Rozdział szósty
W ciągu nocy plakaty pojawiły się na wszystkich słupach ogłoszeniowych w całym magicznym Londynie, Brighton, Plymouth, Bristolu, Liverpoolu, Manchesterze i wielu innych. Od rana gromadzili się przed nimi czarownice i czarodzieje, zakrywając ze zdziwienia usta, wykrzykując różne rzeczy lub szepcząc do siebie z lękiem.
― To niemożliwe.
― To jakiś absurd!
― Zdrajca!
― Nigdy mu nie ufałem.
― Muszą mieć jakieś dowody…
― To zwykłe pomówienie!
― Czy to ma jakiś związek z Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać?
― A ja wiedziałam, że coś musi być na rzeczy.
― Chyba nie wierzycie w te bzdury?
Nikt nie próbował rozganiać tłumu, więc gromadził się coraz większy i większy, buzujący od emocji, drgający od słów. Na plakatach było wielkie, ruchome zdjęcie Albusa Dumbledore'a i potężny podpis:
CZY WIESZ, ŻE TWOJE DZIECKO UCZY MORDERCA?
xxx
― Trzeba to załatwić dyskretnie.
― Nie wiem, jak sobie wyobrażasz dyskretne załatwienie takiej sprawy.
― Trzymać z daleka od prasy…
― Chyba żartujesz. Chcesz zwolnić z posady dyrektora jedynej magicznej szkoły w całej Wielkiej Brytanii i najpotężniejszego czarodzieja naszych czasów, i masz nadzieję zrobić to dyskretnie? Będzie dobrze, jeśli wyjdziemy z tego żywi.
― Mamy za sobą postanowienie rady!
― I wizję buntu rodziców i uczniów.
― Bunt może wybuchnąć i tak i tak. Ludzie mówią wyłącznie o tym. W czwartek podobno pojawi się reportaż w Proroku, mają wyłączność na tę historię.
― Wierzysz w to, co piszą w Proroku?
― Opinia jednego człowieka jest mało warta wobec opinii społeczności. Natomiast prawdy zapewne nie dowie się nikt.
― Nadeszły złe czasy.
― Czasy zawsze są złe.
xxx
Jeśli Harry myślał, że pobyt w posiadłości Snape'a cokolwiek zmieni w ich relacjach, grubo się pomylił. Snape, kiedy już się zjawił, nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. A Harry nie mógł połapać się w swoich uczuciach. Z jednej strony widok nauczyciela nadal wzniecał w nim gniew i nienawiść, z drugiej wypatrywał go i czekał, i miał nadzieję, że jednak uda im się porozmawiać, co rozwieje chaos w jego głowie. Z niesmakiem stwierdził, że gdzieś głęboko pragnął, by Snape go przeprosił, aby mógł mu wybaczyć, i potem… Sam nie wiedział, co miałoby się zdarzyć. Zaprzyjaźnią się? Przestaną skakać sobie do gardeł? Absurd.
Jednak zawsze, gdy chciał już sobie odpuścić zawiązywanie przymierza i wrócić do dobrze znanej nienawiści, stawał mu przed oczami otwarty, bezwzględnie dla siebie szczery mężczyzna, gotowy oddać za niego życie. Harry miał w ręku puzzle z dwóch różnych układanek, a ktoś uparcie wmawiał mu, że należą do jednej.
Syriusz i Remus zaczęli uczyć go zaklęć obronnych, ale kwestia, czy będzie go uczył również Snape, pozostała nierozwiązana. Harry się nie dopytywał, bo przy każdej tego typu sugestii Black patrzył na niego z mieszanką obrzydzenia i zdziwienia, a Remus tylko spuszczał głowę. Popołudnia miał jednak wolne i przeważnie spędzał je spacerując po okolicy lub kąpiąc się w jeziorze albo w bibliotece tuż obok salonu, wygodnie wyciągnięty na szezlągu, czytając jedną z wielu zgromadzonych tam ksiąg.
Dowiedział się też, że Snape urządził sobie laboratorium w piwnicy. Przez moment rozważał, czy nie poprosić go o dodatkowe lekcje z eliksirów, ale gdy wyobraził ich sobie razem przy pracy, zrezygnował. To nie mogło skończyć się dobrze.
