Rozdział czwarty
Harry'ego obudziły przyciszone głosy dochodzące z dalekiego narożnika szpitalnej sali. Ktoś starannie owinął go w białe, trochę drapiące prześcieradła. Powinien się już przyzwyczaić do tego łóżka jak do własnego. Podniósł głowę i zobaczył Syriusza, Remusa i Dumbledore'a szepczących coś do siebie i żywo gestykulujących. Po chwili Syriusz zauważył, że się obudził i w ciągu sekundy był przy nim.
— Szczeniaku, jak dobrze widzieć cię wśród żywych. — Black ścisnął mu rękę i uśmiechnął się z troską.
— Co ty tu robisz, nie powinneś być w zamku — wychrypiał Harry.
— Dumbledore mnie przemycił, tylko na chwilę. Musiałem cię zobaczyć. Napędziłeś nam z Remusem stracha.
Harry odwrócił wzrok, nie do końca wiedząc, co powiedzieć.
— Gdzie jest Snape?
— Snape? — Na twarzy Syriusza pojawiło się niedowierzanie. — Nie wiem, pewnie straszy gdzieś po korytarzach. Po cholerę ci Snape?
— Chciałbym… — Harry zacisnął usta chcąc powstrzymać kolejne słowa, ale mu się nie udało. — Chciałbym go zobaczyć.
Syriusz skrzywił się nieco.
Dlaczego Harry od razu poczuł, jakby go zdradził? Wykręcił się z doskonałej zabawy w „jest taki jeden, którego wszyscy nienawidzą"? Syriusz czasem łudząco przypomina Rona — pomyślał.
Będę cię kochał, Harry, wspierał i bronił tak długo, jak będziesz synem Jamesa.
A co, jeśli by nim nie był?
Jesteś niesprawiedliwy, Potter. Co złego w tym, że kochał twojego ojca? Spędził dwanaście lat w piekle, przez to, co się stało.
Ale w przypadku Syriusza Azkaban nie wydawał się piekłem, raczej spełnił rolę inkubatora. Być może właśnie tak bronił się przed szaleństwem — próbując zachować wspomnienia tego, co było dla niego drogie, mimo że już dawno nie istniało.
Lecz teraz najważniejszy był Snape. Harry nie potrafił wymazać z pamięci ostatnich wydarzeń. Snape'a, który mówił te wszystkie ohydne rzeczy, jakie mu kazał. Jasne, nienawidził go tak samo jak wcześniej, niby dlaczego miał przestać, ale musiał, po prostu musiał go zobaczyć. Powiedzieć coś, wyjaśnić. Usłyszeć.
— Proszę — wychrypiał, patrząc na Syriusza.
— W porządku, moment.
Syriusz zniknął za drzwiami wraz z wilkołakiem i dyrektorem. Dumbledore, zanim wyszedł, posłał mu zaciekawione spojrzenie.
Snape przyszedł szybciej niż można by się spodziewać, jakby czekał na korytarzu przed skrzydłem szpitalnym. Był jak zwykle chłodny i surowy, wysoko zapięty w swoją własną niedostępność. Jednak nie wycedził „Czego chcesz, Potter?" ani nie rzucił sarkastycznie „Pan wzywał, milordzie?". Przysunął krzesło i usiadł sztywno przy jego łóżku, milcząc.
Głowa Harry'ego nagle stała się całkiem pusta. Co miał mu powiedzieć? Chciałem pana zabić, ale nie upokorzyć? Zapytać, czy naprawdę myśli, że jest dobrym człowiekiem? Dlaczego to miałoby być ważne?
— Dlaczego pan to wszystko powiedział? — wydusił z siebie w końcu. — On by pana nie zabił, gdyby tylko pozwolił mu pan…
— Jakkolwiek możesz mi nie wierzyć, nie jestem po stronie Czarnego Pana — odpowiedział krótko Snape i zamilkł ponownie.
— Mogłem pana zabić… — Harry usiadł na łóżku i wplótł rękę we włosy, próbując uporządkować myśli, zastanawiając się, czego właściwie chce od tego człowieka. — A pan mnie uratował.
Pocierając lekko ramię, Snape odwrócił głowę w stronę okna.
— Czy on wróci? — spytał nagle Harry.
— Na razie na pewno nie, jest wyczerpany. Wbrew pozorom tak zaawansowana legilimencja angażuje całą magię i energię tego, który rzuca czar. Czarny Pan zapewne jest w równie złym stanie co ty. Poza tym… pokonałeś go. Odepchnąłeś. Możliwe, że już nigdy nie spróbuje. — Snape wydawał się wdzięczny za zmianę tematu. Ton jego głosu był podobny do tego, którego używał na zajęciach.
