Rozdział VIII.

-21 gramów część druga.

Światło przebijało się z lekka przez zasłonięte żaluzje. Plecy dziewczyny wyglądały, jakby były w drobne paski. Nie spała. Była pochłonięta światem własnych, nie do końca jasnych nawet dla niej samej myśli.

„Niewiele mi zostało czasu, co nie, Edek?"

Edek. Tym mianem ironicznie określała głos, który ją, jak ona to określała – napastował. Samemu Edkowi, a raczej Edce –nie przypadło to do gustu. Głównie dlatego, że Edek była niematerialnym stworzeniem płci żeńskiej.

Junigatsu bardzo dobrze o tym wiedziała, ale nie lubiła czuć się wariatką, więc mściła się na tym osobliwym zjawisku zwanym wcześniej Edkiem.

'Nie jestem Edek. Wszyscy zwą mnie od wieków Shi...'

-Sri. Ja nie jestem „wszyscy".

'Nie przedrzeźniaj mnie!'

-A co mi Edku zrobisz, wywiercisz dziurę w moim łebku, żeby się przewietrzył?

'Milcz, karykaturo Hitlera'.

-NIE WYGLĄDAM JAK HITLER!

'Tylko ci wąsika brakuje'...

-A skąd ty w ogóle znasz Hitlera?

'Mój były, Dolor- on był głosem w jego głowie.'

-Uh, nieważne. To ile zostało mi mniej więcej czasu do Dnia Zero?

'Jakieś sześć miesięcy i tydzień. Pospiesz się.'

-Racja Edku. To niewiele. Coś czuję, że będę musiała ich przeprosić...

'Miałam na myśli zwoje, tłumaczenia. Z TYM się masz pospieszyć, a nie ze zniżaniem się do przepraszania. Saiyanie tego nie robią.'

-Humanus...est Junigatsuum...sortis (ludzki jest los Junigatsu) –wycedziła z trudem.

Pierwszy raz przyznała się do swojej ludzkiej części i do swoich uczuć. Nawet, jeśli owo wyznanie było do Edka –głosu w jej głowie, w którego, a raczej której istnienie nie wierzyła do końca.

-Are Vejita... (kocham Vejitę)-szepnęła.

'Żałosne' –rzuciła tylko Shi i umilkła.

Czarnowłosa dziewczyna przeszła do lustra, aby się uczesać. Po drodze spojrzała w kierunku drzwi, a dokładniej w kierunku znajdującej się w nich dziury i pustego talerza obok.

Ostatnio jadła bardzo niewiele. Straciła na wadze.

„To już tydzień" –pomyślała.

Spuściła głowę w dół i wyszła. Zeszła po schodach.

Na dole, w salonie na brązowej kanapie siedział Goku. Wpatrywał się zamyślony w płomienie podskakujące wesoło w kominku. To go uspakajało. W tak zwanym międzyczasie znów pokłócił się z Bejitą o znaczenie i rolę rodowodu w życiu codziennym. Wysoki Saiyan był zaniepokojony zaślepieniem księcia. Czuł, że tamten kiedyś się „przejedzie" na swoim sposobie myślenia.

Vejita siedział niemal wepchnięty w fotel pochłonięty bez mała lekturą „Roku 1984". Jego włosy były zmierzwione, a ubranie niedoprane. Widać było, iż nie dbał o siebie.

Grał zimnego sukinsyna, ale tak naprawdę zamartwiał się. O nią.

Coraz częściej myślał też jednak, czy podjął właściwą decyzję.

Wtem do pomieszczenia weszła Junigatsu. Chlipnęła.

Jego dziewczyna wyglądała mizernie. Oderwał się ode książki, podbiegł do niej i przytulił ją. Pomimo tego, co mówił. Kochał ją ponad jej głupotę i niedojrzałość. Nie wiedział, czy słusznie, ale widział w niej coś więcej.

Ona widziała w sobie samo zło. Rozpłakała się i przylgnęła do niego całym ciałem. Poczuła małe kopnięcie.

-Przepraszam Vejita... –załkała. –Przepraszam was wszystkich –rozpłakała się jeszcze mocniej.

Goku chciał podbiec do niej i ją przytulić, ale chłopak zatrzymał go gestem dłoni.

