Rozdział VI.
-Dwadzieścia jeden gramów... cz. I
Tytuł odnosi się do teorii, jakoby ludzka dusza ważyła 21 gramów, mam nadzieję, że po przeczytaniu tej części przekaz będzie jasny. Miłej lektury.
Pierwszego czerwca, w dzień dziecka czyli ponad miesiąc po ostatnich w większości pechowych wydarzeniach Goku, Bejita, Vejita, Nichiyobi i Junigatsu siedzieli sobie w salonie przed telewizorem. Reszta domowników była poza domem, głównie w pracy. Nawet Vegita i Goku Junior po swoim powyborczym występie podpisali prawdziwą umowę z MTV i kręcili kolejny odcinek swojego show w terenie. Shadow teleportowała się do jakiejś międzygalaktycznej biblioteki po ciekawe lektury, Lait po prostu była na zakupach.
Brzuch nastolatki był w dalszym ciągu stosunkowo płaski, po dłuższych telefonicznych konsultacjach z Lirith dziewczyna dowiedziała się, że ciąża zacznie się rozwijać w zastraszającym tempie dopiero za miesiąc, bo na razie była na etapie porównywalnym z drugim miesiącem ziemiańskiej ciąży. Z zachowaniem Saiyanki było więc w miarę normalnie, miała dziwnieć z czasem.
Pokój dziecięcy był już urządzony, wszystko, co potrzebne było kupione, można by rzec, że świat był już gotowy do przyjęcia nowego mieszkańca.
Księcia Saiyan w głębi duszy jednak cieszyła myśl, że będzie miał kolejnego wnuka/ wnuczkę, a jeszcze bardziej rozweselało go to, że osobiście będzie zajmować się trenowaniem małego Saiyanka. Pod pretekstem towarzyszenia jako ochroniarz był obecny na każdym badaniu USG, żeby móc poprzyglądać się wnuczkowi/wnuczce, co za każdym razem rozpoczynało piekło w domu, ponieważ przyszła mama była zdecydowanie przeciwna jego towarzystwu na co dzień, a już na pewno w takiej intymnej chwili jak badanie u ginekologa i za każdym razem darła się, że książe to pedofil, co oczywiście nie było prawdą, i że za cholerę go tam nie wpuści. Bejita jednak nawet jak na Saiyana był człowiekiem wybitnie upartym i po trupach dochodził do celu, w skład takich zachowań wchodziło również całkowite olewanie woli matki.
Junigatsu nie mówiła już o dziecku „to", ale zwracała się do swojego brzucha z miłością i stanowiła przykład cudownej ciężarnej młodej kobiety. Czytała dziecku bajki i broniła go jak lwica. Śpiewała mu nawet kołysanki razem z przyszłym tatą.
Vejita również przeszedł mogłoby się wydawać niemożliwą metamorfozę, Z cynika stulecia zmienił się w spokojnego, przyjaźnie nastawionego do otoczenia młodego człowieka. Przy czym zaznaczył, żeby nikt się do tego nie przyzwyczajał, bo jak kiedyś sam powiedział: „Jak skończy dziesięć lat, to JA wrócę, żeby nie było".
Młodzi wybrali już nawet imię: Anina jeżeli będzie to dziewczynka, Seth, w przypadku urodzenia się chłopca.
Goku czuł się trochę dziwnie. Po latach doszedł w końcu do wniosku, ze nie był głową rodziny- marzeniem; jego w ogóle nie było… Teraz, po latach bardzo żałował tego, że wiecznie był poza domem. Kilka lat temu, gdy analizował całe swoje dotychczasowe życie przypomniał sobie to spojrzenie Gohana, którym obdarzał go pierworodny syn za każdym razem, kiedy ten wracał po dłuższej nieobecności. Spojrzenie było pełne niepewności kiedy ojciec znowu go zostawi i żalu. Kakarotto nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał. Właściwie w ogóle nie wiele się w życiu zastanawiał, może było to kolejnym błędem… Zauważył wtedy też, że wcale nie znał swoich najbliższych… Tego dnia w głębi serca znienawidził siebie.
Kiedy więc nadarzyła mu się okazja do nadrobienia strat i czegoś w rodzaju rozgrzeszenia się przed samym sobą wręcz stawał na głowie, aby być dobrym „seniorem rodu". Mimo najszczerszych chęci wychodziło mu to średnio, wciąż był po części dużym dzieckiem…
Bejita i Junigatsu na swój sposób przypadli sobie do gustu, po prostu uwielbiali docinać sobie nawzajem. Ten przemiły czerwcowy dzień nie miał być wyjątkiem.
-Weź mi zjedź sprzed tego telewizora, zasłaniasz mi Chucka Norrisa.- fuknął książę.
-No popatrz, popatrz, a jak Blondi ci zasłania, to nie widzisz problemu.
-Ją mi się przyjemnie ogląda, na twój widok mi się cofa.
-Insynuujesz, że jestem brzydka? –porządnie wnerwiła się dziewczyna.
-Niczego nie insynuuję. Takie są fakty.
-Szmaciarz. Nawet od ciebie jestem z dziesięć razy ładniejsza, hm zresztą od ciebie to wszyscy są piękniejsi.
-Gdyby nie to, że jest dzień dziecka, to obiłbym ci ten głupi ryj. Udowodnij mi, że wyglądasz jak człowiek, a nie rozkładające się zwłoki.
-Pożałujesz tych słów! –warknęła i poszła na górę.
Pół godziny później dziewczyna stanęła na szczycie schodów prowadzących z parterowego salonu na następne piętra. Była zupełnie odmieniona. Starannie umalowane na brązowo i podkreślone czarną kredką zielone oczy błyskały złowrogo, na jej pomalowanych jasną pomadką ustach tkwił wredny uśmieszek. Jej czarne, chyba po raz pierwszy od wielu lat uczesane rozpuszczone i pięknie falujące włosy opadały jej delikatnie na ramiona. Starannie i równo obcięła i pomalowała paznokcie, na jej nadgarstkach mieniły się bransolety, czuć było od niej woń drogich perfum. Miała na sobie marszczoną sukienkę do kolan w kolorze zgniłej zieleni i co najmniej dziesięciocentymetrowe szpilki. Z gracją opierała się o poręcz i wyglądała na opanowaną, ale opanowana nie była.
