Rozdział III
Więzy krwi…
W Capsule Corp. Wszyscy zasiedli właśnie do obiadu. Junigatsu, Nichiyobi i Vejita właśnie mieli zacząć jeść, gdy rozległ się przeszywający wrzask:
-Wy! Umyć się i przebrać, a nie mi tu będziecie brudzić wszystko! Jazda!- głos należał do Burmai, babci Vejity.
-Ale…-chłopak był strasznie głodny.
-Żadnego ale! Jeść to by każdy chciał, ale robić to nie ma komu! Sprzątam, gotuję, wszystko w tym domu cholera robię, a ty tylko się uwalisz na tyłku, żądasz żarcia, myślisz sobie, że jesteś jakimś obsranym księciem, i nawet nie raczysz zasiąść czysty do posiłku! Idziesz się przebrać i to teraz zaraz!- Wściekła kobieta po pięćdziesiątce zamachnęła groźnie patelnią ,a, że miała w sobie saiyańską krew, takie uderzenie i Vejitę mogło zaboleć, szczególnie, kiedy w taki cios wkładało się uczucia. Chłopak wolał już się nie stawiać, podkulił ogon i poszedł po świeże ciuchy.
Kiedy całe towarzystwo skończyło się dusić ze śmiechu i trochę odetchnęło, Bejita rzucił:
-Święta krowo, ona jest zupełnie jak Bulma…
-Też cię tak tresowała?- Zaśmiał się Goku.
-Stul pysk, Kakarotto! Ty to bez pozwolenia tych swoich krzywych cycków nie mogłeś nawet usiąść na tym swoim głupim tyłku, pantoflarzu jeden ty! Nie dość, że toto brzydkie, to jeszcze wredne, hehe. Zresztą czego miałem się po tobie spodziewać, i tak głupi jesteś.
-Ej, to nie było miłe! A jak ja jej to obiecywałem, to nie była wredna, a jak się chajtałem, to nie była brzydka!- Bronił się Goku.
-Ty debilu, jak jej to obiecywałeś, to nie wiedziałeś, o czym mówiłeś. Jak się żeniłeś, też nie byłeś świadomy tego, co cię czeka.
-A skąd ty to wiesz?
-Bulma mi opowiadała. I w ogóle to jesteś popieprzony i głupi!
Na stole było dużo piwa.
-A ty głupi!
W międzyczasie Vejita doszedł do łazienki.
-Zajęte! Mogłeś iść pierwszy, a nie pyskować!
-A ty jeszcze tutaj!- Wkurzyła się babcia.
-Ale jest zajęte…
-Mam to gdzieś! Idź się na dwór przebierać!
-Ale to środek miasta.
-Nie obchodzi mnie to. Wcale.
-JUUUUU-NIIIIIIIII! Cholera!
Saiyan wściekł się i siłą otworzył drzwi. Wchodząc zamknął je za sobą. Po chwili rozległ się wrzask i odgłos tłuczonego szkła. Vejita wyleciał z hukiem i wylądował dopiero przy frontowych drzwiach. Rozmasował sobie policzek, na którym miał odcisk ręki.
-Ty i tak nie masz czego pokazywać!
Ułamek sekundy później całkowicie ubrana dziewczyna doskoczyła do niego i poprawiła z drugiej strony. Potem wzięła go za ubrania i wrzuciła do łazienki, dodatkowo strzelając w jego kierunku fireball'em. Po chwili uspokoiła się i usiadła przy stole, jak gdyby nigdy nic nie zaszło. Usłyszała ciąg dalszy rozmowy Goku i Bejity.
-Czego się w ogóle wystroiłeś jak ostatni palant!
-To ty się ubierasz jak nie wiem co! Ja pracuję i noszę taki strój. –Zaznaczył dumny z siebie Goku.
-Nie rozśmieszaj mnie, Kakarotto! Ty pracujesz?! A czytać umiesz?
-Umiem! –opowiedział głosem urażonego pięciolatka.
-Ale pisanie to już dla ciebie za trudne, nie?- Książę uśmiechnął się szyderczo.
Goku wolał to przemilczeć, i obrażony odwrócił się do Bejity tyłkiem.
-Gdzie pracujesz? W cyrku!? Haha, dla ciebie to idealnie miejsce.
Syn Bardocka nie wytrzymał, i rzucił w Bejitę tortem.
-Pożałujesz tego! Wnerwił się Bejita.
Po chwili toczyła się zażarta bitwa na jedzenie, do której chętnie przyłączyła się Junigatsu.
Nichiyobi siedząca jak dotąd cały czas cicho uśmiechnęła się pod nosem i rzuciła:
-Nie ma to jak spotkanie po latach.
