rozdział jedenasty
Gdy tylko wylądowali na zielonej polanie przed posiadłością Snape'a, Harry wyplątał się z czarnej peleryny i wyrwał dłoń z uścisku. Jego twarz była czerwona z gniewu, zażenowania i czegoś jeszcze, o czym nie chciał myśleć.
— On umrze, rozumiesz?! — wrzasnął. — Umrze! Riddle go zabije!
— Panuj nad sobą, Potter — syknął Snape i ruszył w stronę domu, niedbale rzucając przez plecy Expelliarmus i przechwytując różdżkę chłopaka.
Harry stał jak wryty, oszołomiony ostatnimi wydarzeniami i bezczelnością Snape'a. W tym momencie najchętniej rzuciłby się na odzianą w czerń postać, by rozszarpać ją gołymi rękami lub choć złamać wielki krzywy nos jednym dobrze wymierzonym ciosem.
— Zdrajca! —krzyknął z bezsilności, wiedząc, że tylko tak może go zranić i już czując z tego powodu wstyd.
Snape odwrócił się. Jego brwi były ściągnięte, a wargi prawie białe. W ręku trzymał różdżkę i tylko krzywe zęby chroniły Harry'ego przed zaklęciem, zapewne bolesnym. Z posiadłości wybiegł Syriusz i zbliżał się do nich.
— Gówniarz — wypluł w końcu Snape i wręczył jego różdżkę Blackowi, kiedy ten zbliżył się do niego.
— Harry… — głos Syriusza przepełniony był wyrzutem i troską.
— Oddaj mi różdżkę.
— Harry… — powtórzył Syriusz uspokajająco. — Wejdź do środka. Porozmawiamy.
— Nie ma czasu na rozmowy! — krzyknął. — Muszę tam wrócić. — Zacisnął szczęki. — Muszę coś zrobić.
Syriusz objął go za ramiona i przygarnął do siebie.
— Chodź.
xxx
Lupin czekał na nich w drzwiach, Snape'a nie było nigdzie w zasięgu wzroku.
— Trzeba zwołać zakon.
Harry usiadł przy ławie i oparł głowę na dłoniach.
— To nic nie zmieni. Pozwalamy robić Voldemortowi, co chce.
Syriusz usiadł obok niego.
— Dumbledore ma jakiś plan.
— Bzdura — wypalił opryskliwie Harry. — Nic o tym nie wiecie. Dumbledore po prostu się poświęcił.
— Być może to właśnie jest częścią planu. — Lupin wszedł do jadalni. — Molly, Artur i Minerwa zaraz tu będą, Tonks również. Nie udało mi się złapać Kingsleya.
—Snape? — Usta Syriusza wykrzywiły się prawie automatycznie.
— Jest w laboratorium. Zjawi się.
Harry nie potrafił usiedzieć w spokoju, więc wstał i zaczął chodzić wzdłuż stołu. Syriusz wodził za nim wzrokiem. Po chwili do jadali zaczęli wchodzić kolejni czarodzieje, ponurzy i cisi. Zaroiło się od rudych głów Weasleyów. Tonks rozmawiała cicho z Lupinem. Harry spojrzał na nią, jej różowe włosy i lekko zarumienione policzki. Patrzyła na Remusa tak, jakby wokół nie było nikogo innego. Lupin natomiast, wyraźnie spięty, zerkał to nią, to na drzwi prowadzące na korytarz.
Boi się, że Snape go z nią zobaczy?
Harry nagle zapragnął, by Snape wszedł i zobaczył to ich czułe tête-à-tête, te wlepione w wilkołaka wierne fioletowe oczy.
Merlinie, jakim jest idiotą, że właśnie teraz przychodzą mu do głowy takie rzeczy.
— Harry. — Ron położył mu rękę na ramieniu.
— Wiesz już? — zapytał pospiesznie.
— Tak, mama mi powiedziała. W Proroku pisali jakieś bzdury.
— Musimy coś zrobić — szepnął.
— Stary, ale co my możemy zrobić?
— Kurwa, Ron — wysyczał Harry, czując w ustach gorzkie rozczarowanie. — Cokolwiek. Gdzie jest Hermiona?
— Wysłałem do niej sowę, ale wątpię, by dziś dotarła.
Harry spojrzał na przyjaciela i przez moment miał wrażenie, że widzi go po raz pierwszy. I zaraz potem zdał sobie sprawę, że po prostu z każdym dniem obaj się zmieniają i mają coraz mniej wspólnego. Świat, o który chciał walczyć Harry, to niekoniecznie był ten sam świat, w którym żył Ron. To już nie był troll wałęsający się po lochach czy przejażdżka latającym samochodem. Każdy z nich coraz lepiej rozumiał zagrożenie i jego rozmiar i chciał ocalić inne rzeczy.