„Jak ja mam zejść z tych schodów? Kurde, jak się w tym poruszać, noo… i do tego śmierdzę perfumami. Przez ten gorset zaraz zemdleję, wrr nigdy więcej tego nie zrobię, cholera".
-Odszczekaj to, co powiedziałeś. –warknęła.
Goku odwrócił głowę i z wrażenia przewrócił się razem z fotelem. Vejita o mało nie wybił sobie oka słomką, Nichiyobi po prostu zamurowało, tylko Bejita niewzruszony podszedł do schodów.
-Zejdź no tu do mnie, chcę ci się przyjrzeć z bliska.
„Cholera."
Dziewczyna zrobiła jeden krok w dół i zaraz potknęła i się, wywaliła i przejechała twarzą do dołu przez całe piętro, zatrzymując się dopiero u stóp Bejity.
-No nareszcie plebs padł mi do stóp, robisz postępy laska! Buahahaha! –i zaczął się z niej śmiać.
-Wasza Niskość raczy się walić. –prychnęła.
Dziewczyna podniosła się z trudem i skierowała się do kuchni, na swoje nieszczęście wywalała się co parę kroków. Książe wyglądał tak, jakby miał się zaraz udusić ze śmiechu. Reszta w dalszym ciągu była w szoku. Jakieś dwie minuty później Junigatsu już w zwykłych tenisówkach biegła do Saiyana z patelnią w ręku, ale ponownie się wywróciła, tym razem za sprawą za ciasnej sukienki i po raz wtóry podjechała mu pod nogi.
-No, no, no chciałaś przywalić księciu patelnią, tak? –fuknął Saiyan.
Bejita chwycił ją za szyję, uniósł do góry i przycisnął do ściany tak, że nie mogła się ruszyć.
-Przeproś. –warknął.
-Co ja jestem pies, że mam reagować na komendę przeproś?!
-Suką na pewno jesteś, i psy reagują na poproś. –Zacisnął trochę mocniej dłoń na jej szyi.
-Bejitaa, no weź ją zostaw, słabsza jest ciebie. –zaczął Goku.
-Nie z tobą rozmawiam Kakarotto, spadaj.
-Rozmowa godna istot z wysoko rozwiniętego cywilizacyjnie społeczeństwa, no naprawdę –skomentował Vejita.
-Nie jestem słabsza! Jak wrócę do zdrowia, to taki mu spuszczę łomot, że będzie wyglądał jak odpadki z masarni! –wydarła się i zaczęła wyrywać.
-Też mogę sprawić, że będziesz tak wyglądać, ale w przeciwieństwie do ciebie mogę to zrobić teraz zaraz. –uśmiechnął się wrednie.
Saiyanka zaczęła się szamotać i zelżyła z lekka uścisk, po czym specjalnie ugryzła Księcia w dłoń, choć najprawdopodobniej zdołałaby uwolnić się bez tego uroczego akcentu. Bejita odskoczył i złapał się za krwawiącą rękę, tego było już za wiele.
-Orzesz ty kur… dosyć tego, cholero! Skończył się dzień dziecka! –wydarł się i rzucił na dziewczynę z pięściami.
Zaczęli się szarpać, drapać, walić , kopać, i w morderczym uścisku rzucać się po całym pokoju. Pozostała trójka była przerażona obustronną furią bijących się i przyglądała się wszystkiemu z boku. Kilka minut później do kompletnie zdemolowanego pomieszczenia teleportowała się Shadow ze stosem ksiąg w rękach, które zasłaniały jej całe pole widzenia, chwilkę potem z impetem wpadli na nią zajęci sobą Bejita i Juni, i biedna kobieta poleciała prosto na Goku. Kiedy zdała sobie z tego sprawę z prędkością światła wybiegła do kuchni.
-A jej co jest? –zdziwił się Vejita.
-Nie wiem, zachowuje się tak dziwnie ponad miesiąc… -odpowiedział Goku.
-Może ma okres? –zastanowił się chłopak.
-Hm, to by wszystko wyjaśniało. –westchnął Kakarotto.
-Tyle czasu, tak? No zabawne –fuknęła Nichiyobi przysłuchująca się tej wymianie zdań.
-Słuchaj, a może coś się wydarzyło wtedy, kiedy się z nią biłeś po pijaku… -podsunął myśl Saiyan.
-No cholercia, ja nic nie pamiętam z tego.
Shadow wyszła z kuchni z mokrą głową i skierowała się w stronę osobliwej publiczności przyglądającej się równie dziwnej walce.
-A tobie szajba odwala? –zapytał niedelikatnie Vejita.
-Zrobiło mi się słabo. I musiałam się odświeżyć. –wysyczała.
-Aha. –odpowiedział Goku.
-Wy mi lepiej powiedzcie o co tym razem poszło, tak w skrócie –i wskazała na pole walki.
-Tak w wielkim skrócie, to Bejita powiedział, że Juni wygląda jak rozkładające się zwłoki, a ona go pogryzła. –streściła Nichiyobi.
-to ciekawe...
W tej samej chwili do domu wróciły wnerwione ciężkim dniem w firmie Burmai i Bulma, a pierwszą rzeczą, jaka ukazała się ich zmęczonym oczom był obraz kompletnej destrukcji. Pokój wyglądał jak jakiś surrealistyczny obraz pt. „Armagedon" pędzla jakiegoś naćpanego, opętanego kiepskiego artysty.
-Ooo, niee. . .-rozwścieczona wnuczka Bulmy popędziła do kuchni i wróciła ze swoją sławną już maczugą.
