Rozdział dziesiąty

— Chyba żartujesz.

— Nie, bynajmniej.

— Nie możesz tego zrobić. To szantaż. Trzeba wzmocnić ochronę…

— Minnie, wiesz doskonale, że to się na nic nie zda.

— Czy ty wiesz, co to oznacza? Albusie, ona jest Ministrem Magii. Ma większą moc niż ta ukryta w jej różdżce. To nie jest jakiś pojedynek, który musisz podjąć i wygrać.

— To Tom chce się ze mną zobaczyć, nie Bellatriks. Każdy tydzień zwłoki to tylko niepotrzebne narażanie członków zakonu na niebezpieczeństwo. Nie mogę na to pozwolić.

— Jesteś szalony. Oczywiście, że możesz na to pozwolić. Musisz pozwolić.

Albus uśmiechnął się, nie spuszczając z oka miotającej się przyjaciółki.

— Co się tak idiotycznie szczerzysz? Masz jakiś plan, o którym nie jesteś łaskaw mnie poinformować?

— Nie mam żadnego planu. Wiem tylko, że nie narażę kolejnego czarodzieja na niebezpieczeństwo — odparł Dumbledore poważnie.

McGonagall poderwała głowę i sapnęła.

— Muszę porozmawiać z Severusem. Może on przemówi ci do rozsądku.

Dumbledore podniósł papiery leżące na biurku i zaczął je przeglądać.

— Voldemort mnie nie zabije, Minnie. Przynajmniej nie od razu.

— Masz rację. Ja zabiję cię pierwsza — wysyczała i wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami.


Następnego ranka po wizycie Billa Harry obudził się w podłym nastroju. Jedynym plusem sytuacji było to, że Bill nie został na noc — myśl, że miałby obudzić się obok niego i udawać, że wszystko jest dobrze, przyprawiała go o mdłości. To nie tak że było źle. Było przyjemnie i nawet wesoło, ale podsłuchana później rozmowa Billa ze Snape'em skutecznie popsuła mu humor.

Był wściekły, że Snape miał czelność zrugać Billa za coś, co było wyłącznie jego sprawą i odpowiedzialnością — to w końcu, na Merlina, jego sypialnia i jego decyzja. Był wściekły, że nazwał go dzieckiem, które trzeba chronić. Chronić! Rychło w czas. Nikt nie musi go chronić, a już na pewno nie Snape. Jednak wściekłość mieszała się z czymś jeszcze, czego nie potrafił zrozumieć — poczuciem winy i wstydu. Wstydził się, że Snape go przyłapał, że wiedział o ich schadzce.

Miał poczucie, że coś zaprzepaścił, jakkolwiek byłoby to niedorzeczne.

Zdecydował się uprawiać seks, nic więcej. Miał szesnaście lat, mógł, do jasnej cholery, dać sobie obciągnąć fajnemu i przystojnemu chłopakowi. Mógł? Mógł. Jednak coś gorzkiego i zimnego leżało mu na żołądku i nie pozwalało cieszyć się ostatnią nocą jak na to zasługiwała.

Pogrążony w myślach zszedł na dół, starając się zrobić to jak najciszej, by natykając się na Snape'a, móc czmychnąć z powrotem do sypialni. Nie chciał go dziś widzieć. Nie mógłby mu spojrzeć w oczy. Albo zrobiłby coś jeszcze głupszego.

Z jadalni dobiegły go głosy — Snape i Lupin szeptali coś do siebie. Zmarszczył brwi, czując, jak złość na nowo zaczyna w nim wrzeć. Zakradł się do wejścia, aby móc rozróżnić słowa.

— To był makabryczny widok — powiedział Lupin. — Wolałbym to wspomnienie odłożyć do myślodsiewni. Hagrid jest załamany.

— Musiało być ich kilku, Alastor nie miał sobie równych w pojedynku.

Moody nie żyje?

Lupin wsparł czoło na dłoni. Snape nerwowo zaciskał palce na kubku z herbatą.

— Dyrektor zdecydował się pójść do ministerstwa — powiedział w końcu. — Ugiął się pod groźbą. W każdym razie taki miał zamiar dziś w nocy, kiedy się z nim widziałem.

Oczy wilkołaka wypełniły się strachem.

— Co? To niemożliwe. Co on sobie...?

— Rozmawiałem z nim całą noc — przerwał mu Snape. — Nie udało mi się nic wskórać.

Dumbledore? Groźba?

— To był zwykły szantaż, nie wolno… — Lupin urwał i potarł czoło zmęczony. — Voldemort go zabije.

— Możliwe — wyszeptał Snape i spuścił głowę.

Harry sapnął w przerażeniu.

Zabili Moody'ego. Dumbledore oddał się w ręce Voldemorta.

Cofnął się o krok i potrącił stojący w korytarzu stołek.

Nie może do tego dopuścić. Nie mogą zabić Dumbledore'a. Nie Albusa. Bez niego wszystko stracone. Nie Albusa.