Harry nie miał rodziny. Harry nie miał nic.
Nie miał prawa narażać Rona ani Hermiony.
Spojrzał nad ramieniem przyjaciela na ciemną sylwetkę Snape'a stojącego w drzwiach. Wzrok Snape'a prześlizgnął się po nim, jakby Harry miał na sobie swoją pelerynę-niewidkę.
Jedyny plus ściągnięcia go tu z powrotem przez Snape'a był taki, że trochę ochłonął i zrozumiał, że musi mieć jakiś plan. Zostanie i wysłucha członków zakonu. Następie ułoży plan.
A potem znów ucieknie.
xxx
Kiedy wróciła do swoich komnat, było już dobrze po północy. Mała Lovegood leżała skulona w fotelu i spała. Bella mimo wszelkich starań nie potrafiła wzbudzić w niej strachu. Torturowana czasem krzyczała, czasem tylko zamykała oczy i zaciskała szczęki, ale nigdy, ani razu, nie zauważyła, by dziewczyna się bała. Nie potrafiła się nauczyć, że kolejne nieposłuszeństwo będzie ukarane, nie można jej było zaprogramować. Być może ból był dla niej czymś innym niż dla większości ludzi.
Usiadła na łóżku naprzeciwko niej i obserwowała, jak piersi dziewczyny unoszą się w oddechu. Po chwili poczuła lekkie drapanie i ciche piski — szczury zbiegły się, żeby ją powitać. Chwyciła jednego w rękę i położyła na śpiącym ciele. Luna otworzyła oczy nadal zasnute snem. Ku swemu zdziwieniu, Bellatriks zobaczyła, jak blade wargi rozciągają się lekko w uśmiechu, a dłoń zbliża do zwierzęcia, żeby go pogłaskać.
Powinna i naprawdę chciała rzucić imperio i rozkazać szczurowi ugryźć Lovegood, ale coś ją powstrzymało.
xxx
Może to jednak był błąd. Może się przeliczył. Może jeszcze nie był na to gotów. Jego stare ciało odmówiło posłuszeństwa wcześniej, niż przypuszczał, choć magia i umysł oparły się, sprawiając że Tom wściekł się i stał bardziej okrutny niż zwykle. Widział posadzkę rozciągającą się aż do posępnych murów i skrawek schodów. Nie był w stanie przewrócić się na plecy, by spojrzeć na sufit. Złamana noga leżała bezwładnie; starał się ułożyć tak, by jej nie urazić. Jego oddech był płytki, a oczy przymykały się. Coś w środku namawiało go, by odpuścił, zasnął i dołączył do tych, za którymi tęsknił od lat.
Przed oczami stanęła mu wykrochmalona Poppy. Wyobraził sobie, jak z zatroskaną miną przygotowuje mu Szkiele-Wzro i marszczy brwi, widząc, jak się krzywi, biorąc pierwszy łyk. Ponagla, by wypił do dna, i bacznie obserwuje, czy zastosował się do polecenia.
Dumbledore uśmiechnął się słabo do swoich myśli i zamknął oczy.
xxx
— Musimy go odbić — zawyrokował Syriusz. Harry przyklasnął temu, jednak cała reszta wydała się zastanawiać.
— Dumbledore nie został porwany — zaczął pan Weasley ostrożnie.
— Nie ma szans z Voldemortem — przerwał mu Harry, zły, że zakon ociąga się z podjęciem decyzji. — Nie możemy go tam zostawić.
— Harry — odezwał się Lupin — być może dyrektor miał swoje powody, o których nie wiemy…
— Nie wiemy? — przerwał mu Snape. — Ja doskonale wiem, jakie powody miał dyrektor. Był szantażowany.
— Ale dlaczego z nami nie porozmawiał? — Molly zmarszczyła brwi.
— Albus nigdy nie czuł się w obowiązku uzgadniać czegokolwiek z kimkolwiek — rzuciła cierpko Minerwa. — Zawsze mu się wydawało, że jest mądrzejszy niż cała reszta… ech — urwała. — Nie ma co roztrząsać. Trzeba się zastanowić, co robić.
— Jeśli Voldemort steruje opinią społeczeństwa za pomocą prasy, może trzeba użyć tej samej broni — zaproponował Lupin.
Tak, będziemy roznosić ulotki po domach — pomyślał Harry jadowicie, ale powstrzymał się od komentarza.
— Żongler nie będzie już więcej wydawany. Nie mam pojęcia, co się stało, ale Ksenofilius zamknął gazetę. Od tego czasu nikt nie może się z nim skontaktować — oznajmił pan Weasley.
— Mogę mu rzucić wyzwanie. Zmusić do pojedynku — powiedział Harry.
