proszę o wyrozumiałość - niebetowane
rozdział ósmy
W ministerialnym gabinecie słychać było szelest przewracanych stron najnowszego wydania Żonglera.
Morderczyni na stołku ministra. Tajne obrady wilkołaków ― czy przejmą władzę na światem? Proste wywary, które uchronią cię przed manipulacją. Kolejne bezimienne ofiary nowej władzy. Bellatrix Lestrange to tylko pionek w rękach Sami-Wiecie-Kogo.
Bella ledwo kojarzyła Lovegooda, w jej pamięci została tylko czupryna jasnych włosów i szare, poczciwe oczy. Jego równie szalona żona była wycofana i ekscentryczna, idealny obiekt do drwin w szkole. Przynajmniej aż do momentu, gdy za pomocą zaklęcia rzuciła szóstką ślizgonów o ścianę z taką siłą, że przez tydzień nie wychodzili ze skrzydła szpitalnego. Zawiesili ją na miesiąc w prawach ucznia. Kithira Einmalig, po mężu Lovegood, nie wróciła do Hogwartu na siódmy rok nauki. Jednak, mimo upływu lat, ją Bella pamiętała doskonale. Mogłaby przerysować jej twarz na papier bez trudu tworząc portret dawno zmarłej kobiety.
Niemniej Kithira dawno już nie żyła, a Bella musiała zająć się jej nieciekawym mężem. Jaka szkoda.
Złamała gazetę na pół i wrzuciła do kosza.
xxx
― Więc groziła ci śmierć ― powiedział w końcu Harry przerywając ciszę przy stole. Od poprzedniego wieczora nie zamienili ani słowa. ― To trochę zmienia postać rzeczy.
Snape westchnął dyskretnie.
― Jesteś czasem taki naiwny, Potter. To nic nie zmienia. Wszystkim nam groziła śmierć. Twój ojciec chrzestny bez namysłu oddałby swoje życie. Ja ich sprzedałem.
― To nie jest takie proste… ― pokręcił głową Harry.
― To jest bardzo proste. Miałem nadzieję, że kto jak kto, ale akurat ty, wzorowy Gryfon, to zrozumiesz.
― Nie jestem głupi ― rzucił ostro Harry.
Snape spojrzał na niego z uniesioną brwią, milcząc.
― Nie jestem ― powiedział raz jeszcze Harry i wstał od stołu. ― Mógłbyś mnie czegoś nauczyć ― zmienił temat. ― Korzystając z okazji, że jesteśmy sami.
― Naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć momentu, w którym przechodziliśmy na ty. ― W głosie Snape'a była tylko rezygnacja. ― Czego chcesz się nauczyć?
― Nie potrafię myśleć o tobie per pan. Nie po tym wszystkim. ― Zerknął na Snape'a. ― Eliksirów ― odpowiedział na drugie pytanie. ― Naucz mnie warzyć coś, co naprawdę mi się przyda.
Snape przez moment rozważał jego propozycję. Zmarszczył brwi i zrobił minę sugerującą, że Harry jeszcze pożałuje swojej prośby.
― Niech będzie ― rzekł w końcu. ― Za godzinę w laboratorium.
xxx
Będzie miał siłę jakiej Czarny Pan nie zna.
Voldemort lubił siłę. Pragnął jej w każdej postaci. Była walutą, za którą można było kupić to, co najcenniejsze ― władzę i lęk. Jaką siłę może posiadać szesnastolatek? Jego magia jest jak glina, miękka i krucha, łatwa do kształtowania. Jednak z każdym dniem wysychała i krzepła formując postać, która kiedyś mogła stać się niebezpieczna.
Jeśli przepowiednia okaże się prawdziwa.
Tom od dawna już pragnął samodzielnie pokierować czyimś losem. Sprawdzić, czy uda mu się wygrać z przeznaczeniem.
Jakkolwiek Harry Potter był kuszącą ofiarą, a jego narwana odwaga i naiwność słodkie w smaku, Voldemort wiedział, że to nie chłopak powinien być teraz w centrum jego uwagi. Jeszcze przyjdzie na niego pora, na jego gładką skórę, butne włosy, natarczywe, odważne spojrzenie. Jeszcze będzie czas by łamać mu kości i topić w rozpaczy.
