ROZDZIAŁ VII
Zgrzyty i koszmary.
W domu Brief znajdowało się osiem osób. Trójka siedziała w salonie na parterze otoczona najróżniejszymi lekturami. Bejita i Shadow wertowali je zawzięcie, a Goku z racji tego, że nie czytał zbyt dokładnie i szybko, pił pepsi i przeglądał książkę kucharską. Zamkniętych we własnych światach Saiyan wyrwał z własnych myśli skrzypienie schodów. Obejrzeli się za siebie i ujrzeli bladą jak śmierć nastolatkę.
-Odzyskałaś przytomność. –stwierdził książę.
-Jak widać. –odpowiedziała chłodno.
- Jak dziecko? –rzucił.
-Żyje. –dziewczyna nie miała ochoty na rozmowę.
-Mów mi więcej –sarknął.
Saiyanka zauważyła w końcu stosy ksiąg.
-Co to –westchnęła.
-Próbujemy odkryć, cóż to była za drzemiąca w tobie energia, przeszukujemy stare skrypty. –Odpowiedziała Shadow i z powrotem zanurzyła nos w książce.
Junigatsu temat zaciekawił, toteż przysiadła na kanapie obok Goku. Odetchnęła z ulgą, stanie ją męczyło. Kakarotto posłał jej ciepły uśmiech, który dziewczyna z wielkim trudem zdołała w części odwzajemnić.
-Jak długo byłam nieprzytomna? –spytała w końcu.
-Tydzień -odpowiedział Goku.
-Jak miło –prychnęła.
-O tak, bardzo –Na twarzy księcia zarysował się jego sztandarowy uśmieszek.
Nastąpiła chwila nietypowej ciszy.
-Milczysz? –zdziwił się Bejita, Junigatsu nigdy nie puszczała jego uwag mimo uszu.
„Ups, powinnam była zareagować" –przypomniało się dziewczynie będącej myślami daleko poza tym pomieszczeniem.
-Bejita niedomyśli, nie widzę powodu, dla którego miałby on w jakimkolwiek stopniu mnie absorbować. –odparła beznamiętnie.
Pozostała trójka uspokoiła się z lekka. Drobna, niby niezauważalna inwektywa była bardziej w jej stylu.
-Swoją drogą, to gdzie ten mój goth?
-Vejita? W komorze rekonwalescencyjnej. –rzucił od niechcenia najstarszy Saiyan.
-A co on tam robi?
-Kochanie... –zaczął Goku.
Junigatsu już czuła, że to nie wróży nic dobrego.
-...próbował się powiesić. –dokończył.
-Co? Dlaczego?
-Obwiniał siebie za to, że nie mógł ci pomóc. –rzekła Shadow.
-Ale nie dało się zrobić czegokolwiek... To wszystko przeze mnie, gdyby nie mój marny żywot, żylibyście sobie spokojnie, ale już niedługo będziecie wolni...-spuściła wzrok, a jej oczy zaszkliły się łzami.
Shadow dała na razie spokój książkom, podeszła do dziewczyny, objęła ją i wyszeptała:
-Mała, dobrze wiesz, że nie jesteś niczemu winna. Jesteśmy z tobą. Z wami.
-Wszystko się zmieni kotku, zobaczysz...-Goku pogładził wnuczkę po głowie.
-Co miało znaczyć to, że niedługo będziemy wolni? Bardzo mnie to zainteresowało... –zaczął książę.
-A nic, tylko majaczę –uśmiechnęła się Saiyanka, która zorientowała się, że zaczyna myśleć na głos.
-Powiedz mi coś, czego nie wiem. –odrzekł.
-Dupek. –warknęła Shadow i wróciła do książki.
W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie odgłosem przewracanych stron. Choć wszyscy znajdowali się ciałami tym samym pomieszczeniu, każde z osobna krążyło w obrębie własnych myśli tak głęboko, że właściwie byli oddaleni od siebie o całe lata świetlne.
Byli daleko od siebie na każdej możliwej płaszczyźnie. Zajęci głównie sobą i własnymi rozterkami nie dostrzegali problemów, i nie pojmowali czuć najbliższych im osób, ponieważ przyjmowali własny punkt widzenia za jedyny słuszny. Nie robili tego z premedytacją, jednak nie zmieniało, to faktu, że atmosfera w domu była przerażająco chłodna, co nikomu nie wychodziło na dobre. Nawet najprostsze ciepłe słowa otuchy wypowiadane były z wielkim bólem i trudem, ale w końcu byli to Saiyanie, ludzie walki, a nie ciepła i miłości...
