Z tego, co Remus pamiętał, jego życie składało się głównie z nocy. Pewnie, dni także było wiele – ale to noce odgrywały w jego życiu znaczące role.
Nocami przemykali się z Syriuszem do Pokoju Życzeń i tam zatapiali się w sobie nawzajem. Nigdy nie zapomniał jęków Syriusza podczas dochodzenia do orgazmu. Niewiele było nocy, kiedy był naprawdę szczęśliwy. Dlatego te kilka przechowywał głęboko ukryte, gdzie spoczywały niczym owad zatopiony w bursztynie.
To nocą ugryzł go Szarogrzbiety – i od tamtej pory nocą przemieniał się w wilka, cicho w nim do tej pory siedzącego. Potwór w nim dochodził do głosu, rozdzierając mu wnętrzności, przebijając się przez skórę, wychodząc... Oplatając go, nakładając swój wygląd na Remusa – zupełnie jak jakąś straszną maskę, której nie można ściągnąć.
To nocą zabito Potterów – i nocami ich opłakiwał, płacząc bez łez. Nie potrafił płakać, nawet po nich. Po prostu łzy nie chciały wydostać się spod jego powiek, chociaż czuł, jak pod nimi wzbierają. Wtedy piekły go oczy, a płuca odmawiały współpracy, dusił się przez emocje, których nie mógł uwolnić.
Czasami odnosił wrażenie, że zwyczajnie żyje w mroku nocy, niczym robak pod kamieniem. I tak jak on – jest bezradny.

KONIEC