Rozdział piąty

Harry do końca roku nie chodził na zajęcia, ani nie widywał swoich kolegów prócz Hermiony i Rona. Wrócił do wieży Griffindoru dopiero wtedy, gdy wszyscy wygodnie siedzieli w Ekspresie Hogwart. Przed wyjazdem Ron wpadł w końcu do niego do skrzydła szpitalnego. Rozmawiali trochę sztywno, głównie o lekcjach i meczach, które Harry opuścił. Jednak wychodząc, Ron obrócił się w drzwiach i powiedział, wzruszając lekko ramionami, jakby chcąc zdjąć ze swojej wypowiedzi niepotrzebny patos:

― Dobrze było pogadać, stary. Tęsknię za tobą.

Harry poczuł, że w jego duszy rozluźnia się jakiś węzeł. Nawet jeśli Ron go nie rozumiał, był jego przyjacielem. Chciał ocalić tę przyjaźń mimo wszystko.

― Nie będę w wakacje u Dursleyów, więc może moglibyśmy widywać się częściej. Wiesz, dla członków zakonu otwarta jest sieć Fiuu, mógłbyś przychodzić z tatą albo coś. Jeśli chcesz, mogę pogadać o tym… ze Snape'em. Może nie będzie miał nic przeciwko.

― Snape? Proszę cię. ― Ron skrzywił się. ― Miałby tolerować w swoim domu więcej Gryfonów niż to absolutnie konieczne?

Harry roześmiał się i z ulgą zobaczył, że Ron mu wtóruje.

― W ostateczności użyjemy peleryny niewidki.

― Trzymam cię za słowo.

― Do zobaczenia, Ron.

― Trzymaj się, Harry. ― Ron podniósł rękę i uśmiechnął się połową ust, po czym cicho zamknął za sobą drzwi.

Będąc z powrotem z wieży Gryffindoru spakował wszystko, co posiadał, po czym skurczył bagaż, by bezpiecznie schować go w kieszeni. Skrzaty zaczęły już sprzątać dormitoria. Do posiadłości Snape'a dostał się razem z Syriuszem i Remusem siecią Fiuu, używając kominka w gabinecie McGonagall. Dyrektor nie zjawił się, by ich pożegnać.

― Ma ważne sprawy ― usprawiedliwiła go Minerwa. ― Poza Hogwartem. ― Zatarła dłonie i spojrzała w bok, zmarszczona.

― Ze względów bezpieczeństwa do kwatery będzie można się dostać tylko przez ten kominek. ― Syriusz najwyraźniej nie lubił myśleć, że zamieszka w domu Snape'a. ― Członkowie zakonu będą musieli aportować się na błonia Hogwartu i niepostrzeżenie wkradać do zamku.

― A Ron? I Hermiona?

― Tylko jeśli będzie z nimi któryś z dorosłych Weasleyów, Harry. ― Remus zacisnął mu rękę na ramieniu. ― Ja pójdę pierwszy. Czekajcie na mój znak. ― Wziął pełną garść proszku i wszedł do kominka.

Po kliku minutach dołączyli do niego Syriusz z Harrym.

Wylądowali w małym salonie, na wprost wejścia do przestronnego holu. Po lewej były przeszklone rozsuwane drzwi, za którymi najprawdopodobniej mieściła się biblioteka. W salonie przed kominkiem stały dwie kanapy i fotel. Ściany były puste, miejscami popękane. Stojący w holu Snape rzucił im groźne spojrzenie, po czym wrócił do rozmowy z Remusem. Harry poczuł ukłucie niepokóju. Otrzepał się i dołączył do Lupina.

― Vis-a-vis salonu jest kuchnia i jadalnia ― zwrócił się w końcu do nich gospodarz. ― Z holu jest też wyjście na taras i do parku. Schody prowadzą na pierwsze piętro, gdzie są sypialnie i łazienki. Moja jest pierwsza na prawo, resztę możecie wybrać według uznania. ― Nie czekając na ich reakcję, odwrócił się i wszedł do kuchni.

Syriusz skrzywił się i szepnął Harry'emu prosto do ucha:

― Przynajmniej jest dość dużo miejsca. I park. Może nie będziemy go zbyt często widywać, co? ― Zaśmiał się i poklepał Harry'ego przyjaźnie, następnie ruszył w kierunku schodów. Harry powlókł się za nim trochę niechętnie.

Dwie przestronne, pięknie wykończone łazienki znajdowały się naprzeciwko schodów. Po prawej i lewej były jeszcze dwie pary drzwi, zapewne prowadzące do sypialni. Schody pięły się dalej w górę — wszystko wskazywało na to, że w dworku jest jeszcze strych. Harry wybrał sypialnie na lewo od schodów, tuż obok niego ulokował się Syriusz.

