Dragon Ball Reload XI

- Insania

Płacz stał mi się pożywieniem, jęki moje płyną

Jak woda, bo spotkało mnie, czegom się lękał,

Bałem się, a jednak to przyszło."

(Hioba 3:24-25)

Za oknem szalała nocna burza, która pokrótce zamieniła się w sam ulewny deszcz. Deszcz nie był wcale mniej irytujący od burzy. Nie musiał tam spoglądać, w te brudne szyby, w które zacinał z nienawiścią szary deszcz, nie musiał też nasłuchiwać, żeby o tym wiedzieć. Wszystkie jego zmysły i tak skoncentrowane były tylko na jednym.

Często pogoda dopasowywała się do jego stanu emocjonalnego. Oczywiście działo się to wtedy, gdy targały nim odpowiednio silne uczucia. Ot, kolejny wątpliwy przywilej Władcy Wszechświata.

Bulma spojrzała w okno. Mogłaby przysiąc, że przed chwilą wieczór był jeszcze bardzo spokojny, chociaż raczej średnio przyjemny.

Usta Shadow ułożyły się do bezgłośnego „co?". Gdy jednak po dłuższej chwili kobieta nie otrzymała żadnej responsy, osunęła się w dół łóżka, przykryła kołdrą, odsłaniając jedynie coraz szybciej napełniające się łzami oczy. Próbowała ugiąć nogi w kolanach, jakby chciała zasłonić się przed jakimś niewidzialnym wrogiem, ale te jedynie rozsunęły się bezradnie, a jej ogon zwisał smętnie z łóżka.

Goku mocno ścisnął dłoń Saiyanki. Słowa niebieskowłosej geniuszki przeraziły go do tego stopnia, że odnosił wrażenie, iż wraz z ich wypowiedzeniem czas się zatrzymał, ewolucja zatoczyła pełne koło, a punkt zero okazał się końcem świata.

Spojrzał na Bulmę, w nadziei na jakiekolwiek oparcie, ale jej twarz nie wyrażała niczego, co mógłby odgadnąć. Spostrzegł bez problemu, że kobieta nawet nie udawała, że było jej przykro. Nie wiedział, jak się do tego ustosunkować, był jednak zły na cały świat, więc i ona-jego przyjaciółka, była zagrożona. Nie wiedział jeszcze, co jej z jego strony groziło, ale wolał się nad tym nie zastanawiać, bo im więcej nad tym myślał, tym bardziej chciał w tej sprawie działać. Szybko więc odrzucił te rozważania na dno umysłu. Włos na głowie zjeżył mu się na samą myśl, że „to" mogłoby się już zacząć.

Wiedział jednak aż za dobrze, że tajemnicze „to" było nieuniknione, i że po jego nadejściu to nie jemu włos będzie się jeżył na głowie.

'Sam się na to zgodziłeś…' –wyszeptał z wyrzutem głosik, który zniknął z jego głowy równie nagle, jak nagle się w niej pojawił.

„Kontrola. Kontroluj się, nie wolno ci, nie możesz…"-powtarzał sobie w myślach.

-To głównie za sprawą uszkodzenia serca- ciągnęła beznamiętnie tak, jakby w ogóle nie zauważyła, że właśnie rozpadły się

dwa maleńkie światy-Wiesz, kwestia tego, że podnosisz ki, zwiększa się twoje ciśnienie krwi, serce zaczyna bić szybciej… Po prostu nie wytrzymałabyś takiego obciążenia…

Nie miał pojęcia, czy drobna Saiyanka słuchała. Sprawiała wrażenie nieobecnej, jeśli nie martwej wewnętrznie wręcz. Jej spojrzenie było utkwione w jakimś tajemniczym, nie znanym reszcie punkcie na suficie. Gdyby nie zaistniała sytuacja, byłby pełen podziwu co do tego, że Shadow nie mrugała już od kilku minut. Obserwował ją. Zapadnięta, wychudzona jak reszta ciała pierś kobiety unosiła się i opadała miarowo. Żyła.

Przez umysł Władcy Wszechświata przepłynęła pewna myśl, której chwycił się jak tonący brzytwy. Przypomniał sobie o cyborgach.

-Bulmo…?

-Tak, Goku?

Spojrzał na kulawy stolik znajdujący się przy łóżku. Leżała tam paczka papierosów, z którą ostatnimi czasy w ogóle się nie rozstawał. Zapalił i zaciągnął się. Bulma spojrzała na niego z dezaprobatą, ale widocznie karcący wzrok kobiety w ogóle mu nie przeszkadzał, bo najspokojniej na świecie palił dalej.

-Mówiłaś o sztucznej miednicy…-zaczął w końcu-czy serca też nie dałoby się jakoś wspomóc? Znasz przecież budowę cyborgów, prawda? One mają nieograniczone możliwości podnoszenia ki…

-Ech, Goku… W jakim prostym i szczęśliwym świecie ty żyjesz…-przerwała mu.

„Niczego o moim świecie nie wiesz, pewnego cholernie przykrego dnia bardzo się zdziwisz…" –pomyślał.

