Rozdział II
Powrót zwycięzcy…
W CC właśnie miała rozegrać się poważna walka. Niebo cały czas było czerwone, unosił się odór krwi ofiar ze zniszczonej prawie doszczętnie stolicy. Powiewał delikatnie wiatr, włosy falowały obu dziewczynom, wlepiającym w siebie nienawistne spojrzenia.
Nichiyobi doszła już do wniosku, że musi zdradzić się i użyć swojej broni ostatecznej.
Shade wiedziała doskonale o swojej przewadze i pewna zwycięstwa czekała na rozwój wydarzeń.
Saiyanka przeszła w końcu w formę SSJ3. Była wściekła, że musiała się tym wydać oraz tym, że nie miała brwi i wyglądała jak kretynka. Skrzyżowała ręce na piersiach, skupiła się i wydarła:
-Rainbow Hit!
W Shade trafiły potężne fale ki o wyglądzie kolorowego szkła. Smoczyca miała kilka głębszych ran na twarzy, rękach i brzuchu i wypływała z nich zielona ciecz. Nie była to jednak jej krew. Nie wiedziała, że ki zawiera silną truciznę z opóźnionym działaniem, osłabiającym ofiarę.
Zaraz potem fireballem odcięła jej ogon w akcie zemsty za utratę części własnego.
Obie panie przez chwilę wpatrywały się w siebie złowrogo w milczeniu.
Shade zdecydowała, że nie będzie się z nią bawić. Pokaże im swoją prawdziwą moc.
W dziewczynie przebudził się saiyański instynkt walki. Była przekonana, że wygra.
-No co jest babochłopie, na specjalne zaproszenie czekasz?
Smoczyca prychnęła i zmrużyła oczy. Skoncentrowała ki i wytworzyła aurę. Krzyczała i koncentrowała się dalej. Po chwili emanowała z niej taka energia, że Junigatsu i Vejita wiedzieli, że nawet oni nie byliby w stanie ją pokonać. Postanowili więc obmyślić plan działania.
Tymczasem na blondynkę posypały się ciosy, których nie potrafiła sparować. Kopnięcie kolanem w brzuch, zaraz potem Ki blast w twarz, łokciem w kark. Shade była za silna i za szybka. Saiyanka nie miała żadnych szans. Chciała uderzyć z pięści napastniczkę w twarz, ale ta wykręciła jej rękę, zaraz potem złapała ją za ogon i zaczęła nią kręcić. Wyrzuciła ją w powietrze i Nichiyobi trafiła w jakąś kolejkę górską. Nogę przebił jej gruby pręt. Wisiała na nim ledwie przytomna i patrzyła, jak Shade leci w jej stronę, by ją dobić.
Junigatsu korzystając z okazji, że Smoczycy nie ma, trąciła Vejitę łokciem, i powiedziała:
- Ej, Veji! Wymyśliłam.
-Jak mnie nazwałaś?!
-Tak, jak słyszałeś, Veji…-uśmiechnęła się sarkastycznie uroczo.
-No słucham, co wymyśliłaś panno cellulitis?
Zignorowała obelgę, i po chwili namysłu zaczęła:
-Trzeba zrobić tak, żeby ona zamieniła się w SSJ4, my zrobimy fuzję, a potem ona odda nam jeszcze swoją ki. Wtedy tak przychlaśniemy tej dziadówie, że wszystkie żółwie zobaczy.
-Nie scalę się z tobą!!! Nigdyyyy!
-No to zginiesz ze mną- warknęła.
-Cholera…No dobra… Ale to już ostatni raz!
-Luz, ale jak mamy ją zamienić w SSJ4???
- Tym ja się zajmę- rzekł Vejita.
Chłopak stworzył kulę i wyrzucił ją w przestrzeń dokładnie tam, gdzie wisiała ledwie żywa Nichiyobi. Rozszerzył ręce i kula powiększyła się. Następnie skupił się i skontaktował telepatycznie ze starszą Saiyanką.
„Ej, Blondi, słyszysz mnie???"
„tak, słyszę."