-Znalazłam –Shadow rzuciła oschle do księcia, bo tylko on w tej chwili w jakimkolwiek stopniu przejawiał zainteresowanie tematem, na co wskazywało wertowanie kolejnych stron.
-Czytaj –rozkazał.
-„Shi-jinki -wojowniczki śmierci. Raz na kilkadziesiąt lat rodzi się Saiyanka, w której silny stres emocjonalny, bądź traumatyczne przeżycie związane z utratą kogoś lub czegoś daje legendarną potęgę Anihilacji. Wykorzystywane są przez saiyańską armię jako Broń ostateczną, traktowane jako święte kapłanki. Jedynym celem ich egzystencji staje się zemsta..." –Shadow nagle urwała, co zdziwiło nie tylko Bejitę, ale i pozostałą dwójkę przysłuchującej się od jakiejś chwili.
-Pamiętam, ojciec mi kiedyś o nich opowiadał, one były nawet ponad Elitą...To już wszystko?
Kobieta pokręciła przecząco głową i przełknęła głośno ślinę, co wzbudziło w Saiyanie niemałe podejrzenia.
-Dawaj to –warknął i wyrwał jej księgę.
Zaczął śledzić tekst wzrokiem. „Shi-jinki Szkolone są przez głosy, które do odpowiedniego momentu ukrywają się w ich podświadomości., zaś trening fizyczny polega na opanowaniu kumulacji i wyzwalania własnej ki do perfekcji, wykorzystywane jest to potem podczas jedynego ataku, do których są stworzone: samobójstwo".
Wojowniczki na jakiś czas przed nim instynktownie golą głowy, w ten sposób dają otoczeniu znać, iż nie mają nic do stracenia, a do zyskania zwycięstwo"...
-Cholera –rzucił Saiyan.
-Żądam, abyście natychmiast oświecili mnie, co jest tam napisane! –wykrzyknęła zirytowana nastolatka.
-Nic ważnego –ucięła Shadow.
-Już ci wierzę. Mów. –syknęła młoda i wbiła groźny wzrok w drugą Saiyankę.
Bejita tylko prychnął i podał jej książkę.
-Przeczytaj. –na jego twarzy pojawił się wredny uśmieszek.
-Co to ma być kurde? Po jakiemu to jest napisane, co?
-Po saiyańsku. –rzucił i korzystając z okazji na wszelki wypadek pozbawił dziewczynę nakrycia głowy.
Jego oczom ukazała się ścięta prawie „na zero" głowa matki dziecka jego wnuka. Wściekł się, nie przypuszczał, że to rozwinie się tak szybko. Shadow zamarła w niemym przerażeniu, natomiast twarz nieświadomego niczego Goku wyrażała jedynie zdziwienie.
-O, kur...-prawie wyrwało się księciu.
-Dlaczego to zrobiłaś? –westchnęła Shadow.
-Włosy są niepraktyczne. –wzruszyła tylko ramionami.
-Kiedy –rzucił książę.
-Nie dalej jak dwadzieścia minut temu –odparła poirytowana dziewczyna.
-Po co.
-Pf, no „po co". Po to, że będą mi w treningach przeszkadzać. Co to ma być? Wywiad? Idę stąd, wnerwiacie mnie. –fuknęła.
-Juni! Nie ma mowy o żadnych treningach! –wykrzyknął Goku.
Dziewczyna już tego nie słyszała. Całą swoją uwagę skupiła nad tym, jak ma przejść kilka podziemnych pięter bez zasłabnięcia.
Zajęło jej to niecałą godzinę, wliczając postoje. Była wycieńczona, gdy przekraczała próg wielkiej, białej, sterylnie czystej sali. Białe, mdłe światło sufitowych lamp kłuło ją w oczy. Dostrzegła rozmieszczony w pomieszczeniu sprzęt medyczny i elektroniczny. Na samym końcu podłużnego interieur znajdowała się wielka, jajowata kapsuła lecznicza wypełniona obcym dziewczynie płynem. W środku był Vejita. Jej Vejita.
Chłopak podłączony był do urządzenia podającego tlen, do jego ciała przyczepione były różne elektrody, które wysyłały informacje do komputerów, wyświetlających na monitorach niezrozumiałe dla nastolatki linie.
