Rozdział V

-Cisza przed burzą…

Zaczynał się jeden z ostatnich dni kwietnia-niedziela wyborcza. Prawie cały dom pogrążony był jeszcze we śnie. Ciepły kwietniowy wiatr dostał się do pokoju przez uchylone okno. Słońce świeciło leniwie, a jego promienie dosięgły twarzy śpiącej jeszcze Junigatsu.

-Cholera, świeci jak psu jaja.-przywitała radośnie inaczej nowy dzień ledwie przytomna nastolatka.

Skierowała swoje chwiejne kroki w stronę komody, z której powyciągała pierwsze lepsze ciuchy. Spojrzała na drzwi od mini łazienki znajdującej się na terenie pokoju jak na miejsce zbawienia.

"Albo wezmę ten głupi zimny prysznic, albo zabiję się o klamkę w drodze na śniadanie" -pomyślała.

Podążyła w kierunku łazienki zrezygnowana, ale po chwili dopadło ją wrażenie, że nie jest w pokoju sama. Rozejrzała się niespokojnie i przyjęła pozycję do walki. Jednak ki było małe, a w pomieszczeniu nie było widać nikogo oprócz niej samej. "Pewnie szczury"- prychnęła w myślach i poszła wziąć prysznic.

Owo wrażenie nie było jednak złudne. Na fotelu obok regału z książkami siedział sobie Goku, który raz na jakiś czas postanowił skorzystać z umiejętności nabytych w Schola Salus i na swoje szczęście był niewidzialny. Junigatsu dość mocno reagowała, kiedy ktoś wdarł się do jej imperium bez wyraźnego zezwolenia z jej strony bez względu na to, czy byłby to Papież, Madonna, a nawet Goku.

Son Sprawiał wrażenie zamyślonego, choć najprawdopodobniej był tylko niewyspany. Jedyną rzeczą, która mogła go dobudzić był zapach jedzenia. Do śniadania było jednak daleko.

Kakarotto nie miał w zwyczaju wstawania w niedzielę jak to określał "w środku nocy", czyli przed ósmą, ani też wpakowywania się od tak do czyichś sypialni.

Miał tym razem wyraźny powód: coś mówiło mu, że w jakiś sposób jego wnuczka jest zagrożona. Ta sama intuicja mówiła mu też, że zagrożenie to stanowi Goran.

Wydaje się to dość oczywiste zważywszy, że Junigatsu nie wzięła swojego przydomku Bloody (krwawej) znikąd. Niewiele było osób, które w jakiś sposób były w stanie bezpośrednio jej zagrozić. Ba, to częściej rozwścieczona potomkini Goku okazywała się niebezpieczna dla otoczenia.

Póki co, Goran będący wybitnie zabawowym chłopakiem, odsypiał jak zabity wczorajszą mocną imprezę w swojej wielkiej sypialni z orientalnym, żeby nie powiedzieć burdelowym klimatem w towarzystwie kilku atrakcyjnych Saiyanek.

Podczas snu nie knuł, nie mordował, nie palił, nie niszczył, nie gwałcił, nie szantażował. Jednak cały czas, którego nie poświęcał na sen zajmowały czynności tego typu. Saiyan był czystym złem w wybitnie irytującej otoczenie postaci.

Goku zaczął przysypiać, kiedy nagle z łazienki rozległ się potworny krzyk.

-Łaaaaaaaaaa!

W rej samej sekundzie Saiyan zerwał się na równe nogi i był gotów już wyważyć drzwi.

-Głupiaaaa zimnaaaa wodaaaaaaa!

GLEBA

„No tak, wszystko jasne" –westchnął Goku i usiadł z powrotem na fotelu.

Kilka minut później zmarznięta i trzęsąca się dziewczyna wytoczyła się z łazienki i bezgłośnie klęła gdzieś w przestrzeń. Stanęła przed lustrem. Miała na sobie typowe męskie bojówki w kolorze khaki, biały zwykły, podkoszulek i spraną jeansową kurtkę z napisem „anarchia" z tyłu. Pod wpływem impulsu stanęła bokiem do lustra i odchyliła koszulkę i spadające spodnie.

-Widać? Nie widać.

Po czym wzięła się za rozczesywanie swoich gęstych włosów, co w jej przypadku było nie lada wyzwaniem i jednocześnie podeszła do wieży i włączyła „creed- one last breath".

Zaczęła śpiewać.

-„ Please come now I think I'm falling

I'm holding to all I think is safe

It seems I found the road to nowhere

And I'm trying to escape

I yelled back when I heard thunder

But I'm down to one last breath

And with it let me say

Let me say"

Jednocześnie walczyła ze swoimi włosami.

W końcu zrezygnowana zrobiła kitkę.

Śpiewała dalej.

Jej głos nie był brzydki, ale w ogóle nie starała się, żeby jej to jakoś wychodziło, przez co biedny Goku wtulił głowę w fotel i czekał na zakończenie tego występu.

„Hold me now

I'm six feet from the edge and I'm thinking

That maybe six feet

Ain't so far down

I'm looking down now that it's over

Reflecting on all of my mistakes

I thought I found the road to somewhere

Somewhere in His grace

I cried out heaven save me

But I'm down to one last breath

And with it let me say

Let me say"

Zatrzymała się obok starego zdjęcia oprawionego w ramkę, jedynego obiektu stojącego na półce. Wpatrzyła się w nie zamyślona. Na fotografii było widać zielonooką kobietę, mężczyznę łudząco podobnego do Goku i dwójkę dzieci.

Junigatsu po chwili grzmotnęła zdjęciem o blat i włączyła S.O.A.D, akurat trafiła na „Chop Suey". Usiadła na parapecie i zagapiła się tępo w okno.

Goku w końcu usnął.

Po piętnastu minutach do pokoju wszedł Vejita.

Kakarotto przebudził się wyczuwszy nową ki, Saiyanka była zbyt głęboko pogrążona we własnych myślach, żeby to zauważyć.

-Juni -chan…- zaczął Vejita, żeby zaakcentować swoją obecność.