-Wyjdź. Nie widzisz, że moja kobieta płacze i że potrzebuje teraz mnie? –rzekł niezwykle chłodnym głosem w wyjątkowy sposób akcentując słowo „moja".

-Jasne –Goku kiwnął głową i wyszedł.

-Nic ci nie jest? –Spytał chłopak.

Zignorowała jego pytanie.

-Już nigdy więcej ci tego nie zrobię, wybacz...

-Już dobrze, nic się nie stało... Jesteś ze mną bezpieczna...

„Tylko, czy ty jesteś bezpieczny ze mną?"

Była wściekła.

Wściekła dlatego, że musiała przepraszać.

Ale jeszcze bardziej była wściekła dlatego, że czuła potrzebę przeproszenia, uniżenia się.

Ona: wielka lodowata suka, dumna Junigatsu Son.

Niewiarygodne.

Nie do wytrzymania.

Przynajmniej dla niej.

Pocałował ją.

Ale teraz...

...to było nieważne...

Junigatsu leżała na kanapie przytulona do swojego chłopaka. Shadow i Goku drzemali na oddzielnych fotelach. Bejita i Bulma byli u siebie. Burmai i Trunks tak jak zazwyczaj – w pracy.

Ni stąd ni zowąd o domu przyleciały Lait z Nichiyobi z wieloma paczkami w rękach.

-Nawet nie wiecie, co nam się przytrafiło! –rzuciła wysoka blondynka.

-Wolimy nie wiedzieć –mruknęła senna nastolatka.

-O, zeszłaś! –ucieszyła się jej siostra.

-Serio? A ja myślałam, że tylko wyszłam do kibla i chyba się zapędziłam... –burknęła

-Dlaczego jesteś taka opryskliwa?!

-Bo cię nienawidzę.

-Juni, spokojnie... –mruknął ledwie przytomny Kakarotto.

-W każdym razie –kontynuowała Nichiyobi –byłyśmy na bazarze i oglądałyśmy taką starą, kryształową kulę, kiedy podbiegła do nas co sił jakaś staruszka i powiedziała: „Obce, poczujcie trwogę, bowiem krew spłynie z nieba, gdy Pan i służka nadejdą...Nastanie ciemność, czerwony deszcz, a jedna matka będzie spijać krew drugiej..."

-No, a potem babka padła na zawał, przyjechała karetka i w ogóle tłoczno się zrobiło...Ino skąd ona wiedziała, że jesteśmy kosmitkami?

-Po ogonie... –rzucił Vejita.

Goku nie zrozumiał do końca słów przepowiedni, choć jako jedyny zrozumiał, że owe słowa były właśnie przepowiednią. Wiedział kim był ów Pan i jedna z matek, ale reszta? Służka? Druga matka? Zmartwił się niezmiernie. Źle się działo.

Minął tydzień. Bejita przechodził tym samym korytarzem co Goku. Kakarotto chciał uniknąć bezpośredniej konfrontacji, także wszedł do pobliskiego pomieszczenia, które po krótszych oględzinach okazało się futurystycznie urządzoną łazienką. Chwilę później usłyszał szczęk otwieranych drzwi. Z braku lepszego konceptu schował się w wannie za zasłoną prysznicową i jął obserwować pomieszczenie. Do środka weszła niepewnie Shadow. Rozebrała się powoli i stanęła przed wielkim lustrem.

Goku zarumienił się z lekka, acz nie odwrócił wzroku. Czuł, a właściwie wiedział, że robił coś, czego nie powinien. Nie czuł się jednak zażenowany ( w końcu nagość była czymś najzwyczajniej naturalnym). Zauważył, że jej złotawe, jędrne i smukłe ciało pokryte było licznymi bliznami. Bliznami, które raczej nie mogły powstać w walce. Co najwyżej mogła je zrobić...ona sama? Poczuł się nieswojo, było mu przykro. Zmartwił się po raz kolejny. Wciągnął głośno powietrze do płuc. Chwilę później tego pożałował.

Shadow stała naga przed lustrem. Czuła się niepewnie, jakby wyczuwała coś, ale sama nie wiedziała co.

Nieistotne.

