Rozdział dziewiąty
Wieczorem, w dniu urodzin Harry'ego, w posiadłości Snape'a zjawiło się więcej ludzi, niż ten dom widział od co najmniej trzydziestu lat. Cała rodzina Weasleyów — uszczuplona o Percy'ego i Charliego — Tonks, Szalonooki Moody, Hermiona i Kingsley rozsiedli się w jadalni, napełniając ją gwarem i życiem. Syriusz i Lupin rozlewali wino i miód, a pani Weasley krzątała się po kuchni, donosząc na stół kolejne potrawy. Z uchylonych okien wpadało chłodniejsze nocne powietrze, przynosząc zapach trawy, jeziora i cichy trzepot skrzydeł ciem. Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, jakby świat wcale nie stanął na głowie, jakby Voldemort był tylko złym snem, który rozwiał się o świcie, a kawa i świeżo upieczone rogaliki wystarczyły, aby przegnać ostatnie wspomnienia koszmaru.
Nastrój Harry'ego był jednak daleki od świętowania. Przyglądał się zgromadzonym przy stole ludziom i czuł, że dystans, który zawsze miał w sobie, rośnie. Słowa docierały do jego uszu, ale nie słyszał ich, widział tylko gesty, twarze, poruszające się usta.
Jak mogą siedzieć i świętować?
Hermiona upominała Rona, Lupin szeptał coś do Syriusza, a bliźniacy próbowali cichcem za pomocą magii dolać trochę procentów do ponczu. Potter miał wrażenie, że jadalnia powoli zaczyna wirować.
Kim oni są? Dlaczego nic nie rozumieją?
— Harry! — czyjś głos, ciepły i głęboki, przebił się przez szum. Harry poderwał głowę i obrócił się. Usta dyrektora uśmiechały się, ale oczy zdradzały niepokój. — Nasz solenizant — dodał, jakby chcąc usprawiedliwić wcześniejszy okszyk. Harry wstał zza stołu i skinął głową w powitaniu. — Wiem, że jestem spóźniony, ale czy mogę liczyć na choćby uścisk? — Dyrektor zrobił dwa kroki w jego kierunku.
Było coś magicznego w tych różowo-żółtych szatach, nie tylko cytrynowe dropsy. Jak tylko długie i chude ramiona zamknęły go w uścisku, Harry poczuł, że część napięcia znika, a w głowie robi się jaśniej.
Dumbledore wie. Dumbledore rozumie.
— Dobrze pana widzieć, dyrektorze — rzekł cicho.
— Zawsze taki uprzejmy — zbył go Albus i machnął ręką. — Mogę się dosiąść? — zwrócił się do reszty. Obrócił głowę i spojrzał na niego raz jeszcze — Świętujmy, Harry. Dziś można świętować.
I było w tym dużo więcej niż tylko zaproszenie do stołu.
xxx
Bellatriks z racji swojego stanowiska rzadko kiedy zajmowała się więźniami — miała od tego ludzi równie okrutnych i skutecznych jak ona sama. Codzienne obowiązki pani minister wypełniały cały jej czas. W większości była to jednak żmudna, papierkowa praca, decyzje, co do których nie miała pojęcia, petycje, które z lubością odrzucała, ale nic więcej. Z każdym kolejnym dniem czuła, jak nuda wspina jej się po łydkach, przenika przez skórę, łaskocze i drażni.
Nie tak miało wyglądać jej wielkie zadanie. Była człowiekiem czynu, a nie słów i stosu papierów. Władza była przyjemna, to prawda, ale zdalne okrucieństwo nie dawało tyle satysfakcji co bezpośrednie. Już zaczęła żałować, że tak bardzo prosiła o tę rolę, że nie zostawiła jej Lucjuszowi. Nie chciała rządzić światem. Chciała, by rządził nim ktoś, kto pozwoli jej robić to, na co tylko ma ochotę.
Kiedy więc w pewien piątkowy poranek zobaczyła grupę strażników prowadzących jasnowłosą dziewczynę, nie mogła się powstrzymać.
— Lovegood — zawołała. Czarodzieje posłusznie wypchnęli więźnia przed siebie.
Przecież była grzeczna, należy jej się mały prezent, prawda? Bellatriks zajrzała w wielkie, niebieskie oczy, ale nie znalazła w nich strachu, prośby, wściekłości ani pragnienia zemsty. Żyły tej małej wypełniało płynne złoto. Zaśmiała się, odrzucając głowę lekko do tyłu.