Dziewczyna przyzwyczajona do ciszy z lekka przestraszona rypnęła z parapetu na podłogę.

-Oo, Veji, „dziń dybry". – Siadaj- wskazała na łóżku, na którym z resztą sama usiadła.

Widać coś?- Rozentuzjazmowany chłopak dobrał się do płaskiego brzucha dziewczyny, a przy okazji i do niej samej.

-Dobra, wystarczy, głodna jestem.

-No tak, to normalne, hehe- uśmiechnął się.

-W ciąży?

-Nie, to, że jesteś głodna w ogóle jest normalne u ciebie.

-Potrenowałabym sobie…Jak myślisz, ten gościu, którym wszyscy się tak stresują na serio jest aż taki silny?

-Ja ci dam trenować, ej! Skoro się martwią, to chyba jest.

-Łaaał…fajnie, że jest aż taki mocny…

-Facet może wszystko rozwalić, wszystkich pozabijać, a ty się cieszysz?- Zdziwił się Saiyan.

-No wiem, ale na samą myśl, że mogę zmierzyć się z kimś aż tak potężnym aż mnie ciarki przechodzą…

Goku uśmiechnął się, jego krew…On sam doskonale znał to uczucie.

-Ale czemu kazałeś mi wstać tak cholernie wcześnie w niedzielę?! –Saiyance przypomniało się, że jeszcze nikogo dzisiaj nie ochrzaniła, dziwne.

-Wybory, zapomniałaś?

-Ahaaa…ja ostatnio dużo zapominam…-uśmiechnęła się dziewczyna.

-Dziwna się ostatnio robisz. To chyba przez ciążę.

-Mówisz to tak, jakbyś nie miał w tym udziału.- fuknęła.

-Może i nie miałem, skąd mam wiedzieć, czy to moje- odpyskował tamten, wkurzony głupim stwierdzeniem dziewczyny.

Już mieli na poważnie się pokłócić, ale z dołu wydarła się Burmai.

-Śniadanie! Pospieszcie się, przecież idziecie wybory ludziom „umilać"- uśmiała się.

-A teraz idziemy na wybory…zanuciła Junigatsu.

-A teraz idziemy dupków zbić- podchwycił Vejita, i oboje wyszli z pokoju.

-Po obecności Goku w pomieszczeniu zostało tylko wspomnienie. Zawsze był pierwszy na śniadaniu.

Wychodząc młodzi natknęli się na Bulmę, której sypialnia znajdowała się naprzeciw pokoju Junigatsu, ich uwadze nie umknął też pewien dziwny widok: wielka dziura w ścianie i pęknięcie ciągnące się przez całą jej długość.

-Dzień dobry! –rzuciła wesoło Saiyanka, bo zapomniała już o kłótni, która miała miejsce przed chwilą.

-A, cześć.- odpowiedziała Bulma.

-No cześć- powiedział nachmurzony Vejita.

-Yy, a co to jest? –Chłopak wskazał na ścianę.

-Ach, no wiesz, że Bejita i Goku się, hm w jakiś sposób, hm przyjaźnią, ale mojemu facetowi trudno było zaakceptować fakt, że- jak to ujął „Potomek księcia, kurde Saiyan będzie miał cholerne nieślubne dziecko z jakąś prolką! Bulma, z dzieciakiem tego pieprzonego Kakarotto!!!"- Bulma parodiowała głos Bejity, żeby nie psuć młodym humoru.

„Wyjdę. Z siebie. Stanę. Obok. Ja mu dam proletariat, kurna! Taką mu zrobię rebelię, że jego szczątki nie będą się nawet na psie żarcie nadawać, kurrrdeee..." –Junigatsu układała w myślach plan dnia.

-Aha, i próbował zasymilować tę myśl poprzez walenie- głową -o-ścianę, tak?- zapytała z sarkazmem w głosie.

-Nie martw się, jemu to przejdzie, a ścianę się naprawi, zobaczysz, nie będzie źle.- próbowała uspokoić ją Bulma.

-O, nie, ten śliczny wzorek musi tu zostać.

-A czemu to? –zdziwili się Vejita z Bulmą.

-Bo to oznacza jeden do zera dla mnie…

Po czym z prędkością światła przemknęła do jadalni, bo jak na wnuczkę Goku przystało- była głodna.

Vejita z Bulmą również teleportowali się na śniadanie.

Goran z wielką łaską raczył wstać i poszedł po kawę. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to Babidi najnormalniej na świecie śpiący przed ekranem, z którego obserwowali Ziemię i Nową Vegetę.

-A ty sobie śpisz, tak!?- wydarł się Saiyan.

-Cooo...- obudził się Babidi.

-O cudownie, Babidi obudziłeś się, nareszcie robisz postępy.

-Tak, i co w związku z tym? –zirytował się czarnoksiężnik.

-Podaj mi chociaż jeden powód, dla którego śpisz zamiast obserwować to, co się tam dzieje. Ja tego nie rozumiem.- Wycedził swoim lodowatym głosem.

-Bo obserwowałem cały wczorajszy dzień i całą noc, a ty sobie imprezowałeś!- syknął.

-Nie widzę w tym żadnych nieprawidłowości.

-A czy ty widzisz cokolwiek poza czubkiem swojego nosa i głupiej gęby?

-Stul swoją i słuchaj: zamilknij w tej sekundzie, zanim zetrę cię z kart historii.

Babidi wzruszył tylko ramionami i poszedł spać, a Goran usiadł przed ekranem z kawą, którą dopiero co zaparzył.

W międzyczasie Saiyanie kończyli konsumowanie śniadania olbrzymich rozmiarów, które miało starczyć im na cały ciężki dzień „pokazywania ludziom właściwej drogi" i pilnowania kilku osób mających tendencje do tłumaczenia za pomocą przemocy.

Goku spojrzał na wnuczkę i jej „cudowny" strój.

