Rozdział siódmy

― Wkrótce pełnia ― stwierdził Remus przy śniadaniu. ― I twoje urodziny, Harry. ― Uśmiechnął się przez stół, ale Harry szybko wbił wzrok w swój talerz. ― Przeniosę się na kilka dni na Grimmauld.

― Obaj się przeniesiemy ― dorzucił Syriusz.

― Naprawdę, nie… ― zaczął Lupin.

― Nie zaczynaj, Lunatyku. Harry sobie poradzi. Kilka dni wakacji dobrze mu zrobi. ― Zerknął na chrześniaka. ― Poza tym Bill tu będzie.

Siedzący u szczytu stołu Snape pił kawę i milczał. Harry zerknął na niego. Snape zauważył jego spojrzenie. Patrzyli na siebie chwilę, bezgłośnie rozmawiając. Jak na kogoś o tak beznamiętnym wyrazie twarzy z jego oczu można było wyczytać bardzo wiele, kiedy już odważyło się w nie spojrzeć.

Serce Harry'ego gwałtownie przyspieszyło. Nie obawiał się przebywać tu sam, ale nie dzięki obecności Billa.

― Pan zostanie, profesorze? ― spytał na głos, odrobinę na przekór Syriuszowi.

― Tak, Potter. ― Snape wstał od stołu, by odłożyć filiżankę do zlewozmywaka. Odezwał się do niego po raz pierwszy od tygodni.

― No właśnie ― z ust Blacka sączył się jad ― z Severusem na pewno będziesz się doskonale bawił.

― Bzdura, Syriuszu ― żachnął się Snape i odwrócił w stronę stołu z twarzą skrzywioną w uśmieszku. ― Co może być ciekawszego dla szesnastoletniego chłopca od widoku chrzestnego, który w swojej animagicznej formie liże się po jajach. Nie jestem w stanie wymyślić nic bardziej zajmującego.

Harry prychnął niekontrolowanie, a Remus położył uspokajająco dłoń na ramieniu przyjaciela.

― To ty zacząłeś ― przypomniał mu półgłosem.

― To może ja pozmywam. ― Harry spróbował przerwać niezręczną ciszę, która nastąpiła zaraz po wymianie złośliwości.

Pozbierał naczynia i ruszył w stronę stojącego przy zlewie Snape'a.

― Czuj się jak u siebie w domu ― rzucił mu mężczyzna przez ramię i wyszedł z jadalni.

xxx

Kto by pomyślał, że wejdzie do gmachu Ministerstwa Magii w biały dzień w towarzystwie swoich dwóch ulubionych śmierciożerców? Że aurorzy tylko sztywno kiwną głową na przywitanie, a zgromadzone w środku robactwo rozpełznie się na jego widok?

Voldemort zrozumiał, że obrał właściwą ścieżkę. Jaki jest sens wzbudzać lęk na odległość? Teraz mógł go naprawdę poczuć, zanurzyć w nim stopy po kostki.

Nikt nie podniósł głowy, nie powiedział ani słowa.

Na końcu korytarza czekała na niego Bellatriks. Pochyliła się w ukłonie, jak tylko zbliżył się do niej na odległość kilku kroków. Chwycił ją za podbródek, każąc na siebie spojrzeć. Ciemne, wierne oczy wypełnione były miłością. Przycisnął usta do jej skroni.

― Moja piękna Bella ― szepnął do ucha ukrytego w czarnych lokach. Bellatriks przymknęła oczy. ― Prowadź.

Korytarze wyłożone ciemnozielonymi kaflami ciągnęły się w nieskończoność, a czarodziei ubywało, aż w końcu minęli dwóch ostatnich strażników stojących przy drzwiach do Departamentu Tajemnic.

― Dalej pójdę sam ― rzucił ostro, gdy już otworzono wrota. ― Czekajcie.

Niezliczona ilość regałów z kryształowymi kulami wypełniała przestrzeń aż po sufit. W komnacie panował półmrok, jednak bez trudu można było odczytać właścicieli przepowiedni. Kiedy dotarł do właściwiej, na chwilę przystanął. Kula jarzyła się złotawo, chroniąc w swoim wnętrzu pasma słów. W końcu wyciągnął rękę i ostrożnie zdjął ją z półki.

xxx

― Byłem jego ulubionym uczniem. ― Bill przerwał na chwilę, czekając na reakcję Harry'ego. ― No nie rób takiej miny! ― Zaśmiał się. ― Naprawdę. Wiadomo, że mnie nie faworyzował, ale jak na Gryfona traktował niczym książątko. Kilka razy przyznał mi nawet punkty. Podobno nigdy więcej to się już nie zdarzyło.

