-Kaylee! -Mal nerwowo naciskał guzik interkomu -Przyjdź na mostek. Już! -huknął. Gdzie do cholery jest ta dziewczyna. Miała pojawić się rano na mostku, żeby omówić kupno nowych części do silnika. Tak długo go o nie męczyła, a kiedy się wreszcie się zgodził, nawet nie raczyła się pojawić.

-Czy ona myśli, że nie mam nic ważniejszego do roboty? -mruknął gniewnie.

-Tak się składa sir, że pan nie ma -zauważył usłużnie Walsh, starając się powstrzymać śmiech. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko posłał pilotowi ponure spojrzenie.

-Pewnie śpi -dodał winowajca, starając się zachować powagę.

-Dziękuję Walsh, za tę jakże cenną uwagę -zakpił Malcolm i ruszył do wyjścia. Wygląda na to, że będzie musiał wyciągnąć dziewczynę z łóżka. Zniechęcony skierował się w stronę maszynowni. Nie miał ochoty wydawać pieniędzy, których nie mieli, a teraz jeszcze musi gonić za mechanikiem po pokładzie.

Po drodze zamierzał zajrzeć do ładowni. Sam fakt obecności tego dziwnego więźnia go drażnił. Wiedział, że nie ma wyjścia i musi pomagać takim typom jak Łowca, ale ten gówniarz-morderca, z którym nie wiadomo jak postępować, działał mu na nerwy. Marzył tylko, żeby jak najszybciej ich wysadzić. Przekraczając próg ładowni poczuł znajomy metaliczny zapach krwi. Odruchowo wyciągnął broń. Błędnie założył, że źródłem smrodu jest uwięziony chłopak, który powinien teraz leżeć z roztrzaskaną czaszką na trapie. Nie znalazł więźnia, tylko Łowcę z wyrazem zdziwienia w martwych oczach i fragmentem łyżki wystającym z zakrwawionej szyi. Ciemna kałuża poniżej świadczyła, że leży tu już jakiś czas.

Szybki rzutem oka otaksował pomieszczenie. Łowca nie miał broni, a ładownia zdawała się pusta. Oznaczało to, że uzbrojony więzień czaił się teraz gdzieś na pokładzie. Podbiegł do interkomu.

-Uwaga! -Krzyknął do mikrofonu - Więzień jest na wolności i jest uzbrojony -mocno zaakcentował ostatnie słowo- Wszyscy na mostek!

...

-Wiem, ale wolałem go ostrzec, niż ryzykować życiem załogi -stwierdził Mal kwaśno, widząc potępiające spojrzenie Zoe. Dotarła pierwsza na mostek i od razu na niego naskoczyła. Sam wiedział, że interkom nie był najrozsądniejszym rozwiązaniem. Zadziałał instynktownie. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami jeśli w grę wchodziło bezpieczeństwo jego załogi.

-Kajuta Kaylee jest zamknięta od środka. Wołałem, ale nikt nie odpowiadał –wysapał Simon, który wpadł właśnie na mostek razem z River.

-Obszedłem cały statek, nigdzie jej nie ma –Jane wkroczył do pomieszczenia dzierżąc w dłoniach swoją ulubioną „armtę", którą pieszczotliwie nazywał Verą.

Malcolm i Zoe wymienili spojrzenia. Myśleli o tym samym.

-Chłopak zabił Łowcę mimo, że był poturbowany i skuty. Jest bardziej groźny niż przypuszczaliśmy.

-Zabił? Czym, przecież nie miał broni? -zaskoczony Simon wpatrywał się w nich z niedowierzaniem.

-Miał łyżkę.

-Słucham? -lekarz pokręcił głową. Miał podejrzenie, że mężczyzna sobie z niego kpi. Z resztą nie pierwszy raz.

-Wbił mu łyżkę w tętnicę –poinformował go uprzejmie Malcolm.

-Skąd u licha wziął łyżkę?

Wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę kapitana, który pozostał niewzruszony.

-Niewiarygodne -paplał dalej Simon nieświadomy napięcia, które zapanowało w sterowni -Musiał...

-Tak -przerwał mu twardo Mal. -Już wiemy, że jesteś zaskoczony, ale może lepiej skupmy się na tym, że mamy na pokładzie uzbrojonego zabójcę.