Sam wyglądał już lepiej, bo Bulma wyciągnęła go dzień wcześniej na zakupy, ponieważ- jak uznała:

-Ciuchy Juni zdecydowanie nie są odpowiednie dla trzydziesto-osmio letniego, poważnego…eee…i tak nie są odpowiednie dla ciebie

-Czy aby kontrast między strojami Juni i Blondi nie jest za wielki? Nichiyobi, nie podbierasz czasem siostrze kasy na ciuchy?- zażartował Goku.

Nichiyobi oprócz bycia sławną imprezowiczką trudniła się też zawodem modelki, kupowała najmodniejsze ciuchy, o jakich zwykli śmiertelnicy mogli tylko pomarzyć. Junigatsu uważała, że siostra wyglądała karykaturalnie. Nosiła spodnie w rozmiarze 34, a stanik 75D, kiedy jej młodsza siostra nosiła najspokojniej na świecie 42, a i „na górze" nie miała czym szpanować. Ubierała się też byle jak i w byle co i najtaniej, a do tego nosiła głównie męskie ubrania.

-Nie noszę się jak prostytutka, bo nie upadłam tak nisko…-syknęła poirytowana dziewczyna.

-Aha, upadłaś jeszcze niżej i nosisz się jak menel.- zaśmiał się Bejita.

-Jeden do jednego…-zauważył Vejita.

-A ty po czyjej jesteś stronie, co?

Parę minut później dziewczyna wzięła Vejitę na stronę.

-Słuchaj, czy tego Gorana nie wkurzyło „to"? –wskazała na swój brzuch.

-Masz na myśli to, czy nie zamierza zrobić czegoś złego dziecku w ramach zemsty?

-Dokładnie.

-Fakt, trzeba będzie na ciebie uważać.

-Nie lubię, jak ktoś na mnie uważa, lubię być samowystarczalna, wiesz o co mi chodzi, ale teraz idziemy zrobić imprezę, He he.

-Taa, jasne –odpowiedział zamyślony chłopak.

Goran przysłuchał się tej rozmowie i zastanowił się chwilę.

-Mówisz, masz…-uśmiechnął się.

Spojrzał w kalendarz i zaznaczył sobie jakąś datę.

-Idealnie.

Bohaterowie przemierzali właśnie spacerkiem stolicę w poszukiwaniu lokali wyborczych, ewentualnie emerytów podnieconych myślą o tworzeniu historii.

Byli niestety słabo zorientowani w terenie, i włóczyli się już tak od godziny, co księcia zdążyło już mocno poirytować.

Nagle, niedaleko od nich rozległy się dwa średnie wybuchy.

-Taka impreza, a nas nie zaproszono?- zezłościła się Junigatsu.

-Chyba nasi starzy zaczęli już zabawę…-dorzucił Vejita.

-A może tak spędzimy dzisiejszy dzień jak zwykli Ziemianie, co? Będzie ciekawiej- wyrwała się Lait.

-I bezpieczniej- dodali jednocześnie Goku i Shadow.

-Dla mnie to wszystko jedno zwykli śmiertelnicy też urządzają rebelie.- obojętnie stwierdził Bejita.

-Swoją drogą, to mi się wydaje, że coś tu się kroi, hi hi –uśmiechnęła się Lait i wskazała ruchem głowy na Goku i Shadow, którzy odcięci duchowo od reszty podziwiali sobie chmury na niebie, i ogólnie zaabsorbowani byli kontemplowaniem krajobrazu.

Shadow wydała z siebie dźwięk będący mieszaniną śmiechu i westchnienia, natomiast Kakarotto tylko dziwnie się popatrzył i podrapał po głowie, co najprawdopodobniej oznaczało, że nie zrozumiał aluzji. Książe prychnął tylko swoje sztandarowe „hympf", zatrzymał się i oznajmił reszcie:

-Dobra, wystarczy tego bezsensownego gadania. Rozdzielamy się. Ja idę z Trunksem, Kakarotto niech sobie idzie z tą swoją jak jej tam Sha-down, Vejita z Lait, a Juni idzie sama.

-Czemu idę sama?

-Bo ci każę.

Dziewczyna pokazała mu „fucka" i powiedziała:

-Takiego wała.

-Mam ci to wbić do łba za pomocą siły?

-Junigtasu kiwnęła ręką w zapraszającym geście.

-Wiesz jakie ty masz ze mną szanse? Bliskie zeru.

-Mamy mniej więcej równe siły, to swoje science fiction zostaw dla siebie.

-Przemyśl to sobie jeszcze raz.

Saiyance jeszcze wielu dni brakowało do powrotu do zdrowia, sam fakt, że chodziła i latała o własnych siłach był zastanawiający. Miała mniej więcej tyle siły, ile mogła mieć kiedyś Chi Chi.

-A proszę bardzo, porządź sobie. Dziad.- fuknęła i pobiegła przez miasto sama.

Reszta w milczeniu rozeszła się- każde w swoją stronę.

Kilkanaście minut później wszyscy z wyjątkiem Junigatsu skupili się w parku, co oznaczało, że żadne z nich do miejsca przeznaczenia, którym był jakikolwiek lokal wyborczy nie dotarło. Nagle rozległ się głośny krzyk.

-Kurdeeeeeeee! Weźcie się nooo! Khaa! O jasna du...- dalsze wyrazy zagłuszyły inne wściekłe krzyki.

-Ej, to Juni! -Goku zerwał się na równe nogi i nawet upuścił swojego hamburgera.

-Musimy jej pomóc! –wydarł się Trunks i zerwał do lotu.

-E, nie tak szybko koguciku…-uśmiechnął się Bejita.

-Koguciku? –zdziwił się Kakarotto.

-Miało być bez efektów specjalnych...- dokończył, po czym najnormalniej na świecie skierował się w stronę placu, z którego dochodziły wrzaski spacerkiem.

Reszta rzuciła się biegiem.

Tymczasem Junigatsu, która zbyt ogniście wyraziła swoje polityczne poglądy niesiona była przez dziki tłum złożony z młodzieżówki pewnej rodzinnej prawicowej partii, w której członkach górę nad rozumem brał instynkt i dość sporej grupy żądnych krwi emerytowanych słuchaczy pewnej chrześcijańskiej stacji.

