Reload IX.
-Krew i Honor
Tytuł nie ma nic wspólnego z organizacją "Blood and Honor". Jestem zaciekłą przeciwniczką myśli nacjonalistycznej, a szczególnie nazistowskiej.
Około godziny później Junigatsu leżała w sali, którą określiła mianem poporodowej.
Jej łóżko stało przy oknie. Światło słoneczne raziło ją w oczy bardziej, niż robiło to zazwyczaj z tą swoją zajadłością ciał martwych. Była wykończona porodem.
Cóż, miała tylko piętnaście lat. Nawet, jeśli była przygotowana do porodu ze strony biologicznej, to emocjonalny aspekt sprawy pozostawiał wiele do życzenia-było jej niezwykle daleko do stanu odpowiedniego do wydawania na świat potomstwa. Dojrzałość emocjonalna rzadko szła w parze z wysoką dojrzałością intelektualną.
Dziewczyna prawie drzemała, gdy przysadzista, niska pielęgniarka przyniosła dzieło jej i Vejity. Po gorliwym, acz niezbyt kulturalnym zapewnieniu, że ogonek noworodka nie był defektem, dziecko zachowało tę jakże specyficzną dlań z punktu widzenia lekarzy część ciała.
Dziewczynka w przeciwieństwie do większości noworodków miała niezwykle jasne, szare oczy. Włosy jej raziły nieskazitelną bielą.
Matka od razu pomyślała, że dziecko było co najmniej dziwne. Po urodzeniu się nie wydała z siebie krzyku, była nadzwyczaj spokojna. Wzrok małej był majestatyczny, pełen jakiejś niepokojącej wybitnie wyższości, opanowany i zimny. Bił z niego taki chłód, że było to niemal przerażające, a już na pewno winno to niepokoić rodzicielkę na tyle, by zwróciła nań odpowiednią uwagę. Junigatsu nie miała jednak siły na jakiekolwiek rozmyślania. Objęła słabo dziecko i spostrzegła, że z twarzy jest niezwykle podobne do ojca. Wyłączając zimne oczy, które były dokładnym przeciwieństwem ciepłego spojrzenia, jakim Vejita obdarzał Junigatsu. Czyjś głos wyrwał dziewczynę z zamyślenia:
-Powinnaś ją nakarmić-bardziej zarządziła, niż zasugerowała pielęgniarka.
-Taak...Tylko jak?
Kobieta prychnęła i z bólem poinstruowała dziewczynę. Wychodząc mruknęła:
-Pieprzyć, to by każdy umiał, ale zajmować się- nie ma komu.
Junigatsu fuknęła poirytowana. Z lekka wściekła się na Goku, że ten nie zabrał jej do lepszej placówki. Nie dochodziło jak na razie do jej świadomości to, że nie było czasu na wybór najlepszego szpitala.
Cała reszta grupy zgromadzona była w poczekalni.
Bejita opierał się o ścianę z rękoma skrzyżowanymi na piersiach.
Jego prawnuk-świeżo upieczony ojciec, siedział roztrzęsiony na krześle. Goku starał się go uspokoić.
Bulma czytała jakieś czasopismo naukowe próbując zakamuflować jakoś przeżywany stres.
Wtem, do pomieszczenia poraniony Vegita, a za nim, chodem Jack'a Sparrow'a wlazł pijany w dalszym ciągu Junior.
-Co to ma być?! –wściekła się Bulma.
Kobieta zmierzyła nowo przybyłą dwójkę żądnym krwi spojrzeniem.
-Permanentny skutek picia –rzucił rozwścieczony Vegita.
Pchnął swojego towarzysza na najbliższe krzesło i wymierzył mu solidny policzek. Spojrzał na niego z wściekłością zmieszaną z obrzydzeniem. Tamten wykrzywił twarz, odwrócił głowę i spojrzał na Vegitę dość tępo.
-Auu...Za co to, krde?
-Za to, że nasze dzieci rodzą, a ty...
-Ja nie rodzę –przerwał ojcu chłopak.
-I my nie mamy wspólnych dzieci-zauważył pijany Saiyan.
-Teraz to są nasze wspólne dzieci!
-Co?! –rzucił durnowato Vejita.
-Zbok- skomentował ojciec.
-A przepraszam, pomyślałem o czymś innym...
-Ty zawsze myślisz o czymś innym.
-I kto to mówi?!