Przeniosła ocalałe jedzenie na czysty stół, żeby je zjeść w spokoju.
Parę minut później do pomieszczenia wróciła Burmai i zszokowana całym widokiem
Zaczęła rzucać w całą trójkę garnkami, i innym cięższym sprzętem AGD. Posiniaczeni i poobrażani na siebie usiedli w końcu spokojnie. Tak skończył się powitalny obiad.
Godzinę później wszyscy spali w salonie w większości poobklejani ciastem, i nieświadomi niczego. Efekt z pewnością wzmocnił alkohol. Nagle przed domem słychać było wielki huk. Hałas obudził całą ekipę, o mało nie przyprawiając ich o zawał serca. Goku wyjrzał za okno, i zobaczył, że to kapsuła kosmiczna.
-Ki czort kurde, kogo licho niesie…-warknął lekko skacowany Bejita, któremu najwidoczniej obce było pojęcie gościnności.
-Chcesz alka seltzer??- Zapytała Junigatsu, kierująca się do kuchni.
Po drodze potknęła się o próg i jej twarz przeżyła bliskie spotkanie z podłogą.
-Kurde!!! Kto to tu postawił!- Rozglądała się po pokoju szukając wzrokiem winnych, całkowicie już obudzona.
-Wal się ty i to twoje alka setz…alka seltz…alka… ten twój kacostop! Trza zobaczyć, kto to jest i mu wpier…
-Uspokój się!- syknęła Blondi przerywając mu w pół słowa.
-Trzeba- poprawili go jednocześnie Junigatsu i Goku.
-A od kiedy wy tacy poprawni?!
-Ja od zawsze.
-A mi było do pracy potrzebne... -rzucił Goku.
-Dziadek, ty lepiej idź wytrzeźwieć, my się tym zajmiemy-westchnął Vejita patrzący z politowaniem na starszą wersję siebie.
-A co do tej pracy, to masz może jakiś normalny strój, bo ja ten, na urlopie jestem…-szepnął Goku do wnuczki.
-Coś się znajdzie, chodź.
Po chwili Goku był na dole w nowych ciuchach.
Bejitę chwilowo zatkało.
-Wiedziałem, dupku, że w cyrku robisz! A w tym to pewnie występujesz, nie? Hehe!
SRU! Książę przed chwilą oberwał lampą w łeb i padł nieprzytomny.
-Pośpij sobie.-rzekła dziewczyna za anielskim uśmiechem.
-Zaczynam się ciebie bać…-zaczął Goku.
-Żyj ze mną w zgodzie, a nic ci się nie stanie- Poklepała go po plecach. –No i sorry za to, nie miałam innych ciuchów. Wątpię, żebyś wolał moje damskie.
-Twoje damskie, wyglądają jak męskie. I jak przez faceta noszone. –Zauważyła Nichiyobi.
Goku faktycznie w nowym stroju wyglądał nawet jak na siebie nietypowo. Koszula, t-shirt z napisem „sexi" zamiast „pepsi", proste krótkie jeansy do kolan i różowe conversy, zdecydowanie do niego nie pasowały.
-Ale chodźmy w końcu sprawdzić, kto to jest. –rzucił Bejita.
Cała czwórka mniej lub bardziej prosto wyszła w końcu przed dom. Ze statku dało się słychać głosy:
-Otwórz się!
-Znowu się zacięło.
-Odsuń się.
W tej samej chwili drzwi rozsadził mały pocisk, a z dymu wyłoniły się dwie kobiece postacie. Pierwsza z nich wyglądała na jakieś dwadzieścia lat, miała czarne, długie włosy i czarne oczy. Ubrana była w coś w rodzaju różowej zbroi u góry i szeroką, długą niebieską spódnicę, w pasie przewiązaną kokardą. Uśmiechała się przyjaźnie do zgromadzonych wokół nich ludzi. Druga mogła mieć około dwudziestu trzech-dwudziestu pięciu lat, oczy jej były koloru złotego, a włosy miała czarne i krótkie. Nosiła strój podobny do tego, jaki zwykł nosić Goku, z tym, że cały z wyjątkiem fioletowej koszulki i pasa był koloru czarnego. Dziewczyna opierała się o ścianę statku, również uśmiechając się lekko. Obie miały ogony.
Pierwsza zaczęła ta młodsza:
-Czy to jest ee.. Zimia?
-Ziemia. –Poprawiła ją ta druga.
-Tak, jesteście na Ziemi.- Odpowiedział spokojnie Goku.
Patrzył na dość krótkowłosą dziewczynę stojącą z tyłu. Ona też spoglądała na niego ukradkiem.