— Dlaczego pan ich zdradził? — wypluł w końcu chłopak. Musiał zadać to pytanie, miał w głowie chaos.
Snape zastygł, a jego twarz pobladła. Harry zauważył, że palce, które jeszcze przed chwilą gładziły ramię, teraz zacisnęły się na nim bezlitośnie. Cienkie wargi całkiem straciły swój kolor, nie wydobyło się spomiędzy nich żadne słowo.
— Harry, jak dobrze widzieć cię w lepszym zdrowiu. — Dumbledore zjawił się znikąd. Harry miał wrażenie, że dyrektor zna treść każdego zadanego w zamku pytania. Snape oczywiście skorzystał z okazji i wstał. — Siedź, Severusie, nie chciałem wam przeszkadzać.
— Ja… — Snape zerknął na Harry'ego i zmarszczył brwi. — Mam swoje obowiązki. Potter ma tutaj dość nianiek.
Harry odprowadził go wzrokiem do drzwi.
Dumbledore westchnął i usiadł na miejscu Snape'a.
— Jak się czujesz?
— Lepiej. — Opadł na poduszki i spojrzał w sufit. — Kręci mi się w głowie.
— To przejdzie, musisz tylko poleżeć kilka dni w łóżku. Poppy zajmie się tobą. — Poklepał go po dłoni i uśmiechnął ciepło.
— Chciałem z nim porozmawiać — Harry wskazał brodą drzwi — ale się nie udało. Nie rozumiem, dyrektorze. Wtedy, w klasie, mówiłem straszne rzeczy. I kazałem mu je powtórzyć. I on je powtórzył. — Wciągnął powietrze, próbując pozbyć się kłucia w klatce piersiowej. — A potem powiedział, że jestem dobry i że potrafię kochać. I że nie mam siebie niszczyć nienawiścią.
Dumbledore uśmiechnął się.
— Próbował dotrzeć do ciebie, to twojej lepszej części. Chciał, żebyś się oparł, żebyś przetrwał.
— Wiem! — Harry chwycił się za głowę zły i zdezorientowany. — Ale dlaczego to zrobił? Dlaczego mnie nie przeklął albo nie uciekł, nie zaczął się bronić?
— Właśnie tego po nim oczekiwałeś?
— Tak. Tego oczekiwałbym po kimś, kto zdradził moich rodziców.
Dumbledore ściągnął usta.
— To Severus powinien z tobą o tym rozmawiać, nie ja. Pozwól sobie tylko powiedzieć, że to wszystko nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać.
— Cóż, on nie chce ze mną rozmawiać. — Harry obrócił się na bok.
— Może będziecie mieli okazję w trakcie wakacji — odpowiedział Dumbledore z błyskiem w oku. — Jeśli zechcesz, oczywiście. Profesor Snape zgodził się użyczyć jednej z posiadłości po swoich dziadkach jako kwatery Zakonu. Mało kto wie, że w ogóle istnieje, więc jest dość bezpieczna. Jeśli chcesz, możesz tam spędzić wakacje. Razem z Syriuszem i Remusem. — Harry podniósł się na łokciach. Wakacje bez Dursleyów! Pierwszy raz od miesięcy poczuł, że coś naprawdę go cieszy. — Chciałbyś, Harry?
— Tak — przytaknął i uśmiechnął się. — Bardzo.
xxx
— Lucjuszu, jesteś dziś wyjątkowo cichy. — Voldemort podniósł głowę znad księgi. Malfoy siedział w drugiej części potężnej biblioteki.
— Nie, mój panie. Po prostu nie chcę ci przeszkadzać.
Voldemort uśmiechnął się z przekąsem.
— Bzdura, Lucjuszu. Dąsasz się o Bellatriks.
Malfoy drgnął, ale nie odważył się skomentować. Gniew nadal był żywy, zazdrość pulsowała w gardle.
— Chcesz spytać, dlaczego wybrałem ją, prawda? Dlaczego to jej przydzieliłem tak zaszczytną misję, skoro tak doskonale wywiązywałeś się z wszystkich powierzonych zadań. Skoro masz dużo silniejszą pozycję w czarodziejskim świecie.
Malfoy tylko spuścił głowę, modląc się w duchu, by Czarny Pan był łaskaw mu odpowiedzieć.
— Widzisz, Lucjuszu, ty mi służysz, oczekując nagrody. Bellatriks służy mi, bo mnie kocha. Gdybyś to ty miał wybierać, którą z tych dwóch osób posadziłbyś na stołku ministra?