Dziewczyna straciła resztkę sił na próbę odpędzenia się od jej zbyt wiernych antyfanów i w tej chwili była bezbronna, a do tego zakuta w kajdanki i spałowana przez straż miejską za zakłócanie ciszy wyborczej. Odwróciła głowę i zobaczyła interesujący widok.

-O, cholera, czy to nie tutaj palili kiedyś czarownice na stosie…?- szepnęła słabo.

Po kilku chwilach była na miejscu i kilku pakerów przywiązało ją do czegoś w rodzaju pala. Przy czym jeden z nich korzystając z okazji dotknął ją tam, gdzie nie powinien i rozwścieczona Saiyanka chlasnęła mu ogonkiem w twarzyczkę wyglądającą jak niewypał.

-Patrzta! Ona mo łogun! –zwróciła uwagę jedna ze starszych pań.

-I nie bije się z dumą w pierś jak na prawdziwą Słowiankę przystało! –wydarł się jeden z dresów i demonstracyjnie zdarł z niej koszulkę, chodziło mu głównie o to, żeby miał co pooglądać.

-Saiyankę, zasrańcu –syknęła.

Brak górnej części garderoby odsłonił jej wytatuowane częściowo ciało.

-Toż to znak antychrysta!- zauważyła niska babcia wlepiająca nienawistne spojrzenie spod swojego moherowego beretu.

-A to cytaty z biblii szatana! Spalić dziecię Lucyfera!

Znak antychrysta był jedynie anarchistycznym „A" w kółku, a cytaty z biblii szatana prawami Murphy'ego wytatuowanymi parę lat wcześniej po pijaku.

Rozentuzjazmowany tłum podpalił stos, i płomienie już prawie dotykały Saiyanki. Ekipa ratunkowa złożona z pozostałości teamu Z i jego nowych, rotacyjnych członków była zaledwie w połowie drogi, i na dobrą sprawę nie mieli oni żadnego pojęcia co się „tam" działo.

W ostatniej chwili pal został wyrwany z ziemi, przy okazji rozwalając okuwające dziewczynę, która lewitowała parę metrów wyżej w objęciach tajemniczego mężczyzny.

Ów człowiek był łudząco podobny do Goku, ale miał trochę ciemniejszą karnację i kilkudniowy zarost na twarzy. Miał na sobie sprane jeansy, „najki", skórzaną kamizelkę i przewiązaną przez czoło niebieską bandanę, na którą opadały z lekka blond włosy. W prawym uchu miał kilka kolczyków, w zielonych oczach tajemniczy blask i szelmowski uśmiech wymalowany na twarzy.

-Whazzuup dzieciak?

-O..ojciec!

-Bingo.

-Hmpf

-Imprezujemy, co? Moja krew.

Parę metrów dalej lewitował inny osobnik. Jego blada twarz była zasłonięta bandaną i daszkiem bejsbolówki. Widać było tylko ukryte za prostokątnymi okularami oczy jednego z przedstawicieli królewskiego rodu rasy Saiyan. Bluza i bojówki powiewały na lekkim wietrze, a on sam wpatrywał się z obrzydzeniem w zdziwiony tłum.

-Co się tak gapicie mendy bazarowe? Rozejść się! Niee? To ja wam pomogę, heh.

Podniósł rękę w górę i tłum uniósł się w powietrze, Saiyan postawił ich na dachu najbliższego budynku.

-I żebyście to sobie zapamiętali: Nie- atakować –mojej- córki –chrzestnej. A teraz sami sobie stąd zejdźcie, jak jesteście tacy zajebiści.- fuknął i stanął na ziemi.

To samo zrobił Goku Jr. z córką na rękach.

-Co ty tutaj robisz?- zapytała dziewczyna.

-No chyba cię ratuję, nie?

-O, to teraz sobie przypomniałeś, że masz córkę i postanowiłeś sobie, że zaczniesz wypełniać swoje ojcowskie obowiązki?

-Uratowałem ci życie, a ty jeszcze masz wonty.

-Słuchaj…my się zmieniliśmy, już nie pijemy na zabój, nie okradamy bez przerwy Biedronki, widzisz dbamy o siebie i o ciebie…-zaczął Vegita.

-Chcieliśmy przeprosić ciebie, Nichiyobi i Vejitę, i wrócić, żeby wszystko było tak, jak kiedyś…-dodał Goku.

-Postaw mnie.

Ojciec odstawił Junigatsu na ziemię. Saiyanka westchnęła.

-W takim razie coś długo czekaliście z tymi przeprosinami.

-Było nam głupio…-odpowiedział Goku.

-A czemu nas nie odwiedzaliście tyle czasu?- dodał drugi cudownie odmieniony x-patologiczny rodziciel.

-Odwiedziłam was z Vejitą jakieś cztery lata temu, ale byliście kompletnie naćpani i pijani, więc możliwe, że tego nie pamiętacie. I jak stanęliśmy w drzwiach to powiedziałeś:

-Te, ziom, zamawiałeś jakieś dziwki?"

A tatuś ci odpowiedział:

-Nie, Weżeta ty łbie, przeesz nie mamy telefona, strasznie brzydkie weś je rzuć butekom, to może 'se' pójdom. -Dziewczyna zakończyła cytowanie i wbiła w dwójkę przeszywający wzrok.

-Ee… cholera… -wydusili z siebie oboje.

-Juni chan…ale już od ponad roku jest dobrze…zobaczysz, wszystko będzie inaczej, tylko daj nam szansę…

Dziewczyna zamyśliła się.

-Eh…-westchnęła- no dobra, chodźmy najpierw na piwo, niedługo podadzą wyniki- uśmiechnęła się i wyglądała niemal identycznie jak ojciec –ten sam błysk w oczach, uśmiech.

-Moja dziołcha- przytulił ją do siebie i poklepał po ramieniu.

Osłabiona zrobiła kilka kroków w kierunku baru i upadła. Goku Jr pomógł jej wstać i podał senzu.