Długowłosa dziewczyna odezwała się:
-Fajnie. Nazywam się Lait, to jest moja najlepsza kumpelka Shadow.
Shadow z lekka rozszerzyła uśmiech i pokazała „pokój".
-Jesteśmy Saiyankami, przybyłyśmy w pokoju. Ty jesteś Kakarotto aka Goku??
-Nazywam się Goku, Bejita debil mówi na mnie Kakarotto, ale to aka, to nie wiem, co toto jest…
Saiyanka podała mu dłoń.
-Siemasz, wiedziałeś, że masz siostrę?
-Łoo…wiedziałem, że mam Braciaka, ale… czy ty nie jesteś za młoda na moją siostrę?
-A ty dlaczego się nie starzejesz?- dodała ściszonym głosem.
-No bo umarłem i dostałem nowe ciało i ono się nie starzeje.
-No właśnie.
-To wy też…?
-Tak, my też.
Z domu wyłonił się w końcu Bejita otrzeźwiony na swój sposób leczniczym działaniem lampy. Rozejrzał się trochę, ale po chwili dosłownie go zamurowało.
Shadow na jego widok wyrwała się z zamyślenia i zacisnęła wrogo pięści.
-Shadow…-wycedził sztucznym sarkastycznym tonem. –Kupę lat…
-Bejita…-warknęła kobieta. –Witaj, stary- dodała zaznaczając ostanie słowo.
-Ty tutaj?? O, Lait, moja droga ciebie też dawno nie widziałem.
Podszedł do niej tak blisko, że ich twarze dzieliły od siebie zaledwie centymetry.
-Kochana-rzucił oschle, a na jego twarzy zawitał ten co zwykle głupkowaty uśmieszek.
Kobieta nie do końca świadomie zaczęła koncentrować ki, ale po chwili uspokoiła się, nie przybyła tu, aby zabijać sojuszników. Zacisnęła tylko pięści na swojej spódnicy.
-Odejdź, nie jesteś wart tego, byś ginął z moich rąk.- Warknęła chłodno.
Bejita cofnął się o parę metrów, na odchodne rzucił:
-Nie masz ochoty na rewanż?? A może po prostu wiesz, że nie jesteś w stanie nic mi zrobić? Ostatnim razem obie nawet mnie nie zabiłyście.
-Rozumiecie coś z tego??- Zapytał Goku przysłuchujący się całej wymianie zdań.
Reszta pokręciła głowami.
-Mogłabym zabić cię jednym ruchem, ale mam lepsze rzeczy do roboty. Ironia losu, ale przybyłyśmy wam na pomoc. – Rzekła Shadow.
-Hmpf, nam?? Na pomoc? Słyszysz to Kakarotto? Jakbyśmy my potrzebowali pomocy! Haha!
-Niestety doskonale wiem, o czym one mówią. Urwałem się z roboty, żeby…
-Dowiem się wreszcie gdzie jakiś debil cię zatrudnił?- Przerwał mu Bejita.
-Nie teraz.- spoważniał Goku.
Kontynuował przemowę:
-Posłuchajcie mnie teraz. Babidi i jakiś cholernie mocarny gościu uciekli z piekła i wskrzesili wszystkich Saiyan, tworzą teraz idealną armię po to, żeby nas zgładzić. Mamy rok na przygotowania. Wszystko to, co przechodziliśmy do tej pory razem wzięte to pikuś, wierzcie mi, czeka nas piekło. No i to my jak zwykle jesteśmy ostatnią nadzieją Wszechświata, bo oni mają cholernie duże ambicje.
-To znaczy, że mój ojciec żyje?- Spytał jako pierwszy Bejita.
-Ten gość go zabił. – odpowiedział Goku.
-Co to za Kaczysyn? –zdziwiła się Juni.
-Kaczysyn? –zainteresowała się Lait.
-Czyta za dużo „Newsweeka". –wyjaśnił Vejita.
-Jakiś Goran.- ponownie odpowiedział Goku.
-Kto?
-A może imię Aidan coś ci mówi?- Syknęła Lait.
-Nie…-Bejita przerażony niedowierzał własnym uszom.
„Dlaczego przeszłość ciągle się na mnie mści?"- pomyślał.
Po chwili znów zaczął logicznie myśleć.
-Ale dopóki nie scalił się z jakimś półsaiyanem, nie jest AŻ taki groźny…
-A nie zastanawiałeś się, dlaczego nazywa się teraz Goran?
-to niemożliwe…-książę padł na kolana i patrzył się załamany tępo przed siebie.