-Z zakładniczką.

-O czym wy mówicie? -wtrącił się zniecierpliwiony Cobb - To zwykły gówniarz i to w kajdankach. Rozwalę drzwi moją Verą i po sprawie.

-Jest w kajucie Kaylee -przypomniał mu delikatnie pasterz.

-No i?- Jane powiódł wzrokiem po zebranych.

-Kaylee jest mechanikiem -wyjaśnił powoli pasterz -W kajucie ma pełno narzędzi, więc o kajdankach możemy zapomnieć. Poza tym, nie jest chyba taki „zwykły" skoro udało mu się zabić Łowcę.

-A, no tak...-zrozumienie zaświtało w mózgu najemnika.

-Powinien pan go wywołać, sir -zaproponowała Zoe -Nie ma dokąd uciec, więc musi pertraktować.

...

-Mówi kapitan Malcom Reynolds -zabrzmiało z głośnika przy drzwiach maszynowni. Kaylee leżała nieprzytomna na podłodze, a chłopak zwijał się z bólu w przeciwległym kącie. Na rękach wciąż miał kajdanki, a upuszczony pistolet nurzał się w kałuży jego własnej krwi
i wymiocin. Nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie się ruszyć. Kolejne fale bólu przeszywały go z taką siłą, że chwilami nie mógł nawet oddychać. Z jednej strony bał się, że zaraz straci przytomność z drugiej o niczym innym nie marzył. Chciał tylko by to wszystko się skończyło. Kolejna fala uderzyła go ze zdwojoną siłą, zanim jeszcze zdążył otrząsnąć się z poprzedniej. Poczuł, że jego myśli się mącą, a on sam odpływa. Przyjął to z westchnieniem ulgi.

-Czemu do cholery nie odpowiada? -Jane niecierpliwie ściskał "armatę". Nienawidził czekania. Był człowiekiem czynu, nawet jeśli to oznaczało zwyczajne robienie rozróby. Wszczynanie burd było jego wrodzonym talentem, który bardzo sobie cenił. Nie zajmował się pertraktacjami, to było dobre dla mięczaków. On wchodził, rozwalał kilka łbów, zbierał łup i się zmywał. Życie Jane'a było bardzo proste. Było, do czasu, aż zwerbował go Reynolds. Czasem tego żałował. Tak naprawdę, to żałował tego cały czas.

-Może chce nas przeczekać -podpowiedział Walsh.

-Albo zabił rudą i nie wie co robić -rzucił bezmyślnie Cobb, za co zarobił pełne oburzenia spojrzenia od reszty załogi.

-Nie bądź taki wrażliwy, Cobb -sarknął Walsh. Najemnik tylko spojrzał tępo nie rozumiejąc ironii.

-Możecie przestać? -przerwał im ostro kapitan. -Mamy martwego Łowcę na pokładzie, niebezpiecznego, uzbrojonego zbiega i porwanego mechanika. Więc jak możecie to się skupcie.

To był zły pomysł, właściwie fatalny. Patrząc na czerwoną plamę na kombinezonie, która z każdą sekundą stawała się coraz większa, był tego całkowicie pewien.

Wraz z plamą rósł ból, paskudny i obezwładniający. „Czyli tak wygląda koniec?" –przemknęło przez głowę więźnia zanim zapadł się w ciemność.

-Żyje?- Pasterz Book wpatrywał się w Simona kucającego przy napastniku. Lekarz właśnie badał jego szyję w poszukiwaniu pulsu.

-Jeszcze tak –odpowiedział -Ale będę musiał usunąć kulę.

Mal nie zwracał na nich uwagi. Dla niego sprawa była zakończona, zrobił co powinien. Napastnik groził jego mechanikowi, więc go zastrzelił. Wiek chłopaka nie miał tu nic do rzeczy, na wojnie zabijał młodszych i wcale nie czuł się z tego powodu winny. A przynajmniej starał się o tym za często nie myśleć.

Zoe pomogła oszołomionej Kaylee podnieść się z podłogi. Dziewczyna nie miała żadnych obrażeń, jeśli nie liczyć dużego guza z tyłu głowy i zamglonego spojrzenia, kogoś kto nie jest całkiem pewny gdzie się znajduje.