-Dosyć! –wydarła się tak głośno, że nawet dwójka żądnych krwi Saiyan przestała się nawzajem oszpecać.
Kobieta z całej siły zdzieliła oboje po łbach i usadowiła zamroczonych wojowników na kanapie, po czym zwróciła się do pozostałej czwórki.
-Wy! Siad! I to w tej sekundzie!
Saiyanie bez mrugnięcia okiem wykonali polecenie i wpatrywali się z przerażeniem w narzędzie zbrodni. Bulma stanęła przed nimi.
-Pytam się ja was, cholera co to miało znaczyć. –syknęła kobieta.
-Bo on mnie przyduszaaaał! –rozwyła dziewczyna.
-Ona mnie pogryzłaaa! –zrobił to samo Saiyan.
-Bejita, czemu ją przyduszałeś?
-Bo mnie chciała po…pobić patelnią! A ja u fryzjera byłem kur… wczoraaaj!
Tym razem Bulma spojrzała groźnie na Junigatsu.
-On mnie wyzywał on jest złyyy!
-Ona mi zasłoniła telewizooor!
Burmai miała zdecydowanie powyżej uszu tego całego wycia.
-Cisza!
-A wy czemu ich nie rozdzieliliście?!
Reszta wbiła wzrok w podłogę i wyglądała tak, jak dzieci przyłapane na smarowaniu ścian kisielem.
Shadow niepewnie podniosła rękę do góry jak jakiś zestresowany sześciolatek.
-Słucham.
-Ja dopiero co wróciłam, byłam poza planetą…
-Okej, no to ty jedna, a reszta?
-No, co się mieliśmy wtrącać, to nie nasza walka była-zaczął niepewnie Vejita.
-Vejita, ty łbie mieszkasz tu całe swoje życie, to odpowiedz mi na jedno prościutkie pytanie: Czy po to budowaliśmy specjalną salę treningową, żebyście urządzali sobie tutaj zapasy w kisielu?!
-Ale tu nie ma kisielu –zdziwił się Goku.
-To była metafora, buraku…-westchnęła Bulma.
-Jazda mi z domu, i nie wracajcie dopóki nie ekipa remontowa nie skończy pracy. Idźcie sobie do kina, w cholerę, w pizdu, nieważne. Won.
Tymczasem na Nowej Vegecie.
-Ahhh… nie mogłem się już doczekać, ale opłaca się, w dzień dziecka będzie lepszy efekt, nie? –Zwrócił się do Babidiego strojący się przed lustrem Goran.
-Że też chce ci się tracić czas na takie głupawe zabawy.
-To tylko taka mała „przyjacielska" wizyta, poza tym muszę w końcu rozprostować kości. Hm, myślę, że to się nawet szefowi „spodoba".
-Rób co chcesz, a po jakie licho ci ten szalik? Czerwiec jest.
-To mój ulubiony szalik.
-Boże, co ja z tobą mam.
-Nareszcie zacząłeś zwracać się do mnie tak jak trzeba. Idziemy.
Po czym oboje teleportowali się.
Bohaterowie wyszli przed dom.
-Kurde, normalnie Chuck Norris –westchnął Goku.
-Ty przynajmniej łeb masz cały. –jęknął Bejita rozmasowujący sobie obolały czerep.
Nagle w powietrzu przed nimi pojawili się Goran z Babidim i dwójka Saiyan.
-O kur…-westchnął Bejita.
-Obawiam się, że będziecie musieli przełożyć spacer na jakiś inny dzień. –uśmiechnął się Goran.
Goku niewiele myśląc przeniósł wszystkich na pustkowie.
-Czemu zawdzięczamy twoją dzisiejszą wizytę tutaj? –warknęła Shadow.
-Ot, nic specjalnego. Przyszedłem dać wam prezent z okazji dnia dziecka…
-Co?! –wkurzyła się Junigatsu.
Saiyan podleciał do dziewczyny, która sparaliżowana jego ogromną ki nie była w stanie się ruszyć. Odchylił jej bluzę i przejechał dłonią po dolnej części brzucha.
-To. –uśmiechnął się.
-Weź te łapy –warknęła.
-Tego nie będzie.
-Przepraszam, czy ty sobie kur… wyobrażasz, że to jest nadmiar tłuszczu i będziesz się bawił w chirurga plastycznego?!
-Zastanów się, dlaczego przyszedłem dzisiaj…pobawię się w ginekologa.
-Nie zrobisz tego… -jęknęła przerażona Saiyanka.
-Owszem, zrobię.
-Ale o co ci chodzi pomyleńcu? Masz jakiś problem?!
-Wiesz, dzieci często płacą za grzechy przodków. Ty i twoje dziecko możecie podziękować za to Goku...
Dziewczyna zdążyła tylko ze łzami w oczach pokręcić głową, kiedy Saiyan kopniakiem z pół obrotu wysłał ją na skały, które pod wpływem uderzenia zawaliły się na nią.
Vejita z furią rzucił się na Gorana, ale jeden z jego towarzyszy z całej siły wpakował mu pięść pod żebra, chłopak upadł na ziemię i zaczął pluć krwią.
-Chcesz krwi? To jej dostaniesz. –warknęła Shadow i wystrzeliła pociski ki, które porozwalały dwójkę wojowników będących z Goranem.
Dwa zmasakrowane ciała upadły przed Saiyanem.
-Nieładnie, ale okej chcecie, to się bawcie –rzucił wesoło, po czym pstryknął palcami ,a przed oczami bohaterów teleportowało się około tysiąca Saiyańskich „maszyn do zabijania", które od razu rzuciły się na członków odtworzonego niedawno teamu Z. Goran mógł więc spokojnie zabrać się do sedna sprawy. Przejrzał jakąś książkę medyczną, po czym wyrzucił ją i stwierdził:
-Cholera, nic z tego nie rozumiem. No trudno, będę musiał skorzystać z własnych, sprawdzonych metod. –po tych słowach teleportował się do Junigatsu.