Myśli dudniły mu w głowie, odbijając się od kości czaszki. Nie wiedział, kiedy zaczął biec. Wypadł za drzwi, słysząc, że ktoś go woła. W ciągu kilkunastu sekund znalazł się poza granicami osłon. Gdyby się odwrócił, zauważyłby złoty sznur czaru wydobywający się z różdżki Snape'a, wystrzelony o sekundę za późno. Aportował się prawie w biegu.


Mimo mroku wyraźnie widziała łóżko, białą pościel i zarys ciała Belli. Przywiązana do fotela i unieruchomiona nie mogła patrzeć na nic innego. Nie mogła też zamknąć oczu ani ruszyć głową. Czuła za to każdy fragment swojej skóry, każde zagniecenie materiału, którym obity był mebel, szew, łaskoczący kosmyk włosów, sznur wpijający się w nadgarstki i kostki.

Patrzyła na ciało Belli rozrzucone na łóżku w pozie, jakby każdą z kończyn ciągnęła jakaś inna tajemnicza siła. Włosy rozsypane na poduszce i poskręcane w loki przypominały jej własne zanurzone w smole. Rzadko kiedy można było zobaczyć ją tak spokojną i łagodną co we śnie. Luna lubiła na nią wówczas patrzeć. Mogła wyobrażać sobie, że nikt nie więzi jej siłą, nie znęca się nad nią. Że siedzi i kontempluje żywą kompozycję ułożoną z siły, magii i cierpienia.

Do komnat Belli nie wchodził nikt prócz właścicielki i szczurów. Gdy ich pani wracała (zawsze wiedziały, kiedy to nastąpi), przybiegały, wchodziły na nią i łasiły się prawie jak psy. Gdy znikała, rozbiegały się, wciskały w niewidoczne szpary i znikały w bezmiarze budynku.

Bella wprowadziła całe mnóstwo zasad i z upodobaniem zmieniała zdanie, kiedy tylko miała na to ochotę. Luna zdecydowała się nie brać ich pod uwagę. Cokolwiek by nie zrobiła, otrzymywała karę.

Teraz na przykład odbywała karę za zbyt łapczywe jedzenie.

— Dama powinna brać do ust najwyżej kąsek, Luno.

Palce bolały ją do teraz; z trudem zwijała je w pięść.

Bella nigdy nie jadła, w każdym razie nie przy niej. Zdawała się nienawidzić wszystkiego prócz Voldemorta i szczurów. Jej przywiązanie do tych zwierząt można było nazwać rozczulającym, gdyby nie była to Bellatriks Lestrange i gdyby nie były to… szczury. Choć z dnia na dzień Luna uczyła się lubić ich towarzystwo. Nie łudziła się, że cokolwiek je zatrzyma, jeśli ich pani każe im zaatakować — rzucą się na nią łakomie, gryząc.

Ale to szczury. Nie można ich karać za coś, czym są.

Luna oderwała wzrok od łóżka i spojrzała w okno tuż za nim. Pierwsze promienie słońca zaczynały przebijać się przez duszną szarość nocy. Bella obudzi się wkrótce. Może okaże się łaskawa i zwolni czar. Może, jeśli Luna nie spuści z niej wzroku, Bella zrozumie, że Luna nie chce zrobić jej krzywdy.


Albus Dumbledore był starym człowiekiem, który wiedział, co robi. Pochlebiały mu słowa Minerwy i jej troska oraz furia i strach żarzące się w czarnych oczach Severusa, ale zdawał sobie sprawę, że nie jest ani tak potężny, ani potrzebny jak im się wydawało. Tom dobrze to zaplanował. Potrafił też, przynajmniej na razie, stać w cieniu i przesuwać kolejne pionki. Miał Dumbledore'a za króla, jednak najwyraźniej nie był świadomy, że w tej wielkiej bitwie Albus jest co najwyżej gońcem. Miał zamiar skrzętnie wykorzystać swoją sławę i błędną ocenę sytuacji Toma, choćby kosztem życia.

Zjawił się na Pokątnej i całą drogę do ministerstwa przeszedł pieszo*, starając się zwrócić na siebie jak najwięcej uwagi. Przechodnie zerkali na niego nerwowo, jakby bojąc się, że dawny dyrektor zwróci się do nich po imieniu, wskaże ich jako swoich popleczników, że rozpozna dawnych uczniów i wezwie po imieniu. Widok skulonych, przestraszonych postaci wzbudzał w nim smutek, ale też niesmak. Ludzie potrafią być czasem tacy prości.

Wszedł do gmachu ministerstwa z nonszalancją kogoś, kto wpada tu na chwilę załatwić drobną sprawę. Nikt go nie zatrzymał.

Plac przez Ministerstwem Magii był prawie pusty, a miejsce aportacji oddalone od głównego wejścia o jakieś sto metrów. Harry czuł w gardle swoje szaleńczo bijące serce. Nie zatrzymał się ani na moment. Wydawało mu się, że ktoś ubrany w jaskrawe szaty znika w wielkich drzwiach budynku.