Jane, który zaszedł napastnika z drugiej strony stał teraz z opuszczoną bronią, żałując że to nie on postrzelił chłopaka. Udało im się wpędzić chłopaka w pułapkę. Kierując się w stronę promu, którego zażądał, musiał przejść wąskim trapem nad ładownią. Tam go zablokowali z dwóch stron. Kapitan ostrzegł, że nie pozwoli mu zabrać Kaylee, ale jeśli ją puści to „może" pozwoli mu żyć. Dzieciak chyba nie był pod wrażeniem oferty, bo próbował uciec zasłaniając się dziewczyną jak tarczą. Tylko, że na trapie nie miał dużego pola manewru. Z jednej strony Jane, mierzący do niego ze swojej armaty, a z drugiej kapitan i Zoe.

-Puśćcie mnie, albo ona zginie –zagroził zachrypniętym głosem porywacz.

-Myślisz, że jak ją zabijesz, to wyjdziesz stąd żywy? –głos kapitana nie wróżył nic dobrego.

-Chyba mamy impas –stwierdziła twardo Zoe.

Więzień zaczynał tracić zimną krew. Jakkolwiek się ustawił, nie mógł całkowicie zasłonić się zakładniczką. Co więcej, dziewczyna słaniała się na nogach od momentu kiedy wywlókł ją z kajuty. Była jego wielkości i zapewne podobnej siły, więc coraz trudniej było utrzymać ją w pozycji stojącej. Wreszcie poczuł jak mu się wyślizguje. Zdążył tylko zakląć kiedy próbował ją złapać. W tym momencie poczuł uderzenie w brzuch, a ból rozlał się po jego ciele rzucając go na podłogę.

Pół godziny wcześniej Malcolm wywoływał chłopaka przez interkom -bezskutecznie. Więzień był zbyt zajęty wymiotowaniem i zwijaniem się z bólu by zareagować. Kiedy wreszcie otworzył oczy zobaczył nieprzytomną dziewczynę w kącie kajuty i brudną broń u swoich stóp.

Próbował wstać. Przy drugiej próbie poszło mu już całkiem nieźle. Nie tylko udało mu się utrzymać na nogach, ale karuzela w jego głowie też nieco zwolniła. Podniósł broń z podłogi i ruszył do czegoś, co uznał za prowizoryczną łazienkę. Woda częściowo rozwiązała problem wymiocin i krwi. Opuszczając ją, zobaczył odbicie swojej pokiereszowanej twarzy w lustrze przy drzwiach. Odwrócił się od niego z odrazą. Wchodząc do kajuty rozejrzał się, szukając jakiegoś ubrania, którym mógłby zastąpić swoje śmierdzące ciuchy. Czysty kombinezon mechanika wiszący na oparciu krzesła, wyglądał bardzo zachęcająco. W chwili kiedy zapinał zamek z głośnika ponownie rozległ się głos: „Mówi kapitan Malcolm Reynolds. Wiemy, że masz naszego mechanika, więc jeśli chcesz żyć, lepiej się odezwij".

-Mistrz negocjacji –więzień uśmiechnął się pod nosem.

... ... ...

-Niech mi ktoś pomoże przenieść go ambulatorium –Simon próbował zatamować ranę na brzuchu więźnia.

-Odbiło ci, doktorku? –Jane spojrzał na niego jak na idiotę. -To morderca. Niech zdycha! –splunął pod nogi.

-Pomogłem tobie, pomogę i jemu –aluzja w głosie Simona była czytelna, lecz nie dla najemnika. Nigdy by się nie domyślił, że lekarz wie o jego zdradzie sprzed miesiąca. Tylko Malcolm się zorientował i prawie go wtedy za to zabił.

-Pomóż mu –nie znoszący sprzeciwu głos kapitana wyrwał go zza myślenia.

-Ale to morderca…

-To był rozkaz, Jane.

Najemnik pokręcił z niedowierzaniem głową. Świetnie, jeszcze będą ratować gnojka zamiast go dobić. Zarzucił karabin na plecy i schylił się po więźnia. Zaskoczyło go jak lekki był chłopak. Nawet jak na nastolatka wydawał mu się dziwnie mały.

Mal podszedł do Kaylee, która stała oparta o barierkę. Zoe lekko podtrzymywała ją za łokieć, bo dziewczyna niebezpiecznie się chwiała.