Prawdziwym zagrożeniem był Dumbledore, który miesiąc temu zapadł się pod ziemię.
xxx
― Mój panie ― Bella skłoniła nisko głowę i dygnęła. W końcu, po tylu latach znalazła kogoś kto ją sycił, sprawiał, że wypełniało ją coś więcej niż bezbrzeżna nuda i pustka.
― Chyba już czas zrobić coś dla naszych obywateli, Bello. Jest taka piękna pogoda. Myślę, że to dobry moment by pokazać… ludzką twarz. Trochę odwrócić uwagę od ostatnich wydarzeń. Zaprośmy wszystkich tych, którzy pikietowali przed ministerstwem. Chciałbym, żeby wiedzieli, że po prostu źle ocenili nasze działania.
Bella uśmiechnęła się. Jej pan był krynicą pomysłów, nigdy jej nie zawiódł.
― Może festyn przed gmachem Ministerstwa?
Voldemort uśmiechnął.
― Moja mała Bello, to ma być dobry festyn, pamiętaj. Swoje szczury zachowaj na potem.
Bella wydęła usta jak mała dziewczynka.
― Na potem ― obiecał Czarny Pan.
xxx
Harry poczuł leciutkie uczucie żalu, gdy głośny trzask dobiegający z kominka oznajmił, że Syriusz i Remus wrócili do nowej kwatery Zakonu. Black uściskał go, jakby nie widzieli się pół roku. Remus uśmiechnął się ciepło i smutno. Wyglądał źle. Jego złotawa skóra nabrała szarej barwy i wydawał się jeszcze szczuplejszy niż zwykle. Harry zerknął na Snape'a zastanawiając się czy znajdzie w jego oczach troskę, lecz ten, skinąwszy na wilkołaka, obrócił się i poszedł w kierunku schodów.
― Co tam w Londynie? ― spytał Syriusza, gdy obaj usiedli do posiłku.
― Niewiele wychodziłem. Byłem raz w Kotle, żeby pogawędzić z Tomem. Lestrange coś szykuje, wszędzie wiszą plakaty zapraszające czarodziei na festyn z okazji 31 lipca. Myślisz, że to przypadkowa data? ― Syriusz uśmiechnął się krzywo.
― Nie, nie myślę. ― Harry spuścił głowę.
― Coś się kroi, Harry. Zaraz już nic nie będzie można zrobić, czuję to w kościach. Rozbuja się tak mocno, że żaden z nas tego nie zatrzyma.
― Co mam zrobić, Syriuszu? Powiedz mi. ― Szczęka Harry'ego drgnęła. Zacisnął usta.
― Ech, szczeniaku. ― Ramiona Syriusza opadły bezsilnie. ― Chodź, pójdziemy poćwiczyć. Jak znam życie, Snape trzymał cię w zatęchłej piwnicy każąc filetować jakieś głowonogi. - Wstał od stołu i uśmiechnął się pokrzepiająco. - Dziś wieczorem przyjadą Weslay'owie. Będziemy świętować.
xxx
― Wyglądasz jak śmierć. Usiądź. ― Snape wskazał ręką swoje łóżko. Lupinowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Właściciel posłania zacisnął w poirytowaniu usta i zbliżył się, żeby zzuć swemu gościowi buty. Potem otworzył okno wpuszczając trochę świeżego powietrza. Potter i Black ćwiczyli na polanie przed jeziorem. ― Co poszło nie tak?
― Eliksir wydawał się być zbyt słaby. Kilka razy traciłem świadomość. Chwała Merlinowi, że Syriusz dobrze zabezpieczył pokój.
Snape zmarszczył brwi.
― Eliksir był taki sam jak zawsze.
― Wiem ― westchnął Lupin i zamknął oczy. ― Nie mam pojęcia, co się stało.
Severus usiadł na brzegu łóżka i przyłożył rękę do czoła Lupina. Wilkołak uśmiechnął się słabo.
― Nie masz gorączki.
Zanim Snape cofnął rękę Lupin chwycił ją i przycisnął sobie do ust.
― Lubię, gdy się o mnie troszczysz.
Severus zastygł. Zaraz jednak ocknął się i gwałtownie wyrwał rękę z uścisku. Lupin westchnął i uchylił powieki.