-A jednak. To jeszcze nie wszystko. Najpierw jako Aidan i Eva scalili się z tamtymi, i dopiero tym scalenie się za pomocą tych kolczyków. Wiesz, że to oznacza, że będą jeszcze silniejsi…
-Stary, ja wiem, że będzie trudno, ale nie załamuj się, damy radę, zobaczysz…-Goku jak zwykle zapomniał już o kłótni i pocieszył swojego „kumpla".
Dumnemu Saiyanowi nie chciało się już nawet nawrzeszczeć na Kakarotto, tak jak to robił za każdym razem, kiedy próbował mu pomóc. Wstał i bez słowa wyjaśnienia gdzieś poleciał. Nikt nie próbował go zatrzymywać. Bejita lubił być sam, szczególnie wtedy, gdy miał jakiś problem.
W międzyczasie wszyscy wrócili do domu.
-W takim razie lecimy do Dende' go na treningi?- Zaczęła Junigatsu.
-Ale są limity i…
-Wiele się pozmieniało, od pana ostatniego pobytu tutaj. Możemy tam siedzieć nawet pięć dni z rzędu, i to tyle razy, ile chcemy. Nieźle, nie?- Vejitę cieszyła myśl o treningu.
-Aha. W takim razie zaczynamy za pół roku!
-Co?- Nikt nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
-No, mamy się wzmocnić, a nie przeforsować. A poza tym mamy tyle czasu…No i chciałbym was lepiej poznać, zanim wrócę do siebie…
-To znaczy, że nie zostajesz?!- Wkurzyła się Junigatsu.
-Ja nie wiem, czy mi pozwolą...biuro i w ogóle…
-Biuro możesz przenieść tutaj, mamy największy dom w stolicy. Siedem pięter, dziewięć pod ziemią…duże toto, jak na chatę jednorodzinną…
-No to może się skuszę…
-A, mamy taką prośbę, czy mogłybyśmy u was zostać…nie bardzo mamy dokąd iść…-zaczęła Shadow.
-Jasne!- odpowiedzieli wszyscy.
-A tak w ogóle, to skąd was stać na taką chatę??- Zdziwił się Goku.
-Oj, Goku…Nie pamiętasz?- rozległ się znajomy głos.
Należał do kobiety stojącej w cieniu.
-Nazywam się Bulma Briefs.. Jestem najbogatszą kobietą świata.
Wyszła z cienia, a za nią szła Nichiyobi.
-Bulma? –ucieszył się Goku. –Jak ja cię dawno nie widziałem!- Rzucił się wzruszony w ramiona swojej przyjaciółki.
-O, odmłodniałaś? Skąd się wzięłaś, myślałem, że nie żyjesz!
-A od czego są Kule…-uśmiechnęła się Bulma.
-Ale kto i kiedy je zebrał?- Zdziwił się Vejita.
-Ja je miałam cały czas-fuknęła Nichiyobi.
-Jest tu gdzieś Chi Chi…?- Zaczął niepewnie Goku.
-Nie mogliśmy jej wskrzesić, umarła śmiercią naturalną, przykro mi…
-Ahaaa…a ty nie umarłaś śmiercią naturalną?
-Goku, nie wnikaj. –Bulma ucięła krótko.
-Okej.
-Aha, Goku, za rok na pomoc przybędą twoi starzy. Na razie są „szpiegami", no i przy okazji szkolą się u nich.
-Łał, poznam moich starych! Ale zaraz, czy oni mnie nie porzucili jak byłem mały?
-Nie, to nie zależało od nich. Nas też powysyłali. Dzięki temu żyjemy.
-A gdzie jest Bejita?- Spytała Bulma.
-Zdołował się i poleciał gdzieś tam. –rzucił Vejita.
Wtedy Bulma zwróciła na niego uwagę.
-Zaraz! Ty wyglądasz jak ten mój! Czy my nie jesteśmy aby spokrewnieni?
-Wygląda na to, że jestem twoim praprawnukiem, a w kuchni jest Burmai, moja babcia, a mój ojciec jest menelem i gdzieś się szlaja po świecie z jej ojcem menelem-wskazał na Junigatsu.
-Dzięki, teraz wszyscy wiedzą, że mój stary jest menelem.- warknęła dziewczyna.
-Czemu twój tata jest menelem? –zdziwił się Goku.
-Weź się jego zapytaj.
Bulma podeszła do chłopaka.
-Też jesteś takim samotnikiem, jak Bejita??
Vejita nie lubił być porównywany z nikim, więc szybko wymyślił:
-Nie, mam nawet dziewczynę. O, tu jest.