Pod gruzami.
-Wybacz mała, że musiałaś tak długo czekać. Przygotuj się, będzie bardzo bolało...
-Odpieprz się skur...
-Ćśśś... –Saiyan zatkał jej usta. –Potraktuj to jako prezent od bliskiego krewnego, w sumie to też swojego rodzaju zaszczyt...
-Od krewnego? Zaszczyt? Co ty do ciężkiej cholery chrzanisz?!
-Jakbyś nie była taka głupia to wiedziałabyś co to za pokrewieństwo. A jeśli chodzi o ten zaszczyt... Po prostu nie każde z miliardów niewinnych i bezbronnych istnień, jakie przyjdzie mi unicestwić zostanie potraktowane tak hm... specjalnie. No to jak –to chłopiec, czy dziewczynka? –zapytał przesłodzonym głosem, a na jego twarzy zagościł równie fałszywy uśmiech.
-Jesteś pieprzonym, opętanym psychopatą, wiesz? –syknęła.
-Każdy ma w sobie jakieś niegroźne zboczenie –odpowiedział.
Goran wytworzył w dłoni kulę, spojrzenia obojga Saiyan spotkały się na chwilę. Spojrzenie dziewczyny było pełne strachu i nienawiści, a w jego oczach był tylko obłęd.
Tymczasem na polu walki bohaterowie rozprawiali się z kolejnymi Saiyanami, kiedy Goku zauważył podejrzane światło wychodzące ze szczelin między kamieniami.
-Kurrr... dosyć tego! Shadow zajmij się nimi! –wydarł się Saiyan i teleportował.
Shadow tylko skinęła głową.
-No, powiedz ładnie papa...
-Spierda...-dziewczyna urwała, bo zobaczyła przed sobą Goku.
-Wystarczy –warknął Kakarotto i rzucił się na Saiyana, który zdążył tylko rzucić kulę w dziewczynę, na szczęście nie trafił tak jak chciał –Saiyanka oberwała w klatkę piersiową. Goku wysłał Gorana kopem w powietrze i po chwili sam do niego dołączył.
-Wiesz ile przyjdzie ci za to zapłacić? –wściekł się Saiyan.
Goku w milczeniu przybrał swoją białowłosą, potężną formę. Po chwili oboje przystąpili do walki. Wymiana ciosów trwała już kilka minut, Goran miał coraz większą przewagę, Goku z każdym ciosem był coraz słabszy. W końcu Saiyan złapał zmaltretowanego Goku za szyję i zaczął go dusić. Niezauważona przez nikogo dłoń wystająca spod gruzu przejechała paznokciami po powierzchni jednego z kamieni tworząc na nim niezwykle głębokie rysy. Chwilę później rozległ się krzyk.
-Ju...Juni... –wycharczał Goku.
Dziewczyna wyleciała spod kamieni dziwnie odmieniona. Otaczała ją złota aura i emanowała z niej ki, jakiej nawet w pełni zdrowia nie miała, nawet nie miała prawa takiej mieć. Chociaż była ciężko ranna zdawała się nie odczuwać bólu.
Osłupieni wojownicy nie zdążyli nawet jej się przyjrzeć, z niewiarygodną prędkością rzuciła się na Saiyana z pięściami i zaczęła okładać go potężnymi ciosami, których ten nie mógł odparować.
Goran po raz pierwszy w swoim życiu poczuł, co to strach. Wiedział, że jeśli nie ulotni się, ta dziewczyna mogłaby go zabić. Nie miał jednak zielonego pojęcia skąd u niej ta siła...
Goku pomyślał sobie, że Junigatsu była trochę podobna do Gohana, doprowadzona do ostateczności potrafiła wykrzesać z siebie siłę, której normalnie nigdy nie byłaby w stanie wydobyć z własnego ciała...
Shadow tylko westchnęła, bo miała już swoje podejrzenia, co do tego dziwnego wydarzenia.
Goran odsunął się i wydarł:
-Teraz mieliście wielkie szczęście! Ale ja tu jeszcze wrócę, i dokończę to, co zacząłem! Cieszcie się każdym parszywym dniem waszych żałosnych egzystencji, bo nie wiecie cholery, kiedy nadejdę, aby wam to wszystko odebrać! –po czym teleportował się razem z Babidim i resztą Saiyan z powrotem na Nową Vegetę.
-Możesz być pewien, że będę gotowa –syknęła chyba już sama do siebie dziewczyna, która kilka sekund później wróciła do pierwotnej postaci i padła na ziemię nieprzytomna.
Goku przeniósł wszystkich z powrotem do CC.
-Dzwońcie po lekarzy! – wydarł się Goku do Bulmy i Burmai.
-Szybciej! –ponagliła Nichiyobi, która wparowała zestresowana do domu z nieprzytomną półżywą siostrą na rękach.
Kobiety zaczęły wydzwaniać do najlepszych lekarzy świata.
-Nie ma czasu! Vejita leć po senzu! –rzucił Goku.
Saiyan w milczeniu poleciał na świętą wieżę.
-Kur...de niech ja go tylko dopadnę! –Wydarli się jednocześnie Goku i Bejita.
-Siad. I uspokójcie się –zakomenderowała roztrzęsiona Shadow.
-Zaraz dostaniecie kakao to wam będzie trochę lepiej. –rzuciła Nichiyobi i popędziła do kuchni.
Tymczasem na wieży Karin...
-Karinie, daj mi senzu!
-Nie mogę.
-Albo mi ją dasz, albo cię wywrócę na lewą stronę...-wkurzył się Saiyan.
-Nie mam senzu, będzie dopiero za dwa tygodnie. I przestań mi grozić, bo przyjdzie Chuck Norris i skopie ci tyłek.
-Kur...-rzucił krótko chłopak i teleportował się z powrotem do domu.