Przyglądała się swojemu ciału, a dokładniej pokrywającym je bliznom. Tyle lat, a one co dzień przypominały jej o tym, co spotkało ją kiedyś.

To bolało.

Doskonale pamiętała każdą z nich. Ale najdotkliwiej zapadły jej w pamięć zdarzenia związane z tymi na udach.

Istny koszmar.

Tajemnica, która nigdy nie została i nie zostanie wyjawiona.

Westchnęła.

I wtedy usłyszała niepokojący szelest. Odsłoniła kotarę, a za nią...

Stał tam Goku. Była w szoku.

-O, to ty? –Spytał głupio.

-Nie. Wielka, chodząca nerka Pawła Janasa. –fuknęła wściekle.

Zdjął swój podkoszulek. Podał go jej.

-Masz, załóż...

W milczeniu założyła na siebie koszulkę. Kobieta była niska, więc ubranie sięgało jej do pół uda.

-Wiesz, jeśli chciałabyś o tym...-zaczął niepewnie -...porozmawiać, to...

-Nie. –przerwała mu.

-Słucham?

Złapała go za głowę i przyciągnęła do swojej.

-To lepiej TY mi powiedz, co ty tu robisz do ciężkiej cholery?!

-Zabłądziłem na drodze życia...No...Przepraszam...

Zrobił tę swą przepraszającą, zagubioną Sonowską minę. Shadow wybaczyła.

-Nic nie widziałeś. A teraz wypieprzaj mi stąd w tej jednej sekundzie i daj mi się umyć!

-Rozkaz! –zasalutował po czym wyszedł ze spuszczoną głową.

Wyglądał wręcz pociesznie. Przynajmniej według Saiyanki.

Goku Jr. leżał na podłodze w „swojej" piwnicy otoczony butelkami wódki. Mężczyzna łkał.

W radio leciała piosenka:

„Zapowiadano duszny wyż

tymczasem od piętnastu dni

nie można było pozbyć się uczucia żalu

zataczałem się we mgle

najpierw byłaś obok mnie

albo nie było cię wcale

Zrozum jeśli nie będę umiał zmusić się do życia

wybacz jeśli nie będę umiał powstrzymać się od picia

musi minąć kilka dni zanim zduszę w sobie wstyd

zanim nabiorę nowych sił..."

Myślał o swojej żonie. Byli kiedyś razem tacy szczęśliwi. On, porządny, normalny mężczyzna , jego ukochana kobieta i dwójka dzieci. I jego przyjaciele. Normalna rodzina. Do czasu...

„Zastrzeliłem się

październikiem w łeb

w bramie obok mnie

leżał martwy i modlił się jak mógł

ten sam pijany bóg którego ja wzywałem"

To było dziewięć lat temu w październiku. Lał deszcz. Jakby ktoś rozpruł płaczące rzewnie niebo. Vegita przeszedł całe miasto wzdłuż i wszerz, aby kupić swej trzyletniej córeczce, Evelyn lalkę, którą ona tak bardzo chciała dostać na imieniny. Właśnie tego dnia. Właśnie dzisiaj. Był cały zziębnięty i przemoczony. Syn Burmai miał bliżej do domu swojego przyjaciela, młodego Sona, a więc przyszedł do niego, aby chociaż „odtajać", bo niemal zamarzł. Było minus piętnaście stopni.

Son, gdy zobaczył kumpla w drzwiach załamał ręce i wręcz wepchnął do środka. Był sam. Dzieci były u babci, a żona -Akane wraz z Evitą, narzeczoną Vegity –na zakupach.

Kazał mu się wykąpać, otulił go w ręcznik. Wysiadł prąd. Zjedli więc skromną jak na ludzi z krwią Saiyan w żyłach kolacje przy świecach i usnęli na kanapie. Podczas snu głowa Vegity osunęła się na uda drugiego mężczyzny.

„A teraz jeśli nie będę umiał powstrzymać się od śmiechu

to nie masz prawa pijany starcze policzyć tego grzechu

musi minąć kilka dni zanim zdławisz w sobie krzyk

zanim nabierzesz nowych sił"

Wtem do domu weszły podchmielone kobiety i Evelyn.

Akane była piękną, inteligentną, acz w gorącej wodzie kąpaną kobietą...