— Panie mój — Lucjusz zmieścił w swoim głosie tyle żaru, ile zdołał — nie oczekuję nagrody. Masz moje najgłębsze oddanie.
Voldemort uśmiechnął się ponownie i skinął dłonią.
— Chodź tutaj, mój nadąsany, oddany sługo.
Malfoy wstał bez chwili wahania i podszedł do wysokiego fotela, w którym siedział jego pan. Usiadł na ziemi między jego rozłożonymi nogami. Voldemort wplótł dłoń w jasne włosy, rozdzielając je na pasma. Dość długie, spiczasto zakończone paznokcie rysowały okręgi u podstawy czaszki i za uchem.
— Straciliśmy Severusa — powiedział w końcu, nie przerywając pieszczoty. Na skórze między włosami zaczynały pojawiać się pierwsze krople krwi.
— Ten zdrajca zapłaci za to, co zrobił — syknął Lucjusz z nienawiścią. — Powiedz choć słowo, mój panie.
— Ćśś… — Paznokcie wbiły się już całkiem głęboko. Malfoy nawet nie sapnął z bólu. — Snape nie jest ważny, nigdy nie pokładałem w nim nadziei. Miał w sobie zbyt wiele słabości. Uczuć. Dumbledore zawsze potrafił to wykorzystać — Uśmiech na jego twarzy był prawie czuły. — Jesteś mi potrzebny tutaj, Lucjuszu, blisko mnie. Niedługo wszystko się rozpocznie.
xxx
— Nie wierzę — wymruczała Hermiona, przewracając stronę „Proroka Codziennego". — To po prostu niemożliwe.
Ron zerknął jej przez ramię, dopijając swój sok dyniowy.
— Prorok zawsze pisał bzdury.
— Ale te bzdury będą zaraz wzięte za fakty! — rzuciła ostro. — Sam posłuchaj: Bellatriks Lestrange, nowo mianowana Minister Magii, w swoim oświadczeniu, zaraz po wygranej elekcji, zapewniła wszystkich zgromadzonych, że nie zamierza dłużej tolerować kłamstwa w czarodziejskiej Anglii. Wszyscy dowiedzą się prawdy — obiecała z mównicy. Zgodziła się powiedzieć również kilka słów naszemu dziennikarzowi. Zapytana o swoją przeszłość, stwierdziła: Moje aresztowanie było zupełnie bezpodstawne, jestem ofiarą systemu sprawiedliwości. Zamierzam się zająć tą sprawą w najbliższej przyszłości. Czarodziejski świat cuchnie fałszem, uwolnię go od tego smrodu. Wybierając mnie, Wizengamot po raz pierwszy podjął właściwą decyzję. Koniec cytatu. Pragniemy nadmienić, że nowa Minister Magii w gustownej, czarnej szacie prezentuje się wyśmienicie, niewątpliwie dużo atrakcyjniej od swojego poprzednika. Czy wraz z czarnowłosą pięknością nadchodzi nowa era czarodziejskiej Anglii? Nasi reporterzy będą was o tym informować na bieżąco! — Hermiona skończyła, krzywiąc się z niesmakiem. — Nie potrafię zrozumieć — jej oczy płonęły z oburzenia — jak mogą tak kłamać. To była więźniarka. Morderczyni! — Zerknęła na siedzącego nieopodal Neville'a. Ten wpychał w siebie kolejne łyżki ziemniaków, napięty do granic. Jego broda nieznacznie się trzęsła.
— Pytanie, jak to się stało, że cały Wizengamot na nią zagłosował. Jak w ogóle pojawiła się w ministerstwie — dumał Ron.
— Teraz ma pod sobą aurorów — wtrącił się Seamus. — Nikt jej nie podskoczy — prychnął.
— To jakieś gigantyczne nieporozumienie, oszustwo. — Miotała się oburzona Hermiona. — Mam nadzieję, że profesor Dumbledore tak tego nie zostawi.
— Wiecie, dlaczego właściwie Harry jest w szpitalu? — spytała Ginny, siadając obok nich przy stole.
— Nie wpuścili nas do niego. Miał jakiś atak, coś w związku z Voldemortem. Pani Pomfrey powiedziała, że mamy przyjść po kolacji. Zastanawiam się, czy to wszystko jakoś się nie łączy.
— Harry zmienił się ostatnio — mówiąc to, Ron wydawał się nieobecny. — Trudno było się z nim dogadać. Znikał na całe dnie. — Wzruszył ramieniem.