W międzyczasie Goku przetransportował Junigatsu za pomocą shunkanido do najlepszej, odpowiednio przygotowanej kliniki i siedział z powrotem na kanapie obok Bejity. Saiyanowi strasznie trzęsły się ręce i przeklinał cały czas po cichu.
-Pij. –warknęła Shadow i podsunęła mu pod nos kubek.
-Jeszcze jedno kakao i się porzygam do jasnej cholery! –rzucił wściekle książę.
-Albo to wypijesz, albo tak ci strzelę w łeb, że ci się wszystkie teksty ich troje przypomną! –wydarła się Shadow, która nie miała się na kim wyżyć.
-Myślę, że dobrze by ci zrobiło, gdybyś się sama napiła...- zauważył Goku.
-Dobra myśl.
Saiyanka wzięła szklankę, którą ze złości potłukła w dłoni, porządnie kalecząc i do tego parząc dłoń.
-Fuck –warknęła i skierowała się do kuchni.
Nagle zadzwonił telefon. Odebrała go Bulma i na wszelki wypadek przeniosła się ze słuchawką do przedpokoju.
-Dzień dobry, czy to pani Bulma Brief?
-Tak, przy telefonie.
-Doktor Lew Andryskiewicz z tej strony... Mam dla pani trzy wiadomości: dwie dobre i jedną złą...Od której mam zacząć?
-No od tych dobrych na miły Bóg...
-A więc tak uhm...dziewczynę udało się uratować, ma niezwykle silny organizm, każdy inny człowiek na jej miejscu już dawno by nie żył...Będzie musiała dużo odpoczywać, za jakieś dwa –trzy dni powinna się obudzić... i hm to by była ta pierwsza wiadomość...
-Proszę kontynuować.
-Płód, to znaczy ekhm dziecko również przeżyje, ale...
-Ale...?
-W jego mózgu zaszły pewne nieodwracalne zmiany, najprawdopodobniej będzie to miało wielki wpływ na umysł dziecka...
-Będzie opóźnione umysłowo? Proszę mi podać jakieś konkrety!
-Możliwe, że będzie nawet wybitnie inteligentne, ale będzie zachowywało się dziwnie, yy to znaczy będzie ekscentryczne...
-Ekscentryczne pan mówi...? –w tej chwili Bulma spojrzała na Saiyan siedzących w pokoju.
-Tak.
-To naprawdę żaden problem, mam doświadczenie, jeżeli chodzi o komunikację z dziwnymi ludźmi...Aha, czy moglibyśmy zabrać ją już do domu?
-Tak, naturalnie jej zdrowiu już nic nie zagraża, mogą ją państwo zabrać.
-To wspaniale. Dziękuję za informacje, do widzenia.
-Do widzenia.
Bulma oparła się o ścianę i westchnęła z ulgą po czym skierowała się do pokoju, gdzie wbiło w nią wzrok sześć par oczu.
-Będzie dobrze –uśmiechnęła się.
Na twarzach zebranych wymalowała się prawdziwa ulga. Na kanapie siedział już Vejita, który zdążył już wrócić z Wieży Karin.
-Vejita, Nichiyobi –bierzcie samolot i lećcie po nią. Macie się zachowywać normalnie –rzuciła Burmai akcentując ostatnie słowo.
-Cholera, a ojca jak zwykle nie ma –fuknęła kobieta.
-Kurde, tak sobie myślę...fizycznie z nią wszystko ok., ale co z jej psychiką, przecież to musiał być potężny cios...- zastanowiła się Lait.
-No właśnie, jak ona musi się czuć... –z powrotem zachmurzył się Goku.
-No kto jak to, ale ty powinieneś coś wiedzieć na ten temat... –powiedziała Bulma.
-Jak to? O czym ty mówisz?
-To...to ty o niczym nie wiesz? –szczerze zdziwiła się kobieta.
-A o czym mam wiedzieć?
-Przecież Chi Chi była w ciąży na dwa lata przed pojawieniem się cyborgów, ale poroniła w trzecim miesiącu...
To był dla Goku wielki cios. Cios poniżej pasa, po prostu zbyt wiele. Miał dość. Siebie. Tego, że wciąż zawodził, choć tak bardzo tego nienawidził. To było niemożliwe, że o tym nie wiedział. Pewne jednak było, że sobie tego nie wybaczy. Bowiem Kakarotto był człowiekiem wybaczającym wszystkim ich błędy, ale nigdy własne...
Saiyan z trudem utrzymał przy przyjaciołach panowanie nad sobą i w milczeniu, nie zatrzymywany przez nikogo poszedł do swojego pokoju.
Goku siedział w kącie pomieszczenia. Można było powiedzieć o nim wiele rzeczy, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że Kakarotto nie był „prawdziwym mężczyzną". Wojownik płakał. Po jego młodej twarzy spływały gorzkie łzy, których nie próbował ukrywać, nawet gdyby nie był sam, nie ukrywałby swoich łez. Katowały go własne myśli, niemal wpędzały do grobu. Poczucie winy coraz bardziej zagłuszało wszystkie inne argumenty, czuł, że ta negatywna energia, ten ból go po prostu zabijał. Rozniesie go na strzępy, albo udławi się tą goryczą. Nie myślał jednak o uspokojeniu własnego zdruzgotanego dzisiejszymi wydarzeniami serca, wręcz przeciwnie coraz bardziej zadręczał się, wypominając sobie coraz to odleglejsze dzieje. Robił to specjalnie. W tej chwili chciał umrzeć...
„Spłodziłem Gohana, ale prawie nigdy mnie przy nim nie było, nie pomagałem...Trenowałem, jadłem i spałem...Byłem beztroski i bezmyślny jak dziecko... To Piccolo go wychował, nie znałem własnego syna...Spędziłem z Gohanem prawie cały rok, mimo to nie wiedziałem, że nienawidzi walki i przemocy, nie słuchałem, kiedy mówił, że zostanie naukowcem, myślałem, że to marzenie Chi Chi, a nie jego własne, a przecież on naprawdę tego chciał... Omal nie zabiłem go podczas Gry Cella..."