-Ale to nie ja mam szesnaście lat i dziewczynę rodzącą gdzieś obok!
-Żałujesz mi?!
-Nie, ale ja po prostu wiem, że...
-Że co? Że to się skończy tak, jak pomiędzy tobą, a matką?!
-Nie mieszaj jej w to!
-Ona nie żyje do jasnej cholery!
-Przestań!
-I to twoja wina!
-Zamknij się!
-Zamknij się? Zamknij się?! Tylko tyle potrafisz mi teraz powiedzieć?! Nie, nie zamknę się! Gdybyś się nie spedalił, to ona by żyła! Matka Juni i moja siostra też! –wyrzucił jednym tchem.
Jakoś nie było mu lżej. Wcale.
Wszyscy aż wstrzymali oddechy i spojrzeli na Vegitę. Junior przekręcił głowę ze zdziwienia.
-Ja się nie spedaliłem!
-Nie?! –fuknął młody.
-Jak śmiesz insynuować takie rzeczy? Jestem...jestem twoim ojcem...
-Nawet nie wiesz, jak bardzo tego żałuję. Tego, że to ty jesteś moim ojcem. I wyciągam wnioski po tym, co widzę, jeśli nadal jesteś zainteresowany odpowiedzią na swoje pytanie.
Bolało. Nie spodziewał się tego, że szczera rozmowa pomiędzy nim, a synem będzie właśnie tak wyglądać. Ale ciągnął dalej.
-A co niby widzisz?!
-To, że ty ciągle siedzisz z nim! –wskazał palcem na ojca Junigatsu, który z tępym wyrazem twarzy przyglądał się całej scenie.
„Nigdy cię przy mnie nie ma" –pomyślał.
-Ty z nim nawet śpisz! –dorzucił.
-Co nie oznacza, że z nim sypiam!
-Więc wytłumacz mi, co ty z nim robisz?!
-Pilnuję go, żeby nie pił!
-Właśnie widzę...
-Zamknij się, gówniarzu! –dołączył się Goku Jr.
-O, popatrz, jak cię broni! –syknął chłopak.
-Bo to mój przyjaciel!
-A więc tak to się teraz nazywa?
Rozjuszony Vegita przyjął formę super Saiyana, podszedł do syna i uderzył go pięścią w twarz.
Chłopak ostentacyjnie odchylił po ciosie głowę. Oblicze młodego mężczyzny wykrzywił prześmiewczy uśmieszek. Zanim ktokolwiek z pozostałych zorientował się w sytuacji, chłopak przybrał drugą formę super Saiyana i zdzielił Vegitę łokciem w głowę.
Mężczyzna upadł na wyłożoną szarymi kafelkami podłogę. Powierzchnia zabrudziła się wypływającą z rozciętego łuku brwiowego krwią. Saiyan z trudem stanął o własnych siłach, spojrzał z żalem na syna, chwycił Juniora za kołnierz i odszedł jak niepyszny.
W progu odezwał się jeszcze Vejita:
-Nie jesteś godzien nawet spoglądania na mnie, a tym bardziej prawienia mi morałów, ty zbrukany dnem śmieciu. I jeszcze jedno: nie ważcie się zbliżać do mojego dziecka, bo przyrzekam- zabiję jak psa... –syknął.
W nagłym przypływie furii chłopak miał ochotę zrobić to już teraz. Jego słowa przepełnione były gęstą odrazą.
Po kilku minutach Goku odważył się odezwać:
-Myślę...-zaczął-że nie powinieneś był się tak zachować...
-Nienawidzę go...-splunął chłopak.
-To, co zaprezentowałeś było niezwykle podłe. Ja na jego miejscu złoiłbym ci skórę...
-On jak można było się przekonać też miał takowy zamiar, ale śmiecie z natury są słabe...
-Posłuchaj sam siebie co ty wygadujesz, zastanów się trochę...
-Hmpf.
-Nie pochwalam twojego zachowania...
-Nie musisz. Nie jesteś moim ojcem.
-Ojca też byś nie posłuchał...-rzuciła Bulma.
-Nie widzę w tym profitów.
-Mógłbyś docenić to, że się stara –rzekła kobieta.
-Dobrymi chęciami, to mogę sobie co najwyżej tyłek podetrzeć. Ty nie wiesz, co było wcześniej.
-A ty, czy pamiętasz? –wtrącił całkiem słusznie Goku.
-Nie. I nie chcę.