— Wybornie. Wiesz, jak wiele masz w sobie z matki... Luno? — pogłaskała blady policzek dziewczyny i założyła jasny kosmyk za ucho. Potem pochyliła się ku niej tak, by strażnicy jej nie usłyszeli i szepnęła: — Będzie ci u mnie dobrze, Stokrotko. Będę cię rzeźbić tak długo, aż zrozumiesz swoją prawdziwą naturę. — Wyprostowała się i bacznie obserwowała twarz dziewczyny. Luna nie spuściła oczu, nawet nie zmarszczyła brwi. — Zaprowadźcie ją do moich komnat — rozkazała aurorom i skinęła ręką na znak, że już skończyła.
Kiedy zniknęli za wielkimi stalowymi drzwiami, westchnęła z zadowoleniem. Poczuła, jakby pierwszy raz od dłuższego czasu dostała w końcu coś tylko dla siebie.
xxx
W pokoju było niemożliwie gorąco. Czuł kropelki potu pojawiające się tuż przy linii włosów i na czole. Zostawił uchylone okno, mając nadzieję, że noc trochę ostudzi jego nerwy. Cały czas się wahał. Nie czekał jednak długo, po chwili drzwi uchyliły się i zobaczył w nich szczupłą sylwetkę Billa.
— Mogę wejść? — wyszeptał Weasley i zrobił dwa kroki do przodu.
Harry stwierdził, że nie można się całe życie zastanawiać.
— Zamknij drzwi.
Bill stał przez moment przy łóżku, przyglądając się zmiętej kołdrze zaplątanej dookoła chudych, owłosionych nóg. Harry szarpnął ją, żeby się przykryć. To był odruch bezwarunkowy, ale Bill zdawał się tego nie zauważyć.
— Gotowy na swój prezent urodzinowy? — Ukląkł najpierw jednym kolanem na łóżku, potem wszedł na nie cały. Zawisł nad Harrym, ale nie odważył się zrobić czegokolwiek bez pozwolenia.
— Jeszcze do końca nie wiem, co ma wchodzić w jego skład… — odpowiedział ostrożnie Harry i odgarnął rude włosy łaskoczące go w twarz.
— Może zaczniemy od tego… — wyszeptał Bill i wycofał się, by ściągnąć z niego kołdrę.
Harry miał na sobie bokserki, nie tylko ze względu na panującą w jego sypialni temperaturę. Wciągnął powietrze, gdy Bill chwycił za gumkę, odsłaniając erekcję. Cały czas nie był pewien, czy dobrze robi, ale pragnienie, żeby coś się stało, coś, co w końcu zdejmie z niego napięcie i ciężar, było silniejsze niż niepewność.
— Mogę? — spytał raz jeszcze Bill, pochylając się nad nim i rozchylając już usta.
— Zrób to — odpowiedział mu Harry i zamknął oczy.
xxx
— Straciłem pracę. Lestrange zamknęła Wydział Spraw Mugolskich. — Głos Artura Weasleya zdradzał zrezygnowanie. — Nie wiem, z czego będziemy żyli.
— Nie zostaniecie sami — zapewnił go Albus. Wszyscy goście już wrócili do swoich domów i pokoi, Molly zabrała ze sobą dzieci. — Zakon wam pomoże. Harry, Severus…
— Przecież nie będą nas finansować, Albusie — żachnął się Artur.
— To nie będzie trwać wiecznie. Nie może.
— Ale może trwać jeszcze długo. Harry nie jest bezpieczny. Ty nie jesteś bezpieczny.
— Wolałbym być w dużo większym niebezpieczeństwie. — Dumbledore uśmiechnął się. — To właśnie bierność Voldemorta sznuruje nam ręce. Cała nadzieja w jego szaleństwie.
— Co ze szkołą? Co będzie dalej?
— To Hogwart decyduje, kto jest dyrektorem szkoły, nie Bella. Ani żaden minister. Zamierzam wykorzystać tę wiedzę w swoich celach.
— Więc Minerwa...?
— Oficjalnie przejmie ster. Nieoficjalnie nadal będę w szkole. — Albus przykrył dłoń Artura swoją. — Nikt nie może o tym wiedzieć. Nikt, Arturze.
Weasley pokiwał głową.
xxx
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego gapi się w gwiazdy przez okno w holu i czeka, nasłuchując. Jego ciało było spięte i czujne, gotowe sięgnąć po różdżkę.
Ma szesnaście lat. Może robić… powinien…
Snape westchnął. Jego znak piekł z dnia na dzień coraz bardziej, choć nie był to prawdziwy ból, nie do końca. Odchylił głowę i przymknął oczy.
To się kiedyś skończy, Snape. Zrobisz, co musi być zrobione i ktoś litościwy potraktuje cię Avadą.
Drzwi od sypialni Harry'ego uchyliły się i zauważył skradający się pod ścianą cień Weasleya.
— To chyba nie jest pańska sypialnia, panie Weasley? — Wiedział, że to niepotrzebne i głupie, ale i tak nie potrafił się powstrzymać.