Saiyan wyglądał tak, jakby był zawieszony pomiędzy życiem, a śmiercią. Co jakiś czas jego powieki drgały niespokojnie.
„Zwinięty" w nienaturalnej pozycji, i trupio blady wielki wojownik wyglądał wręcz groteskowo, był słaby, bezbronny i delikatny. Niemal jak porcelanowa lalka.
Junigatsu przerażona tym jakże bolesnym dla niej widokiem prawie zapomniała o konieczności oddychania, w tej chwili wszystko inne było nieistotne.
Po raz wtóry jej już przekrwione oczy zaszkliły się łzami.
Nie płakała od lat, a teraz zrobiła to po raz drugi w ciągu kilku dni.
Normalnie wstydziłaby się tego, zrobiłaby wszystko, aby tylko nie pozwolić wypłynąć „świadectwu jej słabości", jak miała w zwyczaju określać łzy.
Nie myślała o upokorzeniu, teraz to wszystko, nawet duma było niczym –marnym pyłem...
Jej usta ułożyły się do słów „to wszystko moja wina", nie miała jednak sił na wydanie z siebie jakichkolwiek ludzkich dźwięków, nie wspominając nawet o ułożeniu ich w słowa.
Jęknęła cicho. Podeszła do szyby kapsuły, „przyklejając" do niej swoje dłonie i twarz. Po kilku minutach odważyła się na próbę złożenia zdania, były to ostatnie słowa, jakie wypowiedziała tego dnia:
-Ve...jita, ty pomagasz mi tym, że po prostu jesteś, nie zostawiaj mnie nigdy wię...cej.
„Bo inaczej następnym razem to ja cię powieszę, ale za jaja" –fuknęła w myślach. Agresja była jedynym znanym jej sposobem na odreagowanie stresu.
Westchnęła zrezygnowana i ze spuszczoną głową opuściła wnętrze, zamknęła za sobą ciężkie drzwi. Zmęczona jeszcze bardziej w bardzo powolnym tempie ślepo przemierzała zimny, podziemny korytarz. Nagle jakby z oddali dobiegł ją głos seniora rodu.
-Juni...
Dziewczyna odwróciła się, co oznaczało ciche przyzwolenie na to, aby Goku mógł się do niej zbliżyć. Son zobaczywszy w jakim jest stanie podbiegł do niej.
-Niunia, na litość boską! Co ty robisz? A gdybyś tak tutaj zemdlała, kto i kiedy by cię odnalazł? Przecież tobie nie wolno nawet wstawać! Nie rób tak więcej... –Wyszeptał zmartwiony Saiyan i wziął dziewczynę na ręce.
„Jasne, tacy jesteście zabójczo troskliwi, że odnalezienie Vejity zajęło wam tyle czasu, że cudem jest sam fakt, że żyje. A czy w ogóle przyszło wam do głów, że dzieje się z nim coś złego? Oczywiście, że nie. Cholera stracić przytomność na tydzień, i od razu..." –Nawykiem Saiyanki było szukanie winnych.
„Cholera, że też sobie wybrali lokum na samym dole. Co ja niby jestem- Saiyanka, że sobie mogę tak latać po piętrach w te i powrotem bez mrugnięcia okiem?!" –wściekała się w myślach Bulma przy okazji pokonywania kolejnego piętra.
Tym razem przywołanie na obiad i ogólne sprawdzenie, czy Junior i Vegita żyją było jej zadaniem.
Otworzywszy zniszczone, drewniane drzwi rozejrzała się po pomieszczeniu. Odrapane, szare ściany z miejscami widocznymi gołymi cegłami. Na podłodze rozłożony był stary, dziurawy dywan o bliżej nieokreślonym z powodu brudu kolorze. Dwa stare łóżka z brudną pościelą. Resztę wystroju stanowiły butelki i puszki po piwie i innych alkoholach.
Jak można było się po nich spodziewać, Saiyanie nie dotrzymali danej swoim latoroślom obietnicy. Nieprzyjemne zdarzenia z Junigatsu i Vejitą w rolach głównych stanowiły według nich wystarczające powody do powrotu do starych zwyczajów.
Bulma na poważnie zaczęła zastanawiać się, gdzie wcięło jej prawnuka i jego kompana, gdy uzyskała nieprzyjemny, acz wystarczający sygnał, by być pewną, że żyją i są na terenie domu.
-Odwrć siee! Odwrć! Nie n mmnieee! –Wybełkotał Vegita.