Sytuacja wyglądała jednoznacznie: jej mąż miał romans.

I to z narzeczonym jej najlepszej przyjaciółki...

Szok. Wściekłość wtoczyła się jak woda do kobiecych umysłów. Nie pomogły żadne argumenty, wyjaśnienia, wytłumaczenia.

Wybiegły z domu, wsiadły do samochodu i odjechały w...swą ostatnią samodzielną podróż...

Z naprzeciwka nadjeżdżał tir, a kobiety miały widok zamazany przez łzy. Było ślisko i ciemno. Nie wyminęły. Cała trójka zginęła na miejscu.

Obaj mężczyźni ratowali się alkoholem w hurtowych ilościach i popadli w nałóg. Zaślepieni żalem zapomnieli o dzieciach.

Vejita wychowywał się u surowej Burmai, a babci dziewczynek, Pan pokrótce się zmarło. Dwunastolatka wychowywała sześciolatkę w środku lasu.

Pewnego dnia, o czym Saiyanie nie mieli już pojęcia, zdarzył się wypadek: Nichiyobi spadła w przepaść. Przeżyła upadek, ale zmieniła się diametralnie. Stała się, jak to określała nazbyt intelektualnie dojrzała jak na niezwykle młody swój wiek Junigatsu –głupawa. Dziewczynka znienawidziła wtedy cały świat, a najbardziej –siostrę...

„ Nie wiem w którą stronę

nie wiem dokąd mogę dotrzeć

uwalniam swoją wolę

zaczynam nową drogę

w miejsca których nie ogarnie...

nie wiem w którą stronę

nie wiem dokąd mogę dotrzeć

uwalniam swoją wolę

zaczynam nową drogę

w miejsca których nie ogarnie myśl..."

Vegita brał prysznic. Po jego ciele spływała woda, a przez jego głowę z równą swobodą i prędkością przepływały myśli.

Miał trzydzieści siedem lat. I wkrótce miał zostać dziadkiem.

Czuł się, dziwnie, ale było to przyjemne uczucie.

Bał się jedynie, żeby tylko swemu wnuczęciu nie zniszczyć życia, tak jak podług własnych, niejasnych i zamglonych, a raczej zalanych alkoholem wspomnień zrobił to synowi. I zmarłej córce.

Nie pił. Chciał wszystko naprawić. O ile to możliwe.

Zakręcił dopływ wody, owinął się ręcznikiem i opuścił obskurną łazienkę.

Natknął się na śpiące ciało swego „brata".

Pokręcił głową i westchnął. Położył go na materacu i okrył kocem. Sam podszedł do szafy.

Son zbudził się. Średnio świadomy począł szeptać słowa piosenki:

„Całą noc, nie mogłem spać

Amfetamina ma gorzki smak

Czuje, że znów będę się bać

Mimo, że ktoś daje mi znak

Mała Ty wierz dławi mnie tlen

A każdy dzień wymyka się

Druga zero trzy nie ma dokąd iść

Jak mogłeś odejść stąd

w taką nieludzką noc

Moja głowa chce, moja głowa znać

Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa

Jakiś powód

Na całe szczęście wiem jak rade dać bez wiary

Znalazłem wielu, którzy drogę pokazali

Przez całe życie na najwyższej pędzą fali

Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali

Czemu mnie zostawił?

Czemu się oddalił?

Musiałem znowu się schlać

Nie widać drogi we mgle

Listopad włazi do miast

Na dole dzieje się źle

Musiałem tulić brudne ciała suk

Musiałem stracić przeźroczystość na którejś z tamtych dróg

I jeszcze nie ocalają mnie

I jeszcze nie ocalają mnie

I jeszcze nie ocalają mnie

nocne płacze i modlitwy i

tyle razy próbowałem szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw

Tak mi przykro, o tak mi przykro

Chciałbym jeszcze raz..."

Vegicie łza zakręciła się w oku. Było mu go po prostu żal.

On sam, też miał kiedyś idealnie poukładane życie. Skończone studia o charakterze muzycznym, szacunek całej rodziny, wyłączając oziębłą matkę.

Jego matka. Nienawidziła go. Miał być prawnikiem, ale przerwał naukę i przeniósł się na muzykę, bo zakochał się w skrzypaczce.