― Biedny Lunatyk. ― Black puścił do Harry'ego oko i wszedł do swego pokoju.

Harry stał jeszcze chwilę w korytarzu, patrząc przez okno na szeroki taras i rozciągające się nieopodal małe jezioro. Jak okiem sięgnąć nie widać było żadnego budynku, nawet drogi, za to na niedalekim wzgórzu dostrzegł stado saren.

Jego sypialnia była ogromna, największa jaką w życiu widział. Przy ścianie naprzeciwko okna stało olbrzymie łoże z baldachimem, pod oknem zaś stare, pięknie rzeźbione biurko. Znajdowały się w niej także dwa wygodne, obite na zielono fotele i szafa, która zdołałaby pomieścić garderobę nie jednego a trzech gryfonów. Harry roześmiał się krótko i położył na łóżku. Po chwili już spał.

xxx

Obudziło go ciche pukanie do drzwi. Na dworze powoli zapadał zmrok. Harry usiadł i zaczął szukać swoich okularów.

― Harry? ― Remus uchylił drzwi i wsunął głowę do środka. ― Wszystko w porządku?

― Tak. ― Wstał, próbując wygładzić włosy. ― Przysnąłem, nie wiem dlaczego.

― Zrobiliśmy kolację. Zejdziesz?

― Jasne. Jeden moment.

― Czekamy na ciebie. ― Lupin uśmiechnął się i wycofał.

Kiedy Harry zbiegał po schodach, doszedł go fantastyczny zapach pieczeni. Remus i Syriusz siedzieli już przy długim, potężnym stole. Blat wyglądał, jakby w całości był wycięty z olbrzymiego pnia ― gruby i lekko chropowaty, z wystrzępionymi bokami. Jedzenie już parowało w misach, talerze były rozstawione. Harry rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając Snape'a.

― Severusa nie będzie z nami. ― Remus najwyraźniej zauważył, że się rozgląda. ― Rzucił jeszcze kilka zaklęć ochronnych na posiadłość i wrócił do Hogwartu.

― Nie żebyśmy płakali z tego powodu. ― Syriusz nałożył sobie na talerz porcję tłuczonych ziemniaków. Remus spuścił głowę i zacisnął usta. ― Choć facet doskonale gotuje. ― Wbił nóż w aromatyczną pieczeń, odkroił gruby plaster i położył go na talerzu Harry'ego. ― Siadaj, Harry.

Posiłek minął im na wymienianych pojedynczych zdaniach. Zaraz potem Harry wstał i zebrał naczynia, żeby je pozmywać.

― Można zaczarować szczotkę. ― Remus stanął obok niego.

― Wiem, ale wolę zrobić to ręcznie. Tak lepiej się myśli.

― Masz tak wiele do przemyślenia? ― spytał Lupin, ale nie czekając na odpowiedź wrócił do stołu i usiadł koło Syriusza. Obaj nalali sobie po kieliszku czerwonego wina i rozmawiali przyciszonymi głosami. Harry nie chciał wiedzieć, o czym rozmawiają. Patrzył na zapadającą za oknem ciemność, próbując rozpoznać kształty, które widział wcześniej. Zastanawiał się, jak daleko sięgają bariery, czy będzie mógł wybrać się na dalszą wędrówkę w najbliższych dniach i jaka byłaby atmosfera przy stole, gdyby jednak Snape został.

Spojrzał w dół i stwierdził, że od jakiegoś czasu trzyma talerz pod strumieniem wody, nie robiąc nic więcej. Pośpiesznie dokończył mycie i wrócił do stołu.

― Jutro zbierze się zakon ― zwrócił się do niego Syriusz, przechylając kieliszek i dopijając resztę trunku. ― Załatwiłem z Arturem, że przyjdzie z Hermioną i Ronem. ― Mrugnął do niego i uśmiechnął się szeroko. ― Nie będziesz się tak nudził.

― Nie będę się tu nudził ― odpowiedział Harry ― ale świetnie, że ich zobaczę. Mogę brać udział w zebraniu?

― Jasne, Molly musi przestać traktować cię jak dziecko. Zresztą Dumbledore to rozumie.

Remus westchnął i podparł głowę na ręce.

― Musimy pomyśleć także o lekcjach, Harry. Podzielimy się z Łapą obowiązkami.

― Snape też będzie mnie uczył? ― Harry nie wiedział, czemu o to pyta.

Syriusz otworzył usta, ale Remus go ubiegł.

― A chciałbyś, żeby cię uczył?