Przyciągnął zdziwioną Junigatsu do siebie i ot tak pocałował, jakby była jego „dupą" co najmniej pół roku. Przytulił ją do siebie i uśmiechnął się głupkowato. Dziewczyna dziwnie wykrzywiła twarz. Oto zapis ich telepatycznej wymiany zdań:
-„Wiesz, ile przyjdzie ci za to zapłacić?!"
-„Wiem, ale warto było".
Saiyanka gdzieś głęboko w sobie poczuła satysfakcję.
-Jak ci na imię? –Bulma tym razem zwróciła się do niej.
-Mówią na mnie Juni, Bloody, albo Ju-Ni, ale osobiście wolę to pierwsze.
-I jesteś jego dziewczyną?
-Przed chwilą się o tym dowiedziałam.- przy okazji wypowiadania tych słów kopnęła chłopaka w kostkę.
-Hehe, znam ten numer…-uśmiała się Bulma. –A dlaczego Bloody?
-Bo się lubię bić. W końcu jestem praprawnuczką Goku.
-No tak…
Bulma skierowała się do kuchni. Młodzi zostali sami w przedpokoju.
-Chodź, kochanie idziemy na solówę, mamy porachunki-wysyczała dziewczyna.
-Kiedy tylko chcesz, słonko…-Uśmiechnął się.
Zniknęli na co najmniej godzinę.
Bulma stanęła w drzwiach i patrzyła na tak bardzo podobną do niej samej tak samo z wyglądu jak i z charakteru wnuczkę. Podchodząca już pod sześćdziesiątkę kobieta paliła papierosa i patrzyła się tępawo w okno. Wyraźnie była zamyślona. Burmai miała dziesięć lat, kiedy po raz ostatni widziała babcię.
-Burmai…- zaczęła delikatnie Bulma.
Odwróciła się po to, żeby ochrzanić tego, kto śmiał wyrwać ją z jej własnych myśli. Jednak nie spodziewała się takiego widoku.
-Kyaaaaaaa!
-Cześć. –rzuciła Bulma.
Burmai oparła się o ścianę, złapała za głowę i westchnęła.
-Kami samo! Co ty tu robisz, przecież od dawna nie żyjesz…-Jak na naukowca przystało szybko powróciła do rzeczywistości.
-Ej, no to tak witasz babcię?
-Babcię? Jesteś młodsza ode mnie!
-Nowoczesne operacje plastyczne potrafią zdziałać cuda. A skąd się tu wzięłam? Ta blondynka mnie wskrzesiła, twoje toto?
-W prostej linii jest od Goku, ta druga też. Ten mały Bejito podobny jest mojego głupiego syna, co się szlaja gdzieś z ich ojcem. Wszyscy z wyjątkiem tych dwóch ostatnich mieszkają tutaj.
-Aha.
Parę minut później dało się wyczuć silną ki dochodzącą z podwórka. Rozmawiający ze sobą Nichiyobi, Trunks, który dopiero co wrócił z pracy i Goku gadający w najlepsze z Shadow i Lait zerwali się na równe nogi. Bulma i Burmai zaniepokojone widokiem zza kuchennego okna wbiegły do salonu.
-Co się dzieje?- Wkurzyły się właścicielki domu.
-idziemy zobaczyć. -rzucił zaciekawiony Goku.
Cała siódemka ponownie znalazła się przed domem ujrzała chyba kończących już walkę zakrwawionych nastolatków w formie SSJ4.
-Nie rozumiem. -zaczął Goku.
-Czego Goku nie rozumiesz?- Spytała Bulma dziwnie wpatrująca się w młodych.
Oni wyglądają tak, jakby już kończyli, a przecież ki poczuliśmy dopiero przed chwilą…- Syn Bardocka zmarszczył brwi i zamyślił się.
Ponad godzinę trenowali w specjalnej Sali, z której nie da wyczuć się ki, dopiero teraz przenieśli się na zewnątrz.- Wyjaśniła Nichiyobi.
-Aaha.- Odpowiedział obojętnie Goku, wciąż znajdujący się gąszczu własnych myśli.
Vejita wylądował ciężko na gruncie z trudem utrzymując równowagę, Junigatsu upadła na kolana podpierając się rękoma. Oddychała z trudem. Vejita był już przekonany o swoim zwycięstwie i spojrzał z wyższością na dziewczynę. Saiyanka wykorzystała moment jego nieuwagi i przycisnęła dłonie mocniej do ziemi.
-Golden Cage!- Wydarła się, a z ziemi wystrzeliła fala energii, która objęła całego chłopaka i zamknęła go na swój sposób jak w złotej klatce.
-Co do k… AAAAA!- Wydarł się książę, kiedy Junigatsu po raz kolejny przycisnęła dłońmi mocniej do powierzchni. Saiyana parzyło i kopało potężnym prądem jednocześnie, po dłuższej chwili był na skraju wyczerpania.