„Widzisz tą dużą kulę? Patrz się na nią. Nic nie rób, tylko się gap"
„Ale po co?"
„Rób, co ci każę!"
Nichiyobi posłuchała i wpatrywała się w kulę. Nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale po chwili stało się coś dziwnego, zaczęła szybciej oddychać, serce zaczęło szybciej bić, zaczęła się rozrastać, pokryła ją sierść. Minutę później przemiana była zakończona. Kobieta stała się Oozaru.
Zbliżająca się do niej Shade stanęła jak wryta. Wielka małpa zaczęła szaleć i wszystko niszczyć.
-Lećmy tam. –rzucił Vejita i sięgnął coś z torby z zakupami Saiyanki.
Dziewczyna skinęła tylko głową i polecieli.
Nowa Vegeta. Nad zgromadzonym tłumem Saiyan unosili się Babidi i Goran.
Goran przemówił:
-Wy, Saiyanie zostaliście przeze mnie ożywieni. Zapewne wszyscy mnie znacie. Jam Aidan, Legendarny Saiyan. Będę was trenował, żebyście stali się najpotężniejszym ludem wszechświata, chociaż jak pewnie zdążyliście zauważyć, jesteście o wiele potężniejsi, niż przedtem, ale przed wami jeszcze daleka droga do prawdziwej mocy. Czeka was rok ciężkich mąk, ale gwarantuję wam, że każdy z was osiągnie co najmniej poziom SSJ3!
Po tym czasie przybędziemy na Ziemię, i pokonamy zdrajców!
Kakarotto i Bejita poniosą karę za zdradę swojego rodu!!!
Rozentuzjazmowany tłum wiwatował i składał pokłony.
Bardock i jego partnerka Lirith oglądali przemówienie w zaciszu własnego domu.
-Kakarotto! To nasz syn! –Wykrzyknęła!
-On kłamie! Goku jest najlepszy!- Wściekł się Bardock (bo on miał te swoje wizje, wiedział też więc, jak na Ziemi tytułowało się jego syna) .
Oboje przez cały swój pobyt w piekle obserwowali swoją rodzinę i byli z niej dumni. Nie zamierzają pozwolić jej skrzywdzić żadnemu kłamcy.
Z drugiej strony, byli szczęśliwi, że wreszcie go zobaczą.
Ojciec Goku miał już plan.
-Lirith, zrobimy tak: Przez ten rok będziemy trenować, nie zdradzimy się niczym, a…
-A potem polecimy na Ziemię, i przyłączymy się do syna, jak to wszystko się skończy, zamieszkamy tam…-dodała Lirith .
Przytulili się do siebie i pocałowali.
Bardock kochał swoją kobietę, ale jej istnienie ukrywał przez całe swoje życie przed swoimi towarzyszami.
Lirith była średnią wojowniczką, ale miała wielką wolę walki. To po niej odziedziczył ją Goku. Była też piękną kobietą. Miała czarne włosy mniej więcej do ramion, oczy miała czarno- niebieskie, opalona. Nosiła zawsze niebieskie sukienki. Nie znosiła tych saiyańskich zbroi.
Z dalszej części przemówienia rodzice Goku dowiedzieli się, że treningi zaczną się za dwa dni, i że Saiyanie z różnych sektorów (Vegeta podzielona była na sektory, takie mini kraje) będą musieli wstawić się w odpowiednich budynkach treningowych o godzinie 10:00. Lirith z Bardockiem mieszkają w sektorze 338, jakieś 100000 km od głównego pałacu, w którym rezydowali obecnie Goran z Babidim. Oznacza to, że mogli zachowywać się spokojnie, bo nie dosięgały ich „rządowe" kamery i mikrofony.
Bez większego strachu zajęli się więc konspiracją.
Lirith przyciszyła odbiornik. Na Vegecie Goran wprowadził całkowity totalitaryzm. Za wzór idealnego państwa wziął sobie antyutopię z „roku 1984" ziemskiego pisarza, G. Orwella. Kobieta wolała być ostrożna, tak na wszelki wypadek. W końcu do pięt nie dorastała mu mocą.