Syriusz spojrzał na niego zaskoczony i wciągnął powietrze, gotowy coś powiedzieć, ale tym razem ubiegł go Harry.

― Nie wiem. Zna się na czarnej magii, nie?

― To na pewno ― stwierdził z przekąsem Syriusz. ― Wystarczy ci nasza szkoła, Harry. Omówimy to jeszcze z Albusem. ― Wstał i przeciągnął się. ― Chyba już pójdę do siebie.

Lupin też podniósł się z ławy.

― Ty się pewno wyspałeś, co? Nie siedź długo.

― Nie będę. ― Harry uśmiechnął się do obu na pożegnanie.

xxx

Następnego wieczora przy tym samym stole zebrało się tyle ludzi, że trzeba go było magicznie powiększyć. Zjawili się wszyscy Weasleyowie — oczywiście prócz Percy'ego — Shacklebolt, Tonks, McGonagall, Szalonooki Moody i Dumbledore.

― Mam nadzieję, że Dumbledore coś postanowi ― szepnęła Hermiona do Harry'ego. ― Nie wiem czy słyszałeś, ale Bellatriks rozwiązała Wizengamot. Demonstracje pod Ministerstwem Magii zostały brutalnie stłumione. Ludzie są przerażeni.

― Wiem ― pokiwał głową Harry ― ale nie mam pojęcia, co Dumbledore może zrobić przeciwko ministerstwu.

― To było paskudne ― wtrącił się Fred ― jak aurorzy weszli między protestujących. Przecież chyba wiedzą, czyich rozkazów słuchają, nie? Że też im sumienie na to pozwala.

― Są zobligowani przysięgą ― odpowiedział mu Ron. ― Mogą co najwyżej porzucić służbę.

― To dlaczego tego nie robią? ― spytała Hermiona.

Ron tylko wzruszył ramionami.

Dumbledore zastukał łyżeczką w filiżankę z herbatą, żeby zwrócić na siebie uwagę.

― Kochani, rozumiem, że to co się stało, jest dla was wszystkich szokujące; uwierzcie, dla mnie też. Jednak dzieje się tak, bo byliśmy bezpośrednimi świadkami i uczestnikami zdarzeń sprzed kilkunastu lat — nie zapominajmy, że większość czarodziei zna tę historię wyłącznie z gazet. Wierzę, że umiejętnie naginając fakty i wprowadzając oczywisty terror, Bellatriks osiągnie swój cel i za chwilę nikt nie będzie pamiętać, że kiedykolwiek było inaczej. Wbrew pozorom ludzie szybko się przyzwyczajają i zależy im głównie na tym, by mieć święty spokój.

― Członkowie Wizengamotu musieli zostać w jakiś sposób zmuszeni do takiego werdyktu. Dlaczego nikt nie zajął się śledztwem? ― spytał Lupin.

― Żeby zająć się śledztwem, musisz mieć pozwolenie ministra. W momencie gdy go już wybrano…

― To niedorzeczne ― sapnęła Hermiona.

― Nie, to całkiem sprytny plan. Jakkolwiek przemycono truciznę czy rzucono klątwę, teraz ― według prawa ― mamy związane ręce ― stwierdził Albus.

― Jeśli wybuchnie wojna czy choćby zamieszki, gobliny mamy po swojej stronie ― powiedział Bill, bezwiednie ciągnąc się za jeden z wielu kolczyków w prawym uchu. ― Nienawidzą Lestrange i boją się, że jako minister będzie chciała położyć rękę również na ich kasie.

― Cóż, negocjacje z olbrzymami, jak już zapewne wiecie, nie poszły zbyt dobrze. Hagrid twierdzi, że poza nielicznymi wyjątkami czarodzieje nie mogą na nich liczyć.

― Można spróbować porozmawiać z centaurami. Firenzo wspominał, że… ― zaczęła McGonagall.

― Firenzo został wyrzucony ze stada ― przerwał jej Lupin. ― Nie ma żadnej mocy ani wpływu na nie. Nie mam pojęcia, jaką politykę chce wprowadzić Lestrange, lecz jeśli zrówna prawa wilkołaków i ludzi, te na pewno pójdą za nią.

― Moi drodzy — Albus uniósł rękę, ucinając dialog — nie będzie żadnej wojny. Jak ją sobie wyobrażacie? Będziecie aportować się do domostw w całej Anglii i namawiać czarodziei, żeby wyszli na ulicę? Wcielili się do jakichś tajemnych oddziałów? Czarodziejska społeczność jest rozrzucona po całych wyspach. Jedyna armia, o jakiej można mówić w naszym przypadku, to aurorzy, a ci się zobligowani służyć ministerstwu i nowej pani minister.

