Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Autor oryginału: The Fictionist

Link do oryginału: s/6042425/28/Destiny-s-Darling

Zgoda na tłumaczenie: jest

Paring: TMR / HP

Ostrzeżenia: Slash (wreszcie!)


Słowem wstępu:

Dokładniejsza rozpiska co, jak, gdzie i kiedy znajduje się na moim profilu.

„Romantyczne Manipulacje" są 28 miniaturką do opowiadania „Ulubieniec Losu" – co więcej, utrzymywana jest w konwencji „Logicznego Wytłumaczenia", tak więc jest to slash.


Romantyczne Manipulacje


W następnym tygodniu były Walentynki a planów było mnóstwo.

- Miła restauracja w Hogsmeade, nic ekstrawaganckiego.

- Mamy luksusową wycieczkę do...

- Butelka wina, ugotuję obiad dla nas...

- Myślisz, że będzie dobrze jak dam mu kwiaty?

- Nie jesteśmy ze sobą długo, ale...

- Chcę, żeby było to coś specjalnego, więc...

- Jestem załamany, nie mogę po prostu podarować siebie w prezencie...?

Harry naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co powiedzieć.

On i Tom nie byli ze sobą jakoś bardzo długo - tak właściwie był to dość niezręczny czas pomiędzy normalnością a czymś bardziej znaczącym. Minęło prawie sześć miesięcy - i na nieszczęście, żaden z nich wcześniej nie odkrył koszmarności Walentynek będąc w związku.

Dobra, tak naprawdę to nigdy nie przyzwyczaił się do Toma a to jedynie komplikowało sprawę.

Gorzej, że Hermiona przyglądała mu się z wielką ciekawością, więc odezwał się zanim pomyślał o tym.

- Nic. To znaczy - Tom i romans? Daj spokój. - zaszydził. - Tom pogardza ideą Walentynek. Jego rozumienie romansu to pewnie przysłanie mi krwawiącego serca w słoiku czy coś. Nic nie zrobi.

Dostrzegł, że wyraz twarzy Hermiony się zmienia, lecz było już za późno.

- Co to ma znaczyć? - słowa zawisły w powietrzu.

Harry zamarł. Następnie odwrócił się wolno w kierunku Toma, który zaszedł go od tyłu z twarzą kompletnie nieczytelną.

- Cóż, mówię jedynie, że nie jesteś romantyczną osobą. To znaczy - to dobrze. - starał się uspokoić.

- Tom nie potrafi robić tych wszystkich rzeczy. Których? Romansować? Odczuwać przywiązania do kogoś? Umawiać się?

Brwi Harry'ego zmarszczyły się lekko.

- ...jesteś tak właściwie wkurzony o to?

- Pójdę hm... Pójdę do... pójdę. - wykrztusiła anemicznie Hermiona wyglądając raczej na winną nieumyślnego zaczęcia tej sprzeczki.

Żaden z nich jednak nawet na nią nie spojrzał.

- Czego dokładnie byś chciał, Harry? - głos Toma przybrał niebezpiecznie słodką barwę kiedy robił krok do przodu. - Kwiatów? Wypchanych misiów...

- Teraz to jesteś absurdalny. - burknął Potter czując rosnące rozdrażnienie. Tom doskonale wiedział, że nie dba o takie rzeczy! - Robisz z igły widły...

- Ja robię z igły widły?

- Tak, ty! - warknął Harry. - Czy może zaprzeczysz, że wcale nie nienawidzisz Walentynek? Pogardzasz tą ideą w ogóle. Niemal wywołałeś u siebie tętniaka zwykłym przyznaniem się do "przyjaźni" ze mną! Jedynym powodem, dla którego jesteśmy razem to moje zaręczyny z kimś innym, co cię wkurzyło, bo nie lubisz się dzielić.

- To wcale nie znaczy, że nie jestem w stanie cię uwieść lub romansować z tobą poprawnie. - stwierdził wyniośle Tom. - Niezależnie od niekonwencjonalności naszego związku.