Bardock przyniósł kakao, westchnął. Saiyanka spojrzała na niego ze smutkiem, wiedziała, co on czuje. Właściwie czuła to samo.
-Czy po to zostaliśmy przywróceni do życia, żeby być sługusami jakiegoś idioty, który pojawia się znikąd i wyobraża sobie niewiadomo co?- Wkurzył się Saiyan.
Lirith wzięła łyk kakao i przeklęła po cichu, uderzając pięścią w stół. Szklanka Bardocka zatrzęsła się. Spojrzała w Telewizor. Tysiące ludzi przed pałacem skandowało imię swojego przywódcy.
-Banda kretynów!- prychnęła-Zginą wszyscy bez godności jak cholerne pionki. To są podróbki Saiyan. Bardock, gdzie popełniono błąd, że „produkujemy" takich bezmózgowców?- Wściekła się.
-Nie wiem. Ale ja drugi raz ostrzegać nie będę.
Chwila ciszy na zebranie myśli.
-Ale jak pomożemy Kakaro…to znaczy Goku? Nieważne który poziom byśmy osiągnęli, i tak bylibyśmy niczym…-zmartwiła się kobieta -Ale bezczynnie stać nie będę!- Wykrzyknęła po chwili.
-To jest moja dziewczyna-rozjaśnił się lekko Bardock.
Usiadł przy komputerze i zaczął coś pisać. „Skontaktuję się z naszą Lait i z Shadow. Lait osiąga SSJ3, a Shadow podobno nawet jakieś SSJ5… Pisały nam kiedyś o tym , pamiętasz???"
-To istnieje w ogóle taki poziom? A po za tym, jeżeli one jeszcze żyją, to chyba są bardzo stare, nie sądzisz?
-Według legendy jest ich siedem, ale ja tam w legendy nie wierzę. Dziewczyny były w źródle Młodości, czy coś. Odkąd skończyły 25 lat nie starzeją się. Napiszę im, żeby poleciały na Ziemię.
Shade nie miała czasu, żeby zastanawiać się nad tym, co się przed chwilą stało. Oozaru było dla niej zagrożeniem, wielka małpa niszczyła wszystko, co znajdowało się na jej drodze. Podświadomie Saiyanka pamiętała, kto zadał jej ból. Rzuciła się na Smoczycę, ta zaczęła uciekać, ale bestia była szybsza. Teleportowała się na jakiś czas na inną planetę, wiedziała, że Saiyanie nie zostawią swojej towarzyszki w takim stanie. „Wrócę, i zniszczę ich jak sytuacja się uspokoi"- pomyślała.
Junigatsu i Vejita dolecieli do miejsca, w którym znajdowała się Oozaru. Zastali interesujący widok. Jeszcze bardziej rozwścieczona zniknięciem Nichiyobi skakała w miejscu wywołując potężne trzęsienia ziemi, nie tylko w okolicy, ale i na całym globie, a na dodatek co chwilę wystrzeliwała z pyska silne fale ki, jakby w nadziei, że któraś z nich ustrzeli sprawczynię jej cierpień.
-Ło, kufa, takie party, a nas nie zaproszono? Nie możemy tego tak zostawić, zaraz jej dokopię w ryja i skończy demolkę!- wydarła się dziewczyna i rzuciła się na małpę z pięściami.
-Poczekaj, tym nic nie zdziałasz! No, może ją jeszcze bardziej wkurzysz, ale tego to my chyba nie chcemy, nie?- Próbował uspokoić dziewczynę Saiyan.
-No niby tak, racja-uspokoiła się.
Vejita odetchnął.
-To co zamierzasz z tym zrobić, geniuszu od siedmiu boleści?- ale i tak musiała się na kimś wyżyć.
-Zaraz zobaczysz- uśmiechnął się tajemniczo i poleciał z tobołkiem w stronę potwora.
-Ej, Blondi!- wydarł się.
Małpa spojrzała w jego stronę. „To ja, Vejita! Wiem, że mnie pamiętasz!" Bestia warknęła i zamachnęła się na niego łapą, odsunął się bez problemu.