W ciągu kilku dni wyrobił sobie nawyk nocnych wycieczek nad jezioro, do miejsca gdzie jeszcze docierało światło z domu. Jego opiekunowie nie byliby zachwyceni, wiedząc, że jest na zewnątrz w środku nocy, więc brał ze sobą pelerynę-niewidkę i wymykał się tak, by nie narobić hałasu.
Jednak pewnej nocy zdarzyło się coś, co sprawiło, że zaniechał kolejnych wypadów.
Kiedy zbliżył się do drzwi prowadzących na werandę, zatrzymały go przyciszone głosy dochodzące z holu. Nie wiedział, dlaczego podkradł się bliżej, zamiast pozostać w bezpiecznej odległości i poczekać, aż umilkną, a ich właściciele rozejdą się do łóżek.
― Postradałeś rozum, Lupin? Ktoś może nas zobaczyć.
Harry ledwie rozpoznawał słowa, ale natychmiast rozpoznał głos Snape'a. Podszedł jeszcze bliżej i zajrzał przez szybę.
Tuż za nią, przyciśnięty do ściany, stał Snape.
Słabe światło oświetlało jego profil i białą szyję, znikającą w ciemnej, rozpiętej od góry koszuli. Lupin odpiął jeszcze jeden guzik i przyssał się do odsłoniętej skóry. Snape odchylił nieco głowę i przymknął oczy.
Harry wystrzymał oddech. Jego wnętrzności skleiły się w jedną masę niezrozumiałych uczuć.
Remus wyciągnął koszulę Snape'a ze spodni i poluźnił pasek na tyle, by wsunąć rękę. Snape jęknął i dopiero ten dźwięk przywołał Harry'ego do rzeczywistości. Zaczął się wycofywać w popłochu, potrącając jeden z foteli stojący na werandzie. Usłyszał stłumione przekleństwo dochodzące zza drzwi, ale nie zatrzymał się, by zobaczyć, co się stanie dalej. Najciszej jak potrafił obiegł dom, wdrapał się po ganku na daszek, a następnie przez uchylone okno do łazienki. Szybko zapalił światło, odkręcił kurek by nalać do wanny wody, w nadziei, że jeśli któryś wejdzie na górę, stwierdzi, że się kąpie. Dysząc, zdjął ubranie i zanurzył się w ciepłej wodzie. Oparł głowę o brzeg wanny i przymknął oczy. Do układanki ze Snape'em wpadły fragmenty z kolejnym obrazkiem, a on sam był w rozsypce.
― Nie ruszysz się już więcej wieczorem z pokoju, Potter ― ostrzegł sam siebie i dolał zimnej wody w nadziei, że pomoże pozbyć się niechcianej erekcji.
xxx
Więc był gejem. Cholernym pedziem, jakby mu jeszcze w życiu było mało. Pamiętał te strumienie jadu wylewające się z ust wuja Vernona i pełen zażenowania chichot w dormitorium, gdy padało słowo „pedał". Czarodziejski świat był równie wyrozumiały (bądź nie) co mugolski, jednak homoseksualizm, nawet w najbardziej liberalnych społecznościach, zawsze wiązał się z byciem innym. Stanęły mu przed oczami ciągi rozmów i pokrzepiających uśmiechów, klepanie w ramię i ukradkowe wycieranie ręki, jakby można się było tym zarazić. Zastanawiał się nad reakcją Rona, bo o Hermionę był spokojny.
To nie tak, że nie podejrzewał się o tego typu skłonności. Cały czas miał nadzieję, że to tylko faza, że mu przejdzie, jak napisano w wielu poradnikach (tak, zajrzał również do poradników). Jednak po tym, czego był świadkiem ostatniego wieczoru, wszystkie wątpliwości rozwiały się bez śladu.
Powinien się wstydzić. Być zażenowany, że tak bezczelnie podglądał dwóch mężczyzn, swoich nauczycieli. Nie wykrzesał w sobie jednak żadnego z tych uczuć. Jedyne, co budziło się do życia na wspomnienie sceny, to podniecenie i złość. Był wściekły na Remusa i Snape'a, że to robili, że Remus okazał się tak… nielojalny wobec Blacka, wobec jego ojca.