Spojrzał na nią z wyrzutem. Ona niezrażona kontynuowała:

-Nie było cię na Ziemi…Nie mamy już tego, co osiągnęliśmy kiedyś. Przez planetę przetoczyło się kilka poważnych wojen, nastąpił prawdziwy regres…

-Regres?

-Cofnięcie się. –rzuciła beznamiętnie Shadow, która jednak przysłuchiwała się temu, co działo się w pokoju.

Goku sam nie wiedział, czy było to powodem do ulgi, czy też nie.

-Przecież konflikty zbrojne sprzyjają na ogół rozwojowi techniki…-zauważył Kakarotto.

Bulma westchnęła.

-Na ogół. Tutaj sytuacja była trochę inna…

-To znaczy?

-Po ostatniej wojnie…

-To ile ich było?

-Trzy. Dasz mi skończyć?

-Och, przepraszam…

-A więc: po ostatniej wojnie, gdy władzę w końcu przejęła opozycja, wymordowano całą inteligencję, by zapobiec dalszemu rozwojowi sił militarnych, i tym samym kolejnym wojnom. Udało nam się co prawda ocalić większość tego, co już znaliśmy, ale wszystkie wielkie umysły tego świata…

Zamilkła.

-Więc…jakim cudem ty żyjesz?

Kobieta westchnęła ciężko i spojrzała na niego jak na wyjątkowo niedouczone dziecko i nabrała powietrza, jakby z zamiarem wytłumaczenia po raz setny jakiejś naprawdę podstawowej kwestii.

-Przecież zostałam przywrócona do życia…

-To i ciebie zamordowano, Bulmo?

Niebieskowłosa niewiasta skrzywiła się, najwidoczniej przypominając sobie coś co najmniej nieprzyjemnego. Po chwili powoli kiwnęła głową, wciąż częściowo znajdując się w gąszczu przykrych wspomnień przepełnionych atmosferą śmierci i krzykiem.

Normalnie Goku bardzo przejąłby się tym, co właśnie usłyszał. W końcu, dotyczyło to tragicznej śmierci jego pierwszej przyjaciółki, której być może mógłby zapobiec.

Być może mógłby? Wystarczyłby jeden ruch ręką. Ba, chuchnięcie nawet. Właśnie to sobie uświadomił, ale w obecnej sytuacji potencjalne wyrzuty sumienia spływały po nim jak woda po szkle. Po jej wyrazie twarzy widział, że ona jeszcze nie poradziła sobie z przeszłością, i przypuszczał, że chyba nigdy sobie nie poradzi. Specjalnie go to nie ruszało. Nie teraz. Postanowił przerwać irytującą ciszę i ciągnąć dalej to, co go najbardziej interesowało.

-A biorąc pod uwagę dzisiejszą technologię, to na ile mogłaś sobie pozwolić…?

Nie odpowiadała. Trzymała pięści zaciśnięte na spódnicy i wbiła wzrok w swoje stopy, które teraz wydawały jej się nader fascynujące. Shadow widziała twarz kobiety, zauważyła, że z jej oczu płyną gorzkie łzy. Ale on tego nie widział, bo patrzył na Saiyankę.

-Bulmo…? –ponowił.

Złotooka próbowała powstrzymać go gestem i kręceniem głową, ale on tylko zmarszczył brew i spojrzał na nią zniesmaczony, a jego wzrok mówił: „Jak śmiesz odwracać uwagę od siebie?!"

Patrzyła na niego ze złością. Rozczarował ją swoim zachowaniem. Wiedziała, że chciał dla niej dobrze, ale ona nie widziała już dla siebie żadnej nadziei. A byli przecież inni, którzy potrzebowali pomocy, wsparcia. Przekręciła się głośno na łóżku, minę miała obrażoną. Goku wyciągnął do niej rękę i już otworzył usta, żeby się usprawiedliwić, ale Bulma ocknęła się słysząc hałas. Otarła łzy i odetchnęła głęboko, jakby próbując zebrać całą pozostałą siłę.

-Co…o co pytałeś?

-Pytałem, jak to jest z dzisiejszą techniką i medycyną. Więc?

-Poczekaj, niech się skupię… Twoja maksymalna siła to około czterysta jednostek ki…I chyba nie muszę mówić, że zbliżenie się do tej granicy to ogromne zagrożenie dla życia…?

Za oknem huknęło. Jakiś piorun musiał trafić co najmniej w drzewo. Shadow przeszły ciarki. Bała się, że tej nocy Goku nie do końca świadomie mógłby kogoś uśmiercić.

Kobieta westchnęła i przewróciła się na drugi bok, tyłem do nich, nawet nie zwracając uwagi na to, że jakimś cudem zdołała przygnieść sobie ogon.

Goku spojrzał na przyjaciółkę błagalnym wzrokiem. Naprawdę chciał teraz, żeby już sobie poszła i zostawiła ich samych. Ona otworzyła już usta, żeby coś powiedzieć, ale spojrzenie stało się bardziej agresywne i poważne, niemal groźne, do tego przewiercało jej umysł, a przynajmniej takie odniosła wrażenie.