Harry nie mógł uwierzyć, że naprawdę prowadzą tą sprzeczkę. Zwalczył potrzebę przetarcia oczu.

- Wiesz, że mnie to nie obchodzi? Znałem cię zanim to się zaczęło. - powiedział.

- Będziemy obchodzić Walentynki. - postanowił Tom. Ton jego głosu nie znosił sprzeciwu. - I to będą najlepsze Walentynki jakie kiedykolwiek obchodziłeś.

- Wiesz, że to nie powinny być żadne zawody, prawda? - Harry uniósł brwi.

- Ty zacząłeś. Ja jedynie poprawiam twoje błędne założenia dotyczące moich umiejętności.

Harry zastanawiał się jak bardzo będzie tego żałował.


Cały byli zajęci. Sobą i kampanią. Nieustannie.

Dlatego też 14 Lutego całkowicie zapomniał o znaczeniu tej daty lub nawet całej tej rozmowie.


Obudził go cudowny aromat tostów, jajek i kawy.

Poczuł wargi składające mokre pocałunki na swoich plecach podczas gdy jego twarz bezwstydnie wciskała się w poduszkę a kołdra zsuwała się z bioder.

- Dzień dobry. - usta Toma zaprzestały całowania na jego karku, gdy mężczyzna wymruczał te słowa. - Szczęśliwych Walentynek.

Harry nie mógł odpędzić od siebie przekonania, że znalazł się w jakiejś dziwnej krainie czarów. Palce przeczesywały mu włosy dopóki się nie odwrócił i zobaczył unoszącego się nad nim Toma z kolanami rozłożonymi po obu stronach jego ud.

To na pewno był Tom. Albo przynajmniej ktoś wyglądający jak Tom. I był to zdecydowanie tost.

Jajko Benedykta było zaś ugotowane perfekcyjnie.

W innych okolicznościach, zareagowałby zaspanym jękiem. Zamiast tego po prostu zamrugał.

- Zrobiłeś mi śniadanie.

- Tak. Zjedz zanim zrobi się zimne.

Obok kubka kawy stała nawet wysoka szklanka soku pomarańczowego, wszystko poukładane elegancko w pobliżu talerza.

Była nawet czerwona róża!

- Zrobiłeś mi śniadanie do łóżka. Z różą.

To było przerażające.

Brwi Toma uniosły się.

- Wydaje mi się, że śniadanie do łóżka jest tradycyjnym romantycznym gestem. Tak właściwie, to powinienem był to zrobić już wcześniej, bo wyraz twojej twarzy jest cudownie porażający. Rozważam nawet obrażenie się za to.

Szczegóły dnia rozmowy o Walentynkach powoli zaczynały do niego wracać, kiedy gapił się na Toma.

Książę Slytherinu usadowił się obok niego wygodnie na łóżku, obserwując go z czymś co mogło być nazwane ostrożną uciechą.

Harry odsunął od siebie podejrzenia i poczuł jak po jego sercu rozchodzi się ciepło - odsunął zakłady i wyzwania na bok. To było miłe.

- Nie jesteś ubrany do pracy. - skomentował.

Spokojny sen był dla niego wystarczającą nowością - kiedy do niego dochodziło, korzystał tyle ile tylko mógł. Tom oczywiście - jako ranny ptaszek - zawsze był gotowy jako pierwszy. Jego... chłopak (pomimo roku związku to słowo wciąż wydawało mu się dziwaczne) zawsze był już wykąpany, suchy i ubrany w szaty podczas, gdy Harry wciąż błądził z kubkiem kawy próbując się jednocześnie ubrać.

Teraz jednak, Tom znajdował się w stanie w jakim widywał go rzadko - miał na sobie bokserki i jedwabny szlafrok, zaś jego stopy były bose. Obraz Toma gotującego właśnie w ten sposób natychmiast stanął mu w głowie, co było tak dziwaczne, że miał ochotę się roześmiać.

