Rozdział 2: Niespodzianka

-To tylko jeden dzień -powiedział pojednawczo Malcolm, obserwując skwaszone miny swojej załogi. Zgromadzili się na mostku, żeby omówić sytuację i upewnić się czy wszyscy wiedzą jak mają się zachowywać. Wśród zebranych nie było tylko Simona, który poszedł zabrać kilka rzeczy z ambulatorium i trochę żywności. Planował zamknąć się z siostrą w kajucie i zablokować drzwi od środka. Kiedy usłyszał o Łowcy na pokładzie był wściekły na Reynoldsa. W duchu jednak przyznawał mu rację, choć ten nigdy nie miał się o tym dowiedzieć. Simon nie był głupi. Znał zasady i wiedział że nie można było odmówić. Jego stosunki z kapitanem były dość skomplikowane. Obaj permanentnie byli na siebie wkurzeni. Reynolds przyzwyczajony do bezwzględnego posłuszeństwa, nie akceptował niesubordynacji lekarza, a Simon nie mógł przetrawić apodyktycznego zachowania kapitana. Czuł, że Malcolm mógłby go zabić i pewnie chętnie by to zrobił, gdyby ten nie był mu potrzebny. Mimo to uważał, że ma przewagę. Może i jest słabszy i nie zna życia na pograniczu, ale z pewnością jest inteligentniejszy. Geniusz, był w jego rodzinie dziedziczny.

Cenna przesyłka okazałą sie sporym zaskoczeniem dla załogi. Niezbyt wysoki chłopak bez zarostu, musiał być jeszcze bardzo młody. Trudno to było dokładnie ocenić przez opuchliznę i ślady krwi obejmującą prawie połowę jego twarzy. Skute ręce zwisały bezwładnie, a pochylona głowa i spuszczone oczy sprawiały, że wyglądał jeszcze mniej groźnie. Kiedy Cage ciągnąc go za ramię, wmaszerował na statek, załoga obserwowała ich ze zdziwieniem. Spodziewali się jakiego dryblasa, a nie chucherka wielkości dziewczyny. Na wzmiankę o kajucie dla więźnia, Łowca tylko wzruszył ramionami i przypiął chłopaka do balustrady w ładowni. Odkąd weszli na pokład młody nie podniósł głowy. Ubrany w brudne spodnie i wyciągniętą bluzę, ramiona okrył czarnym płaszczem przeciwdeszczowym. Szara czapka na głowie ukrywała krótkie, postrzępione włosy w tym samym mysim kolorze. Mimo dość poważnych obrażeń chłopak nie sprawiał wrażenia przestraszonego. Nie odzywał się, tylko od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenia jakby oceniając sytuację. Cage dość brutalnie usadził więźnia na ziemi i zakazał zbliżać się do niego. Potem ruszył do wskazanej mu kajuty.

-To zwykły śmieć -Łowca pogardliwie wygiął usta, pociągając kolejny łyk z butelki. Naczynie było już prawie puste, a mężczyzna zaczynał bełkotać. Załoga rzucała mu pełne niechęci spojrzenia, choć zgodnie z zaleceniem kapitana, nikt się nie odzywał. Malcolm również ignorował pasażera, pałaszując proteinową papkę, jakby była daniem z najlepszej restauracji.

Cage odstawił butelkę i właśnie wgryzał się w kawałek mięsa wyjęty z torby podróżnej. Widać obiad zaserwowany na statku nie spełnił jego oczekiwań, bo odsunął talerz z niechęcią i wyją własny zapas jedzenia. Załoga mogła sobie pozwolić na lepszy posiłek -byli świeżo zaprowiantowani, ale woleli poczekać, aż intruz opuści ich statek. Zapas świeżych warzyw i worek jabłek, które zdobyli z takim trudem miały im wystarczyć na przynajmniej tydzień. Nie było więc mowy, żeby podzielili się nim z kimś takim jak Łowca.