-Dlaczego jesteś taki nieczuły?
-Po dziewięciu latach z Burmai też byście tacy byli... –westchnął.
Reszta wzdrygnęła się mimowolnie.
Vejita ponownie usiadł i skrzyżował ręce na piersiach.
-Bardzo mi przykro, z powodu tego, co się stało...-westchnął Goku
-Mnie również jest przykro...-rzucił chłopak.
Z sali poporodowej wyszła wspomniana wcześniej pielęgniarka.
-Ktoś z państwa może wejść...
Wszyscy popatrzyli po sobie. Nie wiedzieli, czy to bezpieczne. W końcu jednocześnie odezwali się Goku i Bejita:
-Ja wejdę.
Książę spojrzał na wyższego Saiyana pełnym irytacji wzrokiem.
-Wejdziemy razem-odpowiedział ze stoickim spokojem Kakarotto.
-I co, może się jeszcze za rączki złapiemy?! Ja jestem księciem! To moja prawnuczka!
-Moja też!
-A może tak ja bym wszedł, do jasnej cholery?! –wściekł się na nowo Vejita.
-Nie! –odpowiedzieli wszyscy zgodnie niczym jeden mąż.
-Dlaczego?!- odpowiedział wściekle rzucając gniewne spojrzenia.
-Dlatego. Zachowujesz się jak jakiś opętany wariat! –fuknęła Bulma.
-Fajnie. Nie mogę nawet obejrzeć własnej kobiety i mojego dziecka...
-Na litość to ty nas nie weźmiesz.
-Na pewno?
-Jestem o tym wręcz przekonana.
-Cholera.
-Ano.
Weszli w końcu do sali. Ujrzeli tam noworodka przyssanego do piersi matki.
-O, cholera! –wrzasnął Bejita.
Junigatsu obnażyła kły i zawarczała na księcia. Czuła, że jej prywatność została zakłócona.
Goku spostrzegł jej marny wygląd. Jej włosy były zmierzwione, była blada, miała cienie pod oczami.
-Więc...jak się czujesz? –zaczął Kakarotto.
-Źle. –odparła wzdychając.
-To albinoska...-zauważył Bejita.
-To źle?
-Nie...Wypadałoby ją jakoś nazwać.
Zauważyła nagłą zmianę tematu, ale nie przejęła się tym zbytnio.
-Może Go...-zaczął Goku.
-O nie! Jeszcze jedno Go-gówno w tej rodzinie, a cię ukatrupię, Kakarotto!
-Och, sorry.
Wtedy w głowie dziewczyny odezwała się Shi, znana również jako Edek.
'Daj jej na imię Ate..'
-Ate... –odparła zamyślona
-Co? –spytał Goku.
-Nazwę ją Ate.
-Ate? Tak miała na imię moja matka! –zdziwił się Bejita
-Naprawdę?
-A myślisz, że mam ochotę na żarty?!
-Toć to szczęśliwy dzień –zauważył Goku.
-Weź się zamknij, Kakarotto.
Goran siedział na wielkim, obitym skórą, wysadzanym klejnotami tronie. Odziany był w purpurę wykończoną futrem zwierząt zbliżonych wyglądem do gronostajów. W jego włosach mieniły się niebieskie refleksy oświetlane przez czarne słońce, którego światło przebijało się przez wielkie, gotyckie okna.
Jego zimne, niebieskie oczy śledziły z zainteresowaniem rozgrywającą się przed tronem orgię na wzór starożytnych rzymskich rozwiązłych zabaw.
Pełen żądzy wzrok skupiony był na zabawiającej się przed nim półnagiej parze.
Goran, lub oryginalnie Aidan, był w połowie kobietą i możliwe, że to po części z tego powodu był biseksualny. I bardzo zachłanny (na co raczej już nie miała wpływu płeć).
Przyglądający się z niesmakiem całej scenie Babidi wiedział już, co mogło nastąpić za chwilę. Zapewne weźmie ich „do siebie", aby oddać się swoistej „konsumpcji".
Czarownika w owej chwili bardziej interesowało to, dlaczego ich najemca, choć może już bardziej –Pan, Ottorakak zechciał zostawić tamto dziecko przy życiu.
Od dnia narodzin dziecka minął już miesiąc, a Ottorakak nic nie mówił, i wyglądało na to, że też nie działał.