- Bystra uwaga. - stwierdził sucho Riddle. - Jesteś dzisiaj w wyśmienitej formie. Wziąłem nam wolne. A teraz jedz. Może to pobudzi cię na tyle, żebyś przeprowadził prostą konwersację.

Harry parsknął. Tak, to zdecydowanie był Tom - pomimo absurdalności tej całej sceny. Na twarzy pojawił mu się uśmiech, oczy zaiskrzyły i pochylił się, łącząc ich usta w palącym pocałunku.

- Szczęśliwych Walentynek, Tom.

Jasna cholera. Pocałował go ponownie, tym razem delikatniej, z rosnącym zapałem - tylko po to, by Tom odsunął go. Uniósł brwi.

- Jajka ci wystygną. - powiedział Ślizgon w ramach wyjaśnienia.

Harry zaśmiał się, kręcąc głową i sięgając po talerz.

Było pyszne. Smak szynki i sosu holenderskiego kontrastował z miękkością jajek i toastów.

- Bardzo dobre. - wymamrotał.

- Możesz przestać wyglądać na tak zdziwionego. - odpowiedział Tom.

Harry roześmiał się ponownie mając nadzieję, że uda mu się przestać szczerzyć jak idiota.

- Gdybym wiedział, że psychologia odwrotna tak na ciebie działa, powiedziałbym ci, żebyś był miły wieki temu. - zażartował.

- Znudziłbyś się. - Tom zaserwował mu prawdziwie diaboliczny uśmiech, który spowodował u niego elektryzujący dreszcz wzdłuż kręgosłupa. - Ale jestem pewien, że później znajdziesz jakiś sposób na odwdzięczenie się.

Harry przełknął duży kawałek jajka.

- Mhm. Ugotuję ci potem obiad. - skomentował niewinnie.

Wargi Toma drgnęły.

- Już zrobiłem nam rezerwację na obiad. Obawiam się, że musisz wykombinować coś innego.

- Cholera. A czego nie zrobiłeś? - dokuczał mu.

- To zniszczyłoby niespodziankę. - Tom dziabnął sobie od niego kawałek śniadania.

Harry przechylił głowę i zastygł na moment.

- ...dużo zrobiłeś?

Wiedział, że Tom zapewnił go, że będą to "najbardziej niesamowite" Walentynki ale była różnica w mówieniu a robieniu.

Poczuł, że będzie się musiał odwdzięczyć czymś naprawdę wspaniałym. Nawet jeżeli Tom robił to tylko i wyłącznie dlatego, by udowodnić, że był najlepszy w dosłownie wszystkim.

Uśmiech na twarzy Riddla nie uspokoił go.

Co więcej, sam się wyszczerzył.


Od dawien dawna Tom uważał romans za jedną z najbardziej podstępnych manipulacji jakie tylko mogą istnieć. Zawsze był dobry w manipulowaniu - a Harry powinien był wiedzieć najlepiej, że wyzywanie go w czymś co było jego domeną i obszarem wnikliwej analizy - zamierzenie czy nie - nie było najrozsądniejsze.

Oczywiście, była to prawda, że altruistyczny romans w wyidealizowanym sensie w ogóle do niego nie przemawiał. Nie koncepcja, w której liczą się cukierkowe gesty oraz sentymentalność, którymi pogardzał. I nie chodzi tutaj o to, że nie wie jak obchodzić to święto.

Oglądanie Harry'ego zaskoczonego i ostrożnego, a następnie spoglądanie w jego błyszczące oczy było nawet zabawne.

Doprawdy, Harry potrafił z tak zwyczajnego i niezbędnego do życia aktu jak jedzenie przypadkowo zrobić coś zmysłowego.

Albo po prostu lubił studiować jego usta.

Niemniej jednak, wolał określenie "przypadkowo zmysłowe". Zdecydowanie przypadkowo, biorąc pod uwagę naturę ich związku. Jeśli jego romantyczne manipulacje łączyły się ze zmysłowością i rozkoszą... kto mógł go za to winić? Mógł puścić płazem całkowicie nietrafne mniemanie Harry'ego na temat jego umiejętności jako partnera.