Że, tak po prostu robił to… ze Snape'em. I co gorsze, Snape mu na to pozwalał. Niedotykalska, sarkastyczna, zimna jak lód primadonna nagle dawała rozpiąć sobie koszulę, obmacywać się wszędzie. Miał czelność być taki… ludzki. Tak cu… Wstrętny łajdak.
Harry'ego na myśl o tym coś ssało w żołądku.
Obrócił się na drugi bok i zdecydował pospać godzinę dłużej.
xxx
― Cześć, Harry. ― Następnego ranka po feralnej nocy przywitał go w jadalni szeroki uśmiech Billa.
― Bill? Co ty tu robisz?
Weasley wywrócił oczami i nalał sobie kawy do kubka.
― Myślałem, że bardziej się ucieszysz. Razem z Severusem pracujemy nad nowym eliksirem. Ściśle tajnym. ― Mrugnął. ― Możliwe, że zostanę kilka dni.
Z nieznanych powodów Harry wyobraził ich sobie splecionych i dyszących w podziemnym laboratorium. Zmarszczył brwi, czując ukłucie złości. Bill też wchodzi w jakieś konszachty ze Snape'em? Fantastycznie!
― Super ― odpowiedział bez przekonania.
Bill zerknął na niego uważniej.
― Wiesz, zawsze będzie się można jakoś rozerwać ― rzucił nonszalancko ― przy czymś innym, niż ćwiczenie obrony czy czytanie książek.
― Jasne. ― Kiwnął głową Harry. ― Moglibyśmy pochodzić razem po okolicy. Nie chcą mnie puścić samego.
Twarz Weasleya rozpromieniła się.
― Doskonały pomysł.
Harry w końcu odwzajemnił uśmiech. Bill był taki dobroduszny i otwarty. Może jego towarzystwo dobrze mu zrobi? Może wchłonie jego bezproblemowość, wysyci się normalnością? Potrzebny mu spokój, by zająć się tym co najważniejsze.
― To kiedy? ― zapytał znad talerza pełnego naleśników.
xxx
― Jak myślisz, co to znaczy? ― Snape podniósł głowę znad pisma.
― Tom rozpoczął kolejną krucjatę. ― Dumbledore zgarnął z półki stos papierów i książek i włożył je do magicznie powiększonego pudła.
― Po co to robisz? Chyba nie myślisz serio, żeby odejść. Mogą cię odwołać ze stanowiska, ale nie wyrzucić ze szkoły. Minerwa na to nie pozwoli.
― Dzięki niech będą Merlinowi, że to ją wybrano. ― Albus westchnął, ale nie przerwał pakowania. ― Bałem się, że Bellatriks wprowadza w życie jakiś kolejny plan. Z Minnie dzieci będą bezpieczne.
Severus przyglądał się dyrektorowi spod zmarszczonych brwi. Nie umknęła jego uwadze ani przygarbiona postawa, ani dziwna rezygnacja w głosie.
― Nie możesz mu na to pozwolić ― powiedział cicho. ― Nie możesz pozwolić, żeby cię pokonał.
Albus spojrzał na niego smutno znad okularów.
― Sam się pokonałem, Severusie. Dawno temu.
― Widzę, że twoje dobre rady mają zastosowanie tylko dla innych ― warknął Snape i wstał z krzesła
― bo sam ich nie słuchasz.
Albus spojrzał na niego.
― O czymś zapomniałem? ― spytał.
― Kiedy piętnaście lat temu w tym samym gabinecie użalałem się nad sobą i swoim marnym żywotem, miałeś czelność w końcu powiedzieć, że w tym całym chaosie chodzi o coś więcej niż tylko o mnie ― wysyczał wściekle Snape, zaciskając zęby.
― Wiem o tym ― odpowiedział ostro Albus, ale momentalnie się uspokoił. ― Wiem, Severusie. ― Spojrzał mu głęboko w oczy i dodał: ― Nie martw się, nie zostawię go.
Severus ściągnął brwi, ale nic nie odpowiedział. Usiadł i milcząco przyglądał się, jak dyrektor pakuje swoje rzeczy.
― Możesz zamieszkać w Prince Manor. Przeniosę się na strych ― oznajmił nagle.
― Dziękuję. ― Albus położył mu rękę na ramieniu. Severus powstrzymał się siłą, żeby się nie wzdrygnąć. ― Będę wpadał tak często jak się da.