Goku zafascynowany był tą nową techniką, ale wiedział, że to już za duża dawka. Miał już krzyczeć „Zostaw, bo go zabijesz", ale ułamek sekundy wcześniej uprzedzając jego słowa Junigatsu wypuściła Vejitę z klatki. Upadł na plecy z dużej wysokości przy okazji uszkadzając sobie jeszcze jedno żebro. Był cały poparzony i dyszał ciężko. Odwrócił głowę w stronę z trudem siedzącej, wyczerpanej swoją techniką dziewczyny, która przed chwilą wróciła do swojego normalnego wyglądu. Vejita także powrócił już do regulara. W jego zachowaniu było coś innego, w jego wyglądzie też zaszła jakaś zmiana.
-Khe..Khe… myślisz, że wygrałaś…?
Tylko parsknęła.
-Kkkk… no to patrz…khehehe- wypowiadanie każdego słowa sprawiało mu nieznośny dla zwykłego człowieka ból, najwidoczniej przebił sobie płuco którymś z jego sponiewieranych żeber.
Osłabiona Junigatsu spojrzała tępawo w górę, zobaczyła dość wysoko nad sobą dwie wielkie kule ki, które przez całą walkę Saiyan gromadził na wszelki wypadek gdzieś z boku.
-Zidiociałeś, jeżeli trafisz tym w powierzchnię, to zniszczysz nie tylko mnie, ale i Ziemię!
Myślała, że koleś robi sobie z niej żarty, była prawie tak samo umierająca jak on! Blefował, nie mógł jej tym trafić, dziewczyna była o tym przekonana.
-Kkkk….kcholeraa…-syknął z bólu.
-No i nie walnę tym w Ziemię, tylko w ciebie…khhaaała…-wypowiedział te słowa z trudem.
-Co?- Zdziwiła się cicho.
Vejita wykonał kilka słabych ruchów dłońmi, unieruchamiając, i ubezwłasnowolniając na swój sposób Junigatsu, która klęła go w cholerę, chociaż tak właściwie nie miała już na to siły.
Wykonał kolejny słaby ruch ręką, który sprawił, że skrępowana niewidzialnymi linami Saiyanka uniosła się na wysokość tych dwóch kul, znajdując się dokładnie pomiędzy nimi.
-To nie fair!- Junigatsu wydarła się tak głośno, że na dole dokładnie ją słyszeli.
-TERAZ!- Wykrzyknął ostatkiem sił Vejita.
Dwie kule wleciały na siebie, a w środku nich znajdowała się unieruchomiona dziewczyna.
Zacisnął pięści, a kule zaczęły wydzielać z siebie jeszcze większą energię, bardzo dotkliwie raniąc wnuczkę Goku.
Vejita odsunął od siebie pięści i zacisnął tak mocno, że z rąk poleciała mu krew. Teraz dwie wielkie kule rozsunęły się trochę, i zaczęły prawie rozrywać dziewczynę na części.
--KKKKKYAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!- Zaczęła drzeć się Junigatsu przez tortury i męki, jakie sprawiał jej ten atak, zarówno jak i przez wściekłość zielonooka Saiyanka zaczęła w wyzwalać z siebie resztki ki w desperackiej próbie uwolnienia się. Zaledwie minuty dzieliły ją od śmierci.…
Goku był coraz bardziej wściekły, ale nadmierna ufność do ludzi kazała mu jeszcze wierzyć, że potomek Bejity za chwilę przestanie…
Nikt ze świadków rozgrywającego się dramatu nie wiedział, że był obserwowany… Całej sytuacji z wielkim rozbawieniem przyglądał się Goran, śmiejąc się bardzo głośno i co chwilę dolewając sobie kolejną lampkę czerwonego wina.
Niewiele było rzeczy, które aż tak bardzo go cieszyły. Ból, cierpienie, krzyki rozpaczy, ludzka agonia, i przyjaciele obracający się przeciw sobie, to właśnie obserwowanie takich rzeczy uwielbiał najbardziej. Uwielbiał też manipulować innymi.
Obok kryształowej kuli stał Babidi uśmiechał się. Też przepadał za takimi widokami.
-To jak, zostawić ich już w spokoju?- Spytał.
--Nie, teraz każ chłopakowi ją wykończyć. Ciekawe, czy Kakarotto zechce ratować swojego plugawego dzieciaka…-zastanowił się Goran.
-Mówisz, masz.- rzucił Babidi.