-W porządku? –zapytał, schylając się nieco, żeby znaleźć się na wysokości wzroku dziewczyny.

-Tak, chyba tak. Tylko głowa… –odpowiedziała niepewnie, patrząc nieprzytomnie w przestrzeń.

-Walsh pewnie szaleje z niepokoju –Zoe spojrzała z nadzieją na kapitana.

-Idź. Ja się nią zajmę –Mal, oparł ręce na ramionach dziewczyny, kiedy kobieta opuszczała ładownię.

-Kaylee, spójrz na mnie –poprosił, ale dziewczyna nie zareagowała. Jej rozbiegane spojrzenie nadal błądziło po pomieszczeniu szukając jakieś punktu oparcia.

-Spójrz na mnie –powtórzył, tym razem jego głos zabrzmiał ostrzej, a dziewczyna zatrzymała wzrok na jego twarzy.

-Już w porządku –Kaylee zrozumiała i uśmiechnęła się blado.

-Tak, już w porządku –powtórzyła bezwiednie, jakby smakując w ustach te słowa.

-Niech Simon cię potem zbada –zarządził kapitan –A teraz idź się położyć.

Była blada i osłabiona. Uderzenie w głowę nie tylko ją ogłuszyło, ale wytrąciło z równowagi. Najchętniej usiadłaby tutaj, żeby się zdrzemnąć. W tej chwili podłoga wydawała się jej całkiem wygodnym miejscem i faktycznie wykonała taki gest, jakby chciała usiąść, ale kapitan ją powstrzymał.

-Nie tutaj –objął dziewczynę ramieniem i poprowadził do kajuty.

Zapach jaki powitał go w pokoju skutecznie obrzydził mu ten pomysł. Podłoga była w fatalnym stanie. Wymiociny i krew pokrywały prawie cały jeden róg, a w kącie leżały cuchnące szmaty, które kiedyś były ubraniem uciekiniera.

-Pokoje dla gości będą chyba lepsze –mruknął do siebie.

Umieściwszy Kaylee w jednej z kajut ruszył do ambulatorium.

Jane ułożył więźnia na łóżku zabiegowym. Wyglądał na nieprzytomnego, ale najemnik mu nie ufał. Kiedy Cage go przyprowadził, też sprawiał wrażenie niegroźnego dzieciaka, a potem załatwił Łowcę jakby to była bułka z masłem.

-Powinieneś go przykuć –poradził lekarzowi, spoglądając na chłopaka. –Poprzednim razem jak oberwał, załatwił gościa jednym ciosem.

-Poradzę sobie –odpowiedział niechętnie lekarz. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebował, były rady od znienawidzonego najemnika –Chyba, że chcesz mi pomóc? –zapytał zaczepnie.

-Nie ma mowy –mężczyzna zasłonił się obiema rękami i w pośpiechu opuścił ambulatorium.

Rana mimo, że wyglądała na poważną nie musiała być groźna, przynajmniej tak zdawało się Simonowi. Puls chłopaka był stabilny, a jeśli kula ominęła najważniejsze narządy, więzień powinien przeżyć. Przez kilka chwil rozważał czy jednak nie przywiązać rannego. Jane może i był idiotą, ale faktycznie przeżyli szok kiedy zabił Cage'a.

-Czemu nie jest przykuty? –kapitan właśnie wszedł i teraz przyglądał się drobnej postaci na łóżku.

-Nie mam kajdanek, kaptanie – szybko skłamał Simon.

Mężczyzna podszedł do jednej z półek w ambulatorium, z której wyjął samozaciskowe opaski. Jedną rzucił lekarzowi, a drugą zacisnął na nadgarstku więźnia i metalowej poręczy łóżka.

-Przydałaby mi się pomoc przy operacji –rzucił lekarz w przestrzeń, nawet nie patrząc na Mala.

-Poradzisz sobie, od tego tu jesteś –odpowiedział sztywno mężczyzna.

-Może Pasterz Book, albo Zoe…

-Powiedziałem, że sobie poradzisz –Malcolm uciął rozmowę i skierował się do drzwi.

-Świetnie –westchnął Simon i zabrał się do rozcinania kombinezonu chłopaka.