Harry zmarszczył brwi w niedowierzaniu. Szli właśnie urokliwą ścieżką dookoła jeziora. Bill trzymał się blisko niego, co chwilę ocierając się ramieniem.

― Przyznał ci punkty? ― dopytał w końcu Harry.

― Jestem genialny z eliksirów. Na siódmym roku miałem u niego indywidualne lekcje. Czasem żałuję, że po skończeniu szkoły już nic nie zrobiłem w tym kierunku.

― I jak to jest mieć indywidualne lekcje ze Snape'em? ― spytał Harry, patrząc na jezioro.

― Fantastycznie. Byłem w nim zakochany po uszy ― wyznał rozbrajająco.

Harry drgnął i spojrzał na niego.

― Co? ― spytał głupio.

― Wiesz jak to jest. ― Bill szturchnął go ramieniem. ― Niedostępny, tajemniczy nauczyciel, który zazwyczaj jest wrednym gnojkiem, nagle zaczyna obdarzać cię małym skrawkiem swojej uwagi. Nie miałem szans. Kiedy na mnie patrzył, czułem ciarki na karku. Czasem jeszcze nadal je czuję. A kiedy nie jest twoim wrogiem, potrafi być całkiem znośny. No i jest nieziemsko zabawny.

― A on? Było coś między wami? ― Harry nie wiedział dlaczego tak mocno zaciska szczęki.

― Ze Snape'em? ― spytał z niedowierzaniem Bill. ― Chyba żartujesz. Facet nie tknąłby swojego ucznia.

Harry, pogrążony w myślach, nie skomentował.

― A ty? Masz dziewczynę? ― Bill zmienił nagle temat.

― Nie ― odpowiedział. ― W tym roku przez moment myślałem, że może warto by ją mieć, ale wiesz… ― Zdecydował, że nie ma sensu ukrywać prawdy, tym bardziej że Bill właśnie zwierzył mu się z własnych pragnień ― …ja chyba wolę facetów.

― Tak przypuszczałem. ― Rudzielec pokiwał głową i uśmiechnął się do niego trochę drapieżnie. Odwrócił się i wskazał ręką jezioro. ― Zobacz, to tu. Chcesz się wykąpać? ― Nie czekając na odpowiedź, zbiegł w dół na niewielką plażę ukrytą między drzewami.

Kiedy Harry dotarł na brzeg, koszulka Billa już leżała na trawie i zaraz miały do niej dołączyć szorty. Dzięki Bogu bokserki pozostały na swoim miejscu ― Harry nie był pewien, czy zdołałby nie zareagować na taki widok.

Bill miał piękne ciało: szerokie, piegowate ramiona, wąską talię oraz biodra i umięśnione, długie nogi. Rozpuszczone włosy płonęły w słońcu. Spojrzał na niego przez ramię i kiwnął głową, zachęcając, żeby się przyłączył. Po chwili już radośnie parskał, ochlapując się wodą, po czym zanurzył się cały, gładko przechodząc w crawl.

Harry stał na brzegu, patrząc jak ruda głowa rytmicznie zanurza się i wynurza.

— Ciesz się tym, Potter ― powiedział do siebie, zdjął ubranie i wszedł do jeziora.

xxx

Usta Billego były przyjemne w dotyku, a całowanie go sprawiało, że Harry czuł łaskotanie w dole pleców. Pachniał trawą, wiatrem i ciastem z rabarbarem — smakował swojsko i Harry westchnął cicho, rozchylając wargi, by wpuścić jego język.

Całowanie się z facetem było bez porównania przyjemniejsze niż z dziewczyną.

Rozluźnił się i dał położyć na piasku; udo Billa wsunęło się między jego nogi.

― Robiłeś kiedyś takie rzeczy z chłopakiem? ― spytał Weasley, patrząc mu w oczy i lekko wypychając biodra.

― Nie ― sapnął Harry.

Niebieskie oczy zaszły pożądaniem.