-poczekaj, załóż to, nie będziesz mi tu pół goła paradować w barze pełnym zboli. –podał jej swoją kamizelkę.

Chwilkę potem na miejsce dotarł Kakarotto, za nim Shadow i reszta. Bejita szedł sobie na samym końcu z rękami skrzyżowanymi na karku i sobie pogwizdywał.

-Co tu się dzieje? –zapytał Goku. –To ty zrobiłeś jej krzywdę?- dodał i rozzłoszczony wyzwolił małą dawkę ki, która zwaliła biednego Saiyana w okularach z nóg i odepchnęła w kubeł ze śmieciami, z którego wyszedł już z czarnym wiadrem na głowie i wyglądał jak Darth Vader.

G. Jr. Pokręcił głową.

-Czy ja ciebie już czasem gdzieś kiedyś nie widziałem? –zastanowił się Kakarotto.

Junior podszedł do Goku, wrócił z poziomu SSJ do swojej zwykłej postaci i spojrzał swoimi czarno-granatowymi oczyma w oczy Kakarotto.

-Pamiętasz mnie? –rzucił.

-Goku uśmiechnął się. –Jak mógłbym zapomnieć.

-W takim razie ty jej coś zrobiłeś! –wydarł się Vejita i rzucił na ojca.

-Czekaj! –Wycharczał spod wiadra charakterystycznym głosem.

-Co.

-Vejita! I am your father!

-A ty kim jesteś, co? –książę zwrócił się tym razem do swojego prawnuka.

-Bez emocji, stary. –Uśmiechnął się Vegita i wiązką ki rozwalił wiadro na pół.

-Stary?! A chcesz w ten głupi czerep? –Bejita najwidoczniej czuł się wiecznie młody.

-Spoko przypadku geriatryczny, patrz. –Vegita ruchem ręki zrzucił czapkę i chustę odsłaniając tym samym twarz i krótko ścięte włosy.

-Mów mi Git.

-Ziom, bo jesteś git! –uśmiał się Junior i przybił z kumplem „żółwika".

-Dobra, godzina już późna, pójdę nas zaopatrzyć w odpowiednie produkty spożywcze. Aha, i mówcie mi Gokuś- powiedział Junior i skierował się do najbliższego pubu.

Z budynku dało się słyszeć ludzkie okrzyki przerażenia i hałas porządnego zamieszania. Po chwili Junior wyszedł z kilkunastoma skrzynkami najdroższego piwa w rękach i jeszcze kilka ciągnął ogonem.

-I…Ile ty za to zapłaciłeś zdziwił się Trunks.

-Płacić ?-Goku Jr zrobił słodkie oczy. -Gokuś nie zna czegoś takiego jak pieniążki-dodał.

-Kurde, po co pytałem…

Junior usiadł z alkoholem na ławce na placu.

-Git! Weź się kopnij po jakieś chipsy, co?

Vegita skinął głową i położył dwa palce na czole i zniknął, by po chwili pojawić się znowu z całym sklepowym regałem.

-Skąd znacie te techniki? –zdziwił się Goku.

-Z opowiadań, no i się jakoś nauczyliśmy. –Odpowiedział Gokuś.

-Co to było tym razem? –zapytał z przekąsem Vejita.

Saiyan wzruszył ramionami.

-Nie zwróciłem uwagi, ale chyba Tesco.

-Chi Chi nie pozwalała mi pić więcej, niż pół szklanki piwa, ale jak jej nie ma to się raz w życiu poczęstuję, podobno dobre, hihi- Po tych słowach Goku skierował się w kierunku piwnego raju skuszony chęcią wypicia/zjedzenia wszystkiego, co nowe/jadalne.

-I miała rację. –skomentowała Lait.

Shadow stanęła przed skrzynkami i spojrzała groźnie na Goku.

-Nie. -rzuciła tonem nie znoszącym sprzeciwu.

-Ale o co jej chodzi? Wiem, że niektórym Saiyanom zmienia się o 180 stopni charakter na jakąś godzinę po spożyciu, ale to nie jest takie groźne…-zastanowił się głośno książę.

-Zastanów się, jaki będzie potem Goku, który nie ma ani krzty zła w sobie…-powiedziała Lait.

-Osz, kur…Kakarotto nieee! –wydarł się Bejita.

Ale było już za późno Goku za pomocą shunkanido teleportował się za Shadow i z rozmachem wypił sobie na raz kilkanaście puszek. Kobieta chwyciła jedynie wszystkich za ubrania i teleportowała całą ekipę w jedyne niezaludnione miejsce, czyli na Antarktydę. Chwilę potem Goku padł nieprzytomny tylko po to, żeby minutę później wstać zupełnie odmieniony jako pijane zło wcielone.

-O, kurrr... –przestraszyli się wszyscy.

-Bejita…-wyszeptał Kakarotto.

Bejita w pełnej gotowości zamienił się w SSJ4 i zaniepokojony czekał na dalszy rozwój wypadków.

-Pamiętasz, jak chciałeś kiedyś, żebyśmy ostatecznie rozwiązali kwestię tego, który z nas jest silniejszy? Masz teraz okazję, ale wiesz co?

-Co. –bardziej stwierdził, niż zapytał książę.

-Ale tym razem będę walczył na serio i pokażę ci moją prawdziwą siłę…

-Łał, ale ze mnie pieprzony szczęściarz, po prostu umieram z zachwytu! -Saiyan wysilił się na czarny humor.

Goku uniósł się do góry i zaczął wyzwalanie ki. Energia była taka potężna, że reszta ledwie trzymała się na nogach, po chwili pojawiły się na jego ciele wyładowania elektryczne, ziemia pod nim się zatrzęsła, a na lodzie pojawiły się głębokie bruzdy.

Kakarotto wyzwolił jeszcze większą ki i zaczął krzyczeć, a jego postać rozbłysła się.

Nocne niebo przecięły błyskawice, i rozpadał się śnieg . Nagle nastąpiła ogromna eksplozja. Saiyan ukazał się oczom towarzyszy w nowej postaci.

