Rozdział trzeci

― Musimy działać ― warknął Szalonooki Moody i stuknął laską w drewnianą podłogę na Grimmauld Place.

― W ministerstwie jest olbrzymie zamieszanie ― powiedział Artur Weasley, wyglądając na strapionego. ― Wizengamot cały czas obraduje, ale nie mogą dojść do konsensusu. Trzeba wybrać nowego ministra, ale teraz, kiedy stało się jasne, że Voldemort powrócił, nikt się do tego nie garnie.

― Bez wątpienia niebawem ktoś się znajdzie ― podchwycił Dumbledore. ― Odpowiednio arogancki lub… sprzymierzony z Tomem.

― Nie wiemy, jaki będzie jego następny ruch. ― Syriusz łypnął wrogo w kierunku Snape'a. ― Nasz szpieg, jak widać, się nie sprawdza.

Snape zmrużył wściekle oczy.

― Może chcesz mnie zastąpić, Black?

― Wiesz, w przeciwieństwie do ciebie nie mam odpowiednio ciemnej prze…

― Chłopcy, proszę was. ― Dumbledore podniósł dłoń. ― Severus wie tylko to, co Tom mu powie. I tak nadstawia głowę bardziej niż ktokolwiek z nas.

― Niedługo kończy się szkoła. ― Pani Weasley krzątała się po kuchni, przygotowując herbatę. ― Co będzie z Harrym?

― Chciałbym, żeby przyjechał tutaj ― rzekł Syriusz.

― To nie jest dobry pomysł. ― Pokiwał głową Albus. ― Wiem, jak bardzo ci na nim zależy, ale nie będziemy w stanie zapewnić mu odpowiedniej opieki.

― Harry narzekał na wujostwo ― wymamrotał niepewnie Artur. ― Nie mi bezpośrednio. Ron coś wspominał.

― Albusie, jemu chyba teraz bardziej niż ochrony potrzeba życzliwych ludzi. ― Molly spojrzała na niego prosząco. ― Wiesz doskonale, jak szaleje za Syriuszem.

― Poza tym ― wtrącił Snape ― nie zmarnowałby kolejnych dwóch miesięcy. Można zorganizować trening. Black i Lupin mogliby się o to postarać.

― Nora nie jest bezpieczna ― stwierdził Albus i zanim Molly Weasley otworzyła usta, dodał: ― Grimmauld Place tym bardziej. To dawny dom Blacków, Bellatriks doskonale wie, gdzie się mieści, nie pomoże nawet zaklęcie Fideliusa.

― Zakon ma jeszcze kilka innych kryjówek. ― Artur zerknął na Snape'a, a ten drgnął prawie niezauważalnie. ― Miejsc, gdzie raczej na pewno nikt go nie będziesz szukał. ― Teraz kilka par oczu spojrzało na Snape'a. Severus sączył herbatę bez słowa. Albus westchnął.

― Pomyślimy o tym. Zobaczymy, co powie Harry.

― Świetnie! ― na twarzy Syriusza pojawił się szeroki uśmiech.

xxx

― Severusie, chłopiec jest nam potrzebny. ― Głos Dumbledore'a dochodził zza ściany. Harry przywarł do niej i powoli przesuwał się w stronę drzwi. ― Bez niego nigdy nie pokonamy Voldemorta.

Snape wysyczał coś w odpowiedzi, ale Harry nie mógł zrozumieć słów.

― Tak, wiem. Nie może się o tym dowiedzieć aż do samego końca. A potem już i tak będzie za późno.

Harry poczuł ukłucie w okolicach serca.

― Ta moc otworzy przed nami świat. ― W głosie dyrektora zabrzmiało coś, czego jeszcze nigdy u niego nie słyszał ― chciwość.

― Jak chcesz go przekonać, mój panie?

Snape kiedykolwiek zwracał się tak do Dumbledore'a?

― To młody, głupi, spragniony miłości chłopak. Ufa mi bezgranicznie.

Harry nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Przesunął się jeszcze trochę w stronę drzwi, ale odkrył, że nie potrafi ich otworzyć, choć były uchylone. Mężczyźni stali w drugim końcu sali do eliksirów. Widział ich jakby od dołu… nieco zamazanych. Był wężem.