I właśnie o to chodziło. Nie mógł nic na to poradzić, że nie lubił ograniczeń. Nawet w okazywaniu przywiązania. Nie było przecież tak, że nie czuł nic do Harry'ego... Co więcej, właściwie to nie wierzył w okazywanie uczuć (podczas gdy dbanie o kogoś było klątwą, którą usunąłby z radością) z nutą ironii.

Poranek więc spędzili w łóżku.

Na lunch przygotował tarte cytrynową - ulubione ciasto Harry'ego z przekraczających granice powodów, które zostawiało pewien słodszy niż zwykle posmak na jego ustach, odrobinę lepki - oraz truskawki w czekoladzie. Palce Harry'ego zanurzyły się w jego ustach, gdy zaoferował mu jedną.

Powinien był już wcześniej używać romansu. Harry stał się pięknie chętny.

Następnie ciepły prysznic z Harrym, roztapiając się pod wpływem jego dotyku w postaci ciepłych wilgotnych ust owiniętych wokół jego członka.

Kiedyś powiedział, że nie nigdy nie chciałby, żeby Harry przed nim klęczał - oczywiście pospieszył się z tymi słowami, mógł przecież zrobić drobny wyjątek - teraz wiedział, że nie mógłby mieć nigdy dosyć tego uczucia.

Odświeżony, wyciągnął kochanka z domu, gdy tylko się ubrali (niekoniecznie prawidłowo). Wiedział, że jego partner potrafił być szalenie rozpraszający więc i to uwzględnił w swoim planie.

Potter przyglądał się ich złączonym dłoniom.

- Robisz to wszystko, by dowieść, że potrafisz być romantyczny? Bo wiesz, już to udowodniłeś. Śniadanie do łóżka było wystarczające.

Tom spojrzał wściekle na deszcz a Harry z roztargnieniem rzucił nieprzenikający urok, by upewnić się, że nie zmokną. Wciąż go obserwował.

- I teraz który z nas nie potrafi być romantyczny? - zapytał. - To doprawdy zabawne, że oskarżyłeś mnie o pogardzanie Walentynkami, kiedy sam jesteś wobec nich powściągliwy. Merlinie, jak to się stało, że jesteś mniej romantyczny ode mnie?

Harry sapnął zanim się odciął.

- Definicja romansu wywodzi się z miłości. Więc jeśli robisz to z innych pobudek to nie liczy się to jako romantyzm.

Tom posłał swojemu partnerowi miażdżące spojrzenie, nie mogąc sobie pomóc i będąc blisko powiedzenia czegoś zjadliwego i irytującego. Powstrzymał się jednak i przechylił głowę.

- Myśl, że robię to wyłącznie z powodu odwróconej psychologii naprawdę cię drażni. - skomentował.

Teraz Harry się nachmurzył więc zacieśnił uścisk na jego dłoni, tak, by nie mógł uciec.

- Zamknij się.

- Merlinie, jak na kogoś, kto mówi, że jest dobrze, gdy robię ci śniadanie jako podstawę Walentynek, jesteś strasznie ciężki w sprawach emocjonalnych, kochanie. - Tom przewrócił oczami, choć jego szczęki się zacisnęły. Jego myśli popłynęły ku rozmowie, która to wszystko rozpoczęła po czym odwrócił się do Harry'ego. - Czekasz na "kocham cię" czy coś? Te dwa słowa sprawia, że poczujesz się jakoś lepiej? - jego ton ociekał pogardą.

- Och, na miłość boską. - syknął Harry, czerwieniąc się.

- Nie, naprawdę. Co mam zrobić, Harry? - zapytał, wchodząc w prywatną przestrzeń młodszego mężczyzny. - Myślisz, że jestem niezdolny do... - nienawidził nawet tego słowa, więc jego twarz ściągnęła się w psychicznym wzdrygnięciu się na samą myśl o niebezpiecznych i obrzydliwych możliwościach uczucia takiego jak miłość.