― Niedługo masz urodziny. Mógłbym pomyśleć o jakimś specjalnym prezencie dla ciebie. Zakradłbym się do twojej sypialni późno w nocy, gdy wszyscy będą już spać… ― Jego usta błądziły teraz wzdłuż szczęki, badając pierwsze oznaki zarostu.

Ale z żadnym uczniem? Nigdy? Nawet byłym? ― przebiegło Harry'emu przez myśl i przeklął, że głupi Snape potrafi zepsuć nawet tak miły moment. Zmusił się, aby rozważyć propozycję Billa.

― A co będzie wchodzić w skład tego prezentu? ― zapytał ostrożnie, drocząc się.

― Och, nie wiem. Wszystko, czego sobie zażyczysz. ― Weasley przewrócił oczami i ściągnął usta.

Który młodociany gej nie skorzystałby z tak hojnej oferty przystojnego, sympatycznego faceta? Odpowiedź wydawała się oczywista, jednak Harry zawahał się.

― I nie stanie się nic, czego bym nie chciał? ― upewnił się.

― Będziesz mnie błagał o więcej ― wyszeptał Bill wprost do jego ucha, zanim zanurzył w nim język.

Harry roześmiał się i pocałował go raz jeszcze.

xxx

Na dwa dni przed jego urodzinami Syriusz z Remusem wrócili do Londynu wraz ze świeżym eliksirem tojadowym.

― Będziemy pojutrze ― powiedział Black na pożegnanie i uścisnął Harry'ego. ― Sprawuj się dobrze.

Harry poklepał go po plecach, cały czas ostrożnie obserwując zachowanie Remusa i Snape'a.

Skoro są kochankami, dlaczego Remus nie zostaje tutaj? Syriusz na pewno nie wie, że coś ich łączy. Nie ma mowy, by puścił to Lupinowi płazem.

Remus wyglądał, jakby gryzło go poczucie winy. Twarz Snape'a była obojętna. Kiedy obaj mężczyźni zniknęli w płomieniach, obrócił się bez słowa i poszedł do jadalni. Harry stwierdził, że lepiej będzie zostawić go teraz w spokoju i podążył do siebie.

Tego samego dnia wieczorem postanowił dołączyć do Snape'a.

― Nie odezwałeś się do mnie od miesiąca ― powiedział, stając w drzwiach prowadzących do salonu.

Siedzący w fotelu Snape drgnął. Odstawił ostrożnie szklankę z whisky na stolik do kawy i znów spojrzał w ogień.

― Nie odezwał się pan do mnie, profesorze ― poprawił chłopca, choć bez przekonania.

― No tak. W sumie. Bardzo ci przeszkadza, gdy cię nie tytułuję?

Nie bardziej niż tysiąc innych rzeczy.

― Usiądź. ― Snape wskazał ręką kanapę.

Zamiast usiąść, Harry położył się i zagapił w sufit. Przytomnie zdjął wcześniej buty; Snape nie zdzierżyłby błota na swoich meblach. Trwali tak chwilę, w dość niezręcznej ciszy.

― Naprawdę przyznałeś Billowi punkty?

Snape poderwał głowę, zaskoczony.

― Merlinie, co to za pytanie. Możliwe, raz lub dwa. Był dobry z eliksirów.

― Hermiona też jest dobra ― wytknął Harry.

― Najstarszy Weasley jest jednak dużo mniej irytujący ― westchnął Snape, popijając whisky.
Ostry profil odcinał się od pomarańczowych płomieni. Snape wydawał się zmęczony, zamyślony i daleki. Harry przypomniał sobie wyraz jego twarzy, gdy Lupin zaczął go pieścić. Zdusił jęk.

― Masz romans z Lupinem ― powiedział nagle, prawie bezwiednie, i natychmiast przeklął w duchu własną nierozwagę. Teraz wszystko trafi szlag. Snape go przeklnie albo każe mu się, całkiem słusznie, odpierdolić.

Jednak Snape milczał.

― Więc wtedy, w nocy, to byłeś ty ― stwierdził w końcu. ― Często wymykasz się nocami w tej cholernej pelerynie? ― Ton stał się ostrzejszy.

― Nie, tylko kilka razy ― zaczął się pospiesznie tłumaczyć. ― Nad jezioro, nigdy dalej. ― Spuścił wzrok jak karcony dzieciak. Co zabawne, Snape po raz pierwszy wzbudził w nim taką reakcję. ― Bardzo lubię to miejsce ― dodał, jakby to miało go jakoś usprawiedliwić.