― Tom zbyt dużo o nas wie, Severusie. Musimy go zniszczyć i to jak najszybciej.

Harry poczuł, jak zdrada, panika i złość podchodzą mu do gardła.

― Nie! ― krzyknął na cały głos.

Otworzył oczy. Dookoła było jeszcze ciemno. Rozejrzał się po pokoju, zastanawiając, czy kogoś nie obudził.

Sen, głupi sen. Nic więcej. Ale taki prawdziwy. Był przekonany, że faktycznie słyszy rozmowę dwóch nauczycieli. Zimna wątpliwość, która wdarła się do jego serca, nie chciała go opuścić.

To absurd. Koszmar, nic więcej.

Ale tak podobny do tego z panem Weasleyem. Tamten okazał się prawdziwy.

Czyżby...?

Głupi, spragniony miłości chłopak.

Harry opadł na łóżko i zmusił się, by zasnąć ponownie.

xxx

Weekend spędził na błoniach i w okolicach jeziora, unikając ludzi. Myśli krążyły mu niespokojnie po głowie. Nie potrafił nic zgłębić, skupić się czy podjąć jakiejkolwiek decyzji. Czuł w ciele napięcie, buzowanie — pod skórą chodziły mu stada mrówek. Wypełniała go magia, nie mógł jej pomieścić. Rzucał na wszystko dookoła proste, niegroźne zaklęcia, mając nadzieję, że przyniesie mu to ulgę.

Swoje sanktuarium znalazł w małej zatoczce. Łacha piachu wbijała się płasko w jezioro i wgryzała w ląd. Trudno było tu zejść, ścieżka była wąska, skarpa dość stroma, a miejsce ukryte za krzakami. Siedział, nadal ubrany, zanurzony w płytkiej i raczej chłodnej wodzie. Gdyby ktokolwiek go teraz zobaczył, jego reputacja dziwaka miałaby solidniejsze niż dotąd podstawy. Nie wiedział do końca, czemu tak robi. Woda dziwnie koiła jego ciało, szczególnie dłonie. Mógł się rozebrać, oczywiście, tylko jakoś… nie zdążył. Zapomniał. Kompulsja była tak silna, że w dupie miał to, czy przemoczy sobie spodnie, koszulkę i buty. Siedział z zamkniętymi oczami i tylko oddychał, starając się odepchnąć od siebie wszystko, co sprawiało, że cierpiał, czuć wyłącznie słabe pulsowanie fal.

Zrobił się jeszcze bardziej drażliwy niż wcześniej i jeszcze bardziej wściekły. Ron już jakiś czas temu dał sobie spokój i przestał go zaczepiać, z Hermioną nie było tak łatwo. Reszta Gryfonów trzymała się z daleka — jak zawsze, gdy coś zaczynało się dziać. Wciąż myślał o przepowiedni, swoim życiu, które wydawało się być zaplanowane jeszcze przed jego urodzinami, groźbach Voldemorta i zdradzie Snape'a. Jak Dumbledore mógł mu ufać? Dopuścić go do siebie tak blisko?

Może Dumbledore też nie był święty. Wiedział, na co go skazuje, zostawiając u Dursleyów. Jednak dużo łatwiej było mu wierzyć w dobre intencje dyrektora, Snape był paskudny od początku. Ta jego chuda, koścista sylwetka, beznamiętna twarz, obrzydliwe włosy. Opanowany nawet wtedy, gdy miał przed sobą różdżkę Harry'ego, nawet wówczas.

Obok jego uda zaczęła pływać mała kijanka. Bez zastanowienia błyskawicznie zanurzył rękę w wodzie i ją złapał. Kiedy otworzył pięść, bezradnie szamotała się w resztce zaczerpniętej wody.

― Jak długo tak przeżyjesz, maleńka? ― szepnął do niej i przestraszył się brzmienia własnego głosu. Chciał na powrót zanurzyć rękę w wodzie, naprawdę chciał, ale coś mu nie pozwalało. Zwierzę poruszało się coraz szybciej, bezładnie i w strachu. Po chwili zaczęło spazmatycznie się kurczyć, w końcu znieruchomiało. Woda na dłoni wyparowała.