Goran zabawiał się w najlepsze. Babidi pomyślał, że być może to dlatego, iż twór fuzyjny popadł w niełaskę i próbował korzystać z życia we własnym mniemaniu jak najlepiej, póki jeszcze mógł.
Było to zrozumiałe, acz niezmiernie irytujące na dłuższą metę. Działo się tak niemal co dzień. Jął się zastanawiać, jakim cudem Nową Vegetę stać na takie luksusy, jak codzienne orgie, ciężkie treningi, najnowocześniejszą dostępną technologię, budowanie gmachów rządowych, czy też kolejnych pałacyków.
Część dochodów stanowiły trofea z grabieży i najazdów na inne planety. Resztę zapewne finansował Ottorakak. Nowa Vegeta prócz własnego, czarnego słońca –Sheevy i Księżyca miała już kolonie na pobliskich planetach- Foxenie i Rnavanzie.
Gospodarka globalnego państwa rozwijała się. Głównie dzięki podbojom. Za rządów Gorana panowała równość. Wszyscy obywatele byli tylko żołnierzami. Nie podobało się to wysoko postawionym kapłanom z czasów królewskiej władzy. Zostali oni zlikwidowani szybko, acz nie bezboleśnie przez Wodza. Panował totalitarny model socjalizmu w najokrutniejszej możliwej formie.
Także z szamanami rozprawił się nadzwyczaj szybko. Jako inteligencja narodu stanowili oni zagrożenie dla jego rządu. Bunt miliardów coraz lepiej wyszkalanych już Saiyan mógł sprawić Goranowi niemały problem. Ba, gdyby proletariat naprawdę się zmobilizował, co z pomocą szamańskiej inteligencji nie byłoby takie trudne-mógłby go nawet obalić. A tego Goran oczywiście nie chciał. Kochał totalitaryzm. O ile można to było nazwać miłością. Wątpliwe było, żeby Saiyan kochał cokolwiek z wyjątkiem siebie.
Reszta przeciwników politycznych nie była likwidowana od razu. Wpierw przechodzili swoiste pranie mózgów. Ginęli kochając panujący system. Wielu Saiyan tęskniło za starą monarchią, ale bali się do tego przyznać.
Jeśli chodzi o prawo, to panowała tak zwana „społeczna sprawiedliwość", co oznaczało niezwykle liczne samosądy. Żądnym krwi Saiyanom było to wręcz na rękę.
Goran siedział na łóżku wplątany w czerwoną, satynową pościel. Popijał czerwone, wytrawne wino. Był zmęczony, z lekka senny po zeszłej, upojnej nocy.
Westchnął. Przypomniało mu się, że z samego rana miał się wstawić u swojego „szefa". Samopoczucie poprawiła mu myśl o tym, iż już niedługo złoży przypomnieniową wizytę Kakarotto i Bejicie. Już wiedział, jaki przyniesie ze sobą prezent. Zaśmiał się i położył spać.
Wódz wstał rano, wziął prysznic i ubrał się. Tym razem był to fioletowy golf, jego czarny szalik i czarne bojówki. Jako obuwie wybrał glany. Nałożył na nos okulary i przejrzał się w zwierciadle. Uśmiechnął się. Kochał tę twarz.
Trzęsąc się wszedł do sali tronowej, w której czekał już na niego osobnik zwany Ottorakakiem. Ów tajemniczy mężczyzna siedział tyłem. Tak, że nie dało się ujrzeć jego oblicza. Niemniej, Goran aż za dobrze znał te rysy twarzy.
Goran uklęknął przerażony i uniżył się przed tronem. W końcu gdyby nie ten mężczyzna, nie wróciłby do życia. Nie miałby tej mocy, tej władzy.
Aczkolwiek fakt, że on-legendarny Aidan, musiał się komuś kłaniać, komuś służyć-budził w nim niesmak i chęć buntu. Jednak strach o własny żywot zwyciężył.
-Słucham cię, Panie...
-Jako, że jesteś przydatny –rozległ się chrapliwy głos- dam ci jeszcze jedną szansę...
-Dzięki, o panie...Niech twa władza trwa wieki i...
-Milcz. –uciął.
-Wybacz...
-Mam dla ciebie zadanie. Masz to i wepnij dziecku w uszy...Tylko tego nie spartacz, rozumiesz?!
-Tak. Rozumiem. Ale dlaczego jej?
-Bo to albinoska.
-Albinoska? Święta krew?
-Nie wiedziałeś? Miałeś ich obserwować przez cały czas!