Snape zmarszczył brwi.

― Po co mi to mówisz, Potter? Chcesz, żebym się odpieprzył od twojego wilkołaka?

― Co? ― Harry poderwał głowę, zaskoczony propozycją. ― Nie, nie. To nie moja sprawa ― zaprotestował, nie do końca wierząc we własne słowa.

Co musiałoby się stać, by jednak pocałował ucznia?

Snape odwrócił głowę i spojrzał na niego. Część jego twarzy tonęła w mroku.

― Więc po co?

Harry wzruszył ramionami.

― Nie wiem ― skłamał. Nie był na tyle odważny, by zapytać wprost.

Znów nastała cisza, choć mniej uciążliwa niż zazwyczaj. Było coś między nimi, co pozwalało mu pokazać tę gorszą część siebie, tę, której raczej unikał. Jakby Snape ją widział i akceptował. Sam jednak pozostawał chaosem pytań.

― Nie chcę, żeby tak było ― oznajmił nagle Harry. ― Chcę cię zrozumieć. Naprawdę. Ale kiedy myślę o tym wszystkim, co się stało, nic mi się nie klei, nic nie pasuje. Nie potrafię żyć w takim rozdwojeniu.

― Mało kto potrafi ― odpowiedział mu poważnie Snape. ― Ludzie zazwyczaj dzielą rzeczy na dobre i złe. Przekładają klocki z jednego worka do drugiego, nie troszcząc się o to, że jeszcze przed chwilą to, co nazywają złem, mieli za dobre. Chcą podziału i porządku, wówczas są szczęśliwi. To nie dobro ich uszczęśliwia, Potter, ale pewność, że niektóre rzeczy mogą nazwać dobrem. Rozumiem więc, że masz przemożną potrzebę umieszczenia mnie w jednej z tych dwóch kategorii? Chcesz, żebym sam się opowiedział po którejś ze stron? Czy Snape jest godnym pożałowania łajdakiem, czy może jednak niezrozumianym bohaterem? Zdrajcą, mordercą, ofiarą czy sprzymierzeńcem? ― Uśmiechnął się drwiąco.

― A za kogo ty się masz? ― spytał Harry.

Snape roześmiał się głośno i bez radości.

― Nie przestaje mnie pan zadziwiać, panie Potter ― powiedział w końcu. W jego głosie było jednak coś ciepłego, odległe echo sympatii. Harry mimowolnie uśmiechnął się, czując przyjemne drżenie w żołądku. ― Mam się za zdrajcę i mordercę ― dodał, poważniejąc. ― Choć wiem, że jestem również ofiarą i twoim sprzymierzeńcem. ― Wstał z fotela i stanął nad Harrym. ― To nie będzie prostsze, Potter. Może być tylko trudniejsze.

Harry'emu zaschło w ustach. Usiadł. Chciał wyciągnąć rękę, by go dotknąć, ale nie potrafił. Wpatrywał się tylko w jego twarz. Snape stał tuż obok, jednocześnie bezbronny i daleki.

― Pokaż mi ― wymknęło się w końcu Harry'emu z ust coś pomiędzy rozkazem a prośbą.

xxx

W całym swoim dwudziestoletnim życiu nie czuł jeszcze ani takiego bólu, ani upokorzenia. Leżał zwinięty w kłębek na kamiennej posadzce, drżąc i płacząc. Czarny Pan stał nad nim, a jego różdżka wbijała mu się w sam czubek głowy.

― Jesteś nic nie wartym ścierwem, Snape. Paskudnym robakiem, z którego nie ma najmniejszego pożytku. Tak odrażającym, że brzydzę się ciebie dotknąć, nie przydasz mi się nawet jako zwykła kurwa.

Przesunął go zaklęciem bliżej ściany i podniósł tak, by Snape zawisł głową w dół. Szata śmierciożercy zakryła mu twarz, bezlitośnie obnażając resztę ciała. O ironio, niech będzie ci chwała. Przy pomocy kolejnego czaru szata w jednym momencie stanęła w płomieniach. Po lochach rozszedł się smród palonych włosów.

Voldemort zwolnił czar i Snape znów upadł na podłogę.

― Masz coś, żeby przehandlować swoje życie? ― Voldemort pochylił się nad nim. Ostro zakończone paznokcie wbiły mu się w szyję tuż przy aorcie.