W tej samej chwili do pomieszczenia w którym się znajdowali weszła piękna czarno -brązowowłosa, czarnooka, skąpo odziana Saiyanka i jej równie atrakcyjna złotooka koleżanka o włosach czarnych jak noc. Obie zaczęły przystawiać się do Gorana i rozpoczęły masaż.
-Gościu, ty to masz wzięcie u lasek…-pozazdrościł mu Babidi.
I miał czego. Goran, aka Aidan był wyjątkowo dobrze zbudowany, ale nie był górą mięśni. Miał krótkie, spiczaste czarne i lśniące włosy i chłodne niebieskie oczy. Nie miał takiego wzięcia tylko dlatego, że był kimś w rodzaju Wodza, ale po prostu jak określały go Saiyanki- był sexy.
Babidi wyglądał jak mały, stary, łysy, pomarszczony i brzydki chomik, miał wielki łeb, chude rączki i nóżki i odpychający głos.
-Wiesz, jestem legendą-jak Elvis…-Goran nie krył nigdy tego, że jest narcystyczny.
-Fajnie.- Odpowiedział Babidi, wyraźnie chciał zmienić temat.
-Pozbędziemy się obu naraz, haha…- uśmiechnął się Goran.
-Ten parszywy klon Bejity długo nie wytrzyma, to go wyczerpuje, Babidi, miałeś zdaje się zająć dziewczyną…
-Aa, jasne.- Odpowiedział pospiesznie i wymamrotał jakieś zaklęcie pod nosem.
Babidi na początku chciał rządzić, a teraz sam był sługą, co za wstyd…Wolał jednak nie ryzykować własnego życia, Aidan bywał nieobliczalny, i był zdecydowanie najsprytniejszą, najpotężniejszą, najpodlejszą i jednocześnie najbardziej zadufaną w sobie osobą, jaką znał. Cholernie go wnerwiał, ale Babidi nie miał z nim najmniejszych szans.
„Niefart"- Pomyślał czarnoksiężnik.
Niecałą minutę wcześniej przed Capsule Corp.
Goku był doprowadzony do ostateczności. Nie chciał stracić wnuczki, tak jak stracił swoją Pan, już nigdy więcej z nią nie porozmawiał. Chociaż znał Junigatsu dopiero niecały dzień, już była jego ukochaną wnusią i oczkiem w głowie, chociaż miała już piętnaście lat.
Junigatsu prawie cały dzień próbowała zaimponować dziadkowi, nawet teraz, w obliczu śmierci. Ból był nie do zniesienia, najchętniej dałaby spokój i umarła, ale przecież nie mogła tak po prostu poddać się na oczach Goku…
-Przestań! -Ryknął rozwścieczony jak prawie nigdy Goku. -Przestań!- Powtórzył jeszcze mocniej, tak, że aż wszyscy się przestraszyli samego tonu jego głosu. Nawet Vejita z trudem przekręcił głowę.
-Kkkkkk… Wielki Kakarotto ma łzy w oczach…Khe Khe Khehehehehehe….
Młody Saiyan uderzył pięściami w ziemię. W kulach pojawiły się cząsteczki energii, które zaczęły się kumulować i wystrzeliły w ledwie przytomną Junigatsu paląc w wielu miejscach jej ciało niemal do kości. Vejita zaśmiał się okrutnie wypluwając przy okazji krew, Junigatsu wydawała z siebie coraz to bardziej przerażające jęki, brakowało jej już sił na krzyk…
Wokół Goku pojawiła się dziwna aura i z niemożliwą szybkością wskoczył w te dwie kule, chwycił Junigatsu na ręce i zaczął się wydzierać. Po niecałej minucie kule rozproszyły się. Wszyscy, nawet Goran na Vegecie byli zdziwieni tym, czego dokonał Goku.
Samym krzykiem zniszczył potężne Kule Tortur, którym przy wielkim szczęściu może podołałby SSJ4 w pełni sił. Tymczasem Goku nie musiał się nawet przemieniać w zwykłe SSJ…
-Co to ma być, cholera?- Wnerwił się drugi „Elvis"
-Powinien być ciężko uszkodzony, a on tymczasem tylko sobie westchnął, i nic mu kur…
-Widzisz, mówiłem ci, że powinniśmy byli go obserwować z piekła! Wygląda na to, że się porządnie wzmocnił! A ty się tylko gapisz w lustro i mnie wcale nie słuchasz! Ja wiedziałem, że tak będzie!- Przerwał mu Babidi mocno wkurzony.
-Zamknij się, zanim osobiście cię uciszę! I to twoja pieprzona wina!- Goran musiał się jakoś wyżyć.
-Moja?!
-Tak, twoja!- Wydarł się Saiyan.
