objąć jej twarz czarnym płomieniem. Malfoy wiedział, że była wściekła. Że kolejne zadanie znów dostało się jemu. ― Już wróciłeś? Tak szybko? Proszę, proszę, jesteś w lepszej formie niż myślałam.
― To nie było nic trudnego ― odparł nonszalancko. Jego ramię zapiekło w ponurej drwinie. Skierował się do komnat Czarnego Pana.
― Idziesz po swoją nagrodę? ― Bella najwyraźniej uznała, że rozmowa się jeszcze nie skończyła.
― Bello, daj spokój. Idź popraw fryzurę i przebierz się ― syknął zniecierpliwiony. I to był błąd. Po chwili już leżał na zimniej posadzce z bezradnie rozrzuconymi rękami. Jego różdżka potoczyła się pod ścianę. Płuca zaczynały palić przy każdym kolejnym oddechu. Bella pochylała się nad nim — czarny ogień, który przed chwilą spowijał jej głowę, teraz sięgnął oczu.
― Uważaj, szwagrze. Następnym razem odrąbię ci język. A wierz mi, że bez niego… ― nie dokończyła zdania i zdjęła czar.
Lucjuszem targnęła wściekłość, ale natychmiast ją zdławił. Nie musiał mścić się już teraz — cierpliwość była jedną z wielu jego zalet.
Na spotkaniu pojawiło się czternastu najbardziej wpływowych śmierciożerców, brakowało tylko Severusa. Nie było łatwo odbudować starą armię. Dawni sojusznicy zrobili się bardziej ostrożni i zachowawczy. Nerwowo zerkali na Czarnego Pana, jakby jeszcze wahali się, czy chcą tu siedzieć, czy tylko wynieść się, zachowując głowę przymocowaną do karku.
― Kochani ― Czarny Pan siedzący na szczycie długiego stołu leniwie głaskał swego węża. ― Na pewno dotarły do was słuchy o wydarzeniach z ostatnich dni. Łączę się w bólu z tymi wszystkimi, którzy cierpią po stracie naszego ministra. To był wspaniały, oddany sprawie człowiek. Zginął, broniąc swoich wartości i prawd, w które wierzył. Choćby w tę, że nie istnieję. Zwołałem was tutaj, by ustalić, kto byłby w stanie zająć jego miejsce.
Zebrani dookoła stołu milczeli.
― Zapewne Wizengamot ma kilka kandydatur ― kontynuował Czarny Pan — jednak w naszym najlepszym interesie jest wybrać tego, który będzie służył naszej sprawie.
― Ale, mój panie, ― wyrwał się Gordon, starając ukryć drżenie głosu i dłoni ― jak chcesz tego dokonać? Wszyscy tu zebrani nie mamy takiej mocy, by przekonać… ― urwał, czując na sobie zimny wzrok.
― Najprościej poprzez eliminację pozostałych kandydatów, prawda? ― Potarł wielki łeb gada, który syknął ostrzegawczo. Nikt już nie odważył się odezwać. ― Są też inne metody, oczywiście. Myślę, że będzie trzeba działać na bieżąco. Wierzę w waszą kreatywność. — Zrobił krótką pauzę, po czym uśmiechnął się, przyprawiając zebranych o nieprzyjemny dreszcz. — Mam też dla was niespodziankę, moi drodzy. Gościa honorowego, wielce stateczną matronę. Być może wielu z was będzie ją pamiętać. Lucjuszu… ― Skinął na Malfoya, który ukłonił się i zniknął za drzwiami.
Pozostali siedzieli sztywno, milcząc. Być może brak masek uszczuplał ich odwagę. Po chwili Lucjusz wrócił, prowadząc przed sobą kulejącą, starą kobietę. Włosy z jednej strony miała pozlepiane krwią. Jej szata była podarta i mokra, ręce mocno ze sobą skrępowane. Ledwo się poruszała.
― Ach, i oto jest! ― Voldemort podszedł do starowinki i skłonił się teatralnie. ― Niezmiernie mi miło, że zechciała pani dołączyć do naszego skromnego grona, pani Bagshot.
xxx
Harry wiedział, że spotkanie z dyrektorem będzie nieuniknione. Nie zdziwił się więc, kiedy po obiedzie poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę.