Goku spojrzał na popękaną podłogę, w której zrobił olbrzymie dziury, bezwiednie waląc w nią pięścią...
„Chi Chi...Przy niej też nigdy mnie nie było...Nie widziałem, jak się zmieniała, nie zauważałem, kiedy była smutna, a cały czas dziwiłem się, dlaczego obrywam... Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, rzadko mówiłem jej, że ją kochałem...Bo...Boże, ja...ja jej tego nigdy nie powiedziałem..." –Saiyan załkał i ukrył twarz w dłoniach.
„Goten...Przez siedem lat nawet nie wiedziałem o jego istnieniu... Kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy, bał się mnie...potem miał do mnie żal...On właściwie też wychowywał się sam...był jeszcze bardzo młody, gdy go opuściłem na długie lata...Zostawiłem ich wszystkich, a teraz oni już nie żyją...Nawet dzisiaj ledwo co zdążyłem zapobiec tragedii, i to nie do końca, zostawiłem tego dupka przy życiu..."
-Kakarotto nie miał już na nic siły. Położył się na łóżku i gapił się tępo w sufit.
Shadow również biła się z własnymi myślami. Nie wiedziała, czy Son powinien być sam, czy może powinna go jakoś podnieść na duchu...Ale jak miałaby to zrobić? W końcu powędrowała na górę. Po otwarciu drzwi jej oczom ukazał się widok Goku leżącego na łóżku i sprawiającego wrażenie odciętego od rzeczywistości, nawet nie drgnął, kiedy weszła. Kobieta westchnęła i podeszła do łóżka, po czym usiadła na podłodze i wpatrywała się w milczeniu w przestrzeń. Żadne z nich nie wydało z siebie dźwięku przez ponad godzinę.
-Ja...jestem zły... –wydusił z siebie Goku.
Shadow spojrzała na niego i pokręciła przecząco głową.
-Wcale nie –odrzekła.
-Nie...ty nie rozumiesz...
-W takim razie wytłumacz, to pomaga jak się komuś wyżalisz, może wspólnie do czegoś dojdziemy...
Goku powoli przekręcił głowę w jej stronę i spojrzał na nią niepewnie.
Kobieta położyła delikatnie własną dłoń na dłoni Kakarotto i uśmiechnęła się ciepło, acz nie za szeroko.
Przez oblicze Saiyana przemknął na chwilę cień uśmiechu, który wskazawszy podbródkiem łóżko w zapraszającym geście westchnął. Shadow delikatnie położyła się na boku tak, aby być przodem do Goku i wlepiła w niego swoje złote oczy, które miały w sobie jakiś dziwny, uspakajający blask.
Saiyan opowiedział jej prawie wszystko, jak żałował uśmiercenia dziadka, to, co we własnym mniemaniu mógł zrobić, a czego nie zrobił, o błędach, które popełnił, co jakiś czas przywołując jakieś miłe wspomnienie, które na chwile rozjaśniało jego twarz, własne przemyślenia, których wbrew krążącej o nim opinii miał wiele. Przemilczał jednak kilka najistotniejszych faktów, które znane były tylko jemu, a które bolały go najbardziej. Sprawy te związane były poniekąd z jego ponad stuletnią nieobecnością...
Shadow nie mówiła nic. Słuchała i analizowała wszystko. Cały czas patrzyła na niego. Jej własna przeszłość również owiana była tajemnicą, której pomimo największych dotychczasowych próśb Goku nie zdradziła. To były zbyt bolesne wspomnienia, które teraz, po latach odżyły na nowo i zaatakowały ją ze zdwojoną siłą, a wszystko za sprawą...
Goku skończył mówić i spojrzał po raz kolejny na swoją milczącą towarzyszkę.
-Nie można przewidzieć tego, co się zdarzy, i przeszłość ma swoje tajemnice... Nie obwiniaj się, ja znam twoje serce i wiem, że chciałeś dobrze... Jestem przekonana, że twoi bliscy również nie mają do ciebie żalu, kto kocha –przebacza, a ciebie nie kochać nie można...-Shadow gładziła Goku po włosach i mówiła do niego ciepłym spokojnym głosem tak, jakby uspokajała przerażone dziecko. Zganiła jednak siebie myślach za tę ostatnią część wypowiedzi i cieszyła się w duchu z tego, że Saiyan nie zauważył tej delikatnej aluzji...
-Tak uważasz...?
-Powiem więcej, ja to wiem, nie jestem najlepsza w mówieniu, więc zaśpiewam ci pewną Veelańską pieśń...
-Jaką?
-Nie teraz, jesteś zmęczony, powinieneś się przespać, to uspokoi twój umysł. Wyjaśnienia przyjdą we właściwej chwili...
„Serce głosem prostego żołnierza.
Nie znającego drogi, którą zmierza...
W duszy jego spokój błogi,
Gdy nie duma nad tym, dokąd niosą go własne nogi...
Przez ciernie nieporozumień, las porażek przejść musi
Bólem zahartować duszę, jednak odmieniony z powrotem wróci
Kiedy raniony jest przez innych, kiedy sam jest napastnikiem,
Wtedy naprawdę jest wojownikiem...
Przez niepokoju wraca mętne wody
a odrodzony sercem, wciąż młody
Saiyan jest wilkiem, myśli i działa,
Wie, że, nie wygra nigdy, jeśli jego wiara jest mała
Jeśli w siebie wierzy, jeśli kocha cokolwiek,
Zwycięży zawsze i odejdzie jak wielki człowiek.
Kroczy drogą dalej w świat,
Bo wie, że los zmienny jest jak wiatr,
Idzie przez życie dalej i śmielej,
Przez Bogów obdarowany szczęściem, i radości w życiu ma wiele,
Tylko wtedy, jeśli w swe ideały wierzy...