Wobec czego prychnęła i wyszła trzaskając drzwiami.

Kakarotto zdawał się nie zauważyć tej reakcji.

Zostali we dwójkę.

Ciszę służącą zebraniu myśli przerywało jedynie rytmiczne pikanie maszyny monitorującej pracę serca.

Bulma maszerowała korytarzem z zaciśniętymi pięściami.

Tak bardzo się zmienił…W zazwyczaj roześmianych, czarnych paciorkach dostrzegła nutę przerażającego szaleństwa. W jego zachowaniu zauważyła obsesję, graniczącą z psychozą.

A najgorsze było to, że czuła, iż był to dopiero początek. Na niegdyś niemal wiecznie rozluźnionej twarzy widziała szczękościsk prawie za każdym razem, gdy na niego spojrzała. Miał coraz więcej zmarszczek, i na Boga-palił. Nie wiedziała, czy była to wina tego dziwnego miejsca, w którym spędził tyle lat- Schola Salus, czy też może to była ta kobieta…

Kobieta, która wdarła się do jej poukładanego życia praktycznie znikąd i rozsypała część układanki. Kobieta, która zabrała jej przyjaciela i powoli zamieniała go swoją niewinnością i kruchością w potwora na za długiej smyczy. Kobieta, która do jej życia wniosła dwa razy więcej tajemnic, niż zdołała rozwiązać swoim pojawieniem się, kobieta na którą jakoś nie dało się gniewać, a mimo to nie znosiła jej. I wreszcie, kobieta, którą łączyło coś z jej mężem…!

Nie wiedziała co, ale od Nichiyobi dowiedziała się, że to raczej nie były wspólne gry w bingo. Pominęła fakt, że przekaz Saiyanki był tendencyjny.

A mimo tego –odratowała ją. Wcześniej zapewniła jej wikt i opierunek. W zamian uzyskała obietnicę trzymania pieczy nad bezpieczeństwem Ziemi i pomocy. Ale teraz była nieprzydatna…

Pomyślała, że być może będzie potrafiła kontrolować Goku w jakiś sposób. Doszła do wniosku, że będzie musiała z nią porozmawiać. Ale nie teraz. W najbliższym czasie będzie rozmawiała ze swoim mężem.

Już nie dzisiaj…

Dzisiaj nie miała siły.

Naszła ją chęć na wypicie czegoś mocniejszego przed snem. Skierowała swoje kroki na parter, do kuchni.

Ona swoje napoje wyskokowe trzymała w barku, w gabinecie, w którym miała w zwyczaju pracować. Ale to było za mało. Za słabe dla niej w tym momencie. Nerwowo przeszukiwała kuchnię, w której to jej mąż trzymał swoje, o wiele mocniejsze trunki. I tutaj zaistniał problem: one mogły być dosłownie wszędzie, a kuchnia była niemal wielkości kawalerki. Klęła i wściekała się, ale zachowała tyle rozumu, że starała się nie czynić większego hałasu swoim zachowaniem. Nie chciała zbiegowiska, nonsensownych pytań i uspokajających wytłumaczeń stanowiących dwukrotnie większe brednie.

Pomyślała wreszcie, że Bejita nie składował alkoholu w żadnym normalnym miejscu, bo sam nie był normalny i zdecydowała się na odsunięcie szafek. Ta decyzja była strzałem w dziesiątkę. Trafiła na dziurę w ścianie, w której jej mąż, no bo kto inny składował swoją „śmierć na mililitry". Wyciągnęła pierwszą butelkę, której zawartość zarówno z podejrzanego wyglądu i zapachu sugerowała, że był to samogon. Wzruszyła ramionami i poszła po odpowiednie szkło, z bólem wypiła tyle, ile uznała za stosowne i skierowała się do małżeńskiej sypialni.

A pomieszczenie było puste, do tego nienaruszone od rana, co oznaczało, że szanownego małżonka nie było tam jeszcze, a nie już. Bo on po sobie nie ścielił. Gdzie on się włóczył, kiedy ona musiała z nim porozmawiać?! Kto dotrze do tego zakutego saiyańskiego łba, jeśli nie on-drugi Saiyan?!

-Gdzie personel? –brunetka nerwowo rozglądała się bo gabinecie zabiegowym.

-Związany w schowku na szczotki. Zmiany z obu pięter. –odpowiedział spokojnie Ariel, oglądający ze średnim zaciekawieniem zawartość szafek z medykamentami.

-Zmieściliście tam cztery osoby?

-No, przesadnej wygody to oni tam nie mają, ale dało radę. –Uśmiechnęła się lisiczka.

-Najwyżej się poduszą. –Saiyanka wzruszyła ramionami.

-Dobra, to w takim razie po co cała ta akcja? –spytał mężczyzna.

-Śpiączka. Wprowadź mnie w stan śpiączki cukrzycowej.

-Na ile?

-Za dziesięć dni możecie zacząć wybudzać. Pilnujcie przez ten czas zmian, żeby się nie połapali…

-Rozkaz. –odpowiedział Ariel i zaczął szykować strzykawkę.