- Łał. - stwierdził Harry dobitnie. - Powinieneś był zobaczyć swoją twarz. Przepraszam, że...

Tom przerwał mu sucho.

- Myślisz, że to ja jestem niezdolny by cię kochać a może to ty jesteś niezdolny do bycia kochanym?

Harry zamarł w bezruchu z nieczytelnym wyrazem twarzy.

Czasami Tom zastanawiał się dlaczego do jasnej cholery, snuje plany, kiedy chodzi o nich.


W uszach mu dzwoniło a palce na zmianę zaciskały się i rozluźniały po wolnej jego stronie. Miał ochotę mu przywalić. Zrobić cokolwiek, by uciec od tej rozmowy. Parę minut temu chodził z głową w chmurach, więc co do jasnej cholery się stało?!

Chciał powiedzieć Tomowi, żeby poszedł się pieprzyć. Cokolwiek mu powiedzieć. Cokolwiek zrobić. Otworzył więc usta ale nie uciekł z nich ani jeden dźwięk. Koniec końców, westchnął ciężko.

- Co to za pytanie? - jego głos był zawstydzająco zachrypnięty.

- A może jedno i drugie? - upierał się Tom.

Najgorszą rzeczą w tym nie była chłodna ekspresja na twarzy Riddle'a a jego ciekawość, która się za tym kryła.

- Jeśli myślałbym, że jesteś niezdolny do... o matko, naprawdę musimy o tym rozmawiać? - Tom nie odezwał się, obserwując go. Czekał na odpowiedź. - Jeśli myślałbym, że jesteś niezdolny do pozytywnych uczuć - kontynuował więc cicho. - to nie przyjaźniłbym się z tobą. Ani bym się z tobą nie umawiał. I uważałbym, że nie ma dla ciebie odwrotu od ścieżki zostania Voldemortem.

Wytrzymał spojrzenie Toma, dostrzegając w nim nikły błysk.

- Rozumiem. - rozbrajający uśmiech pojawił się na twarzy Riddle'a, gdy odwrócił się i zaczął ciągnąć Harry'ego - tym razem w stronę powrotną do ich domu. - Zmiana planów.

- Tom... - zaczął.

W następnej sekundzie został przygnieciony do ściany przedpokoju, czując na swoich ustach nacisk ust Toma oraz jego palce w swoich włosach. Oczy Harry'ego rozszerzyły się.

- Doprowadzasz mnie do szału. Właśnie marnuję na to dobrą lekcję tango.

- ...chciałeś nauczyć mnie tańczyć tango? - Spojrzenie jakim obdarzył go Tom jednoznacznie mówiło, że to nie pora i miejsce na bycie rozbawionym. Patrząc się na niego odniósł wrażenie, że ten chce urzeczywistnić wszystkie stereotypy odnoście romantyzmu w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Tom rozumiał przyjaźń w sposób słownikowej definicji, więc nic dziwnego nie było w tym, że tak samo traktował romans.

- Zamknij się. Usiądź w salonie.

W następnym momencie postawiona przed nim została myślodsiewnia. Był to prezent od Syriusza, który chciał mu pokazać wspomnienia o jego rodzicach. Wciąż tam były.

Tom koncentrując się, wrzucił srebrną długą nić wspomnień do wnętrza magicznego artefaktu. Harry zdjął nitkę ze swojej koszuli. Po chwili Tom złapał go za włosy i niedbale wysłał ich w wir wspomnień.

Nie wiedział czego dokładnie ma oczekiwać.

Śmiał się w czasie wolnym po długim dniu pracy w biurze...

Bronił Lestrange'a z wyrazem twarzy jakiej długo nie widział...

- Tom, o co chodzi? - przerwał Harry.

- Jesteś niezdolny do spojrzenia na siebie, więc pokazuję ci jak wyglądasz w moich oczach. - stwierdził Tom rzeczowym tonem, stojąc tuż obok niego i przyglądając się obrazom. Miał złożone ręce i nieprzystępną postawę.

Usta Harry'ego kompletnie wyschły.