Jego włosy ułożone były jak w SSJ, ale w kolorze bieli z delikatnymi niebieskimi refleksami, przez twarz na szerokości oczu biegły dwie pionowe, czerwone linie, na czole widniał czerwony żarzący się napis kanji: "Saiyajin", miał zimne, niebieskie oczy pełne nienawiści.

-Co to ma być? –wkurzył się Bejita.

-Ostatnia rzecz, jaką w życiu widzisz. Zaczynaj…

Rozwścieczony Bejita rzucił się na niego i zaczął okładać go potężnymi ciosami, ale na przeciwniku nie robiły one żadnego wrażenia. Cofnął się i zaatakował go Renzoku Energy Dan, ale jedynym efektem jego działań było spopielenie kurtki Goku i znaczna utrata własnych sił. Saiyan skierował wzrok na spalone ubranie, po czym spojrzał z politowaniem na księcia.

Bejita rzucił jednego z mocniejszych Big Bang' ów, którego ten drugi najspokojniej na świecie odbił ogonem w stronę nadawcy i zszokowany Saiyan oberwał własną bronią i z impetem bezwładnie poleciał wbijając się w pobliski lodowiec.

-Śmieć. –rzucił Goku.

Saiyan wyleciał zza brył lodu, nie miał już wiele siły. Postanowił wykonać swój ostatni atak, w który włoży resztę pozostałej energii. „Jeżeli to nie przyniesie oczekiwanego skutku, to już nic tego nie zrobi. Raz kozie śmierć"- pomyślał.

Skumulował w dłoniach ki i odpowiednio ułożył ręce.

-Final Flash!

Potężna fala energii uderzyła Goku, który nawet nie uchylił się przed nią i spowiła go chmura dymu i pyłu.

Bejita nie mógł już utrzymać SSJ4, powrotem wrócił do swojej normalnej postaci i oddychał ciężko.

Chłodny wiatr rozwiał pył, niepewność i zarazem nadzieję Bejity, ukazując Goku w praktycznie nienaruszonym stanie. Miał tylko zadrapane prawe ramię.

-Graulacje, zadrapałeś mi rękę, ale to chyba już wszystko na co cię stać. Teraz moja kolej. Żegnaj.

Goku spojrzał wycieńczonemu, acz wciąż gotowemu do walki Bejicie prosto w oczy. Saiyan poczuł narastający ból głowy.

-Bejitaaa! Nie patrz mu się w oczyy! Bejitaaa słyszysz? –wydarła się Lait.

Książę zauważył, że ona coś do niego krzyczy, ale był za wysoko i nie słyszał wystarczająco wyraźnie, aby ją zrozumieć.

-Co ty mówisz?

To był wielki błąd. Goku nagle pojawił się przed rozkojarzonym Saiyanem i przywalił mu łokciem w twarz z miejsca łamiąc nos. Wojownik chwycił się za nos i zaczął przeklinać. Wtedy ten drugi zaatakował go serią potężnych ciosów z pięści, a osłabiony Saiyan był zbyt powolny, aby je odparować.

„Cholera, minęło może 15 minut, on więcej niż następne 5 nie wytrzyma, mnie też nie uda się tak po prostu zająć go na 40, cholera co robić…Myśl Shadow, myśl…" –Saiyanka za wszelką cenę próbowała wymyślić dobre rozwiązanie.

Tymczasem Bejita oswobodził jedną rękę i strzelił pocisk ki w twarz Goku i próbował odsunąć się na parę metrów, jednak Saiyan wciąż miażdżył w uścisku drugi z jego nadgarstków. Goku przechylił swoją głowę do wyjściowej pozycji i uśmiechnął się szyderczo, przyciągnął Bejitę w swoją stronę i wpakował mu z całej siły kolano w brzuch. Saiyan nie zdążył nawet wypluć krwi, kiedy kierowany „procentami" i żądzą mordu Kakarotto złączył dłonie jak do siatkówki i przywalił mu od dołu w szczękę. Bejita niekontrolowanym lotem poleciał w górę, po chwili oprawca pojawił się tuż obok niego i wystrzelił kulę, która podzieliła się na mniejsze, które po chwili otoczyły Księcia, a wraz z zaciśnięciem pięści Goku wytworzyły pole elektryczne i zaczęły razić ofiarę prądem o ogromnym natężeniu. Kilkanaście sekund później Saiyan zwolnił uścisk, a ledwie żywy, nieprzytomny już Bejita poleciał bezwładnie w dół i uderzył z hukiem o ziemię. Goku już leciał w jego kierunku, aby go dobić.

-Stój, cweliszonie jeden! –wydarła się Shadow.

Goku zatrzymał się i zmierzył ją wzrokiem.

-Czekaj grzecznie na swoją kolej. –syknął.

-Jesteś żałosny. Jaka jest przyjemność z pokonania kogoś, kto nie dorasta ci do pięt? Czyżbyś jednak bał się silniejszych przeciwników? Co z ciebie za Saiyan…-prychnęła z odrazą w głosie…

-Proszę bardzo, uczynię ci tę przyjemność , możesz nawet zaatakować pierwsza…

„Bingo". –pomyślała.

-Time! –wydarła się kobieta i pstryknęła palcami.

Czas zatrzymał się, jedynymi istotami pozostającymi w ruchu byli Shadow i ekipa, wyłączając Goku.

-Słuchajcie mnie teraz. Vejita zabierz stąd Bejitę, weź go do Karina, dostanie od niego senzu, potem jazda na plac, tylko szybko.

Chłopak podleciał do nieprzytomnego Saiyana i teleportował się z nim.

Trunks, Lait zabierzcie stąd Juni, odlećcie na plac.

Oboje wykonali polecenie Shadow.

-Git, Gokuś szybko teleportujcie się do Boskiego Pałacu po tę Przeboską wodę, Dende będzie wiedział o co chodzi. Jak ją dostaniecie, to jeden z was wraca z nią do mnie, i potem macie być na placu, jasne? I czekajcie tam wszyscy na nas.

-Po co mamy iść? –zapytał Junior.