Ogromu jego zasług nie da się zmierzyć..."
-Ładne to -wymruczał słabo Goku, po czym usnął.
„Tyle lat, a ja to wciąż pamiętam" –zastanowiła się przez chwilę Shadow, ją też zmógł sen po tym ciężkim dniu.
Zapomniani przez resztę domowników zajętych powrotem Junigatsu, Saiyanie spali nieświadomie wtuleni w siebie.
Shadow była w połśnie, kiedy Goku wydał z siebie chrapnięci i obudził ją chyba na dobre, acz nie na tyle porządnie, aby dziewczyna zorientowała się, że Saiyan wtulił się w nią całym ciałem. Uśmiechnęła się lekko, „jeżeli chrapie, to przynajmniej śpi" –pomyślała.
-Chrr...Ciacho...chrr –zamamrotał przez sen.
„Miłych snów i smacznego" –uśmiechnęła się w myślach, i z powrotem spróbowała usnąć.
-Ciacho zjem cię, zjem cię, zjem cię... chrr...pachnie jedzonko...
Po tym uroczym wyznaniu Goku wciąż śpiąc przekręcił się do twarzy Shadow i zaczął ją wąchać.
-Co do...wymamrotała zdziwiona.
-Czuję ciastko z kremem...kocham krem, mniammm
„Cholera powinnam była wiedzieć, że używanie kosmetyków UNDER 20 o zapachu ciastek nie wyjdzie mi na dobre" –zganiła siebie w myślach.
Było już za późno. Goku jak to Goku, niczemu, co chociaż sprawia wrażenie jadalnego nie przepuści, dobrał się do twarzy Shadow i zaczął zlizywać z niej wyśniony krem.
Saiyanka wydała z siebie jakiś stłumiony pisk i postanowiła jakoś to przeżyć, „w końcu nie obiję mu gęby za to, że jak zwykle jest głodny, tym bardziej, że nie ma nawet zielonego pojęcia co wyprawia" –uspokoiła się.
„Hm, w sumie nie jest źle, nie będę przecież płakać" –zaśmiała się w duchu, kiedy Kakarotto znalazł w nietypowej „cukierni" ucho Saiyanki i zaczął się nim „bawić".
„Oż, kurde, ale nie gryź! Śpij, mała cholero, śpijże już..." –wkurzyła się.
Kilka sekund później Goku zachrapał po raz kolejny i powrócił do wyjściowej pozycji, tradycyjnie nieświadom niczego. Saiyanka westchnęła z ulgą i pokręciła głową z niedowierzaniem, sama nie wiedziała, czy bardziej ją to zirytowało, niż rozbawiło. Parę minut później spała spokojnie, a rankiem nie pamiętała tego osobliwego zajścia.
Junigatsu nie mogła się poruszyć, a oprawca był coraz bliżej... Krzyczała, ale krzyk zagłuszany był przez ten jego szaleńczy śmiech...Wbijał w nią swoje opętane spojrzenie, za każdym jego pewnym krokiem snuła się śmierć, na dłoniach miał krew...Jej krew...Czuła na swoim ciele dotyk jego zimnych dłoni i umierała z obrzydzenia, wtedy rozbłysło to oślepiające światło...
Dziewczyna nagle obudziła się z niemym krzykiem na ustach, trzęsła się i była cała spocona, zaraz potem dotarło do niej oślepiające światło zza okna, do którego musiała przyzwyczaić swoje zielone, smutne oczy.
Spojrzała na swoją rękę, która krwawiła lekko, zacisnąwszy pięści przez sen nieświadomie bardzo głęboko wbiła sobie paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Zignorowała to i rozejrzała się po pomieszczeniu. Pokój był cały w odcieniach bieli, urządzony bardzo skromnie. Proste łóżko, szafka, jakieś futurystyczne meble i dwoje drzwi. Jedne prowadziły do łazienki, drugie zaś na korytarz. Saiyanka spróbowała usiąść, czego dokonała z trudem i wtedy zauważyła kroplówkę. Prychnęła i wyrwała ją sobie z ręki, którą przewiązała potem kawałkiem materiału oderwanym z prześcieradła. Po kilku próbach udało jej się wstać i opierając się o meble doszła w końcu do łazienki. Wzięła najdłuższy w swoim życiu prysznic, chciała zmyć z siebie wszystko, ale nie udało jej się wymazać złych wspomnień... Owinęła się ręcznikiem i zaczęła przeszukiwać szafki. W końcu znalazła to, czego szukała –golarkę. Stanęła przed lustrem i ogoliła sobie głowę. Przez dłuższą część życia miała krótkie włosy, ale po raz pierwszy ogoliła je przy samej skórze, wyglądała tak, jakby miała na głowie ciemny meszek.
Podniosła wzrok i spojrzała w lustro.
-Nie wybaczę...
-Zabiję! –wykrzyknęła, a drogie zwierciadło rozbiło się w drobny pył.
Powróciła do pokoju i zwycięsko dotarła do szafy. Ktoś uprzejmie przyniósł jej jakieś ciuchy, które bez większego namysłu założyła na siebie. Prosty, szary t-shirt, szerokie, czarne bojówki, do tego jej ulubiona szaro –czarna bejsbolówka. Wygląda na to, że ubrania przyniósł jej ojciec, mieli podobny gust.
Junigatsu odzyskała jako tako zdolność logicznego myślenia, zaczęła wiec analizować zaistniałą sytuację. Była sama w pokoju, mogła więc myśleć na głos...
-Cholera, nie pamiętam niczego, od chwili stracenia przytomności, nie mam pojęcia, ile czasu „spałam", to mogły być dwa dni, równie dobrze dwa tygodnie...Słyszałam jakby z daleka lekarzy...oni...oni mówili, że dziecko przeżyje...Nie ma się z czego cieszyć, pamiętam słowa tego mordercy, ciągle echem odbijają się w mojej głowie „Ale ja jeszcze tu wrócę, i dokończę to, co zacząłem"... –Westchnęła.