― Wpadnij do mnie, Harry, co? Na herbatę.
McGonagall już próbowała z nim rozmawiać, ale zaciął się i milczał. Po raz pierwszy w tym roku nie miał też ochoty widzieć się z Dumbledore'em, wolałby, żeby wszyscy dali mu święty spokój. Jednak posłusznie dowlókł się do schodów schowanych za kamiennym gargulcem. Kiedy wszedł do gabinetu, herbata już stygła w filiżance. Krzesło było jakoś mniej wygodne, a wzrok dyrektora bardziej przeszywający. Wiercił się, zastanawiając, co powiedzieć. Jednak to Albus odezwał się pierwszy.
― Harry, to co się stało… wywołało niemałe poruszenie wśród uczniów. Na pewno jesteś tego świadom. Myślę, że wielu z nich będzie próbowało zrobić coś ze swoim lękiem, jakoś sobie z nim poradzić. I obawiam się, że mogą cię jakoś... angażować. ― Dumbledore wyraźnie szukał właściwych słów.
― Angażować?
― Będą bardziej nieznośni niż zwykle. ― Uśmiechnął się, przyglądając mu się znad okularów.
― Te sny, które miałem przez cały rok, one były właśnie o ministerstwie, prawda? O Departamencie Tajemnic. A Voldemort na pomniku napisał: „Oto prawdziwa przepowiednia". Ja… śniłem o komnatach, w których są przepowiednie. Czy to ma jakiś związek? Co to znaczy?
Dumbledore westchnął.
― Harry… posłuchaj. Być może, po tym co zaraz ci powiem, uznasz mnie za kłamcę i już nigdy więcej mi nie zaufasz, ale wiedz, że działałem, mając na względzie twoje dobro. W sposób, jaki je rozumiałem. ― Dyrektor poprawił się w fotelu. Harry zmarszczył trochę brwi. ― Kiedy przyszedłeś do nas na pierwszym roku, byłeś bardziej niezwykły niż można by przypuszczać. Nie spodziewałem się po jedenastolatku ani takiej dojrzałości, ani odwagi. I z każdym rokiem udowadniałeś, jak bardzo można na tobie polegać, jak wiele masz w sobie determinacji. A ja wahałem się, jak wiele ci zdradzać z tych ponurych czasów, które są częścią twojej historii. — Dumbledore potarł nerwowo dłoń i odwrócił głowę. — Tak bardzo wzruszałeś mnie swoim zachowaniem. Chciałem, żebyś mimo wszystko jak najdłużej cieszył się swoją młodością. A przepowiednia to tylko kolejny ciężar.
― Jaka przepowiednia? ― Grdyka Harry'ego drgnęła, zdradzając zdenerwowanie.
― Dotycząca ciebie i Voldemorta. Ta, która stała się przyczyną śmierci twoich rodziców.
― Voldemort ją znał?
― Częściowo. Myślę… że chciał poznać całość. Coś jednak spowodowało, że zrezygnował. Że zdecydował się pokazać światu nową przepowiednię. ― Dumbledore poprawił okulary.
― Pan ją zna? Tę przepowiednię?
― Tak. Widzisz… Profesor Trelawney nie uczy w Hogwarcie wyłącznie ze względu na swoje talenty. ― Uśmiechnął się smutno. ― Byłem świadkiem jej objawienia. ― Przystawił różdżkę do skroni i wyciągnął błękitne pasmo, które po chwili przemieniło się w postać Sybilli.
Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca... A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna... I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje... Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana, narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca..."
Postać zamilkła i rozwiała się. W gabinecie zapadła cisza. Dyrektor patrzył z troską na swojego podopiecznego i czekał.
― Czyli to ja muszę go zabić. Inaczej on zabije mnie. ― Harry spuścił głowę i skulił się nieco.
― Nie będziesz w tym sam, Harry. Obiecuję ci.
― Jak Voldemort się dowiedział?
― Ktoś, kto wówczas dla niego pracował, podsłuchał pierwszą część.
― Ścierwo ― wypluł Harry z nienawiścią.
― Zapłacił za to wysoką cenę. Wiele lat próbował naprawić swój błąd.
― Pan wie, kto to był?
― Wiem, ale nie mam zamiaru ci powiedzieć. Teraz nie ma to już znaczenia.