Sekundy mijały, i Saiyanowi zdawało się, że każda trwała godzinę. Godzinę w atmosferze wypełnionej podszeptami spaczonego sumienia, które zdawało się być bardziej Szatanem, niż Aniołem w ukryciu i milczenia ze strony tej, która była teraz tą najważniejszą. Bolało.

Czuł, że ją bolało bardziej, ale źle zinterpretował powód boleści. Wiedział, że dla niego niczego już by w życiu nie było, gdyby stracił swą siłę, swą dumę. Cóż on by robił wtedy? Czegóż by więcej zdołał dokonać? I żeby to w kwiecie wieku zostać zdegradowanym niemalże do przeciętnego człowieka, do zera. Bez możliwości najlichszej nawet obrony w razie ataku.

A czuł, że atakujący są w s z ę d z i e. Na dnie każdego prawego serca czaiło się Zło, lub też można było je stworzyć. W prosty tak naprawdę sposób: Zło podszyte jest lękiem, szaleństwem, a o to nie trudno, gdy zjawiają się najprostsze nawet Obawy. Wszystko można zdemonizować, najmniejszą, niewinną niepewność.

Mechanizm, który od jakiegoś czasu rządził już najdzielniejszym i najwspanialszym z Saiyan…

I szlag go trafiał, bo się pogubił we własnym myślotoku. Już sam nie wiedział, czy to dobrze, że ona się obudziła czy nie…I w końcu-miał na myśli swoje dobro czy jej? Każde kolejne zdanie układające się w jego głowie poprzedzała lawina przekleństw.

Bulma w s z y s t k o potrafiła przywrócić do działania, a jej nie potrafiła wrócić sprawności?

Ona zrobiła to specjalnie…

Oni oboje są w zmowie, przecież ją i Bejitę coś kiedyś łączyło, i żadne nie chce o tym mówić…

Co?! Co?!

Władzę by oddał i żonę nieboszczkę by sprzedał, żeby tylko się dowiedzieć, ale niższy Saiyan uzmysłowiwszy sobie do końca, iż Goku posiadł niegdyś zdolność czytania cudzych myśli prędzej dałby mu do obmacania własny tyłek, niż pozwolił choćby przypadkowo musnąć dłonią czoło…

A ona jest po Schola Salus i ma Pieczęć tak samo jak on.

To nie miało najmniejszego sensu. Żadnego, cholera! Nie dość, że ona była w tej chwili już po stokroć kaleką, to jeszcze innych ludzi do szaleństwa doprowadzała…Jak oni mają się obronić, zwyciężyć, cholera, gdy główna nadzieja nałogowo wdycha cyjanowodór i trutkę na szczury, a na domiar złego zachowuje się jak kompletny debil?! Jeszcze chwila, a on weźmie swoje zabawki i powie, że idzie do innej piaskownicy…I ona coś czuła, że oficjalnie została Zabawką Numer Jeden… Przypuszczała też, że oberwie jej się za to, co to niby ona z nim zrobiła. Widziała, że Bulmie się to w ogóle nie podobało. Gdyby tylko miała siłę, sama strzeliłaby mu kopa w pysk na otrzeźwienie, bo tak pracować się po prostu nie da…

A teraz znowu jest bezwartościowa, bezwolna, jest zerem.

Zerem…

Zerem…

Zerem, i wszyscy mogą robić z nią to, co im się tylko podoba….

Wszystko…

W s z y s t k o!

Cały ten motyw zwany żywotem bez sensu jest.

I jeszcze Lait jej powie, że jest EMO i…

Uniosła się na łokciach tylko po to, by z całej siły uderzyć twarzą o poduszkę.

-Shadow…

Zaraz, a może by tak…?

Chwila, jeśli jest takie wyjście, to sam by o nim, cholera, powiedział.

Teraz milczeć i słuchać, dopiero potem walić głową o ścianę.

-Słucham.

-Jest kilka kwestii, które chciałbym poruszyć…Na początku chciałbym cię przeprosić, gdyby nie moje zachowanie, nie doszłoby do tej tragedii…Przepraszam.

„Zastanów się jeszcze raz, kogo i za jakie zachowanie powinieneś przeprosić" -pomyślała.

-Chyba o czymś zapomniałeś. Oboje jesteśmy Saiyanami, kierujemy się instynktem, i tak byśmy zaatakowali, rozumiesz? Wygrywa silniejszy…

-I tak jest mi przykro z powodu tego, co się z tobą stało.

-Jak jest ci przykro, to albo to odczyń, albo w ogóle o tym nie mów i zapraw siebie i pozostałych w boju, bo ja już wam zbytnio nie pomogę. –prychnęła.

-Przestań, zawsze będziesz mogła instruować innych…

-Nie będę. A ty, co będziesz robił?

-Zajmę się logistyką.

-Taktykę to pierdzielcowi zostaw, bardziej się przydasz jako trener.

-Bejicie? Ale ja jestem lepszym strategiem…

-W tej chwili jesteś emocjonalnym kaleką, nałogowym palaczem i ładunkiem pełnym agresji, podobnie jak ja.