— I zginąć? — Snape po raz pierwszy od ich ostatniego spotkania spojrzał na niego. Harry'emu zrobiło się jednocześnie zimno i gorąco. — Doskonały plan, Potter.
— Jak miło, że pan we mnie tak wierzy, profesorze.
Snape uniósł brew i Harry był pewny, że zaraz powie coś w stylu: Chcesz się zabić? Nie krępuj się.
— Skończyliście? — McGonagall spoglądała raz na jednego raz na drugiego. —To absurdalny pomysł, Harry — zwróciła się do niego. — Choć zapewne Voldemort będzie dążył to tego typu… konfrontacji. Nie będziemy mu jednak tego ułatwiać.
— Ale musimy coś zrobić! — krzyknął bezradnie Harry, uderzając ręką o stół.
Wszyscy, może prócz Snape'a, pospuszczali głowy.
Harry patrzył na nich osłupiały. Po chwili wstał i bez słowa ruszył ku drzwiom.
— Nie pozwól mu opuścić posiadłości, Black — syknął Severus. Syriusz i Bill wybiegli z kuchni za Harrym.
xxx
Członkowie zakonu rozpierzchli się niedługo po wyjściu Pottera.
Chłopak jak zwykle musiał zrobić przedstawienie — pomyślał Severus i sapnął zły.
Miał czasem wrażenie, że musi pilnować dwóch niesfornych dzieciaków — Pottera i Dumbledore'a. I że z żadnym z nich — w ostatecznym rozrachunku — nie ma szans, przez co wszelkie jego starania palą na panewce. Zawsze stawiali na swoim.
Wszedł po schodach na pierwsze piętro i już miał skręcić do swojej sypialni, gdy usłyszał przyciszone głosy z pokoju Pottera. Na korytarzu było ciemno, a przez uchylone drzwi sączyła się struga światła. Nie powinien był tego robić, naprawdę, ale coś w nim było silniejsze.
Najciszej jak potrafił podkradł się pod drzwi. Bill Weasley siedział za Potterem, trzymając rękę na jego ramieniu. Black odwrócony plecami do drzwi próbował uspokajającym tonem przekonać chrześniaka do czegoś.
— …to nic nie da, Harry. — Twarz chłopaka nie wyrażała zupełnie nic. Cóż, była to pewna zmiana od czasów, gdy uczył… gdy próbował uczyć go legilimencji. — Dumbledore ma plan, wierz mi. Sam, przeciwko Voldemortowi, przeciwko całemu ministerstwu… Wiem, że jesteś dzielny jak twój ojciec i że potrafiłbyś… ale jesteś dla nas… dla mnie… zbyt cenny.
Snape przewrócił oczami, ale też nie potrafił rozpalić w sobie płomienia nienawiści, który tak żywo płonął jeszcze kilka lat temu na samo wspomnienie Blacka. Dlaczego nie ma tu Lupina? — przeszło mu przez myśl. Już chciał się odwrócić i poszukać wilkołaka, kiedy usłyszał:
— Masz rację, Syriuszu. — Potter brzmiał na pokonanego. Snape zerknął raz jeszcze przez szparę w drzwiach. Na twarzy chłopaka malowało się rozgoryczenie, rezygnacja i ufność. — Dyrektor na pewno ma jakiś plan. Wiem, że znacie go lepiej niż ja. — Na jego ustach pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
Syriusz poklepał go po ręce i wstał.
Pięknie zagrane, panie Potter — pomyślał Snape i szybko i bezszelestnie wycofał się na schody.
xxx
Zbliżała się czwarta nad ranem, kiedy Harry zdecydował się otworzyć drzwi od swojej sypialni. Wystawił głowę i rozejrzał wokół. Na zewnątrz już szarzało, światło leniwie płynęło po podłodze, kreśląc kontury schodów. Chciał uniknąć używania magii i czegokolwiek, co zdradziłoby jego obecność, więc ostrożnie, nie zapalając światła, skierował się w stronę klatki. Schody udało mu się przebyć prawie bezszelestnie i z każdym kolejnym stopniem czuł się pewniej. Wszyscy śpią. Wszystkich zostawił na górze, a teraz… Przechodząc obok salonu, stanął jak wryty, czując, że w jednej chwili pot zalewa mu plecy. Snape siedział na fotelu i patrzył dokładnie na niego. Przecież nie mógł go widzieć, peleryna… Jednak przerażony i przyłapany nie zdołał zrobić ani jednego kroku.
— Niech pan zdejmie tę cholerną pelerynę, panie Potter — wycedził przez zęby Snape.
Przez moment Harry zastanawiał się, czy nie blefuje, ale też nie chciał ryzykować oberwania jakąś niekoniecznie miłą klątwą. Zsunął kaptur.