-Ja...nie miałem czasu...
-Ciemne chmury wiszą nad twoją nędzną głową...Zmiażdżę ci czerep, jeśli mnie teraz zawiedziesz!
Ottorakak podał Goranowi parę kolczyków. Były to połyskujące, masywne, czarne odwrócone krzyże. Był to symbol stanu szamańskiego.
-Przecież kazałeś mi wybić szamanów...?-zdziwił się pół Saiyan.
-Kazałem ci powybijać kapłaństwo, ale nieważne. To będzie moja szamanka.
Goran wrócił do swojego pałacu. Przy wejściu czekała na niego krótko ścięta, granatowo włosa Saiyanka w złotej zbroi.
-Panie, złapaliśmy ostatniego ukrywającego się szamana, Ponga Keng-Monga...
-Dziękuję, Rice –rzucił i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
Kobieta zarumieniła się.
-Już do niego idę –rzekł.
Przemierzył bez problemu ciemne korytarze z licznymi rozgałęzieniami i doszedł w końcu do wyłożonego białymi płytami pomieszczenia. Na samym środku interieur zwisał z sufitu przykuty łańcuchami, półnagi, wymizerowany mężczyzna. Albinos. Miał wąskie, niebieskie oczy, a na jego ustach malował się słaby, szyderczy uśmiech. Jasne oczęta z nieopisaną złością wpatrywały się we wchodzącego tanecznym krokiem Gorana.
-Tęskniłeś? Bo ja bardzo –rzucił wesoło.
Mężczyzna wciąż milczał. Nawet się nie poruszył.
-Nareszcie się spotykamy, mon coeur, Zawsze chciałem spotkać cię przed śmiercią...Twoją śmiercią, oczywiście...
-Zabiłem tysiąc twoich żołnierzy. Nadal uważasz, że warto było? –powiedział zimnym głosem.
-To tylko mięso armatnie. –uśmiechnął się.
-Właśnie dlatego cię nienawidzę.
-Jak miło...
Obszedł go dookoła. Zauważył tatuaż na plecach –symbol władzy królewskiej.
-Wiesz...-zaczął czarnowłosy-takie tatuaże to już tylko romantyczne wspomnienia. Wspomnienia, które trzeba zlikwidować.
Zatopił pazury w plecach Ponga i przejechał z impetem po gładkiej, marmurowej skórze mężczyzny po obu skosach.
-Zbyt czasochłonne-zastanowił się głośno.
Przyłożył dłonie do pleców więźnia i wystrzelił fire balla. Mocnego, ale zrobił to na tyle delikatnie, by nie przebić szamana na wylot.
-I co Ponguś, bolało? Uwierz mi, tak ci ładniej. Wyglądasz sexy z krwią cieknącą z twoich ust, które nie rozumiem dlaczego zaciskasz z taką złością...
-Goń się.
Przejechał dłonią po jego twarzy, potem spoliczkował z obu stron. Wybił kilka zębów. Chwilę później jął go kopać z całych sił w brzuch. Pong wypluł trochę krwi zmieszanej ze śliną. Wódz zaczął z zapałem okładać więźnia pięściami po głowie.
-Wiesz, lubię cię, nawet mógłbyś mi się podobać, ale przeszkadzasz mi w utrzymaniu wiecznej władzy...
-Wiecznej władzy?! Ottorakak nie utrzyma cię tak długo przy życiu. Bawi się tobą tak, jak ty teraz mną...
-I właśnie dlatego nie pozwolę ci dłużej egzystować. Wiesz za dużo. Swoje tajemnice zabierzesz do grobu...
-To nie tajemnice. To prawda o Vegecie.
-Możliwe. Aczkolwiek jest to prawda, której nikt nie pozna. Cóż, c'est la vie, Pongusiu...
-Nie złapałeś wszystkich moich popleczników, żyje jeszcze księżniczka Veelan! Czarna Sheeva oświetli swym światłem prawdę, a ty poniesiesz klęskę –wyszeptał.
-Nie unoś się tak Ponguniu, szybciej się wykończysz...
-Jesteś cholernie zniewieściały, wiesz?
Goran zmarszczył gniewnie brwi, wyciągnął z kieszeni sztylet i wbił go w serce szamana.
-Niech żyje król! –wydał swoje ostatnie tchnienie.
-I umarł król...-rzucił drugi Saiyan.