-Zobacz!- Zamachał szmatką, która okazała się sukienką od Marca Jacobsa.
-Chyba nie chcesz być już taką wielką, brzydką, grubą małpą, nie? Wyobrażasz sobie życie bez pokazów, modnych ciuchów, popularnych znajomych, albo siebie samą z taką figurą?- Zawołał.
Junigatsu przypatrywała się całej tej scenie z szczerym zdziwieniem. Kiedy zdziwienie przeszło, jej spojrzenie wyrażało najszczerszą dezaprobatę.
-Widzisz tę sukienkę? Jest od eee… Monique Lhuillier, jeżeli się nie zmienisz, to już nigdy takiej nie założysz! Rusz tym swoim czerepem i zacznij się przemieniać, no!
Oozaru spojrzała na ubranie, wzięła je w swoje wielkie łapy i przytuliła do siebie. Zabłysła, zaczęła się zmniejszać i po krótkiej chwili była już SSJ4. Junigatsu zaliczyła glebę, nie przypuszczała, że można zmienić się przez wspomnienie o ciuchach. Ona sama potrzebowała do ewolucji wiadomości, że dziadek Goku wrócił, i że jest mu przykro widzieć, jak jego wnuczka wszystko rozwala w cholerę (informacje te były oczywiście nieprawdziwe, acz skuteczne).
Nichiyobi spojrzała najpierw na ciuch, który trzymała w ręku. „Ale to jest Marc Jacobs!"- wkurzyła się „świeżo upieczona Czwórka".
-No i co z tego- fuknęła dziewczyna odkopująca się z gruzów. Ki siostry odrzuciło ją na kilka metrów.
-Vejita, teraz się scalamy?
-Nie, przecież wiesz do czego zdolne jest to Vegatsu. Ja bym nie ryzykował i tobie też nie pozwalam. Najpierw podzielimy się energią Blondi, a potem dokonamy fuzji- odpowiedział, przy czym ostatnie dwa słowa wypowiedział z wyraźnym niesmakiem.
-Moją energię?
-Tak, twoją. A czemu ty jesteś taka inna?
Faktycznie. Nichiyobi wyglądała dość dziwnie, nawet jak na SSJ4. Miała pomarańczową sierść i niebieskie oczy, jej włosy były koloru blond.
-Łał, wyglądam jak Mandaryna!- Ucieszyła się Saiyanka, kiedy w końcu spostrzegła zmianę w swoim wyglądzie.
-Raczej jak Yeti Mandaryna- wrzuciła Junigatsu.
-Taa, a w tej spódnicy to już w ogóle zajebiście wyglądasz!- dodał Vejita i oboje zaczęli pokładać się ze śmiechu.
-Dobra już wystarczy!- Wnerwiła się ofiara kpin.
Zero reakcji.
-Chcecie moją ki, czy nie?!
Po chwili uspokoili się.
Złapcie mnie teraz za ręce.
-Vejita, ona powiedziała za ręce, a nie z tyłek!
-Ju-Ni, no… to taki żarcik tylko…
-Zazdrosna?- Spytała ją siostra.
-Nie! I zamknij się!- ale jednak dziewczyna się zarumieniła.
Zamienili się w SSJ4 i złapali ją za ręce. Cała trójka wytworzyła aurę i rozpoczęli koncentrację ki, pomagali sobie krzykiem. Przekaz energii trwał dobre pięć minut, gdy poczuli, że ktoś teleportował się na pole walki i wyciszył ki. Teraz nie mieli czasu na sprawdzenie tożsamości „gościa", zdecydowali, że zajmą się tym po wszystkim. Jakieś trzy minuty później proces zakończył się.
Vejita i Junigatsu byli zachwyceni otrzymaną energią, natomiast Nichiyobi ciężko było oddychać, ale jakoś trzymała się w powietrzu.
-No to zaczynamy fuzję- powiedzieli jednocześnie ze zrezygnowaniem w głosach, nie byli wcale przekonani do tego pomysłu. Vegatsu to nieobliczalna istota. Ale doskonale wiedzieli, że nie mieli innego wyjścia.