-Na litość boską, co się z tobą dzieje?! Jesteś taka…

-Myślę, że 'ludzka i śmiertelna' będzie odpowiednim określeniem. Zakodowałeś sobie w głowie jakiś zafałszowany i wyidealizowany obraz mnie i właśnie przeżywasz rozczarowanie, ale nie obwiniaj się, każdemu może się zdarzyć. –fuknęła.

Podszedł bliżej i przysunął się do twarzy kobiety.

-Jestem władcą tego Wszechświata, patrząc na kogoś potrafię przewidzieć jego zamiary i odczytać myśli, jeśli zechcę, znam cię niemal na wylot. Nie oszukasz mnie.

Niegdyś złote, a teraz, straciwszy swój dawny blask już tylko żółte oczy przeszywały mężczyznę pełnym wściekłości wzrokiem.

-To twoje 'niemal' daje dość spore pole do manewru. –syknęła.

Na oblicze Sona wstąpił uśmiech szaleńca, mężczyzna zebrał w sobie odwagę i pogładził dłonią po policzku Saiyanki i przemówił:

-Wiesz, byłem nawet gotów zachwiać nawet równowagę wszechrzeczy i zebrać Kule, żeby przywrócić twoje ciało do poprzedniego stanu, ale widzę, że będę musiał jednak zacząć od wewnątrz…Ale to nic, mamy czas…mamy czas…Bez względu na to, co będziesz robić, zaopiekuję się tobą…Wszystko da się zrobić, jeszcze cię naprawię, zobaczysz…-uśmiechnął się tajemniczo-ale teraz śpij, pewnie cię zmęczyłem…-rzucił lekko, po czym wyszedł z pokoju wyraźnie ożywiony, jakby ogarnięty był konstruowaniem jakiegoś demonicznego planu.

-Oko se, cholera, napraw! –wrzasnęła, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, a ona sama względnie zdążyła wyjść z szoku.

W surowym, zimnym pokoju, który z jakiegoś powodu stał się dziecięcą sypialnią paliło się jeszcze ostre światło. Dziesięcioletnie może dziewczę dopijało resztę ziołowego wywaru, który po jej minie zdawał się być wyjątkowo gorzki. Wokół dziewczynki uwijała się kobieta w średnim wieku o stosunkowo bladej, pokiereszowanej twarzy i czarnych, zimnych oczach, starająca się opatrzyć rany dziewczynki. Sprawiała wrażenie głęboko rozczarowanej, dziecko patrzyło na nią jak zlękniony pies.

-Żeby moje dziecko, pierwsze w kolejce do tronu dało się pokonać takiej miernocie! Ta szumowina nie była nawet z naszej planety, zdajesz sobie z tego sprawę?!

-Mamo, ona była silniejsza…

-To cię nie usprawiedliwia, a gdyby to był wróg?! No?!

-Saiyanka to była…

-Zapamiętaj raz, ale na dobre: te śmiecie z Vegety nie są prawdziwymi Saiyanami, to…

-Tak, mamo, my jesteśmy wilkami, a oni służalczymi kundlami…-westchnęła dziewczynka, najwidoczniej średnio przekonana co do prawdziwości tych słów.

-Skoro o tym wiesz, to dlaczego ją tłumaczysz…?

-Przecież mamy pakt o nieagresji…

-Ten cały pakt o nieagresji –prychnęła- to jedno wielkie kłamstwo i kwestia czasu. Tobie się wydaje, że im się podoba nasza suwerenność?! Chodź ze mną, coś ci pokażę…

Kobieta skierowała się w stronę okna, z którego to z racji tego, że budynek stał na wzgórzu, widoczna była niemal cała stolica.

-Jesteś przyszłością wszystkich tych ludzi, i jednocześnie oni wszyscy są twoją przyszłością. Żyjesz po to, by ich bronić, ty masz być potęgą tak samo, jak ten kraj, rozumiesz?

-Tak mamo, rozumiem.

-I jeszcze jedno- nie nazywaj mnie mamą, dopóki nie będziesz tego godna…

W purpurowym, zdobionym fotelu siedział średniego wzrostu mężczyzna o czarnych oczach i bardzo ciemnych włosach. Pod oczami miał przerażające cienie, a jego facjatę nawiedził nieprzyjemny grymas. Czoło pocierał sobie dłońmi, całokształt wyglądał tak, jakby piekielny ból głowy przeszywał mu nawet zęby. Obok, pod ścianą gabinetu stała niewysoka kobieta o gołębio-szarych włosach do ramion i kamiennej twarzy bez wyrazu. Naprzeciw fotela mężczyzny, na nieco skromniejszym siedzisku siedział mniej więcej osiemnastoletni chłopak wywijający nerwowo ogonem. Ów młodzieniec miał czarne, dość krótkie i zmierzwione włosy, nieprzyjemną bliznę na lewym policzku, a każde z jego oczu było innego koloru. Młody Saiyan zwrócił się do starszego:

-Wiesz, z tym całym ciotostwem, to chodzi o to, że nie wkurza cię to, że robię coś inaczej, poza kanonem, niezdrowo, czy jakkolwiek to nazwiesz, to po prostu kwestia dominacji, do szału doprowadza cię to, że ja lubię być kuszony, podrywany, że to ja nadstawiam dupy, pozwalam się zdominować, wnerwia cię to, że w tych wyjątkowych chwilach nie chcę słyszeć cieniutkiego głosiku i oglądać tłustych cycków, ale wolę niskie głosy, szarpnięcia i kocham ten ostry feromon, po prostu nie możesz znieść tego, że ja to lubię…Wymieniać dalej, co lubię, wujku? –rzucił prześmiewczo i zaśmiał się nerwowo.