Harry na powrót włożył rękę do jeziora i zatopił ją głęboko w piasku i mule. Drugą ręką otarł z twarzy łzy.

xxx

― Tego nie da się usunąć ― powiedział Terrance do Kingsleya Shacklebolta i bez pytania o zgodę usiadł na krześle przed jego biurkiem. ― Padam z nóg, próbowaliśmy z Ronson wszystkiego. Nie wiem, czym to kurewstwo jest zabezpieczone, ale nie daje się zmiażdżyć ani spalić, ani nawet transmutować. O zwykłym odczepieniu od podłoża nie wspomnę. Jakby wrosło korzeniami w ziemię.

― Jakieś zaklęcie maskujące? Nie wiem... mur dookoła?

― W samym środku korytarza? Jasne, Kingsley, możemy zbudować mur, ale to trochę słabe, nie?

― Lepiej, żeby stało i straszyło ludzi? ― Shacklebolt wsparł głowę na ręce i potarł czoło w zniecierpliwieniu. ― Może zbyt cienkie leszcze jesteście, co? ― To nie było zbyt miłe, ale Kingsley nie należał do najmilszych z szefów. ― Pogadam z Dumbledore'em, może on coś wymyśli. Nie można tego tak zostawić.

― Jasne, jak uważasz. ― Terrance uderzył dłońmi w podłokietniki. ― Ja się zwijam. I tak już siedzę tu po godzinach. ― Wstał i spojrzał na przełożonego. ― Ludzie o niczym innym nie gadają, wiesz? Strach jest jak gangrena.

― Wiem ― westchnął Kingsley i zaczął przeglądać piętrzące się przed nim papiery. ― Idź już, Will. Pomyślę, co dalej.

xxx

Uczniom pozostał tylko jeden tydzień zajęć. Na ostatnich eliksirach Harry zachowywał się wzorowo, nie dając Snape'owi nawet cienia szansy na odebranie punktów czy wlepienie szlabanu. Zresztą Snape najwyraźniej nie miał zamiaru go nękać. Zupełnie nie zwracał na niego uwagi. Być może właśnie to sprawiło, że każdy łopot czarnych szat, ruch ust czy błysk oczu wzniecał w Harrym iskrę gniewu. Ledwo hamował rękę, by nie rzucić w jego stronę jakiejś klątwy.

Wyobrażał sobie przewlekłe, dotkliwe tortury, momentami był przerażony własną pomysłowością w tej dziedzinie. Widział Snape'a tarzającego się u swoich stóp, w brudzie, w wydzielinach własnego ciała, złamanego i pokornego. Właśnie ta wizja zaniepokoiła go najmocniej. Od kiedy był aż tak okrutny? I dlaczego Snape w tych wyobrażeniach wyglądał tak… młodo? Jakby był niewiele starszy od niego. Wstrząsnął głową, próbując pozbyć się z niej własnych myśli.

Lekcja skończyła się, a uczniowie westchnęli z ulgą i tak szybko jak się dało zaczęli opuszczać klasę. Jednak Harry ociągał się, jakby chciał, żeby w końcu zostali ze Snape'em sami i wydarzyło się coś, co zlikwiduje choć na moment to napięcie, które czuł od jakiegoś czasu. Miał nadzieję, że nauczyciel powie coś wrednego i da mu pretekst do otwartej konfrontacji.

Będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna… Być może miło będzie przetestować ją na Snapie.

Harry zmarszczył brwi. Właściwie dlaczego o tym pomyślał?

To takie niesprawiedliwe, że on chodzi i cieszy się wolnością i życiem, a jego rodzice…

To Voldemort zabił twoich rodziców, Harry.

Ale przez niego!

― Potter! ― niski głos wyrwał go z zamyślenia. Snape stał koło biurka, przyglądając mu się badawczo. ― Co ty tu jeszcze robisz?

― Myślisz, że przyniosłoby mi ulgę, gdybym cię zabił? ― Harry nie wiedział, dlaczego powiedział to głośno. Chwycił się za gardło, czując, że się dławi. ― Gdybym zobaczył, jak czołgasz się przede mną i łkasz, błagając o przebaczenie? ― Zgiął się w pół i zaczął dyszeć. Wszystko falowało.

Snape drgnął nieznacznie. Zrobił dwa kroki w jego kierunku i wyciągnął rękę.