Zajęli pozycje i wykonali taniec fuzyjny.
-Fu- Sion- Ha!
Postacie złączyły się i przez chwilę było widać tylko rozbłysk. Ale zaraz potem wyłonił się wojownik, co w sumie nie było takie pewne, bo Vegatsu nie miał bliżej określonej płci. Sam(a) określał się zależnie od humoru.
-O, Kami samo- westchnęła Nichiyobi.
Znała Vegatsu nawet zbyt dobrze. Jego wizyta nie wróżyła nic dobrego.
-Nyo, to ja wyciszę ki, żeby jaszczurka przylazła, hehe…- pierwsze zdanie efektu fuzji.
Chwilę później wstał. „Znudziło mi się to czekanie"- użalił się w myślach.
-EEEEEJ! TY MEGA ŻABO, NA ZIEMIĘ, SWEET VEGATSU KOPAMI DZIELI!!!!- Wydarł się.
Saiyanka odsłoniła uszy. Ofuknęła go:
-Czy ty się zawsze musisz kurde drzeć na cały kurde wszechświat?!
-A czemu i nie…
Zaraz potem teleportowała się niemożliwie rozeźlona Shade.
-Chcesz śmierci, śmieciu?
-Nie dziękuję, już byłam w Biedronce- uśmiechnęła się idiotycznie Vegatsu i zatrzepotała rzęsami.
-Blondi, ten brzydal o paszczy debila to ten cały smok?
Kiwnęła głową.
-Brzydal o paszczy debila?!- wydarła się rozjuszona Shade.
-Czyli brzydka twarz kogoś głupiego.- wyjaśnił Vegatsu z anielskim uśmiechem.
-Kurr...! Ja ci dam, trepie!- Wściekła się.
Rzuciła w niego jednym z potężniejszych fireballi. Vegatsu bez problemu odbiło go gdzieś w przestrzeń kosmiczną.
Tylko na tyle cię stać? –Podniósł brwi i w tym samym momencie wystrzelił kiaiho z oczu, które trafiło smoczycę w twarz uszkadzając jej część i mocno zraniło ją w prawe oko.
Shade rzuciła się na niego z pięściami. Na Vegatsu posypał się grad śmiertelnych nawet dla SSJ4 ciosów. Na tworze fuzyjnym nie robiły jednak one żadnego wrażenia. Na twarzy miał głupkowaty uśmieszek.
-No, pora to kończyć- oznajmił i zrobił kilka przysiadów, ot, tak dla rozprostowania kości. Wyprostował się złożył ręce jak do Final Flasha i skumulował ki, potem ułożył je jak do kamehameha.
Na twarzy Shade malowało się śmiertelne przerażenie. Trucizna działała już od jakiegoś czasu. Tego ataku mogła nie przeżyć.
-FINAL KA-ME-HA-ME-HA hahahahahahaha! -Z rąk Vegatsu wprost na twarz Smoczycy wystrzeliła kupa śmierdzącej breji.
-Łooooo, hohohoho, ehehehehehehe!- Saiyan prawie wymiotował ze śmiechu.
-Mogłaś widzieć swój ryj!!!
W tym miejscu Vegatsu pokazał swoją mocno przesadzoną wersję wyrazu twarzy Shade. Wyglądało to komicznie. Nawet Nichiyobi się śmiała.
-Jesteś żałosny.- warknęła Smoczyca.
-Żałosne?- zdziwił się.
-To jest żałosne!
Vegatsu odsunął się trochę i zaczął tańczyć jakiś chory, idiotyczny i chaotyczny taniec.
To był dopiero początek cudownego występu. Zaraz potem, nie przerywając tańca począł śpiewać. Fałszował bardziej, niż było to konieczne.
„POWIEDZ CZY TYYYY WIEEEESZ
CZYYYM DLA CIEBIEEE MIŁOŚĆ JEEST
TO GORĄCY ŻAR CO ROZPALA CIĄGLE MNIEEEE!