― Jak to nie ma to już znaczenia?! Oni przez niego zginęli! Muszę wiedzieć, kto to był!
― Nie znasz całej historii, a ja nie czuję się upoważniony, by ci ją opowiadać. Proszę, spróbuj mi uwierzyć.
― Pieprzony zdrajca. ― Furia podpaliła zielone oczy Harry'ego. Ręce trzęsły się, jakby chciały chwycić za różdżkę.
― Harry. To Voldemort zabił twoich rodziców.
― Dzięki takim ludziom, jak on.
― Wierz mi, rzeczy nie są tak czarno-białe jak na pierwszy rzut oka mogło… ― Wypowiedź Dumbledore'a przerwało pukanie. Po chwili do gabinetu wszedł Snape.
― Dyrektorze, pan wybaczy, że przeszkadzam. ― Zerknął na Harry'ego, ale nic nie powiedział. ― Pofatygowała się do nas Rita Skeeter. Nalega, że chce rozmawiać z uczniami…
Harry wpatrywał się intensywnie w nauczyciela. Nagle kilka niepasujących do siebie elementów ułożyło się w jego głowie w prostą konkluzję.
― To ty ― wyszeptał.
Snape odwrócił głowę i spojrzał na niego z uniesioną brwią.
― Potter? ― spytał.
― TO TY! ― wrzasnął Harry i zerwał się z krzesła. W jego ręku natychmiast pojawiła się różdżka.
Snape stał z kamienną twarzą, zupełnie nieruchomo. Patrzył Harry'emu w oczy, ale z jego ust nie padało ani jedno słowo. Miał w spojrzeniu coś, co sprawiło, że gniew Harry'ego nieco osłabł. Nie zaprzeczał ani nie bronił się. Chłopak opuścił różdżkę.
― Nigdy ci tego nie wybaczę ― powiedział tylko i wyszedł z gabinetu.
xxx
― Harry. ― Hermiona nie dawała za wygraną. Jeśli chciała potrafiła być kurewsko namolna. ― Porozmawiaj ze mną.
Oderwał głowę od kolan i spojrzał na przyjaciółkę. W pokoju wspólnym nie było już nikogo. Westchnął i potarł rękami twarz.
― O czym?
― Co ci powiedział dyrektor?
― Opowiedział mi o przepowiedni, która pchnęła Voldemorta do zabicia moich rodziców. Mówi o tym, że tylko ja mogę go pokonać, że naznaczył mnie jako równego sobie. ― Bezwiednie dotknął blizny na czole. Streścił resztę rozmowy, nie wspominając o incydencie ze Snape'em. Miał wrażenie, że to kwestia porachunków między nimi, cała reszta świata nie musiała o tym wiedzieć.
― Och. ― Hermiona spuściła głowę, ale nie wydawała się zbyt zaskoczona. ― I co teraz?
― Nie wiem. Muszę coś zrobić.
― Dumbledore cię nie zostawi! Ani tym bardziej ja czy Ron. Ani Syriusz. Harry, nie musisz dźwigać tego wszystkiego sam.
― Ale koniec końców, Hermiono, będę sam ― szepnął i oparł czoło o swoje kolana. Hermiona przysunęła się bliżej, objęła go i położyła policzek na jego głowie. Harry w końcu poddał się i przylgnął do niej. Nie mógł jednak pozbyć się myśli, że to marne pocieszenie.
xxx
To był impuls. To musiał być impuls, nierozważny i nagły. Snape nie potrafił inaczej wyjaśnić swojego zachowania. Wpuścić ucznia do swoich komnat? I to jeszcze Harry'ego Pottera?
Opiekuj się moim chłopcem, Severusie. Dbaj o niego, bym mógł się nim nacieszyć, kiedy przyjdzie pora.
Snape do tej pory miał mdłości, przypominając sobie wyraz twarzy i słowa Czarnego Pana.
Harry, Severusie. Harry jest teraz najważniejszy. Miej go na oku, dobrze?
Cóż, przynajmniej choć raz nie musiał słuchać sprzecznych rozkazów.
Było coś dziwnego w trzymaniu ręki Pottera. W dotykaniu go, chyba po raz pierwszy w życiu. Jakby mógł się przekonać, że broni czegoś żywego, konkretnego, nie jakiejś idiotycznej idei, która, prędzej czy później, obróci się przeciw niemu.