Przez ostatnie 20 minut mężczyzna praktycznie mówił sam do siebie i wcale mu to nie przeszkadzało. Opowiadał jakim to jest świetnym tropicielm, i że nikt na kogo zagiął parol mu nie umknie. Choć ostatnia uwaga zabrzmiała niemal jak groźba, przy stole nadal panowała cisza. Nie znalazłszy godnego słuchaczy Cage kontynuował swoja opowieść do wyimaginowanego audytorium. Chwalił się pieniędzmi, które dostawał za schwytanych i szczycił swoją brutalnością wobec nich. Pasterz Book, będący gościem na statku już dawno stracił apetyt. Przybywanie w pobliżu tego troglodyty nie należało do przyjemności. Wcześniej widział więźnia i teraz zastanawiał się, czy chłopak miał chociaż wolne ręce kiedy Cage go masakrował. Niestety nie mógł o to zapytać, więc ograniczał się do obrzucania intruza pełnymi dezaprobaty spojrzeniami. Kaylee też straciła apetyt. Kiedy jeszcze pasażer zaczął szczegółowo opisywać jak wypatroszył jednego uciekiniera, w ogóle przestała jeść za to zaczęła planować swoją ucieczkę do kajuty. Jedyną zainteresowaną osobą wydawał się Jane. Cobb marzył kiedyś o karierze łowcy, niestety trzeba było mieć do tego własny statek, na który nie było go stać. Z braku innych możliwości został więc najemnikiem. Zoe, była podwładna Malcolma w wojsku, a obecnie pierwszy oficer i żona pilota Hobana Washburne'a, była równie twarda jak kapitan. W tej chwili z kamienną twarzą kończyła posiłek. Takie historie i ludzie pokroju Łowcy nie robili na niej wrażenia. Cage poinformowała ich, że jego statek uległ uszkodzeniu, a on sam nie zamierza czekać na naprawę. Zbyt wielu Łowców ostrzyło sobie zęby na jego zdobycz. Podkradanie uciekinierów nie było niczym szczególnym w tym zawodzie. Jeśli tylko stawka była odpowiednio wysoka, niejeden Łowca stracił coś więcej niż tylko więźnia.

"Kompletny idiota" - oceniła go w myślach ciemnoskóra Zoe. Z taką swobodą opowiadał o swoim cennym ładunku, będąc na środku niczego z niechętnymi mu ludźmi, że była wręcz zdumiona. Nawet Cobb by czegoś takiego nie zrobił. Wystarczyłoby, zastrzelić tropiciela i jego ciało wyrzucić w kosmos. Potem spokojnie sami mogli dostarczyć przesyłkę i zagarnąć nagrodę. Jane najwyraźniej rozważał ten pomysł, bo na jego twarzy pojawił się rzadki widok, wyraz głębokiej zadumy.

-Padła cała kolonia - pasażer zdawał się nie dostrzegać otaczającej go niechęci i rokoszując się dźwiękiem własnego głosu, opowiadał dalej -Gdyby mi nie powiedzieli, sam nigdy bym w to nie uwierzył -Jednym haustem opróżnił butelkę do czysta i z pewnym żalem zaczął wpatrywać się w jej puste dno.

-Jak to zrobił? - wyrwało się Jeanowi, za co zarobił groźne spojrzenie od kapitana.

-Wirus -oznajmił triumfalnie mężczyzna i z dumą powiódł szklistym wzrokiem po zaskoczonych współbiesiadnikach. Ukontentowany wrażeniem jakie udało mu się osiągnąć, kontynuował -Odciął im dopływ tlenu. Wszyscy się udusili, co do jednego -zakończył dramatycznie

-To by znaczyło, że planeta nie była uzdatniona. Skąd więc koloniści? -tym razem głos zabrał pasterz Book.

-Nie wiem i niezbyt mnie to obchodzi -wzruszył ramionami Łowca -Dla mnie liczy się tylko nagroda.

-Wygląda bardzo młodo -stwierdziła cicho Kaylee jakby mówiła do siebie.

-Jak chcesz to mogę go zapytać -zarechotał nieprzyjemnie Cage puszczając do niej oko. Kiedy wstawał, krzesło z hukiem uderzyło o podłogę, ale mężczyzna wcale się tym nie przejął, tylko chwiejnym krokiem ruszył w stronę drzwi.

-Co za obleśny...-tylko obecność pasterza powstrzymała dziewczynę od dokończenia zdania. Chwilę później doszedł ich zduszony krzyk poprzedzony gniewnym, bełkotliwym rozkazem. Z powodu odległości nie zrozumieli czego ten rozkaz dotyczył. Wiedzieli tylko, że krzyk nie należał do Łowcy i towarzyszyło mu głuche uderzenie, jakby ktoś upadł. Załoga jak na komendę spojrzała na kapitana, który znieruchomiał na sekundę.

-Zamierza pan coś z tym zrobić, sir? - zapytała spokojnie Zoe.

Reynolds odłożył trzymany w ręku widelec i zapatrzył się przed siebie. Krzyki dochodzące z ładowni zaczęły się nasilać. Bez słowa nałożył na talerz proteinowej breji, zabrał łyżkę i wyszedł.