-Ale jo y błeeee –odpowiedź Saiyana została zakłócona przez niekontrolowany odruch wymiotny.
Nastąpiła chwila dość niepokojącej ciszy.
„Zarzygali się na śmierć?" –zaniepokoiła się kobieta.
Nic bardziej mylnego. Po chwili dość upośledzonego analizowania sytuacji Vegita odzyskał głos:
-Ty deiblu! Wi-isz coż szrobiłeś? Znowu na mnie naszkaełś! Moiem żeyś tle nie piłł!
-I to to mówi! Esz kchlejeż i co! Mord w kubł!
-Ae ja tk potm nie szygam! –zagrzmiał Vegita i rzucił w drugiego butelką.
Bulma usłyszała huk tłuczonego szkła i wrzask.
-Aaaa! Opatrz! Ca-a flaszka w pizdu poszła ty pe...
-Zmknij siee, bo ci sam zapcham gębe! –przerwał mu potomek Bejity.
-Guń się lyszczu!
-Ożauesz tgo! –Wydarł się noszący okulary Saiyan i już mierzył do Juniora z wielkiej butelki ketchupu.
-Kecz-p? –jęknął przerażony Goku.
-Jes, kecz-p. –uśmiechnął się podle.
Kobieta miała już zdecydowanie dość przysłuchiwania się tej wymianie zdań i wparowała do drugiego pokoju, przy okazji chwytając zdezorientowanych Saiyan za szmaty i wymierzając im kilka uderzeń w policzki.
-Andrzej? –zamajaczył Junior.
-Już ja was cholery otrzeźwię! –Wykrzyknęła czerwona ze złości Bulma.
Z iście demonicznym zamiarem wpakowania wojowników pod zimny prysznic zabrała się z wielkim obrzydzeniem za zdejmowanie z mężczyzn znoszonych i brudnych ubrań.
-Nie dzisiajjj, łeb mje odpjepszaaa...- nie do końca odpowiednio do sytuacji zaoponował Vegita.
Ziemianka tylko prychnęła, z trudem wpakowała obu Saiyan do wanny i z prawdziwą satysfakcją odkręciła do końca zimną wodę, po czym opuściła pomieszczenie.
Nagle ożywieni zaczęli się drzeć wniebogłosy, po kilku minutach jasność umysłu wróciła im na tyle, aby Vegita oświecony nagłym przypływem geniuszu wymacał ślepo ręką kran i zakręcił wodę.
Po paru kolejnych minutach spędzonych na odpoczywaniu po tamtym wyczynie Saiyan otworzył oczy. Bardzo tego żałował.
-Schwuleeeeer! Aaaaaaa!
-Ee?! Gdzie!?
Goku przerażony wykopał się z niemałym trudem spod drugiego Saiyana, wylazł z wanny i rozejrzał się za wspomnianym przed chwilą gejem.
Rozwścieczony i zmaltretowany brawurową ucieczką Juniora, Vegita również wyszedł z wanny i wbił pełen żądzy mordu wzrok w Goku.
Młody Son spojrzał na stojącego przed nim nagiego Saiyana, potem na siebie i dotarło do niego to, co zobaczył.
-O kurr...-zawył i rzucił się do stojącego obok WC znów wymiotując.
„Od tej pory będę abstynentem" pomyślał Vegita.
Jeszcze raz omiótł wzrokiem klęczącego nad muszlą mężczyznę. Wzdrygnął się z niesmakiem, przeklął w duchu i opuścił pomieszczenie.
-I co o tym myślisz? –westchnęła Shadow.
Bejita cały czas intensywnie myślał.
-Nieważne co ja myślę, ważne co z tym zrobić. –rzucił.
-Goku...?
Ale drugi Saiyan tylko siedział wyraźnie zachmurzony i się nie odzywał, odkąd Bejita w końcu oświecił go, tłumacząc co najprawdopodobniej dzieje się z jego wnuczką.
Vejita wrócił z kuchni z puszką piwa w ręku i usiadł na fotelu.
-EKHEM...-chrząknęła Bulma. –Pokaż pan dowód.
-Nie mam. –chłopak wzruszył ramionami.
-Nie ma dowodu, nie ma piwa.
Saiyan wypił w kilku łykach całą puszkę, zgniótł ją i wyrzucił za siebie.
-Jakiego piwa?
-Dzień cztery. –sarknęła Nichiyobi oderwawszy na chwilę wzrok od lektury.