-Po wodę święconą. –odpowiedział Vegita.

-Nie święconą, tylko Przeboską! I sioo! –wykrzyknęła Shadow.

Dwójka teleportowała się. Saiyanka westchnęła, cofnęła się i przybrała pozycję bojową. Chwilę potem czas biegł normalnie, a Goku spoglądał na nią z zupełnie nie pasującym do jego twarzy uśmieszkiem i cały czas patrzył prosto w jej złote oczy, nic się jednak z nią nie działo. Goku to zdziwiło.

-Nie oczarowały cię moje piękne oczęta?

-Nie.

-Hm, to ciekawe, podobno mam zabójczy wzrok.

-Nie przeczę, ale na mnie nie działa twój urok saiyańsko –osobisty…

-Wiesz, że dawanie kolegom czasu na ucieczkę jest bezsensowne, i tak ich dopadnę.

-Najpierw musiałbyś pokonać mnie.

-Kwestia dwóch minut.

-Popełniasz ogromny błąd nie doceniając mnie jako przeciwniczki, wydaje mi się, że mamy równe siły.

-Zdziwiłbym się.

-A żebyś wiedział, że się zdziwisz.

Saiyanka cofnęła się i zaczęła wyzwalać swoją ki, otoczyła ją niebieska aura, lód zaczął pękać, utworzył się lej, pojawiły się wyładowania elektryczne. Jej włosy zaczęły falować, uniosły się do góry i przybrały biało niebieski kolor. Na jej twarzy pojawiły się takie same linie i ten sam napis, co u Goku. Otworzyła swoje niebieskie oczy, z których biła determinacja i chęć zwycięstwa. Stała z rękami skrzyżowanymi na piersiach z kamiennym wyrazem twarzy.

-No ładny, ładny pokazik, nie powiem. I co, to już wszystko? –uśmiechnął się Kakarotto.

-Chciałbyś, co? Tak się składa, że zaopatrzyłam się w coś, czego ty przy sobie nie masz, słoneczko ty moje.

-Kochana, jak będę z tobą kończył, to już się nie będziesz wyrażać o mnie w samych superlatywach…

-Heh, albo na odwrót... –uśmiechnęła się kobieta.

Goku prychnął.

Shadow wyciągnęła z kieszeni szortów swój medalion.

-Wieczne ciemności użyczcie mi swej mocy! –zawołała w przestrzeń.

Jej postać rozbłysła się i biła z niej większa ki. Po chwili miała na sobie czarną zbroję, a w ręku drogo zdobiony miecz, na którym się opierała.

-Aha, czyli chcesz, żeby cię w tym wdzianku pochowali? Okej, rozumiem.

-Idiota. Wygląda na to, że pamięć też ci zamroczyło.

Shadow grała na zwłokę, chciała jak najdłużej utrzymać wymianę zdań, wierzyła w to, że wysłani przez nią Saiyanie wrócą z Przeboską wodą na czas i walka nie będzie konieczna, bo dobrze wiedziała o tym, że jeżeli już do niej dojdzie, to prędzej czy później jedno z nich zginie. Ewentualnie zastanawiała się jeszcze nad tym, aby przeciągnąć walkę, dopóki nie minie stan saiyańskiego upojenia alkoholowego i osobowość Goku nie wróci do normy. Było to jednak raczej niewykonalne, bowiem Goku nie miał ochoty na zabawę.

-Racja, wygłupiłem się, przecież nie będzie czego po tobie zbierać.

-Poczekamy, zobaczymy.

-Nie chce mi się czekać.

To był znak, że czas rozmów się skończył. Goku zniknął, to samo zrobiła Shadow.

Pojawili się w górze. Kobieta kopnęła go w brzuch, ale przeciwnik złapał jej drugą nogę i zaczął nią kręcić, po czym wyrzucił ją w stronę skał. Nie było żadnego uderzenia, Shadow pojawiła się za nim i kopnęła go w głowę, niestety był to tyko fantom. Goku pojawił się przed wojowniczką i objął ją tym samym uniemożliwiając jej wykonanie jakiegokolwiek ruchu.

-A tobie się przepraszam na co zebrało? –wkurzyła się.

Goku nic nie powiedział, tylko puścił jej oko i przywalił jej otwartą dłonią w prawy policzek z całej siły. Dziewczyna poleciała po skosie i wbiła się w grunt. Chwilę potem pojawiła się przed nim przyłożyła dłonie do jego brzucha i wystrzeliła prosto w niego dość mocną kulę ki. Goku odleciał na parę metrów, Shadow w tym czasie starła strużkę krwi z rozciętej wargi. Kakarotto spojrzał na swój poparzony brzuch.

-O, doszłaś dalej od Bejity, no no…

-No popatrz, a to dopiero początek…

Goku zamachnął nogą w kierunku karku Shadow, ale ona zablokowała cios ręką. Cofnął się i zaczął kumulować ki.

-Ka…

Shadow również cofnęła się i uniosła ręce i zaczęła zbierać energię.

-Me…

Kule zgromadzone w jej dłoniach stawały się coraz potężniejsze, to samo działo się kamehamehą Goku.

-Ha…

Kobieta zbliżyła ręce do siebie i z dwóch kul powstała jedna.

-Me...

Wyciągnęła dłonie przed siebie i wyszeptała:

-Razor Blade…

-Ha!- wydarł się Kakarotto i wypuścił falę.

-Howl! –Wykrzyknęła Saiyanka i wystrzeliła falę, która w locie wydawała z siebie świst podobny do wycia.

Pociski zderzyły się ze sobą, zaczęła się walka na wytrzymałość. Kilka minut potem kule eksplodowały, a Saiyanie upadli ciężko na grunt. Na chwilę ich spojrzenia spotkały się. Goku podciął jej nogę, ale Shadow upadając oparła się na dłoni i kopnęła Goku w głowę, na co ten oddał jej łokciem w podbródek. Natąpiła obustronna wymiana ciosów i uników, co wyglądało trochę jak break dance. W końcu Goku upadł na nią i przygniótł ją swoim ciężarem, znowu raczej nie mogła się ruszyć.