― Ale nie możemy pozwolić na to, co się dzieje! ― Syriusz podniósł głos i uderzył ręką w stół.

― Nie, nie możemy. ― Albus spojrzał mu poważnie w oczy i zamilkł. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.

― Więc jaki masz pomysł? ― Kingsley zadał w końcu na głos pytanie, które wszyscy mieli w głowie.

Albus westchnął. Przez moment wyglądał naprawdę staro.

― Naszym największym zagrożeniem jest Tom, Bella to tylko wierne i okrutne narzędzie w jego dłoniach. Trzeba go powstrzymać.

― Trzeba go zabić ― sprecyzował Snape, odzywając się po raz pierwszy tego wieczoru. Jego ton był chłodny i ostry, twarz pozbawiona wyrazu. Zaległa grobowa cisza, większość zebranych pospuszczała głowy.

― I to ja muszę to zrobić ― powiedział cicho Harry, przerywając milczenie. Snape spojrzał mu prosto w oczy, skupiony i czujny. Serce Harry'ego przyspieszyło. Zaschło mu w ustach. Reszta nadal milczała, tylko Molly Weasley nerwowo kręciła się i patrzyła po wszystkich.

― Będziecie tak siedzieć? ― krzyknęła w końcu i prawie uniosła się z krzesła. ― Siedzieć i patrzeć, jak to dziecko bierze wszystko na siebie? Wstydźcie się! Arturze, powiedz coś!

― Ja…

― Wszyscy jesteśmy tu dla Harry'ego ― przerwał mu Syriusz.

― To jakiś obłęd. ― Molly wstała od stołu. ― To tylko dziecko!

― Jakkolwiek może cię boleć to co powiem, Molly, ale wiek Harry'ego nie jest żadnym argumentem. ― Dumbledore spojrzał na nią poważnie. ― Wcześniej też nie był.

― Mylisz się, Albusie. ― Twarz Molly zrobiła się całkiem czerwona. ― To, co powiedział czy zrobił Voldemort ― zacięła się na tym imieniu, ale tylko na chwilę ― to jedna sprawa. Pytanie, co robimy my?! Zdejmujemy z siebie odpowiedzialność!

― Jesteśmy tutaj, aby zrozumieć, co nią jest. ― Ton Albusa był spokojny i cichy. ― Jesteś wspaniałym człowiekiem, Molly ― dodał po chwili i westchnął znów.

Pani Weasley pokręciła głową i zaczęła zbierać brudne naczynia po posiłku. Najwyraźniej poczuła się jak w domu. Snape, o dziwo, nie zareagował, tylko jej pomógł. Nad stołem uniósł się szum rozmów. Od czasu do czasu ktoś zerkał na Harry'ego.

Harry natomiast najchętniej wstałby i wyszedł z jadalni. Schował się w swoim wielkim, miękkim łóżku i obserwował przez okno sarny biegające po pobliskich pagórkach.

― Nie jesteś sam. ― Hermiona położyła mu rękę na ramieniu i lekko ścisnęła.

Był sam, ale nie chciał być na tyle okrutny, żeby jej to powiedzieć, więc uśmiechnął się w zamian.

― Cieszę się, że nadal chcesz być moją przyjaciółką.

― Zawsze, Harry. Zawsze.

Po skończonym spotkaniu, korzystając z zamieszania, jakie musi zrobić dwunastka ludzi próbująca jednocześnie skorzystać z sieci Fiuu, podszedł do Harry'ego Bill Weasley.

― Wyrosłeś, Harry. ― Uśmiechnął się trochę niebezpiecznie, jakby Harry był klątwą, którą chciał złamać. ― Nic nie zostało z tego chudego jedenastolatka.

Harry nie wiedział, co na to odpowiedzieć.

― Nic na to nie poradzę ― zażartował, wzruszając ramionami.

― Albus nie odesłał cię do wujostwa, więc będzie okazja się spotkać. ― Uśmiechnął się pełnym garniturem zębów. Światło odbijało się w jego kolczykach, a Harry miał wrażenie, że dzieje się coś, czego nie rozumie.

― Będziesz wpadał częściej?

― Może. Mam do omówienia kilka spraw z Severusem. ― Dziwnie było słyszeć imię Snape'a wypowiadane tak… zwyczajnie przez kogoś innego niż Dumbledore. Bill spojrzał w kierunku mężczyzny trochę rozmarzonym wzrokiem. Harry zmarszczył czoło.

― Trzymaj się. ― Bill klepnął go w ramię, wyrywając z zamyślenia. ― Do zobaczenia.

― Cześć ― Harry podniósł rękę i odprowadził go wzrokiem, aż nie zniknął w zielonych płomieniach.