― Dlaczego nie możemy być razem? Jak normalni ludzie? ― zapytał w końcu.
― A po co mielibyśmy być razem? ― Snape spojrzał na swoje dłonie. ― Źle ci z tym jak jest? Nie musisz się tłumaczyć przed Blackiem i ktoś od czasu do czasu zajmie się twoim fiutem.
― Nie ktoś. Ty.
― Ja. To jakoś zmienia postać rzeczy? Czyni nasz układ bardziej obrzydliwym?
― Przestań.
Snape wstał i znów podszedł do okna.
Koszulka Pottera pod pachami i wokół szyi była mokra od potu. Harry radził sobie coraz lepiej, kilka razy udało mu się skutecznie zablokować Blacka. Był szybki i zwinny, miał naturalny dar pojedynkowania się.
― Chciałbym, żebyś to na mnie patrzył tak, jak patrzysz na niego.
Snape drgnął i odwrócił głowę. Lupin stał tuż obok opierając się o ścianę przy oknie. Na jego twarzy igrał smutny uśmiech.
― Bredzisz ― warknął Snape. ― To dziecko. O co w ogóle ci dziś chodzi?
― Czy gdybym wówczas, dwadzieścia lat temu… ― zaczął Lupin, ale Snape nie pozwolił mu skończyć.
― No co, Lupin? Gdybyś co? Po co do tego wracasz? Dwadzieścia lat temu byliśmy innymi ludźmi.
― Byłem tchórzem. Teraz też nim jestem.
― Ta gra nie jest warta świeczki ― odpowiedział mu z goryczą Snape i znów spojrzał w okno.
Pojedynek zakończył się wiwatami. Black śmiał się i krzyczał coś o starszych panach, którym należy się szacunek. Po chwili znikł w drzwiach od werandy. Harry podniósł głowę i dostrzegł Snape'a stojącego w oknie. Zastygł na kilka sekund, jakby chciał odgadnąć, czy patrzy na niego czy w dal, na jezioro.
Potem, nie spiesząc się, ściągnął przepocony podkoszulek. Stał chwilę półnagi. Snape zamarł. W końcu chłopak obrócił się i poszedł w kierunku jeziora, zerkając przez ramię.
Severus odprowadził go wzrokiem. Kiedy ciemna głowa zanurzyła się w wodzie, obrócił się by spojrzeć na Lupina, ale pokój już był pusty.
xxx
Mimo wspaniałej pogody liczba londyńczyków zgromadzonych na placu pod gmachem ministerstwa była niewielka. Bella stała w oknie nerwowo gniotąc fragment sukni. Budki z lodami, wędrowny teatr, idioci dmuchający olbrzymie bańki mydlane, wszystko, za co zapłaciła, wydawało się sztuczne i smętne.
― Totsy! ― krzyknęła. Sekretarz, zgięty w pół, zjawił się w ciągu sekundy.
― Tak, pani minister?
― Dlaczego jest tak mało ludzi? ― Odwróciła się od okna. Totsy skulił się jeszcze bardziej widząc płomień w jej oczach. ― Czarny Pan chce poznać swoich poddanych. Gdzie oni są?
Ręce czarodzieja zaczęły się trząść.
― Akcja promocyjna była na szeroką skalę, wydaliśmy na nią prawie połowę budżetu przeznaczonego na całe przedsięwzięcie. Plakaty…
― Nie pytam ile na nią wydałeś, głupcze. Pytam, dlaczego tak marnie zadziała!
Totsy spuścił głowę i milczał.
― Zrób coś ― syknęła Bella tak ostro, że jej sekretarz się wzdrygnął. ― Każ aurorom wywlec ich z mieszkań za włosy i doprowadzić tutaj. JUŻ! ― wrzasnęła.
Czarodziej energicznie potakując wycofał się z gabinetu.
Kiedy po pół godzinie Bella znów stanęła w oknie, liczba mieszkańców na placu zwiększyła się dziesięciokrotnie. Stali grupkami, ściśnięci i przestraszeni, ignorując przeznaczoną dla nich rozrywkę. Bella uśmiechnęła się i poprawiła kreację.
xxx
Wszystkie maszyny drukarskie pracowały non stop. Huk był tak wielki, że trudno było ze sobą rozmawiać. Pracownicy uwijali się, by zdążyć z porannym wydaniem. W rogu piętrzyły się stosy gazet przewiązane sznurkiem, gotowe do rozwiezienia na terenie całej Anglii.