Bill wyprostował się i odwrócił w jego stronę. Księżyc obrysował kontur jego pociągłej twarzy i odbił się w piwnych oczach. W kilku krokach stał przy nim. Dół od pidżamy był pognieciony, a rezolutny wyraz twarzy zdradzał pełen sukces w przedsięwzięciu. Więc jednak.
— Nie, panie profesorze — miał czelność z nim flirtować, jak zawsze — to nie jest moja sypialnia. — Bezradnie rozłożył ręce.
— To dziecko jest pod moją opieką — wycedził przez zaciśnięte zęby Snape, wskazując palcem drzwi, z których przed chwilą wyszedł Weasley. — Wolałbym, żebyś trzymał swoje zachłanne łapska z daleka.
— To już nie jest dziecko — odpowiedział Bill ze wzruszeniem ramion. — Poza tym usłyszałby pan, profesorze, gdyby protestował.
Sam się o to prosiłeś, Snape.
Obaj drgnęli na dźwięk zamykanych drzwi. Snape rzucił krótkie Lumos, by sprawdzić, czy nie ma nikogo na korytarzu.
— Wracaj, Weasley, spać — powiedział w końcu i odwrócił się w stronę swojej sypialni. — Do siebie — dodał, nawet nie próbując ukryć groźby w głosie.
xxx
Miała piękne, jasne włosy. Zupełnie jak Cyzia. Były miękkie i gładkie, zwinięte w luźne loki, rozsypane na jedwabnej poduszce. Jej szyja była długa i szczupła, kości obojczyka wyraźnie rysowały się pod skórą. Wydawała się bez skazy, nawet jeśli nie była żadną pięknością. Spała spokojnie przykryta jej kołdrą, jakby łóżko i pościel były jej własnością. Bella wplotła dłoń w jej włosy i przeczesała je palcami. Raz, i drugi. Przy trzecim chwyciła mocno całą ich garść i pociągnęła do góry. Dziewczyna jęknęła i obudziła się. Nie puszczając włosów, Bella zrzuciła ją z łóżka. Jednym ruchem różdżki spaliła jej ubranie. Luna zadrżała, ale nic nie powiedziała.
— Śpisz na podłodze, Stokrotko. Jestem dziś zbyt zmęczona za zabawę. — Wsunęła się pod jeszcze ciepłą kołdrę i wciągnęła w nozdrza resztki zapachu. Luna pachniała dzieckiem i szaleństwem. — Jeszcze raz wejdziesz nieproszona do mojego łóżka, a kolejną noc spędzisz wisząc przywiązana do kraty w oknie — dodała tonem, jakby życzyła dobrej nocy.
xxx
Światło w jego chatce było zapalone, a przecież je zgasił. Kieł zaszczekał ostrzegawczo i puścił się przed siebie. Hagrid przyspieszył kroku, próbując zdusić niepokój. Po kilku minutach dotarł do kamiennych schodków. Pies szczekał nieprzerwanie, ale nie wchodził do środka.
— Co do… — mruknął i pochylił się nieco.
Spod drzwi wypływała lepka, brunatna ciecz. Gromadziła się w szczelinach między kamieniami, rozlewała po stopniach i kapała, wsiąkając w piasek. Hagrid już wyciągał rękę, żeby jej dotknąć, ale zatrzymało go warczenie Kła. Spróbował parasolem odchylić skrzydło drzwi. Na kamiennej posadzce jego domu cieczy było jeszcze więcej. Postawił nogę na czystych kamieniach i wszedł do środka. Chyba nikt nie będzie miał odwagi zaatakować olbrzyma w jego domu, prawda? I to po co — dla kilku kawałków słoniny? Suszonego dziurawca? Pękniętych garnków? Zrobił kolejne dwa kroki w głąb pomieszczenia. Nie wyczuwał magii ani niczyjej obecności, jednak całe pomieszczenie przesiąkło charakterystycznym zapachem.
Krew.
Hagrid podążył jej śladem i po chwili znalazł źródło. Szok uwiązł mu gardle i przerodził w krótki, gwałtowny szloch. Nad jego kuchnią, zatknięty na jeden z haków, wisiał Alastor Moody pozbawiony wszystkich kończyn. Obie ręce i noga leżały bezładnie obok pieca. Język, całkiem siny, wystawał z uchylonych ust. Korpus był nadal ubrany, w jedną z kieszeni wetknięta była rolka pergaminu. Hagrid drżącymi rękami wyciągnął ją z szaty martwego aurora.
Dopóki Dumbledore z własnej woli nie stawi się w Ministerstwie Magii, co tydzień będzie ginął jeden z członków Zakonu Feniksa.
Hagrid zgniótł pergamin i przeklął. Kieł za oknem zaczął wyć.