-Jak ty sobie popaprańcu wyobrażasz aprobowanie takich zachowań wśród elit, w rodzinie królewskiej teraz, gdy nasza pozycja jest zagrożona, a rebelianci z dnia na dzień rosną w siłę?!

-W jakim świecie ty żyjesz…Czy wśród elit jest ktokolwiek w stu procentach heteroseksualny…? Ja nikogo takiego nie znam…

-Do wafla pana, weź mu coś powiedz, bo go zamorduję! –zwrócił się starszy z Saiyan do kobiety-ty znasz całą sytuację, przebywasz z tymi ludźmi o wiele więcej, niż ja.

-On mówi prawdę, dziadku. To powszechne zachowania bez względu na to, czy się z tym zgadzasz, czy nie.

-I niczego z tym nie zrobiłaś?!

-Jest mi to jak najbardziej obojętne-wzruszyła ramionami- a jego partner to naprawdę godny zaufania człowiek, lojalny.

-Mieszka w jaskini! Czy ty wiesz, co sobie pozostali pomyślą, jak się dowiedzą, że książę jest rżnięty przez jakiegoś jaskiniowca?! Niech żyją Flinstone' owie, psia mać!

-Pozwól, że cię skoryguję, oni się nie posuwają między sobą, bo nałapaliby wszystkie możliwe choroby weneryczne od siebie nawzajem. Biorą tych, co są niżej, albo prawiczków, a takich niewiele zostało…

-To teraz już cholera wiem, skąd się wzięła ta zastanawiająca umieralność wśród proletariatu, i nie powiem, żeby mi było jakoś specjalnie lepiej z tą wiedzą!

-A wolałbyś, żeby elita się że tak powiem wyrżnęła w pień? –roześmiał się.

-Jesteś tak samo powalony jak ten twój ojciec!

-Nie za mocno mu pojechałeś? –spytała kobieta.

Ziemia była szara i niemal bez życia-rosło tam jedno okaleczone drzewo, przez którego gałąź ktoś przerzucił sznur, zaraz potem obraz zniknął, a w ciemnościach dało się słyszeć podejrzane szczęknięcie, z półmroku wyłoniła się strużka krwi cieknąca z niezidentyfikowanych ust…

Shadow przekręciła się nerwowo i obudziła się z trudem łapiąc oddech. Po chwili z powrotem opadła na poduszkę.

-Te sny mnie kiedyś zabiją…-wymamrotała.

-Po głowie chodzi mi miłosna piosenka,

Kocham moje ręce, które zabijają,

Kocham krew, która po nich spływa,

Kocham moje spojrzenie, które nadzieje wszelkie odbiera…

Po głowie mi chodzi miłosna piosenka,

Światło, co śmierć niesie kocham,

Szkarłat, co przeraża kocham,

Ból, strach niewinnych i winnych kocham…

Miłosna piosenka po głowie mi chodzi,

Mordując dotykam Wiary!-szeptała niska brunetka siedząca po turecku i kiwająca się z boku na bok.

Chorobliwie szczupła blondynka rozwścieczona brakiem uwagi tej drugiej posłała dziewczynę kopniakiem kilkanaście metrów dalej.

Przestrzeń zdawała się nie mieć ni początku, ni końca, nieskończona czerń muskała również duszę Junigatsu, i tylko drobny kulisty obiekt wielkości piłki do ping –ponga oświetlał ten przerażający wszechświat.

-Edek, ty obżurana suko! –wykrzyknęła z oddali Saiyanka ścierająca krew z twarzy.

Shi pojawiła się przy niej w tej samej chwili i zdzieliła ją pejczem.

-Skup się, gówniaro. –syknęła.

-W tym wymiarze minęło już pięć miesięcy, a ty wciąż każesz mi czytać, na czym mam się do jasnej cholery skupić?!

-Pora przejść do praktyki.

-Będę się z tobą lać? Mogę cię zamordować i zbezcześcić twoje wirtualne zwłoki?

Mnie jeszcze nikt nigdy nie pokonał, a ty od teraz będziesz przez półtora roku trenować, żeby przy dużym szczęściu dorosnąć mi do pięt…

-Mówisz, masz…-wzruszyła ramionami.

-Teraz siad. Widzisz ten płyn? –wskazała na wirującą ciecz utrzymującą kształt wycinka łańcucha DNA- masz utrzymać ten kształt i tę samą prędkość obrotu, bo inaczej wylejesz to sobie na dłonie, rozumiesz? I dokonaj tego używając jedynie siły woli…

-Też mi coś, zawsze mogę odsunąć ręce…

-Tak? To sprawdź.