ŁOOOOOOO OO OOO O OOO!!!!
JEEE WSZYSCY RAZEM!!!!
ŁO OOOO O OO OOO OOOOO OOOO!
DISCO RULEZ JEEE!
BYŁEM NAD MORZEEEEM
JAAADŁEEEM GOOOOFRA Z MASŁEM!
ZACHÓÓÓÓD SŁOŃCA BYYYYŁ
A JAAA GRAŁEM W KAPSLE!!!
JEEE WSZYSCY GRAJĄ W KAPSLE!
ZRÓBCIE FALĘ!!!
U-U U-U !
WNET ZADZWONIŁ DO MNIE
CHŁOPAK MOJEEEEJ LAAASKI!!!
CZEMU JEGO SYYYN LUBI KREM
SUŁTAAAAŃSKIII!
HIT ME BABY ONE MORE TIME…"
(wykorzystano "utwór" Divana I Elfina- „Powiedz, czy ty wiesz")
-Dosyć cholera jasna!!!- Shade wściekła się i rzuciła w artystę najpotężniejszym ze swoich ki blastów. -Zamknij się kurde!- dodała.
Saiyanka przyglądała się temu wszystkiemu wryta z dziwnym wyrazem twarzy.
Vegatsu wyłonił się zza dymu.
-Ty!- Wskazał wściekły środkowym palcem na Shade. –Przerwałaś mój debiut artystyczny!!! I Zarysowałaś moją kamizelkę! I wiesz co? Zabiję cię za to łajzo! I tym razem nie żartuję!
Odsunął się i skoncentrował. Otoczyła go złota poświata. Ruszył do ataku, ale nie było widać człowieka, tylko złotego smoka, który coraz bardziej zbliżał się do unieruchomionej szokiem Shade.
-Dragon Fist!- Wydarł się Vegatsu i przebił Smoczycę na wylot i jednocześnie rozrywając ją na cząsteczki. Po wszystkim.
Wylądował na ziemi i położył się. Dziewczyna usiadła obok.
-Nie rozumiem, najpierw mówiłeś, że to było żałosne…
-Ale potem odkryłem w sobie talent. No bo jestem cholernie utalentowana, nie?
-No jesteś...- wolała nie ryzykować.
-A tak dobrze mi…- zaczęła Junigatsu.
-Szło…-dokończył Vejita.
Na swoje nieszczęście Vejita znajdował się na dziewczynie. Oboje się zarumienili.
-Czego się lampisz? Jazda ze mnie!- Saiyanka najwyraźniej doszła już do siebie.
Junigatsu zrzuciła z siebie chłopaka jak kupę liści.
-Blee...-dodała otrzepując się z nieistniejącego brudu.
-Ałć.- jęknął.
-A jak on w ogóle wyglądał?
-A, wiesz, typowy strój fuzyjny, czerwone włosy niebieskie oczy, bordowa sierść i takie tam…
-Ile ofiar w ludziach?- spytał Vejita.
-Tylko ta głupia menda. Załatwił ją jednym Dragon Fistem. Z miejsca.
-Łooo, to chyba się musiał nieźle wkurzyć- zdziwił się Vejita.
-Musiała.
-Musiał.
-Jak się określało?- zapytała Saiyanka.
-Różnie.
-A czym się tak wkurzył?- Vejita zostawał przy swoim.
-No…. Eeee… ten…-zaczęła się gubić.
-He, he powiedzmy, że Vegatsu źle znosi krytykę.- do rozmowy włączył się przyjazny głos tego kogoś, kto teleportował się tutaj niecałe pół godziny wcześniej.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Junigatsu i Nichiyobi stały „wryte w ziemię". Tego się nie spodziewały. Nie dzisiaj. Vejita nie wiedział, co się działo.
-Co?!- wydarł się.
Nikt nie zareagował.
-CO?!- powtórzył.
Junigatsu zerwała się na równe nogi. Jej siostra po chwili też.
-Dziadeeeeek! Dziadku wróciłeś nareszcie!!! Super!!!- darły się jedna przez drugą.