-Dobrze, że chociaż przyjmuje posiłki...-zauważył Goku.
-Przez dziurę w drzwiach? Marna taka komunikacja, Kakarotto...
-Byłeś u niej? –spytała Shadow.
-Ehem.
-I...?
-Co „i", no nie wpuściła mnie do ciężkiej cholery.
-A co jej powiedziałeś?
-Że to ja.
- Nie żebym się czepiała, ale „ja" to może być każdy...
-Kurde, nie chce to nie wpuszcza, jak jej się zachce, to sama wyjdzie, też problem.
-Wiesz, o co chodzi...-fuknął książę.
-Nie ma o czym rozmawiać.
-Widzę, że średnio ci zależy...-westchnęła Bulma.
-Zależy na czym? –zapytał i nie czekając na reakcje wyszedł z pomieszczenia.
-Taka fajna para i nagle takie spięcia...-odezwał się Goku.
-Oni sami z siebie są jednym wielkim spięciem –rzuciła od niechcenia Nichiyobi.
-Ja wiedziałem, że tak będzie...
-Co niby wiedziałeś? –spytała głupio Shadow.
-Nieważne. Wracając do tematu- po prostu nie damy jej senzu. Wy-wskazał głową na Goku i Shadow-macie jej pilnować, żeby nic nie kombinowała, jasne? A już na pewno żadnych zabaw w kamikadze, nie może stać się jej żadna krzywda.
-Jasne. –skinęli głowami.
Goku rozchmurzył się lekko. Czy to znaczyło, że Bejicie w jakiś sposób zależało na Junigatsu? Czy teraz powoli stawali się jedną, wielką rodziną?
-Troszczysz się o Juni...Jakie to miłe.
-Nie o nią, bęcwale!
Nie, jednak nie. To było tylko złudzenie.
-Al...
-Chodzi o dziecko. To królewska krew, niemal święta. Nie może jej do porodu spaść włos z głowy, a później mam tę gówniarę naprawdę gdzieś.
-Bejita, masz już tyle lat...Naucz się w końcu, że krew to tylko płyn! Ciecz, rozumiesz? Nie ocenia się po tym ludzi! A poza tym, to dziewczyna Vejity, powinieneś wykazać trochę zainteresowania! –zirytował się Kakarotto.
-Prawie była dziewczyna. –rzucił oschle stojący w drzwiach Vejita z wielkim akcentem na słowo „prawie".
-Prawie robi wielką różnicę, to jest raz, a dwa: wcale tak nie uważasz, wiem to.
Chłopak wiedział, że Saiyan ma rację, mimo wszystko ciągnął swoje:
-Srutu tutu. A ty kto? Wróżka?! I kto ci się w ogóle pozwalał wtrącać w moje pożycie intymne i w ogóle życie osobiste?!
-Wątpliwe zalety bycia Władcą Wszechświata...-westchnął
Młodszy Saiyan prychnął.
-A poza tym jestem jej dziadkiem, wiesz?!
-O RLY? (slogan internetowy; po angielsku „serio"?) Nie zauważyłem!
-YA, RLY.
-Poważnie?!
-Tak!
-Dosyć tego dzieci! –wkurzona Shadow ustawiła oboje w kątach pokoju.
-Hmpf! –prychnął Vejita.
-Eeej... –jęknął Goku.
-Jeden ruch i wam nogi z tyłków powyrywam, a potem podmienię!
-Wystarczy. –warknął książę –Nichiyobi, ty masz jej wybić te brednie z głowy.
-Rozkaz. –kiwnęła głową.
-Co za ironia. Nigdy bym nie pomyślał, że to TY jej będziesz wybijać brednie z głowy...-rzucił prześmiewczo Vejita.
-Ale ty jesteś niedojrzały, wiesz...
-I tak idzie mi lepiej, niż twojej siostrze...
-Nie mieszaj jej w to, to z tobą rozmawiam.
-Zaprzeczysz?
-Nie, ale mimo wszystko...
-Właśnie. –przerwał jej, po czym ponownie wyszedł.
Wrócił dopiero nad ranem pijany.
W ciemności przez okno nie było nic widać, słychać było za to bębnienie deszczu o parapet. Junigatsu wpatrywała się tępo w jednolitą czerń po drugiej stronie okna i pogrążała się coraz głębiej w korytarzach własnych myśli.
Kap.
„Deszcz. Czy to masowe samobójstwo?"
Kap.
„Co mi to da?"
Kap.