― Potter, spokojnie…

― MILCZ! ― wrzasnął Harry, przerażony tym, co się dzieje. Pot spływał mu obficie po czole i szyi. W strachu wycofał się pod ścianę i upadł na kolana. ― Jesteś małym, nędznym padalcem, Snape. Powinieneś błogosławić bogów, że pozwalam ci słuchać moich słów. Że jeszcze stoisz. Że jeszcze żyjesz. ― Harry uniósł głowę i spojrzał na niego. Jego oczy przybrały dziwny, ciemniejszy odcień i wypełnione były czystą paniką.

Snape zrobił jeszcze jeden krok. Harry podniósł różdżkę i wycelował ją prosto w nauczyciela.

xxx

― Merlinie, to już piąty dzień. Zamęczą nas tutaj, przecież każdy ma jeszcze jakieś swoje życie ― wymamrotał Goth między jednym kęsem kanapki a drugim. ― I to żarcie robi się coraz gorsze. ― Odsunął jedzenie od ust i przyjrzał mu się krytycznie. Po chwili jednak wziął kolejny kęs. ― Wszystko schodzi na psy, Ben, mówię ci. Nawet ministerialne żarcie.

― Mówią tylko o jednym. ― Ben Crispyhead dopił swój sok.

― Ty nic nie jesz? ― wtrącił Goth.

― Nie, przez te nerwy mam straszliwą niestrawność. Nic nie ustalimy, mówię ci, Stan. Od czasu śmierci Knota nie ma dobrych kandydatów. Wszyscy trzęsą portkami. Czystokrwistych nikt nie wybierze, wiadomo, a czarodzieje mugolskiego pochodzenia boją się Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymiawiać. Jednego ministra już zabił, co za problem zrobić to raz jeszcze?

― Dobra, dzwonią, zbieramy się. Która to godzina? A, dochodzi dwunasta.

Obaj mężczyźni pospieszyli w kierunku sali, weszli po schodach i zajęli swoje miejsca. Jeszcze przez jakiś czas w powietrzu unosił się szum głosów, który jednak z każdą chwilą cichł, podczas gdy przewodnicząca rady stanęła przy głównym podium.

― Szanowni państwo, przed nami kolejne pięć godzin obrad. Na początek chciałabym państwu przedstawić kandydatkę na nowego ministra i poddać jej kandydaturę pod głosowanie.

Ben zdziwił się trochę, nie pamiętał, by ktokolwiek się zgłaszał. Wstała schludnie ubrana i uczesana czarownica i ukłoniła się wszystkim zebranym. Miała czarne, kręcone włosy i elegancką, dopasowaną szatę. Wyglądała na bardzo atrakcyjną kobietę; z tego co Goth mógł dostrzec ze swojego miejsca. Jaka szkoda, że nie wziął okularów.

Zonnenberg odczekała chwilę, aż szum, który podniósł się na nowo, opadł.

― Chciałabym zgłosić kandydaturę Bellatriks Lestrange. Kto jest za, proszę o podniesienie ręki.

Crispyhead o mało się nie udławił z wrażenia. Lestrange? Rozejrzał się dookoła po zebranych czarodziejach, czekając na wrzawę oburzenia.

Wszyscy trzymali rękę w górze.

xxx

Snape widział kątem oka, że Potter się ociąga. Miał nadzieję, że wyjdzie jak najszybciej, bo już samo znoszenie jego obecności na lekcji było wyjątkowo trudne. Wiedział, że Potter go nienawidzi i nie odbierał mu do tego prawa. Zastanawiał się, co będzie musiał zrobić, żeby jednak jakoś z chłopakiem współpracować. Na razie dawał sobie i jemu czas, by ochłonąć.

Obrócił się w kierunku klasy. Harry stał przy swojej ławce, wpatrując się martwo w jeden punkt. Był nieswój ostatnimi czasy, jeszcze bardziej niż zwykle.

― Potter! ― warknął, żeby zwrócić jego uwagę. ― Co ty tu jeszcze robisz?

Chłopak spojrzał na niego przenikliwie, sprawiając, że niepokój Snape'a tylko się wzmógł.