Pojedynkował się, zaklęcia przelatywały obok niego bardzo szybko a oczy mu płonęły...

Miał siedemnaście lat i rozwalony usnął szybko z głową na kolanach Toma na Grimmauld Place w Nowy Rok...

Pochylał się nad dokumentami w ich gównianym pierwszym mieszkaniu ze zmarszczonym czołem i skrzywieniem na twarzy, żując swoje wargi tak mocno, że zrobiły się już zaczerwienione i opuchnięte...

Nie wiedział o co chodzi. Ramiona Toma oplotły go a jego palce dosięgły policzka po czym odwróciły mu głowę z powrotem w stronę wspomnień. Poczuł usta mężczyzny koło swojego ucha, chuchające na nie ciepłym powietrzem.

- Wiedziałem, że jesteś ślepy ale to już jest niepoważne. - syknął Riddle. - Naprawdę myślisz, że obchodziłoby mnie udowodnienie ci, że jesteś w błędzie, że twoja opinia nic dla mnie nie znaczy? Myślisz, że byłbym skłonny dzielić władzę nad tym krajem z kimś, kto nie jest mi całkowicie równy? - Wspomnienia zmieniły się. - Masz niesamowitą zdolność do dostrzegania najlepszych rzeczy... - wymamrotał Tom, wśród dźwięków jest pamiętnej uciechy. - Bez trudu potrafisz wyobrazić sobie lepszą przyszłość, kiedy ja nie potrafię. Inni też umieją.

Lestrange.

- W pewnym sensie jesteś irytujący. Nie mam pojęcia jak możesz mieć tyle miłosierdzia lub być tak tolerancyjnym dla tych, którzy dążą do twojej krzywdy. Ale przez wzgląd na to, że jestem w dużym stopniu pozbawiony serca, może rekompensujesz to za nas dwóch. - Jedna z dłoni Toma wsunęła się pod jego koszulę na klatkę piersiową sprawiając, że Harry niemal zaczął się wiercić w miejscu z powodu tego ciepła. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz palce Toma wsunęły się we wnętrze jego ust, naciskając na jego język przez moment, by następnie przesunąć je do ich przodu i zrobić to ponownie.

Pojedynek.

- Potężny. - głos Toma stał się zapierając dech w piersiach, ochrypły. - Oczywiście, nigdy nie przyglądałeś się sobie jak miotasz zaklęciami. Nigdy nie czułeś tej aury, gdy twoje wszystkie siły są ukazane.

Serce biło mu szybko. To było całkowicie niedorzeczne. Ręka głaszcząca jego tors przykleiła go do klatki piersiowej Toma.

Sen.

- W następnym zaś momencie robisz właśnie to. - gorący oddech Toma drażnił jego małżowinę uszną, sprawiając, że zaczął drgać z sensacji. - To nieprzyzwoite, że mężczyzna, którego lubisz powinien widywać cię jako nieszkodliwego i że zaufasz mu wystarczająco, jakby on także był niewinny.

Harry przełknął ślinę.

- Zaczynasz dostrzegać? - zapytał Tom. - Czy powinienem kontynuować?

Dokumenty.

- Jesteś moim partnerem. Obraża nas obu to, że kwestionujesz swoje zasługiwanie na to stanowisko. Nie mam tak złego smaku, by wybierać niewłaściwie i tymczasowo, nie mówiąc już o wieczności.

- Wieczności?

- Oczywiście. - stwierdził Tom, jakby był to oczywisty, przesądzony fakt. I tak, byli do pewnego stopnia nieśmiertelni - aczkolwiek ich czas i prawo do bycia razem po tym wszystkim, były kompletnie inną sprawą.

W następnej sekundzie znajdowali się z powrotem w salonie. Harry siedział na kanapie z nikłym odczuciem dotyku Toma.

Cisza przeciągała się, choć wciąż mógł czuć ciężar spojrzenia Riddle'a na sobie, jak wciąż przyglądał się znowu spokojnej wodzie w myślodsiewni.

- Taniec to jedno. Odmawiam pominięcia obiadu. Chodź.