Ale od razu też stanął mu przed oczami obraz Pottera trzęsącego się z nienawiści i celującego w niego różdżką. Przez moment miał nadzieję, że rzuci czar, ale szlachetny Potter nie mógł tego zrobić. Pettigrew też ocalił.
Snape wiedział, że kiedyś się dowie — to była tylko kwestia czasu. I nie liczył na nic innego jak nienawiść. Mógł z nią żyć. Rozumiał ją.
Martwiło go, że od czasu śmierci Knota Czarny Pan nie wezwał go do siebie. Nie zdradził się też z tak szczególnym planem. Lucjusz (Severus doskonale znał jego rękę) spisał się doskonale, zapewne teraz dostąpił zaszczytu lizania jego butów. Ach, żeby tylko butów. ― Uniósł jeden kącik ust w ironicznym uśmiechu. Miał nadzieję, że Czarny Pan dopuścił go już do najbliższego kręgu doradców. Czyżby wątpił w jego lojalność?
― Severusie? ― Łagodny ton Remusa dobiegł od drzwi. Po chwili wilkołak wszedł do salonu.
― Twój pies wypuścił cię ze swej budy?
Lupin spojrzał na niego ostrzej, ale po chwili znów coś w nim zmiękło.
― Jesteś zazdrosny o Syriusza? ― zakpił.
― Nie, skądże. A miałbym powód? ― Leżąc na kanapie, uniósł wzrok znad książki, której i tak nie czytał.
― No wiesz… ― Remus usiadł obok niego. Palce zawędrowały do dolnych guzików ciemnej koszuli Severusa i zaczęły je powoli rozpinać. Dłoń zataczała leniwe kręgi na obnażonej skórze. Twarz Snape'a nawet nie drgnęła. ― ...Syriusz nie jest taki brzydki.
― Na pewno nie tak jak ja.
― Na pewno ― Remus pochylił się i złożył ostrożny pocałunek na gładkiej klatce piersiowej. Ręka wślizgnęła się pod pasek spodni.
― Zostaw. ― W głosie Snape'a zabrzmiało ostrzeżenie. Remus podniósł głowę i spojrzał na niego z troską. To tylko podsyciło jego wściekłość. ― Zejdź ze mnie ― warknął i wstał z kanapy. Podszedł do przeźroczystej ściany i zapatrzył się w jezioro.
― Zły dzień? ― spytał wilkołak.
Jeden z wielu ― pomyślał Severus, ale milczał.
Poczuł ciepło bijące z ciała wilkołaka i jego oddech przy szyi. Przymknął oczy. Czasem byłoby o tyle prościej, gdyby Remus po prostu się odpieprzył.
― Słucham.
Snape zaplótł przed sobą ramiona.
― Chłopak się dowiedział.
Twarz Lupina skrzywiła się nieco, jakby w bólu.
― Jak?
― Dumbledore opowiedział mu o przepowiedni. Sam się domyślił.
― Nie uważasz, że dobrze by było, gdyby dowiedział się całej prawdy? ― Remus położył rękę na kościstym ramieniu i spróbował odwrócić Severusa do siebie. Ten strząsnął rękę i uparcie stał tyłem.
― Dowiedział się całej prawdy.
― Wiesz doskonale, że to nie jest takie proste.
Snape obrócił się na pięcie i wycedził przez zaciśnięte usta:
― Ależ jest, Lupin. To właśnie jest takie proste.
Remus stał z nieszczęśliwą miną, jakby to jego ktoś skrzywdził zbyt okrutną oceną. Snape wyminął go i usiadł na kanapie.
― Będzie lepiej, jak pójdziesz ― stwierdził krótko.
Lupin westchnął.
― W sobotę jest zebranie zakonu. Zobaczymy się wtedy?
― Jeśli Czarny Pan nie zaplanuje dla mnie czegoś innego.
― Gdyby coś się działo… daj mi znać, Severusie.
Po chwili rozległ się cichy trzask zamykanych za Lupinem drzwi. Dopiero wówczas Severus wypuścił powietrze z płuc i zamknął oczy. Ponownie odetchnął, powoli i z namysłem, starając się rozluźnić mięśnie jak wtedy, gdy dosięgało go Crucio.