A miłość była dla kretynów.

On też jej nienawidził.

Tak samo, jak jego syn zapewne nienawidził teraz jego.

Miał do tego święte prawo.

Przecież On-ten, który winien był go chronić- zniszczył mu życie...

Vegita miał też dobrze płatną pracę, kochającą dziewczynę, dwójkę wspaniałych dzieci, wręcz żyło mu się sielankowo. Jak ludziom mieszkającym w bogatych dzielnicach typu suburbia...

Wyjął skrzypce i dostroił je. Zaczął grać „Sonatę Księżycową" Beethovena...

Zatracił się w muzyce.

Son przymrużył oczy.

-Zagraj mi „Requiem" Mozarta...-poprosił niezwykle cichym szeptem.

Skinął głową i jął grać.

Po kilku minutach usłyszał chrapanie. Odłożył skrzypce –jedyną nietkniętą pamiątkę z tamtej świetlanej przeszłości.

Uwalił się na materacu obok. Spojrzał jeszcze ostatni raz tej nocy na swojego kompana i uśmiechnął się: przynajmniej nie był w tym całym gównie sam.

Choć dobrze wiedział, że to wcale nie był powód do śmiechu.

Usnął. Radio wciąż grało:

„By prawdy dojść
- dziś pewność mam -
zrobiłem dość...
Błądziłem sam
Dziś wiem, że mam:
moc w sobie ran...
...krwawiących.
Nowi Herosi
już tu są
i z żywych krew,
spijają wciąż
Nie pójdą stąd
nim uczta się...
...nie skończy
A twarz planety toczą w głąb
robaki, co się ludźmi zwą
Zgubione w czasie, chociaż są...
...myślące."

Rozpadało się, nadeszła burza i nastąpiła awaria prądu.

Mijały dni. Saiyanka w końcu zaczęła rozmyślać nad tym skąd wziąć to, co kazała jej zdobyć Edek. Przypomniało jej się, że Shadow od czasu do czasu zaglądała do międzygalaktycznej biblioteki, czy czegoś w „tym stylu".

Żałowała teraz, że nie zwróciła na to swojej uwagi. Starsza Saiyanka była w owym miejscu w tej chwili, więc mogła teleportować się tam, skąd wyczuwała jej ki. Ale było to zbyt ryzykowne. Vejita niechcący zdradził jej, że była obserwowana.

„Dlaczego Edek nie mogła zdobyć tego sama? No tak. W sumie jest tylko moim urojeniem. Szlag. Ale jednak muszę tam iść i coś podpieprzyć. Muszę go przecież pokonać.

Obronić się? –nie, nie o to mi chodzi.

Zwyciężyć? –możliwe.

Zabić.

Zamordować, zasmakować krwi..."

Krew. Nikomu tego nie mówiła, ale uwielbiała widok tej szkarłatnej cieczy.

To było chore. Nawet według niej.

Ale nie mogła nic na to poradzić.

Po prostu.

Postanowiła podjąć ryzyko. Wstała z fotela i ruszyła korytarzem. Goku również wstał i podążył za nią.

-Gdzie idziesz? –rzucił niby od niechcenia.

-Do łazienki –odparła spokojnie.

-Aha. –uśmiechnął się.

-Proszę cię, nie choć za mną...

-Ale Bejita mi kazał...o kurde –zasłonił usta przerażony tym, że się „zdradził".

-I od kiedy ty go tak słuchasz?!

Trzasnęła drzwiami i podjęła próbę skoncentrowania się na ki Shadow. Znalazła ją. Przyłożyła palce do czoła i zniknęła.

Pomieszczenie było przepastne i ciemne. Ściany z cegieł były ozdobione pasiastą, odchodzącą już brązową tapetą. Pokój oświetlały świece w staroświeckich, czarnych kandelabrach.

Wokół złotego biurka znajdującego się na samym środku pokoju porozstawiane były regały z najróżniejszymi pozycjami, tworzące nawet kilkudziesięciometrowe aleje. Interieur zdawało się nie mieć końca.

Bibliotekarka siedząca przy wspomnianym wcześniej biurku pochłonięta była lekturą „Naruto". Nuciła coś w stylu „niech znów zapętli się czas..."