-Dziadek?- Vejita nie w temacie.
Tajemniczy facet uśmiechnął się serdecznie. Młodsza Saiyanka pierwsza wpadła w jego ramiona, o włos wyprzedzając siostrę. Wtuliła się mocno.
-Dziadku Goku…- wydusiła z siebie i rozpłakała się. Jak dziecko…
-Nichiyobi też płakała, obok siostry wtulając się w Goku.
-Tak bardzo chciałem was zobaczyć…-Goku przytulił się jeszcze mocniej, i uronił jedną łzę, której jednak nikt nie widział.
-Goku…-Vejita nareszcie zaczął rozumieć sytuację.
Zasmucił się, że jego dziadka nie było. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się sam. Odkąd nie miał ojca był sam…
-Panie Goku, co pana tak długo zatrzymywało tak daleko od domu? Widział pan może mojego dziadka?- Zaczął książę.
-Eee, ten byłem to tu, to tam, no i tak jakoś wyszło…A wnioskując po twoim wyglądzie, to chyba chodzi ci o Bejitę? Nie, nie widziałem go. Aha, i mówcie do mnie Goku, bo się normalnie zaczynam czuć stary…
Słychać jakieś dziwne burczenia.
-Macie może coś do jedzenia? Głodny jestem….
GLEBA
-Jasne, w domu zawsze pełna lodówka…-zaczęła Nichiyobi.
-Wcale się nie zmieniłeś, co Kakarotto?
Cała ekipa spojrzała w kierunku, z którego wydobywał się głos. Goku uśmiechnął się, pomachał, i rzucił:
-Siema.
Junigatsu przypatrywała się nowej postaci uważnie, miała już swoje przypuszczenia, co do tożsamości przybysza, Nichiyobi gapiła się tępo wyraźnie pogubiona w tym wszystkim. Vejita przez chwilę był wybity z rzeczywistości, ale po chwili mu przeszło i swoim zwyczajem ruszył do ataku:
-Wylegitymuj mi się tu i teraz, cholerny klonie!
-Ja ci dam, pieprzony gówniarzu! Właśnie wnerwiłeś księcia Saiyan, pojebie jeden!- Odpyskował tamten .
„Bejita, wiedziałam, identyczne pyski, cholera we łbach chyba też mają to samo"- pomyślała.
-Taki jesteś kozak?- fuknął młody.
-A chcesz w ryja?- Rozszyfrowany przynajmniej przez większość Bejita odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Chyba ty zaraz zarobisz, trepie!
-Startuj, kurna!
Oboje rzucili się na siebie, zaczęli wyzywać, targać za szmaty, kopać, drapać i strzelać pociskami ki. Zupełnie jak pijane dresy spod monopolowego, nie jak wojownicy.
-Bójka, bójka!!! Idę do nich!- darła się blondynka.
-Albo, nie- jeszcze się pobrudzę dodała po chwili.
-Nie ma to jak spotkanie po latach, nie?- Młodsza Saiyanka spytała Goku i wskazała na bijących się.
-Tak, właściwie czegoś takiego się po nich spodziewałem, konflikt pokoleń, ha ha.
-Lepiej ich powstrzymam, zanim dojdzie do prawdziwych rękoczynów.
Walczący pozamieniali się już w SSJ, i chyba naprawdę zamierzali co najmniej pouszkadzać się nawzajem.
-A dasz radę, może ci pomóc?
-Nie, nie trzeba. Patrz i ucz się.
-Okej.
Junigatsu odskoczyła kilkanaście metrów w tył, i chwyciła porządnego kamienia z gruzów. Przesunęła się tak, aby być na wprost obu dumnych Saiyan i podrzucała sobie kamień lewą dłonią, wzięła zamach, i rzuciła kamieniem z całej siły. Biedny Vejita oberwał prosto w swój złoty łeb.
Przestali się lać, spojrzeli na dziewczynę, która była już przy nich.
-A ty tu czego, szmato?- warknął Bejita.
-Gościu, pożałujesz tego, żegnaj!- uśmiał się chłopak.