Wyszedł z pomieszczenia. Babidi czekał już na niego przed drzwiami. Stała tam również niska, otyła Saiyanka o czarnych oczach i mająca długie, czarne włosy.
-I jak? –rzucił czarnoksiężnik.
-Och, było wręcz orgastycznie –rzekł.
-Taaa...świetnie.
-Kochanie –zwrócił się do stojącej obok Saiyanki- pozbądź się ciała.
Kobieta milcząc skinęła głową i weszła do sali tortur. Podeszła do zmasakrowanego ciała szamana. Jęknęła.
-Przykro mi, że musiałeś tyle wycierpieć, Pong...
Westchnęła. Objęła zwłoki Saiyana, przyłożyła dwa palce do czoła i zniknęła z denatem.
Ową „tajemnicą" było to, że na Vegecie żyły od niepamiętnych czasów trzy zwalczające się od czasu do czasu rasy.
Najstarszą i najmniej liczną grupę stanowili osobnicy zwani Veelanami. Mieszkali na Vegecie i na Rnavanzie. Mieli najbardziej rozwiniętą cywilizację. Rozwijała się kultura i sztuka oraz religia. Ich największym bogiem- władcą Sheevy był Nicze. Veelanie jako pierwsi ewoluowali w Oozaru i osiągnęli stadium super Saiyana. Byli to ludzie zabobonni, niezwykle silni. Cechowała ich wielka inteligencja. Mieli oni złote oczy i śniadą cerę, byli niskiego wzrostu. Zostali wybici jeszcze za panowania dziadka Bejity, Fidela. Natomiast kolonię na Rnavanzie zlikwidował już sam książę.
Drugą byli przedstawiciele rasy Karran. Byli to ludzie silni, dzicy, wytrzymali, żądni walki i krwi. Niespokojne duchy, mistrzowie strategii. Mieli granatowe, bądź czarne włosy, czarne oczy i dość wysoki wzrost.
Traktowani byli na planecie jako robotnicy, proletariat. Praktykowali obrzędy religii monoteistycznej, ich Bogiem był Ottorakak, traktowany jako patron wojny.
Była to najliczniejsza i najsilniejsza rasa. Ludźmi tymi targały różne namiętności, bywali niezwykle zmienni.
Trzecia rasa to Marroni -elita. Byli to kapłani, królowie, dowódcy wojsk, szlachta. Ludzie ci dysponowali dużą potencjalną siłą bojową, niezwykłym sprytem, przebiegłością i intelektem. Mieli oni ciemno brązowe, bądź po prostu brązowe włosy i czarne oczy. Byli to ludzie wręcz przesadnie dumni. Podobnie jak Karranie, ich Bogiem był Ottorakak.
Zajmowali najwyższe miejsce w hierarchii od dwóch tysięcy lat.
Od dnia narodzin małej Ate minął równy miesiąc. Dzień zapowiadał się zwyczajnie-niebo było szare, martwe, w jakiś przedziwny sposób uspokajające. Gołębie przesiadywały na dachu Capsule Corporation, a zza delikatnych chmur wyłaniało się świecące blado słońce. Vejita siedział z wózkiem na ławce przed domem i kontemplował widoki, choć największą jego uwagę przyciągało oczywiście dziecko. Dziecko tak niepokojąco ciche i spokojne. Chłopak bujał wózkiem próbując uśpić dziewczynkę. Wyszedł na słońce, aby ich blade twarze załapały trochę światła dziennego. Przed tym jak dotąd najważniejszym dla niego dniem chłopak bardzo mało wychodził. Głównie siedział w swoim pokoju, jeszcze wcześniej większość czasu spędzał w sali treningowej. Jedyną osobą, która nie zastosowała się do nakazów Goku co do treningów był książę. Widywany był głównie na posiłkach.
Jeszcze inna osoba nie przystosowała się do tego, o czym nie mówiło się głośno, bo zakaz dotyczył tylko jej osoby –niedoszłej Shi-jinki, Junigatsu. Dziewczyna zdołała przemycić jeden zestaw saiyańskich pism i pochłonięta była lekturą. Na wszelki wypadek zakamuflowała je okładką od podejrzanego pisemka, którego nikt z pozostałych domowników nie odważył się dotknąć. Nikt z wyjątkiem starszej siostry Junigatsu-Nichiyobi.
-Hej, co czytasz?
-Nic, co tobie przypadłoby do gustu...-warknęła dziewczyna.
Coś ją tknęło.