-Trzeba zacząć działać...Ta dziwna siła, pamiętam, przeraziła go, muszę nad nią zapanować, ale jak tego dokonać? I co to w ogóle było...Niesamowite... Tylko w ten sposób osobiście poślę go do grobu, choćbym miała zaciągnąć go do piekła ze sobą...Nie wybaczę, zabiję –trzy ostatnie słowa wypowiedziała jak w transie.
-Nie mogę martwić bliskich...Muszę wiec zaplanować swoje zachowania na najbliższy rok... Tydzień, może dwa będę zimna i nieczuła, nieobecna, potraktują to jak naturalne zachowanie... Potem powoli, stopniowo zacznę „wracać do normy", po pewnym czasie wszyscy o tym zapomną, a ja przez cały ten czas...-parsknęła chorym śmiechem.
Ta tragedia miała na nią większy wpływ, niż można było przypuszczać...
„Morderczyń śpiew, ich ofiar gniew –pełna noc..." (Pati Yang-jaszczurka)–słowa piosenki przemknęły jej przez myśli.
Słowa innej zaśpiewała na głos.
- "I don't think you trust in my self –righteous suicide, I cry, when angels deserve to die…"
Zaśmiała się po raz kolejny, podeszła do okna, spojrzała w niebo i śpiewała dalej:
-„Father, Father, Father, Father, Father! into your hands I Commend my spirit Father, into your hands, Why have you forsaken me, in your eyes forsaken me, in your thoughts forsaken me, in your heart forsaken, me!" (System of a down- chop suey)
'I co zamierzasz tym osiągnąć? ' –wydobył się znikąd zimny, kobiecy głos.
-Co? –wyrzuciła z siebie zdezorientowana dziewczyna, przecież w pokoju nikogo nie było...
'Wiem, co zamierzasz. To nonsens. Co chcesz przez to osiągnąć?' –ponowił głos.
-Sukces. –odpowiedziała chłodno Saiyanka i przyjęła pozycję do walki.
'To takie przykre'- przedrzeźniał głos.
-Kim jesteś? Gdzie jesteś?
-Jestem tutaj –głos przeszył jej umysł.
„Cholera, czym oni mnie nafaszerowali?" –zirytowała się zielonooka.
'Pomogę ci, jeśli mnie posłuchasz'
-Skopię ci tyłek, jeśli zaraz się nie ujawnisz! –warknęła.
'Przecież jestem tutaj...'
-Wypad z mojej głowy, to nie pub!
'Głupia jesteś. Ze mną ani z nim nie wygrasz...'
-Fajnie, to sobie siedź, ale masz się za dużo nie odzywać, jasne? Super brakowało mi tylko choroby umysłowej.
'To nie choroba' –rzekł głos i zamilkł już do końca dnia.
Nastolatka prychnęła i z trudem zeszła na dół.
Wielkie pomieszczenie było przyozdobione tylko kilkoma świecami lewitującymi w powietrzu. Zniszczone ściany były koloru krwi, kamienna posadzka była czarna. Na końcu pokoju znajdował się kamienny tron, na którym znajdowały się tajemnicze napisy wykute znakami, których człowiecze oko nigdy nie widziało. Drogo zdobione siedzisko na oparciach miało ludzkie czaszki. Siedziała na nim zakapturzona postać, z której emanowała niewyobrażalna energia. Przed tajemniczą osobą klękali Babidi z Goranem, ze strachu zaparło im dech w piersiach.
-Wstań –syknął do Saiyana.
Przerażony jak nigdy wykonał rozkaz i przełknął ślinę.
-Nie przypominam sobie, abym kazał ci ingerować w to, co dzieje się „na dole". A może ty sobie to przypominasz, hm?
-Nie, o wielki, ja chciałem zrobić ci prezent.
-Wpychaj swój język w tyłek kogoś innego. Nienawidzę, podlizujących się miernot. Niespodzianek również.
Zdajesz sobie chociaż sprawę z tego, do czego żeś o mało nie dopuścił?
-To plugawe stworzenie nie miało prawa żyć w twoim Wszechświecie...
-O ile pamiętam, to ja o tym decyduję, czyż nie?
Saiyan skinął głową.
-Miałem i w dalszym ciągu mam plany co do tej istoty. Jak postanowię, tak się stanie i nie waż mi się tknąć żadnego z tych Saiyan dopóty, dopóki nie wydam ci takiego polecenia, albo się przystosowujesz, albo wrócisz tam, skąd przybyłeś, marny pyle!
-Ale przecież o to chodzi, aby ich zniszczyć...
-Chodzi o to, aby zadać im jak najwięcej bólu...A przy okazji, to nie ty jesteś od myślenia, pamiętasz?
-Tak, Panie...
-A na wszelki wypadek gdybyś miał o tym zapomnieć to wyobraź sobie taki oto widok: rozrywam cię na strzępy, a ty wciąż żyjesz i wszystko czujesz, potem przywracam twój parszywy zad do normalności i zaczynam od nowa, i tak przez wieczność...To bardzo miłe, jeżeli jest się masochistą, ale znam cię na tyle dobrze, aby wiedzieć, że bólu nienawidzisz ponad wszystko, także radzę ci zastanowić się, jeśli zachce ci się zrobić coś wedle własnego upodobania. Pojąłeś, śmieciu?
-Tak.
-A więc odejdźcie, zanim uznam, że darowanie wam żyć było złą decyzją.
Władcy Nowej Vegety zamarli, ale po chwili teleportowali się do własnej siedziby.
-A nie mówiłem?! –zaczął Babidi.
-W dupie cię mam to i tak twoja wina! –Saiyan wytknął środkowy palec i zamknął się we własnej komnacie zostawiając rozwścieczonego czarnoksiężnika samego.