Dosłownie w ostatniej chwili powstrzymała się od rozniesienia faceta na strzępy.
-Nie pozwalaj sobie, bo źle skończysz- rzuciła tylko tonem pełnym wyższości.
-A teraz kretyni patrzcie na mnie, jak do was mówię. Bejita ten gościu to twój prawnuk, jak już zauważyłeś, jesteście wręcz identyczni, więc się lepiej pogódźcie, bo dwóch obrażonych książąt nie zamierzam znosić, co oznacza, że któryś z was prędzej, czy później oberwie. Vejita, to jest ten twój pradziadek. Wszystko jasne? Fajnie.
-Co?- zapytał zbity z tropu Vejita, masując sobie obolałą głowę.
-To.- prychnęła.
Nichiyobi na chwilę zakręciło się w głowie i straciła przytomność zamieniając się znowu w regulara. Grupa to zauważyła.
-A tej co??- Zdziwiła się Junigatsu.
Vejita wzruszył ramionami, Goku lekko się zaniepokoił.
-To opóźnione działanie ciosów tej smoczycy, czy jak jej tam. Zaraz jej przejdzie-Wyjaśnił ze stoickim spokojem Bejita.
Po paru minutach dziewczyna ocknęła się, wstała i otrzepała z kurzu. Cały czas milczała.
-A może pójdziemy w końcu coś zjeść?- zaczął Goku, żeby rozładować napięcie…
-Okej.
Junigatsu wzruszyła ramionami, ale tak naprawdę była głodna, jak zwykle z resztą. Goku, nie ukrywał radości. Właśnie mieli iść, kiedy zauważyli Czarno-gwiazdkowe kule porozrzucane po okolicy. Nichiyobi zebrała je i położyła w jednym miejscu.
-Zostaw!- wydarli się wszyscy chórem, ale było już za późno.
Niebo znów zrobiło się ciemne i pojawił się Smok. –
Dziękuję za uratowanie mnie w zamian spełnię dwa wasze życzenia, i nie będziecie ponosić żadnych konsekwencji- rzekł.
-Przywróć stolicę do stanu sprzed walki, nie mam drugiego życzenia, możesz odejść.- Odezwała się w końcu.
Smok błysnął oczami i spełnił życzenie, po chwili odszedł zostawiając kule. Wszystko wróciło do normy. Dziewczyna wzięła kule do rąk, spojrzała na towarzyszy i rzekła:
-Na co się tak gapicie, czas wracać do domu, a poza tym panowie- spojrzenie na Goku i Bejitę -mają nam z pewnością wiele do opowiedzenia.
-Co ci jest, nie zachowujesz się jak idiotka…-zdziwiła się niezwykle troskliwa siostra.
-Nie jestem idiotką, za to ty jesteś bezczelna, moje IQ wynosi 148, nie masz prawa nazywać mnie idiotką, ty prymitywna istoto!
Junigatsu tylko się sarkastycznie uśmiechnęła.
-Moja droga siostro, czyżby twoja pamięć pozostawiała tak wiele do życzenia?? To, że nagle masz dwa wyższe IQ, nie oznacza, że jesteś inteligentniejsza ode mnie. W dalszym ciągu 171 jest liczbą większą od 148. Powiedz mi jeszcze, co robiłaś pięć minut temu?- Słodkim, sztucznym głosem zapytała młodsza z sióstr.
-Oh, nie pamiętam, to nieistotne.
-Czy to możliwe, żeby silne uderzenia wywołały takie zmiany w mózgu, jakich efektem jest to z naciskiem na słowo „to", co stoi przed nami? –zastanowiła się Saiyanka.
-To bardzo możliwe- odpowiedział Vejita.
-Nieee, nie może być- niedowierzał Goku.
-Kakarotto, i ty to mówisz?- Westchnął Bejita.
-Ano tak, przypomniałem sobie…Uderzyłem się w głowę, i…
-A jakby jej tak chlasnąć jeszcze raz?- Zastanowił się Vejita.
-Może się jeszcze na coś przydać, jak będzie zbędna, to ja się nią zajmę, oki?