-Co to jest?!
-„Play Gej"
-I niby czytasz „Play Geja" w takiej konspiracji?! Pokaż mi to! Wydaje się za grube!
-Nie! –spanikowała i rzuciła się do biegu po salonie.
Jej siostra było o dziwo szybsza i zatrzymała dziewczynę kopniakiem, przy czym złapała pismo w locie. Przejrzała je i spojrzała na krewniaczkę z nieopisanym żalem zmieszanym z wściekłością.
-Czy widzicie, co ona czyta do jasnej cholery?! -wydarła się na cały dom.
Jako pierwszy przybiegł Bejita, który od razu domyślił się, o co może chodzić.
-Daj mi to! –warknął i wyrwał jej „gazetę".
Spojrzał na Junigatsu.
-Pięknie...i powiedz mi, mała, głupia suko-co ty do jasnej cholery wyrabiasz!?
-Czytam. Hobbystycznie.
-Wydaje ci się, że da się oszukać księcia?!
W tym czasie przybiegła Shadow, a zaraz potem z sali treningowej wybiegł Goku.
-Co się stało? –rzucili oboje.
Książę spojrzał żądnym krwi wzrokiem na Kakarotto. Podszedł do niego i jął go szarpać.
-Mieliście! Jej! Pilnować! Czy-nie-tak-wam-cholera-kazałem?!
-A co się dzieje? –zapytał oniemiały Goku.
Niski Saiyan zdzielił go gazetą po głowie.
-To się dzieje! Patrz! –Podał mu pisemko.
Goku nie rozumiał niczego, co było napisane tym nieznanym dla niego pismem, ale nagle go olśniło.
-Juni...-westchnął.
-Nie mam innego wyjścia. Dobrze o tym wiecie, prawda?
-Jest nas tylu...Będziemy trenować, poradzimy sobie...jakoś –rzucił niepewnie wysoki Saiyan.
-Stary, ty to masz siłę perswazji...-westchnęła Shadow.
-Nie kupiła tego? –szepnął do niej.
-NIE. NIE KUPIŁAM. –warknęła lodowatym, pełnym wyższości głosem Junigatsu.
-Ale...-próbował kontynuować.
-TAK, CZY INACZEJ –przerwała mu donośnym głosem –to moja zasrana misja, i tylko ja mam odpowiednie możliwości, żeby tejże misji podołać...
-Nie po to spędziłem tyle trudnych lat w oderwaniu od rodziny w Schola Salus, żebyś ty zabijała się na marne... –ku jego zdziwieniu, własny, opanowany głos zamienił się w ciche warknięcie.
Przestraszył się. Czyżby to...?
-Nie waż się warczeć na mnie! Nikt nie ma takiego prawa!
-Jestem twoim dziadkiem, na litość boską!
-Nie potrzebuję ani twojej, ani boskiej litości! Zostawcie mnie wszyscy w spokoju!
Tymczasem Nichiyobi stała z Vejitą w kącie i przekazała mu najświeższe wiadomości.
Chłopak wyraźnie się zasmucił. Ona po raz kolejny zawiodła jego zaufanie. A on tak ją kochał, tak się o nią martwił. Nie sypiał po nocach. Bał się, że pewnego ranka, gdy się obudzi, będzie za późno, jego dziewczyna będzie martwa. A ona zabijała się powoli tymi zatrutymi słowami. Gdy tak na nią spojrzał, widział delikatnie zarysowujący się w jej zielonych, chłodnych oczach obłęd. A już na pewno była w nich ogromna determinacja, co przerażało go najbardziej. Było mu po prostu przykro. Podszedł do niej, chciał się jakoś odezwać, coś powiedzieć, ale...nie mógł. Jego młodą twarz wykrzywił grymas nieopisanego smutku. Gdy był tak blisko niej, centymetry swoją twarzą od jej twarzy po prostu odszedł. Nikt go nie zatrzymywał.
-Widzisz, co ty robisz temu biednemu chłopakowi?! –krzyknęła Nichiyobi, której już po raz kolejny zrobiło się go szkoda.
-No powiedz, tania tirówo, co ja mu według ciebie robię...
-Ranisz go. To taki wrażliwy chłopak...
-To już nie mój problem. Jest słaby- to jego dylemat.
-Pieprzona Nietzscheistka...
'Nietzsche jest dobry. Nietzsche się nie myli'
-Ignorantka..