Drań wyszedł, jak gdyby nigdy nic.


Delikatne światło świec przy ich stoliku można było porównać z satysfakcją Toma z dnia dzisiejszego.

Czuł przyjemne buczenie po Merlocie i w końcu mieli prywatność, której odmówiono im w życiu publicznym. Upewnił się co do tego robiąc rezerwację - ich życie należało do brukowców wystarczająco często.

Drogi, luksusowy apartament i oni jako jego właściciele. Słodko, za słodko... ale odpowiednio, na ten moment. Żadnych spektakli czy widowisk.

Londyn tętnił życiem za grubą szybą okna.

Harry mówił o czymś lub o kimś od czasu do czasu zjadając widelec risotta. Oczywiście, zamówiłby najlepszego rodzaju bakalie z każdego zakątka świata ale Harry miał prosty i nieskomplikowany gust. Tom upewnił się, że skosztuje homara, ale Harry po prostu wzruszył ramionami i stwierdził, że jest to przeceniony posiłek.

Typowe. Dla wszystkich jasne było, iż Tom ma niezłomne upodobania kulinarne, może nawet bardziej sceptyczny jest w tej kwestii niż Harry.

Ale wciąż.

Harry przerwał zauważając, że jest obserwowany, biorąc kolejnego łyka choć nie zadał sobie trudu skomentować tego. Był przyzwyczajony. Obserwowanie Harry'ego, jakby nie patrzeć, było jego ulubionym zajęciem w przeszłości.

- Koszmarem będzie próbować czegoś ekstrawaganckiego w kolejnym roku. - nagle powiedział Harry.

- Masz cały rok na wymyślenie czegoś. - odpowiedział leniwie Tom. - Kto wie. Możesz zabić kogoś, kogo nie lubię i dać mi jego krwawiące serce w słoiku.

Gryfon przewrócił oczami.

- Możesz zapomnieć o mnie mordującym dla ciebie. Nie próbuj ze mnie robić wiecznie nierozsądnego.

Tom pozwolił sobie na stłumiony uśmieszek po czym zjadł kolejny kawałek swojego obiadu. Harry kręcił swoim widelcem.

- Mam coś dla ciebie. - niespodziewanie powiedział Harry.

Tom wrócił myślami do poranka, łóżka i rzeczy, które mógł mu dać łaskawie partner.

- Och?

Harry machnął ręką, zamigotała magia i w następnej sekundzie w rękach Toma pojawiła się cienka książeczka czekowa i pudełko czekoladek. Uwielbiał czekoladki, to prawda, zwłaszcza te droższe. Czekolada była rzadkością, gdy dorastał, więc zawsze miał do niej sentyment. Zamrugał spoglądając w dół.

Otworzył sceptycznie książeczkę a potem przechylił głowę.

- To przysługi.

- Twój ulubiony przedmiot wymiany - zauważył Harry. - I wiem, że lepiej dać ci czek in blanco.

Jak dobrze go znał. Czasami wciąż go to zaskakiwało.

Schludnie napisane słowa zamiast kwot pieniężnych, od niewinnych do nieprzyzwoitych - profesja łącząca wszystkie dziedziny ich życia.

Większość ludzi byłaby przerażona wyrazem jego twarzy. Głodem.

Skończyli w łóżku. To było oczywiste.

Najwyraźniej zdecydowanie nie brakowało mu uwodzicielskich umiejętności.

Romans był manipulacją - ale w tym przypadku uznał jednak, że może polubi Walentynki.


Tą miniaturę specjalnie zamieściłam jako ostatnią – można powiedzieć, że ona miejsce po „Logicznym Wytłumaczeniu" tłumaczenia Panny Mi, gdzie Tom i Harry zostają oficjalnie parą oraz po „Wyjątku Potwierdzającym Regułę" tłumaczenia Annormal. Kolejną miniaturą będzie „Cierpka Adoracja" mojego tłumaczenia, które zostanie wstawione jutro jako osobny tekst. Serdecznie zapraszam ;)