„Co ja wyprawiam?"
Kap.
„Może powinnam przestać ciągnąć tę grę i wyjść?"
-'Trwaj. Bądź silna, musisz wygrać, rozumiesz? Nie możesz da sobą pomiatać. Siedź'
-Nietzsche miał rację. Ja muszę wygrać, ja jestem nadczłowiekiem, ja...
Przerwała powtarzanie swoistej mantry. Przypomniał się jej Vejita. To właśnie o filozofię poróżnili się ostatnim razem, kiedy znów się upiła...
„-Nie możesz tak siedzieć i ciągle się kłócić, kapujesz? Tak się nie robi, kobieto!
-Odpieprz się w końcu ode mnie!
-Pomyśl, jaką ty będziesz matką! Nie jesteś nadczłowiekiem. Nie ma takiej istoty...
-Ale kiedyś były i JA...
Ty chyba w ogóle Nietzsche' go nie rozumiesz... Nie jesteś lepsza ode mnie. Wszyscy są równi, nie jesteś półboginią, nie masz większych praw i nie masz zawsze racji...
-Jak to nie? Jestem ideałem, jestem aniołem, który ci się jebsnął z nieba...
-Kochanie, alkohol ci szkodzi, połóż się spać...
-Pierdolamento srento.
-Nie to nie. Wychodzę z siebie, aby ci dogodzić, a ty mnie traktujesz jak śmiecia. O co kurde ci chodzi?
-To wyjdź przy okazji z tego pokoju. Niedobrze mi.
-Świetnie.
-Ano zajebiście...
-Dość! Wiesz co? To wszystko było jednak złym pomysłem, chyba miałem klapki na oczach, kiedy...
-A ja japonki...
-Kurde mać!"
Wtedy wyszedł i trzasnął drzwiami
Więcej go od tamtej pory nie widziała.
„Cholera, wszystko spieprzyłam".
Po chwili odezwała się jej gorsza połowa, którą ona sama uważała za lepszą:
„Walić to. Nie, to nie".
-Tej, i powiedz mi co ja mam robić?
-'Poszukaj tłumaczeń'
-Ale z NIM!
-'Nie rób nic. Wszystko ułoży się samo'.
-Skoro tak uważasz...-wzruszyła z ramionami i odeszła od okna.
Rzuciła się na łóżko i pomachała nerwowo puszystym ogonem.
-Świetnie, słucham jakichś głosów... –warknęła w poduszkę i usnęła.
Ogień zlewał się w tle z krwisto czerwonym niebem. Płonęła ostatnia wioska...
-Patrz! –wydarł się mężczyzna lewitujący kilkanaście metrów przed resztą znajdujących się na terenie żołnierzy.
-Nie! To jest moja matka, zostaw ją, sukinsynie! –wykrzyknęła wystraszona dziewczyna.
-Heh, to była twoja matka...-uśmiechnął się szyderczo.
Niewysoki Saiyan skręcił kark znajdującej się w jego uścisku kobiecie, po czym rzucił zwłoki pod nogi młodej, niskiej Saiyanki.
-Oto przywódczyni wymarłych Veelan w całej swej chwale-prychnął.
-Pomścimy ją!
-Pomścicie? A jak zamierzasz dokonać tego sama?
-Sama?!
-Spójrz. –uśmiechnął się.
Chwycił ją za lniane ubranie i wyleciał z nią i resztą swojego oddziału do góry, po czym drugą ręką stworzył wielką kulę i rzucił nią w palącą się wieś, która zaraz potem zniknęła z powierzchni planety.
-Nieee! Bracia, siostry...
-I co? Podobały ci się fajerwerki? Bo mnie bardzo... –zaśmiał się podle.
-wiesz co zrobiłeś? Zniszczyłeś ostatnią istniejącą kolonię Saiyan! I czemu do ciężkiej cholery nie pozwoliłeś mi zginąć razem z nimi?!
-Na nic mi tacy Saiyanie, jak wy...A ty moja droga nie możesz zostać męczennicą, bo jesteś moim prezentem na dwudzieste czwarte urodziny... A teraz chodźmy, bo ominie nas przyjęcie...
-Puszczaj mnie! Albo zabij chociaż, miej litość!
-Litość jest dla frajerów. A poza tym, co za ironia, przecież ty byłaś ich świętą dziewicą, nie?
Shadow obudziła się cała zlana potem. Po kilku minutach usnęła ponownie, bez koszmarów.