-Jasna dupa! –dłonie okazały się przytwierdzone do podłoża.

-Widzisz, jak ładnie? –uśmiechnęła się podle.

-Wody się nie boję.

-To jest wspomagany kwas azotowy (V), i chyba nie muszę mówić, że obrażenia odniesione tutaj przekładają się na rzeczywistość…?

Saiyankę przeszły ciarki. Zmarszczyła brew i skupiła uwagę na bryle.

-Też mi coś, jak długo mam się zajmować tym konkretnym dziadostwem?

-Ja jeszcze nie zaczęłam…-roześmiała się.

-Czego, dupo, nie zaczęłaś?

-Ataku! –krzyknęła i rozpoczęła ostrzał.

Na Junigatsu posypał się grad pocisków ki, a ona mogła tylko zacisnąć zęby i dalej kontrolować obiekt. Po jakichś piętnastu minutach Shi zaczęła kaleczyć ją nożami, później kopać w twarz, żeby wreszcie zacząć ją dusić. Ale gdy nauczycielka bawiąca się w kata za pomocą swoich oficerek połamała jej palce u prawej ręki, dziewczyna nie wytrzymała i kilka litrów kwasu chlusnęło na i tak pokiereszowane dłonie. Przeraźliwy krzyk przeszył ciemną przestrzeń na odległość kilkuset metrów. Był to jednak bardziej krzyk powodowany złością, niż bólem, gdyż Saiyanka była w zbyt wielkim szoku. Junigatsu nie patrzyła wprost na to, co zostało z jej dłoni, ale i tak widziała nieprzyjemny dym i czuło odór spalonego mięsa.

-Zrobię z ciebie wióry dla rybek akwariowych, tępa ku…

-Na razie to zrobiłaś grilla…-przerwała jej Shi i wskazała na miejscami zwęgloną dłoń.

-Idź w pyry, trąbo! Popełnię samobójstwo i zginiesz razem ze mną!

Kobieta wzruszyła ramionami.

-A co z Ziemią?

-Walić Ziemię!

-Nie zabijesz Gorana…

-Szlag!

-Nieważne. Słuchaj, następne zadanie będzie łatwiejsze, bo czysto teoretycznie będziesz miała pełną swobodę ruchów.

-Co to ma znaczyć, do jasnej cholery?!

-Po prostu masz ze mną walczyć.

Blondynka pstryknęła palcami, i pojawiły się ogromne gwoździe, które wbiły się w dłonie Saiyanki.

-Masz do wyboru używanie jedynie nóg, albo zrobienie sobie dziury o średnicy porządnego pierścienia. To jak? –Shi starała się zagłuszyć przekleństwa wykrzykiwane przez dziewczynę.

Bulma poczuła, jak ugina się materac ich łóżka. Przytuliła się do męża, gdy ten już się ułożył. Mężczyzna po sile jej uścisku i woni własnego alkoholu poczuł, że coś było nie w porządku.

-Bejita…?

-Hm?

-Musisz porozmawiać z Goku, i to jak najszybciej…

Odwrócił się twarzą do niej i zauważył, że ma zapuchnięte oczy. Płakała.

Prawdę mówiąc, też miał ogromną ochotę powiedzieć Kakarotto parę konkretnych słów od jakiegoś tygodnia, ale nie mógł się na to zebrać. Jednak teraz, gdy dotyczyło to również jego żony uznał, że tak dłużej być po prostu nie mogło.

-Co ci zrobił sukinsyn?! –spytał.

Goku nie miał pojęcia dlaczego drugi Saiyan prosił go na rozmowę. Zważywszy ich kontakty było to co najmniej dziwne. Dziwne, ale i intrygujące. Idąc korytarzem zauważył, że drzwi do gabinetu Bulmy są otwarte. Wszedł, a zaraz za nim zatrzasnęły się drzwi. Z cienia wyłonił się niższy Saiyan.

-Witaj, Bejita…-uśmiechnął się.

-Na początku, Kakarotto, chciałbym ci cholernie pogratulować…-syknął.

-Pogratulować? Czego? –twarz Saiyana wyrażała najświętsze zdziwienie.

-Tego, że dwukrotnie doprowadziłeś moją żonę do płaczu! Tego, że przez ciebie upiła się moją wódką! I tego, że odnowiło się jej załamanie nerwowe! Tego ci dupku chciałem pogratulować! –rzucił wściekle i pchnął Saiyana na najbliższy fotel.

-Cholera, stary, co się z tobą dzieje?

-Co się ze mną dzieje?! Co się z tobą debilu stało miesiąc temu?!

-Nic mi nie jest, spokojnie…

-Ta, ale chyba jakaś część tego twojego quasi móżdżku ci wypłynęła razem z okiem!

-Rany, dlaczego jesteś taki wściekły na mnie?! Zrobiłem tobie coś?

-Nie, to po prostu tyle, że to już ponad dziewięć tysięcy minut, odkąd nie mogę cię dłużej znosić!