-W sumie niebrzydka jesteś, mógłbym cię jakoś jeszcze hm wykorzystać…

„No zajebiście, do tego teraz jest erotomanem, wrr" –pomyślała w tej samej chwili.

Goku nie czekając na żadną reakcję z jej strony i po prostu „przyssał się" do jej ust.

Rozwścieczona, choć może i trochę rozbawiona Saiyanka zużyła lwią część swojej siły na przekręcenie Kakarotto na plecy, w końcu dopięła swego, co w tym najciekawsze bez przerywania tego raczej średnio pasującego do sytuacji pocałunku.

Teraz to ona siedziała na nim. Spojrzała na Goku z mieszaniną litości i rozbawienia.

Chwyciła go za ramię tak, aby unieść jego głowę i ścisnęła dłoń w pięść, po czym przywaliła mu w twarz tak mocno, że prawie skręciła mu kark.

-Ha! Masz za swojeee co?- Kakarotto chwycił ja za dłonie i wyrzucił w górę i posłał w jej kierunku kulę.

Shadow nie miała już tylu sił, co na początku, nie była też już taka szybka. Wbiwszy się w ogromną skałę ledwie co otworzyła oczy i od razu ujrzała przed sobą Goku, który jakby czekał na moment, w którym dziewczyna w pełni odzyska świadomość.

Saiyan uśmiechnął się i stworzył pięć obręczy, którymi przykuł ręce, nogi i głowę Shadow do olbrzymiego głazu.

-I co niunia, jak było?

CHLAST

Kobieta przywaliła mu z całej siły ogonem w twarz.

-Zła odpowiedź.

Goku cofnął się i zaczął kumulować ki…

-Wiesz, trochę szkoda będzie mi ciebie zabijać.

-Chociaż nie, nie będzie. –dodał po namyśle.

Shadow zauważyła, że Gokuś powrócił z Przeboską wodą. Jedyna szansa.

Wojowniczka zaczęła krzyczeć, w końcu wyrwała się ze skały. Choć była wciąż przytwierdzona do bloków, które chwilę potem rozbiła o głowę Kakarotto. Teleportowała się do Gokusia, który zaraz potem „teleportował się na plac i wróciła do Goku, wepchnęła mu butelkę do ust i wlała prawie całą zawartość.

Goku upadł i zaczął kaszleć, po chwili stracił przytomność. To był już koniec. Shadow chwyciła go i zaraz potem była już na placu.

-I jak? –zapytał uleczony już Bejita.

-Dobrze będzie... -wysapała zmęczona wojowniczka.

Goku przebudził się.

-O, ej coś przegapiłem?

CHLAST

Shadow przywaliła mu z liścia.

-Ała za co to?

-Za to, że masz nie pić.

-A zrobiłem coś złego?

-Nie licząc tego, że gdyby nie ja, to z Bejity…

-zostałaby kupa glutów. –roześmiana dokończyła Junigatsu.

-Nie masz lepszych określeń?! –wnerwił się książę.

No i mnie też poturbowałeś jak cholera, ale co tam, nic się nie stało. I jeszcze jedno: nigdy więcej tego nie rób.

-Obiecuję, nie będę.

Shadow usiadła ciężko na ławce, ale była tak wycieńczona, że osunęła się nieprzytomna. Goku wziął ją na ręce, po czym rzucił:

-Idziemy do domu.

Po tych słowach teleportował wszystkich do CC.

Godzina 20:00: Ogłoszenie wyników wyborów.

-Przypominamy Państwu, że Goździkowa i chleb z masłem zostali zdyskwalifikowani za emitowanie w dniu dzisiejszym reklam Etopiryny, masła oraz pieczywa. Nowym Prezydentem zostaje uwaga uwaga Kaczor! 100 głosów. Frekwencja na wyborach wynosiła yy 05,31, zaraz coś mi tu nie pasuje…

CIACH -po tym ostatnim komentarzu od siebie dziennikarz padła martwy z dziurą w głowie- to znak, że rządy zostały objęte i wprowadzona została cenzura.

Chwilę potem Prezydent i jego brat bliźniak stanęli przed kamerami i rozpoczęli przemówienie.

-Dosyć, kurde! Git idziemy! –zarządził Gokuś.

Po może dwóch minutach teleportowali się, i ukazali się przed kamerami.

-I żebyście wiedzieli spieprzone dziady, że teraz my! I nasz kraj jest i się nie jarać! –dokończył przemówienie Prezydent.

-Zaraz! Co jest?! –wkurzył się bliźniak, bo zobaczył dwóch podejrzanych mężczyzn z kijami baseball'owymi w rękach.

-Elo ludzie! Ja jestem Git, to jest mój ziom Gokuś. I co my teraz zrobimy mój ziomie Gokusiu?

-I zaraz pokażemy Władzy, gdzie jest jej miejsce!

-W rzeczy samej! Najchętniej wykopalibyśmy was na Księżyc…

-Ale mamy taki problem techniczny, że Księżyca nie ma. Mój ziomie Gitesie, co powiesz na Biegun północny?

-Ależ oczywiście! Kaczor i pingwin to jedna familia! Ziomie Gokusiu, kopnij no się po prezenty pożegnalne dla panów.

Po chwili Goku Junior wrócił z dwoma WC –tami typu domowe i zrobił dziurę w suficie.

Vegita założył obu WC kompakty na głowy, związał ich razem, podrzucił do góry i z całej siły przywalił kijem, niestety nie trafił w odpowiedni otwór w suficie i Kaczory musiały zrobić sobie nowy.

-Linie Lotnicze sPiSek życzą miłego lotu! –wydarł się jeszcze Junior.

-Te, ziom, a w którą stronę jest ten biegun? –zapytał Vegita.

-A nie wiem.

-To gdzie oni polecieli?

-A kogo to obchodzi?

-Racja. Proszę Państwa to był pierwszy odcinek nowego szoł MTV pod tytułem pimp maj władza! Następne odcinki wkrótce! Dobranoc pa pa!