Była to dziewczyna mniej więcej w wieku Junigatsu. Miała krótkie, różowe włosy i błękitne oczy podkreślone nadzwyczaj mocno czarną kredką. Była drobnej budowy.

Saiyanka rozpoznała tę twarz. Czyżby to była Columbia? Jej stara, dobra znajoma?

Kiedy Junigatsu miała dwanaście lat, nieopodal jej chaty wylądował statek kosmiczny. Z niego wyszła właśnie tamta dziewczyna. Obie trenowały wspólnie przez pewien czas, nawet zaprzyjaźniły się ze sobą, ale kilka miesięcy później Columbia musiała powrócić na rodzimą planetę, ponieważ miała do wypełnienia nieznaną dla Junigatsu „misję".

Junigatsu podeszła do biurka.

-Columbia, to ty?

Spojrzała znad mangi i rozpoznała w twarzy dziewczyny swoją przyjaciółkę.

Juni! –swoim piskiem przeszyła biblioteczną ciszę.

Objęła serdecznie czarnowłosą. Saiyanka uśmiechnęła się.

-Nie sądziłam, że cię tu spotkam! -Roześmiała się przyszła matka.

-Ja też nie...Czy mogę w czymś pomóc?

-Ach, właśnie mam do ciebie sprawę, potrzebuję tłumaczeń Shi –jińskich pism...Masz coś takiego?

-Poczekaj, znajdzie się.

-To poprosiłabym o dwie kopie...

Szły przez aleje regałów. Połowę przyszłych lektur Junigatsu miała włożone za kurtkę, a drugą część trzymała w obu rękach.

-Słuchaj, nie obrazisz się, jak wypożyczę to akonto?

-To wbrew regulaminowi ale tobie ufam. –uśmiechnęła się .

-Ale ja bym się obraził –warknął rozzłoszczony Goku.

Saiyan domyślił się, gdzie się teleportowała i również tam ją śledził. Od samego początku.

-O cholera, kto to?

-Mój dziadek... –westchnęła.

-Obawiam się, że będziesz musiała to zwrócić...

Wziął jej książki i oddał w ręce zdziwionej Columbii.

Był naprawdę rozczarowany tym, że go okłamała.

Jej też zrobiło się jakby przykro, a już na pewno głupio.

Dwa tygodnie później zaczęło się. Junigatsu siedziała w głównym salonie, kiedy złapał ją skurcz. Upadła na posadzkę. Vegita jako pierwszy z całej reszty, a znajdowali się tam niemal wszyscy, podbiegł do niej i zaczął pomagać jej wstać.

Wtem z kuchni wytoczył się kompletnie zalany Goku Junior. Pomyślał, że ten drugi chce ją skrzywdzić i rzucił się na niego z pięściami. Oboje wylecieli, przez okno i zaczęli okładać się pięściami przed domem. Walka stawała się coraz bardziej zaciekła i krwawa jeśli chodzi o szarżę Juniora. Vegita stosował czystą defensywę.

Goku złapał wnuczkę.

-Chyba rodzę... –jęknęła słabo.

Saiyan z przerażeniem spojrzał na Bulmę.

-Nie umiem odbierać porodów! Zabierz ją do szpitala!!

Skinął głową i teleportowali się całą grupą, tj.: Junigatsu, Goku, Bulma, Bejita i Vejita.

Stali przed drzwiami porodówki. Nieprzytomny Vejita leżał na kanapie w poczekalni. Padł, gdy dziewczyna wydała pierwszy jęk w sterylnie czystej, białej sali. Reszcie, przez cały czas oczekiwania towarzyszył odgłos niemal potępieńczych krzyków rodzącej nastolatki. Po około dwóch godzinach rozległ się cichy jęk, a zaraz potem dźwięki ułożyły się w słowa:

-Zostawcie jej ten ogon do jasnej dupy!!!

-Jej? –zainteresowała się Bulma.

Goku obudził Vejitę.

-Masz córkę –i klepnął po plecach młodego ojca tak mocno, że tamten aż spadł.

Chociaż możliwe, że było to spowodowane wielkim wrażeniem, jakie wywołała ta wiadomość.