― Myślisz, że przyniosłoby mi ulgę, gdybym cię zabił? ― głos Pottera był niższy, jakby nagle zachrypł. Chwycił się za gardło. ― Gdybym zobaczył, jak czołgasz się przede mną i łkasz, błagając o przebaczenie? ― Niepokój zmienił się w lęk, skuwając wnętrzności Severusa lodem. Podszedł bliżej chłopaka i wyciągnął rękę, choć powoli zaczynało do niego docierać, co się dzieje.

― Potter, spokojnie ― starał się wykrzesać z siebie cierpliwość i troskę.

― MILCZ! ― Snape przestał mieć jakiekolwiek wątpliwości. ― Jesteś małym, nędznym padalcem, Snape. Powinieneś błogosławić bogów, że pozwalam ci słuchać moich słów. Że jeszcze stoisz. Że jeszcze żyjesz.

Co za ironiczna sytuacja ― pomyślał Snape. ― Czarny Pan mnie sprzedał. Żeby dowieść swojej lojalności, powinien dać się chłopcu zabić. Zapewne w ten sposób testuje Pottera ― patrzy, na ile go stać. Jeśli zacznie go ratować, zdradzi się i opowie po stronie Dumbledore'a. Najwyraźniej przestał być potrzebny.

Jego życie i śmierć zależały teraz tylko od chłopca, który go nienawidził. Któremu zamordował rodziców. Zobaczył, jak unosi różdżkę. Jego ciałem wstrząsały konwulsje, jakby bronił się z całych sił.

Wiedząc, że jego istnienie wisi na włosku, zrozumiał, że tak naprawdę zależy mu na ocaleniu chłopca, nie siebie. Potter miał do tego dużo większe prawo niż on. Poza tym obiecał go chronić. A żeby to zrobić, musiał uznać jego dobro i mądrość, o których stale mówił Dumbledore. Nie lubił myśleć o Harrym Potterze w kategoriach dobry i mądry — wolał widzieć bezczelność, butę i zdolność do pakowania się w tarapaty.

― Harry ― zaczął ― jestem nędznym padalcem, tak jak powiedziałeś. Nie jestem godzien, by żyć i rozmawiać tu z tobą ― mówił wolno i uspokajająco. To było trudne, mówić tak do syna Jamesa Pottera, więc zrobił wszystko, by zapomnieć czyim jest synem. Zauważył, że twarz chłopaka pokryta jest łzami.

― Powiedz to! Powiedz, że jesteś nędznym, nic nie wartym ścierwem! ― jego głos łamał się.

― Jestem nim. ― Snape pochylił głowę, ale nie spuszczał go z oczu. ― Jestem nędznym, nic nie wartym ścierwem. Ale teraz chodzi o ciebie. O to, jaki ty jesteś. I co ty chcesz teraz zrobić. To jest twoja magia, Harry, nie jego. Twoja wola, co zrobisz z tymi, których nienawidzisz. Jesteś dobrym człowiekiem, obdarzonym niewiarygodną odwagą. Potrafisz kochać. A ci, którzy potrafią kochać, rozumieją, jak bardzo niszczy nienawiść. Nie niszcz siebie, Harry. ― Potter trząsł się i płakał. Trzymał różdżkę cały czas wycelowaną w nauczyciela. Snape zrobił jeszcze dwa kroki i prawie oparł się o nią. ― Patrz na mnie, nie zamykaj oczu. ― Ton na moment stał się ostry, po czym znów złagodniał. ― Pamiętasz to wspomnienie, które podejrzałeś w mojej myślodsiewni? Moje upokorzenie? Jestem człowiekiem, Harry, zobacz to we mnie. Przypomnij sobie.

Potter oddychał ciężko i powoli opuszczał różdżkę. Snape pochylił się nad nim i ostrożnie wyciągnął mu ją z ręki. Chłopak zwinął się na kamiennej posadzce. Snape ukucnął nad nim i położył dłoń na ramieniu.

― Już dobrze. Wstań. ― Jego głos odzyskiwał swoje normalne, chłodne brzmienie. Potter trząsł się jak w febrze. Severus chwycił go pod ramiona i podniósł do góry. ― Musimy iść do skrzydła szpitalnego ― powiedział do chłopca, ale ten nie reagował. Westchnął, rzucił na niego czar niewidzialności i lewitacji i zabrał do Pomfrey.