— Za mało się staraliśmy z nim rozmawiać. — Hermiona zmarszczyła brwi. — Zostawiliśmy go.
— Harry nie chciał z nami gadać, Miona. — W głosie Rona było słychać gorycz. — Nie można nikogo zmusić do przyjaźni. — Wstał od stołu gwałtowniej niż należało. — Idę na boisko. Został nam jeszcze jeden mecz w tym roku szkolnym.
Hermiona wiodła za nim wzrokiem, aż nie zniknął pośród uczniów.
xxx
Totsy zapukał delikatnie w duże, dębowe drzwi prowadzące do gabinetu ministra. Po chwili same się uchyliły i sekretarz miał okazję podziwiać nowy wystrój wnętrza. Zmuszony, by określić go jednym słowem, Totsy zapewne wydukałby: czarny. No cóż, tak właśnie było. Czarne biurko, krzesła, czarne kandelabry przymocowane do czarnych ścian. Olbrzymie, czarne, aksamitne draperie i czarny kamień na posadzce, na której leżał puszysty dywan koloru atramentu.
Bellatriks w swojej płomiennej, czarnej fryzurze dopełniała obrazka. Jej oczy błyszczały niebezpiecznym światłem, w ręku trzymała olbrzymie pióro. Na biurku, tuż obok ręki, leżała różdżka.
— Przepraszam — Totsy wszedł prawie zgięty w pół — ale chciałem tylko zakomunikować, że grupka aktywistów zgromadziła się przed budynkiem ministerstwa. Ich hasła… — uciął, najwyraźniej bojąc się kontynuować.
— Spuść psy, Totsy. W końcu po coś je mam.
Sekretarz kiwnął głową i zaczął się wycofywać w kierunku drzwi.
— Czekaj, nie skończyłam. Przygotuj ustawę rozwiązującą Wizengamot. Od poniedziałku rozpocznę rekrutację do mojego osobistego sztabu doradców. To powinno wystarczyć. I zwołaj na jutro konferencję prasową.
— Jaki temat konferencji?
Bellatriks włożyła różdżkę do ust i zaczęła się bawić pasmem włosów.
— Nowe, czyste oblicze czarodziejskiej Anglii. — Zaśmiała się głośno i wysoko. — Jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawiłam, wiesz, Totsy?
— Bardzo mnie to cieszy — wyjąkał sekretarz, uśmiechając się niepewnie. Widząc, że nie jest już do niczego potrzebny, wyszedł z gabinetu.
xxx
Wiszący nad Hogwartem księżyc miał kształt litery D, więc do pełni zostało już tylko kilka dni. Białe światło kreśliło kontury dalekiego lasu, jeziora i wzgórz. Mimo wyraźnego zakazu wstawania z łóżka, Harry siedział na parapecie okna i myślał. Na zewnątrz było całkiem ciepło. Oparł głowę o framugę, wystawił nogi i położył stopy na zewnętrznym gzymsie. Czuł spokój, jakiego nie zaznał od miesięcy, kiedy to stale towarzyszyły mu gniew, lęk i napięcie. Teraz wycofały się w cień, zostawiając miejsce samotności.
Hermiona wpadała dziś do niego po południu, ale rozmowa się nie kleiła, choć bardzo się starał. Najwyraźniej zbytnio jej doskwierała nieobecność Rona. Poza tym nie potrafił jej powiedzieć, co naprawdę stało się w klasie. Nie chciał. Miał wrażenie, że nie powinien tego robić, ze względu na Snape'a. Co przecież było absurdalne.
Coś stało między nim a jego przyjaciółmi, być może on sam. Może chciał ich chronić przed sobą, może przed zadaniem, jakie musiał wykonać. A może potrzebował czegoś innego. Może… tylko może… — pomyślał Harry — czas sobie znaleźć dziewczynę. Jednak nie potrafił sobie wyobrazić, że otwiera się przed kimś bardziej, niż zrobił to przed Ronem czy Hermioną. Do tego nie przychodziła mu na myśl żadna dziewczyna, a wspomnienie pocałunku z Cho z miesiąca na miesiąc napawało go coraz większym niesmakiem. Jak ktoś taki miałby choć na chwilę zapełnić pustkę, którą miał w sobie? Ukoić, nadać sens? Przygnębiony jeszcze bardziej niż po rozmowie z Hermioną powlókł się do łóżka i dokładnie przykrył kołdrą. Jedyną dobrą wiadomością było to, że spędzi wakacje w kwaterze zakonu. W domu Snape'a.