-Wypruwa sobie żyły wytrzymując z tobą...
'Pozwolisz tak sobą pomiatać? Ścierwu?'
-Zaraz dostaniesz w mordę, łajzo!
Nastolatka wściekła się niezmiernie i wystrzeliła w siostrę serię silnych pocisków ki, czym wypchnęła ją (demolując przy okazji pół domu) z budynku.
-Potrafisz tylko atakować. Jesteś taka niedojrzała!
'Kto daje rządzić ścierwu, ten sam jest ścierwem, zapamiętaj...'
-To ty się puszczasz, a nie ja!
-O ile pamiętam, to ty masz piętnaście lat, i Bogu ducha winne dziecko, którym nie potrafisz się właściwie zająć!
-Zamknij się, bo cię zabiję, słabizno!
-Ty ty jesteś tak naprawdę osobą słabą. Wszystkiego się boisz, dlatego chcesz wiecznie uzyskiwać przewagę. Boisz się żyć i nie potrafisz kochać. Umiesz tylko nienawidzić, a nienawiść nie daje siły, wręcz przeciwnie, zabiera ją, wyniszcza duszę.
-Jesteś dziwką. Nie masz duszy.
-Za to ty jesteś płytka.
Coraz bardziej wzrastała w niej żądza mordu. Miała ochotę poczuć smak krwi. A Shi podżegała ją do boju.
'Jak długo zamierzasz dawać się tak poniżać?'
-Jesteś taka, bo ojciec i matka kochali bardziej mnie, niż ciebie. Wiedzieli, że jesteś zła...
-Nie znasz mnie!
-Znam cię lepiej, niż ty sama...
'Zabij...'
-Nie zasługujesz na jego miłość. Na niczyją...
'ZABIJ!'
Dziewczyna zamieniła się w SSJ 4, chwyciła blondynkę za gardło, wbiła jej pięść w brzuch, przyciągnęła jej głowę do swojej i wysyczała:
-Sayonara, siostrzyczko...
Jej twarz rozpromienił ohydny uśmieszek, utworzyła w dłoni potężną kulę i przebiła młodą kobietę na wylot. Jej martwe ciało padło tuż obok. Gdy pozostali przybiegli, było już za późno. Goku załamał ręce i ukrył twarz w dłoniach. Jego ''dzieci'' zabijały się niemal na jego oczach...
Młoda dziewczyna natomiast umoczyła palce w kałuży siostrzanej krwi i umazała sobie nią twarz, po czym zaczęła tarzać się po piasku i histerycznie śmiać, wykrzykując raz po raz słowo „Edek". Niezrozumiałe dla pozostałych słowo, które przecież mogło mieć tak wiele znaczeń. Po około pięciu minutach śmiechu, nagle usiadła sztywno i wbiła zimny wzrok w zwłoki.
Goku milczał. Był przerażony. Bał się, że i on z czasem zamieni się w takiego potwora, a jedyni ludzie, którzy mieli szansę uratować ludzkość-wybijali się nawzajem, a na to nie umiał nic na to poradzić. Ale najbardziej bał się o swoją duszę...
-Goku...-Bulma podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
Zero reakcji.
-Goku! –kobieta potrząsnęła Saiyanem z całych sił.
Mężczyzna spojrzał na nią tępo.
-Rozmawiałam z Bejitą...Mamy pewien pomysł...
Pół godziny później Junigatsu siedziała pokładzie małego samolotu z blokadami ki na przegubach obu dłoni. Obok siedział Goku. Patrzył na nią zimnym, jakby nieobecnym wzrokiem. Milczał. Już wolałaby wrzaski, krzyki, ale nie...on nic nie mówił. Założył jej tylko te blokady i nic nie mówił...
Wydawało jej się, że go kochała, a tak bardzo nienawidziła go w tym momencie za owo milczenie. Nienawidziła wszystkiego. Pomyślałaby, że zabiłaby swoją siostrę jeszcze raz za to, co teraz przechodziła, choć dobrze wiedziała, że to jej wina. A Goku wciąż siedział, było to siedzenie tak przerażające w samym swoim odbywaniu się, że aż nierealne.
Zbliżali się do kompleksu ceglanych budynków. Pomyślała, że całość wyglądała jak obóz koncentracyjny. Wylądowali. Gdy odpięła pasy, rzuciła:
-To wygląda jak Auschwitz.
Ale nikt z obecnych się nie odezwał...