Goran odwrócił się do Babidiego tyłem, objął obie dziewczyny w biodrach i zamknął się z nimi w pokoju obok w oczywistym celu.
Czarnoksiężnik siedział na fotelu z założonymi na klatce piersiowej rękoma.
-To twoja wina! Też mi coś!- Przedrzeźniał Saiyana.
-Dupek.- Prychnął.
Po czym pstryknął palcami zdejmując urok dając tym samym spokój padającemu już Vejicie.
Parę chwil wcześniej przed Capsule Corp.
Goku wylądował z ledwie żywą wnuczką i patrzył na nią ze łzami w oczach.
-Dziadku…-powiedziała słabo.
-Nic nie mów, słoneczko, nie osłabiaj się…
-Dajcie Vejicie senzu, to nie jego wina…-powiedziała prawie szeptem.
Dziewczyna zemdlała.
-Dajcie mu senzu!- Wykrzyknął Goku.
Reszta była wyraźnie zdziwiona tym rozkazem. Dać mu senzu? Oni sami celowali już w niego pociskami ki…
-No, dajcie mu tę kureską fasolę! Shadow, proszę za mną.-rzucił Goku i wleciał na najwyższe piętro budynku przez otwarte okno.
Kobieta skinęła głową i podążyła za nim.
-Debile!- dało się usłyszeć rozwścieczony głos.
Bejita, który wrócił kilka chwil wcześniej został niezauważony z powodu całego zamieszania. Przecisnął się pomiędzy stojącymi wokół chłopaka ludźmi i dał mu senzu.
Wszyscy za mną do salonu, trzeba go pilnować i wszystko od niego wyciągnąć!- rozkazał książę.
W domu Vejita zaczął dochodzić do siebie po zjedzeniu senzu. Usiadł i zaczął się szaleńczo śmiać. Po chwili stracił przytomność, co wywołało niemałe zdziwienie wśród zgromadzonych w pokoju. Utrata przytomności była spowodowana tym, że Babidi przestał go kontrolować.
W tym samym czasie na najwyższym piętrze:
-Shadow, na trzy cztery cureall.
-OK. Dobrze mi się wydawało, wiem kim jesteś.
Oboje wyjęli z kieszeni jakieś dziwne patyki, które po chwili okazały się…różdżkami.
-Trzy…cztery! Cureall!- Wykrzyknęli.
W Junigatsu trafiło jasne, niebieskie światło. Przestała krwawić, a jej rany zabliźniły się.
-Uf, jej życiu nic już nie zagraża…- powiedział z ulgą Goku.
-Tak, ale i tak będzie potrzebowała co najmniej trzymiesięcznego leczenia.- westchnęła Shadow.
Przydałyby się jej nowe ciuchy.- rzucił Saiyan.
Wyczarował Junigatsu satynową sukienkę za kolana w kolorze ciemnej zieleni.
-Wiesz, wątpię, żeby to było w jej stylu.- uśmiechnęła się lekko kobieta.
-Możliwe, ale całkiem ładnie jej w tym.
-Zaraz, ale skąd wiedziałeś kim ja jestem?
-Mam swoje sposoby- uśmiechnął się tajemniczo.
Będziesz musiał w końcu im powiedzieć…
-Taak, i wygląda na to, że będę musiał zrobić to zaraz, ciebie też to dotyczy. Bejita stoi za nami.
-Kurde, element zaskoczenia poszedł w cholerę! Ale jesteś!- Wkurzył się Bejita.
-Hehehe…- uśmiał się Goku.
-Jestem ciekawa, gdzie się szlajałeś przez cały ten czas…-fuknęła Shadow.
-Te podejrzenia są raczej nie na miejscu…- zaczął Goku.
-No nie wiem, Goku…Nie wiesz o Bejicie wszystkiego…
-Tak?- Zaciekawił się Saiyan.
-Ale może to WY mi teraz powiecie, od kiedy jesteście Harrym Potterem i Hermioną Granger, co?!
Wszystko w swoim czasie, zejdźmy na dół. Pewnie wszyscy chcą wiedzieć co z Juni…- rzekła Shadow.
Goku wziął młodą Saiyankę na ręce i zszedł na dół.
-Ja też chciałbym, wiedzieć, co się tam stało do jasnej cholery!- wnerwił się Saiyan.
-Problem w tym, że nikt z nas tego nie wie, a młodzi są nieprzytomni i przez jakieś kilka dni w takim stanie pozostaną…
-Skąd wiesz, że chłopak jest nieprzytomny?
-W końcu jestem Hermioną Granger, nie? Hehehehe….
Saiyanka teleportowała się na parter, zostawiając Bejitę bez żadnej zadowalającej odpowiedzi.