— Skąd…
— Czar monitorujący na drzwiach. Warto znać takie zaklęcia. Na schodach zachowywałeś się jak hipogryf. Nie mam zamiaru dyskutować tylko z głową, Potter. Bądź łaskaw zdjąć całą pelerynę.
Harry niechętnie wykonał polecenie. Nie chciał kłócić się ze Snape'em. Nie było to mu teraz potrzebne. Schlebiało mu, że nie uwierzył jago słowom, że go sprawdzał. Jednak wiedział, że bez względu na Snape'a jakoś się stąd wydostanie. Wolałby, żeby dał mu swoje błogosławieństwo, jeśli coś takiego w ogóle istniało.
— Przecież nie będziecie mnie trzymać jak w klatce — zaczął. — Pan wie, profesorze. Zna mnie pan. Najwyraźniej lepiej niż Syriusz.
Snape był przekonany, że usłyszy w jego głosie gorycz, ale ton był zupełnie bezbarwny.
— Co chcesz zrobić?
— Cokolwiek.
Snape przymknął oczy i westchnął. Przez dłuższą chwilę milczał. Harry wziął to za zgodę i ruszył w kierunku drzwi.
— Ani mi się waż — wysyczał Snape, zaciskając dłoń na różdżce.
Harry cofnął się o krok i zastygł. Oczy Snape'a nadal były półprzymknięte.
— I co teraz? Będziemy tak stać? — Chwała bogu, Harry powstrzymał się od dokończenia wypowiedzi.
Udawanie, ukrywanie i manipulowanie przed Snape'em zawsze było trudne. Ten facet działał mu na nerwy, poruszał najgłębiej skrywane emocje.
— Co wymyśliłeś?
Harry zmarszczył brwi. Chciał coś wymyślić, ale nie potrafił, uczucia wirowały w nim, przeganiając każdą rozsądną myśl.
— Wziąłem ze sobą pelerynę-niewidkę — powiedział w końcu.
— A mózg wziąłeś? Czy zostawiłeś na stoliku nocnym?
Harry już chciał warknąć: odpierdol się, ale znów się powstrzymał. Rzucił mu jedynie spojrzenie pełne gniewu i milczał.
Snape wstał, przeszedł koło niego i skierował się do piwnicy.
— Za mną, Potter — rzucił przez ramię.
Harry niechętnie ruszył za nim.
Znał laboratorium całkiem nieźle, ale nigdy nie zwrócił uwagi na mały rzeźbiony haczyk tuż obok drzwi prowadzących do składziku. Snape przekręcił go kilka razy w jakiejś tajemniczej sekwencji i otworzył drzwi. Środek wyglądał inaczej, niż pamiętał go Harry.
— Co to jest? — spytał głupio.
— To, na co wygląda. Składzik — odpowiedział mu Snape, przebierając w szklanych buteleczkach i pudełkach.
— Ostatnio wyglądał inaczej.
— Bo to mój specjalny zapas. — Uśmiech, który wykrzywił usta, nie był przyjemny. — Czy myślisz, że jako mistrz eliksirów warzę wyłącznie Szkiele-Wzro i Veritaserum? I że to, co uwarzę, powinno znaleźć się w laboratorium, do którego dostęp mają wszyscy, a w szczególności — spojrzał wymownie na Harry'ego — smarkacze, którzy uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy? — Snape odstawił na podręczny stolik kilka flakoników. Potem wszystko spakował do specjalnego podróżnego drewnianego pudełka, skurczył je czarem i włożył do kieszeni. — Tyle powinno wystarczyć — mruknął do siebie.
— Po co to wszystko? — spytał Harry.
— Też zadaję sobie to pytanie — westchnął Snape i skierował się do wyjścia. Harry pomaszerował za nim marszcząc brwi. Snape wyszedł na korytarz i otworzył drzwi wejściowe. — Panie przodem — rzucił z przekąsem.
Harry zatrzymał się i spojrzał na niego zaskoczony.
Snape. Snape szedł z nim. To było nie do uwierzenia. To było straszne. I piękne. Coś, co przypominało ulgę, owinęło się dookoła niego. Przez moment poczuł się mały i słaby i bliski płaczu. Przełknął wszystkie uczucia i powiedział krótko, mając nadzieję, że głos go nie zdradzi:
— Dziękuję.
— Potter — wycedził Snape, najwyraźniej nieporuszony jego zachowaniem — musimy uzgodnić jedną rzecz. Skoro idziemy tam razem, to oznacza, że się przede mną spowiadasz. Że mnie słuchasz albo przynajmniej — Snape wiedział, że prosi o rzeczy niemożliwe — liczysz się z moim zdaniem. Jasne?
— Jak słońce. — Na twarzy Harry'ego pojawił się niepewny uśmiech.