-Ale o co ci chodzi, porozmawiajmy na spokojnie…

-O tę twoją niedoszłą dupę, co ci we łbie nawywracała! Mówiłem chyba, żebyś dał sobie spokój, z niej nic dobrego nie będzie, to tylko wichrzycielska dziwka!

-Każdemu trzeba dać szansę, a ja ją znam lepiej, niż ty!

Bejita prychnął.

-Tak, a ile jeszcze ostatnich szans wszyscy mamy dać tobie?! Wiesz co? Oboje jesteście siebie warci, para odpadów społecznych…-splunął.

-Nie mów tak!

-A jak mam mówić?! Pogłaskać, cholera?! Gówno jesteś Kakarotto, gówno! Przez ciebie wszyscy zginiemy, ale ty sobie nie chcesz zdać z tego sprawy, w co ty się w ogóle bawisz, do dupy nędzy?! Myślisz, że jak jesteś władcą Wszechświata, to masz immunitet?! Że ci wszystko wolno robić z ludźmi?! Podobno taką wielką cenę za to zapłaciłeś, ale prawda jest taka, że to my do cholery płacimy, nie ty!

-Jeszcze jedno słowo, a…

-A co?! A co?! Nakrzyczysz na mnie? Odwrócisz się dupą i pójdziesz sobie obrażony? Po tatusia już nie zadzwonisz, bo nie żyje! Siostrzyczka może?! Przecież mnie cholera nie uderzysz, tak bardzo nienawidzisz bezsensownej przemocy!

W tej samej sekundzie Goku zamachnął się na Saiyana i uderzył go w twarz z otwartej dłoni, nie odezwał się nawet słowem. Bejita na chwilę zamarł. Starł krew płynącą z rozciętych ust.

-Ty skurwielu! –wykrzyknął i rzucił się na rozmówcę z pięściami.

Walka przeniosła się na hol. Będąca w pobliżu Bulma usłyszała hałasy i pobiegła w ich kierunku. To, co zobaczyła po prostu ją przerosło. Podbiegła do męża i próbowała go odciągnąć od Goku. Ten nie wiedząc jeszcze o obecności Bulmy uderzył niższego Saiyana, i nieszczęśliwym trafem kobieta została odepchnięta i uderzyła w ścianę. Bejita wpadł w szał.

-Teraz to cię naprawdę zabiję! Zabiję, zabiję, zabiję! Pchnął przeciwnika na ścianę i oboje przebili się na zewnątrz, gdzie kontynuowali walkę przy jednym z okien.

Wtem owe okno otworzyło się, wyleciał z niego Vejita.

W jednej dłoni trzymał dziecięcą butelkę, a drugiej zaś smoczek, na twarzy jego malował się maniacki szał. Goku mógłby przysiąc, że drgało mu oko. Nie zdążył się jednak nad tym dłużej zastanowić, bo chłopak przybrał formę Super Saiyana i przywalił mu z całej siły butelką w czerep. Bejita miał mniej szczęścia, bo oberwał kopniakiem. W każdym razie młody Saiyan osiągnął swój cel-przerwali walkę.

Najstarszy z Saiyan bał się nawet zapytać o co prawnuczkowi chodzi widząc jego minę, która z trupią bladością dawała naprawdę wielki efekt.

-Co? –wypalił Goku.

-Czy wy pieprznięte zdechlaki niedorobione zdajecie sobie zasraną sprawę z tego, co żeście właśnie do dupy jasnej i wafla pana kurde mać zrobili, popaprańce pogrzane śmierdzące wy?! No?! No?! No?! Zabiję –zgwałcę -zakopię-zasadzę drzewo –wyrwę -odkopię-wskrzeszę i każę Shen- Ronowi zgwałcić! -wypalił jednym tchem.

-Mógłbyś powtórzyć…? –zaczął Goku, który niewiele zrozumiał, podobnie jak Bejita.

W odpowiedzi oberwał smoczkiem w sprawne oko.

-Usypiałem ją trzy godziny, a kiedy wreszcie zasnęła –wycedził przez zaciśnięte zęby- to wy ją musieliście pięć minut i czterdzieści sekund później obudzić!

To jeszcze nie taka znowu tragedia…-prychnął Bejita.

-Nie spałem od sześćdziesięciu jeden godzin! –wydarł się na całe saiyańskie gardło, aż Goku i Bejita nie byli w stanie odezwać się słowem.

Rany, sorry…mieliśmy ważne sprawy na głowie…-rzucił Goku po jakichś dwóch minutach nieprzyjemnej ciszy.

-Cywilizowani ludzie dyskutują o ważnych sprawach, wy pierdzielone małpiaki!

-Ee…czy możemy ci jakoś pomóc?

Ich uszy przeszył szaleńczy, wręcz demoniczny śmiech.

-Oczywiście, że możecie pomóc i pomożecie-syknął, po czym wrzucił ich za ubrania do pokoju przez okno.

-No?! –zniecierpliwił się najstarszy z całej trójki.

-To cholernie proste: wy ją usypiacie, a ja idę spać.

-Nie ma wafla! –zirytował się Bejita.

-Och, dziadku, to jeszcze nie taka znowu tragedia! –fuknął i rzucił się na kanapę.