― Trzymam cię za słowo ― wymruczał Snape i sięgnął po filiżankę z zimną herbatą.
― Nigdy nie miałem lepszego przyjaciela niż ty, Severusie ― powiedział Albus po chwili. ― Nawet o takim nie marzyłem.
Snape milczał.
xxx
Siedziała sztywno w fotelu, kompulsywnie poprawiając dzierganą na szydełku serwetkę, na której stała różowa doniczka z fiołkiem. Nerwowo wzdrygała się za każdym razem, gdy trzasnęły gdzieś drzwi lub ktoś zaczynał krzyczeć. Od tygodni urzędowała w swoim gabinecie, nie robiąc nic. Nie wiedziała, jak ma to rozumieć. To, że nadal pracowała w ministerstwie, graniczyło z cudem, biorąc pod uwagę czystki we wszystkich departamentach wraz z nastaniem nowej pani minister. Była przekonana, że przez jej głośno deklarowaną lojalność wobec Knota wyleci jako pierwsza. Ale żadne pismo ani informacja do niej nie dotarła. Poprawiła raz jeszcze idealnie równy stos pergaminów. Wstała, by nastawić wodę na kolejną herbatę, gdy zadzwonił telefon.
― Proszę zjawić się w gabinecie pani minister. Natychmiast. ― Głos sekretarza w słuchawce był ostry i wysoki.
A więc stało się. Dolores uniosła lekko brwi, jakby chciała przekonać się, czy nadal może ruszać mięśniami twarzy pod kamienną maską ugrzecznionego strachu. Nie zwlekając, wyszła na korytarz.
Gdy już dotarła na pierwsze piętro do oficjalnej części, sekretarz siedzący przez gabinetem Lestrange kiwnął, że może wejść. Umbridge przełknęła ślinę, spuściła głowę i wydała z siebie zdławiony, krótki chichot.
Nowa pani minister siedziała w swobodniej pozie odchylona na krześle. Para zapinanych na srebrne guźce butów spoczywała na stole wśród papierów, piór i rozlanego atramentu. Dolores wzdrygnęła się, widząc buszującego wśród nich szczura.
― Umbridge. Jak miło, że przyszłaś. Usiądź, proszę. ― Bella wskazała różdżką krzesło znajdujące się naprzeciwko biurka. Obserwowała ją uważnie, nawijając włosy na palec. ― Nienawidzę różu ― syknęła przez zęby i jednym czarem zmieniła kolor garsonki swojego gościa. ― I kotów. ― Dolores tylko nerwowo zachichotała, nie potrafiąc się opanować. Nie odważyła się podnieść wzroku. ― Mój siostrzeniec opowiadał mi o tobie same dobre rzeczy. ― Strach zaczął pękać i do środka zaczęło sączyć się światło nadziei. ― W tych opowieściach jawiłaś mi się… właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. — Umbridge wydała z siebie coś między piskiem a sapnięciem. ― Rada Nadzorcza Hogwartu zwolniła dyrektora. Jego miejsce zajmie tymczasowo zastępca, jednak chciałabym, żebyś z rozpoczęciem nowego roku szkolnego kontynuowała funkcję Wielkiego Inspektora Hogwartu.
― Taki zaszczyt… ― wyjąkała Dolores, zerkając na Bellę, ale nie zdołała dokończyć zdania.
― Po pierwsze, chcę, żebyś dopilnowała zwolnienia tego idiotycznego ducha. Historię magii należy zamienić na współczesną historię magicznego świata. W swoim czasie podeślę odpowiedniego człowieka. Będzie też koniecznych kilka zmian w sylabusie i podręcznikach, ale tym zajmiemy się później. Oczekuję raportu co miesiąc.
― Tak jest…
Kolejny szczur wspiął się po czarnej sukience — jego długi ogon przez chwilę wisiał na szyi Bellatriks niczym kolia. Zwierzę uważnie obwąchiwało jej ucho i zaczęło wspinać się po włosach.
― Wyjdź, mój różowy piesku ― powiedziała w końcu ― zanim nabiorę ochoty na klątwę.
Umbridge natychmiast wycofała się tyłem, nie ważąc się odwrócić plecami. Znów czuła się szczęśliwa.