Nagle huk ucichł. Aurorzy w ciągu kilkunastu sekund wyprowadzili wszystkich na zewnątrz.
― Panie Lovegood, zgodnie z zarządzeniem Ministra Magii odbieramy panu przywilej wydawania gazety ― powiedział jeden z aurorów. Inny podszedł do najbliższego stosu gazet i podpalił go różdżką. Ogień rozprzestrzenił się w jednej chwili. Ktoś inny z domu naprzeciwko wyprowadził szamoczącą się, jasnowłosą dziewczynę. ― Aby upewnić się, że nie powróci pan do dawnej profesji, bierzemy pana córkę jako zakładniczkę.
― Nie! ― krzyknął Lovegood. ― Tylko nie Luna! Zrobię wszystko, tylko nie zabierajcie mi Luny!
― Może pan się zwrócić z prośbą do pani minister o widzenia ― odpowiedział mu czarodziej i zniknął wraz z dziewczyną. Jego śladem poszli pozostali.
Ksenofilius, zanosząc się płaczem, ukląkł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach.
xxx
Stworzone specjalnie na tę okazję podium skrzypnęło lekko pod krokami nowej pani minister. Jej strój mocno odcinał się od kolorowych dekoracji. Stanęła przy mównicy.
― Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy, dlatego też cieszę się, że tak wielu Londyńczykom udało się przyjść i świętować razem z nami. Chciałam ogłosić, że 31 lipca został ustanowiony nowym świętem czarodziejskiej Anglii. Będzie to dzień narodzin ― przerwała na moment, jakby spodziewając się jakiejś reakcji ― nowego porządku i wolności. Dzień, w którym przekreślamy wszystko to, co było.
Wśród tłumu rozeszły się zaniepokojone szepty. Bella uśmiechnęła się.
― Chciałabym, by dołączył do nas czarodziej, który był największą ofiarą poprzedniej władzy. Oczerniony i ścigany, musiał ukrywać się przez wiele lat. Chciałabym pokazać wam, jak przez ostatnie dziesięciolecia utrzymywano was w kłamstwie tylko po to, by oficjele, których wybraliście, mogli chronić swoje interesy i przyznawać immunitet mordercom.
Ubrana na ciemno postać wyłoniła się z tłumu i powoli zaczęła wchodzić na podium. Sunął za nią olbrzymi wąż.
― Harry Potter nie jest chłopcem, który przeżył. To dziecko, którego użyto, by zatuszować kolejną, nieudaną próbę zabójstwa niewinnego człowieka.
Wydawało się, że wszyscy zgromadzeni wstrzymali oddech patrząc na Lorda Voldemorta. Bella zamilkła i cofnęła się do tyłu robiąc miejsce swemu panu.
― Harry Potter to kolejna ofiara Albusa Dumbledora. Od wielu lat jest, tak samo jak wy, karmiony kłamstwami i trenowany przez byłych aurorów, by stać się podobny do swego opiekuna. Kilka razy próbowałem go ostrzec, ale jego nienawiść do mnie była zbyt wielka, by zaczął mnie słuchać. Obawiam się, że już go nie uratujemy. Ale możemy uratować resztę naszych dzieci. Dumbledore zniknął, a Hogwart będzie w końcu mógł odetchnąć pełną piersią. Pani minister zatroszczyła się o wymianę kadry, choć myślę, że potrzebne jest jeszcze kilka zmian. ― Spojrzał na Bellę, która skwapliwie pokiwała głową. ― Skończyły się czasy dyskryminacji innych ras. Wilkołaki, olbrzymy i gobliny cieszyć się będą takimi samymi prawami, jak każdy wolny czarodziej. ― Zamilkł, czekając na odpowiedź, która nie nadeszła. Na placu było ciszej niż kiedykolwiek wcześniej ― A teraz… ― Voldemort podniósł ręce i uśmiechnął się upiornie. ― Bawcie się! Trzydziesty pierwszy lipca ogłaszam Świętem Wolności!