W środku nie było nikogo, tylko rozległy hol i pajęczyna korytarzy biegnących w różnych kierunkach.

Złota szata mignęła na końcu jednego z nich i niewiele myśląc, Harry ruszył w tym kierunku. Kiedy dotarł do zakrętu, wiedział, że dobrze zrobił.

— Dyrektorze — sapnął, a idący kilkadziesiąt kroków przed nim mężczyzna zatrzymał się i odwrócił.

— Co ty tu robisz, Harry? — westchnął Albus i pokręcił głową.

— Nie może pan tego zrobić.

Nie może tego zrobić. Nie może zrobić tego światu i nie może zrobić tego jemu, Harry'emu. Ani świat, ani Harry nie poradzą sobie bez tych ciepłych oczu i potężnej dobrej magii. Dumbledore nie może umrzeć, nie teraz.

— Nie mogę tego nie zrobić, Harry — powiedział w końcu dyrektor i spojrzał na coś za Harrym.

Za plecami Dumbledore'a pojawił się znajomy cień. Harry zacisnął szczęki i wyciągnął różdżkę.

— Profesorze! — krzyknął, ale w tej samej chwili ktoś silnie chwycił go w ramiona, a świat przesłoniła czarna peleryna.

Na Severusa zawsze mógł liczyć. Mimo tego że nie pochwalał jego decyzji, był wściekły, przestraszony i rozczarowany, to szanował go na tyle, aby zostawić mu wolny wybór. Severus rozumiał też, kogo naprawdę należy teraz chronić. Może w końcu dorósł do tego, by zaczęło mu zależeć na Harrym.

Albus uśmiechnął się pod nosem i odwrócił w stronę Toma.

— Dumbledore — wysyczał Voldemort.

— Witaj, Tom. Zmieniłeś się od czasu, kiedy widziałem cię po raz ostatni.

— Ty również. Postarzałeś się. — Czarnoksiężnik krążył dookoła Albusa jak drapieżnik. Różdżka zwisała luźno z dłoni, jednak w całym jego ciele widać było napięcie.

— Spełniłem twoją prośbę i jestem. Jak rozumiem z twojego listu, chciałeś porozmawiać.

— Cieszy mnie to, że nie zwlekałeś.

— Myślę że nasze spotkanie dostarczy nam obu sporo radości. I mam nadzieję, że nie skończy się zbyt szybko. Szkoda byłoby zmarnować tak doskonałą zabawę — odpowiedział Dumbledore uprzejmie.

Voldemort zmrużył oczy, jakby chciał zobaczyć, co kryje się za wypowiedzią dyrektora.

— Będzie trwało tygodniami — wysyczał po chwili. — Crucio!

Liczę na to — zdążył pomyśleć Albus, nim ból zawładnął jego świadomością.


Ibryk z kawą zaczął gwizdać, a po kuchni rozszedł się przyjemny zapach smażonego bekonu. Molly mieszała energicznie zawartość patelni, pokrzykując co rusz na swoje dzieci. Zabójstwo Alastora wybiło ją z rytmu i przestraszyło. Nie umiała zebrać myśli, nie wiedziała, co robić, by ochronić męża i dzieci. W jednej chwili najprostsze rzeczy stały się trudne i niebezpieczne. Pociągnęła nosem, dusząc płacz.

— Ile mam czekać, Fred? — krzyknęła w stronę schodów i wróciła do kuchni. Podskoczyła nerwowo, gdy sowa przyniosła poranną gazetę. Nie wierzyła w ani jedno słowo napisane w Proroku, ale nie zrezygnowała z prenumeraty — chciała wiedzieć, jakie kłamstwa Bella zdecyduje się rozpropagować.

Cały knyf polegał na tym, że czarodziejska społeczność rozrzucona po całej Anglii czerpała wiedzę o tym, co się dzieje, głównie z gazet. Umiejętnie ubrane w prawdę kłamstwa, przeinaczone historie, nowe rewelacje i kontrola nad Wizengamotem wystarczały, by trzymać tych ludzi w szachu z niewiedzy. Kto wiedział? Tylko ten, co widział, a tych była garstka. Umiejętnie rozegrana partia szachów, Voldemort w końcu czegoś się nauczył. Dumbledore miał rację: cała nadzieja w jego szaleństwie.

Sowa niecierpliwiła się, więc Molly uchyliła okno i wpuściła ją do środka. Odwiązała pakunek i dała przekąskę. Odłożyła gazetę na bok, chcąc przeczytać ją później, ale jakoś sama się rozwinęła, ukazując ogromne zdjęcia Albusa.

ALBUS DUMBLEDORE PRÓBOWAŁ ZAMORDOWAĆ MINISTRA MAGII

Molly otworzyła usta, by zaczerpnąć powietrza, po tym jak silny ból przeszył jej klatkę piersiową.

* topografia i architektura magicznego Londynu odrobinę przerobiona na potrzeby opowiadania : )