Opis: I'm so guilty.
„Druga Szansa", powiedziała #2
Usuwając z drogi pierwsze spotkanie, stajemy przed dylematem: jakiż to wątek naszej historii chcemy pociągnąć? Czy pragniemy zagłębić się w psychologiczne konsekwencje sytuacji jednego z protagonistów, który stoi przed perspektywą odkrywania swego skrytego kobiecego ja? Czy może skoncentrujemy się na konotacjach społecznych sytuacji kobiet w zdominowanym przez mężczyzn tradycyjnie patriarchalnym świecie wojska, korporacji i przemysłu zbrojeniowego?
Istnieją również inne ścieżki, którymi można podążyć, by uzyskać łatwy poklask – choćby romantyczna komedia pomyłek, gatunek zrzeszający aktorów charakterystycznych, nie potrafiących odnaleźć się w innych rolach. Lub autor odczuje potrzebę kierunkowania swojego kobiecego ja, by wypełnić skrywane fantazje wieku nie tylko dojrzewania, ale też i późniejszego, tworząc wyidealizowaną personę mającą zastąpić braki w realnym życiu osobistym.
Albo i nie.
Może pozwolimy, by zadziałała magia powołania w koniuszkach palców, którą szczycą się pianiści, masażyści oraz pisarze. W tym ostatnim przypadku oznacza to: pleść, co ślina na język przyniesie. Oraz purpurową prozę.
Eryk Lablas westchnął ciężko, raz. Chwilę potem, westchnął znów. Ciężkość westchnienia konkurowała z nieznośną lekkością istnienia, które kumulowało się w całkowitym braku zrozumienia dla wykładowcy objaśniającego najbardziej szeleszczącym głosem świata podstawy zachowania bezpieczeństwa przy prawidłowym dokonywaniu technicznej ewaluacji materii z przydziału. Trzeci raz w tym miesiącu. Eryk nie rozumiał, dlaczego to on, razem z innymi kadetami, znów musiał udawać, że słucha, skoro to nie on wysadził wygódkę. Tym razem, dodał zapobiegliwie w myślach.
Niektórym z kolei się upiekło, ponieważ mieli zdrowy rozsądek zapaść na epizod psychotyczny. Albo to były TE dni miesiąca – nawet w myślach wyraz pisany był wielkimi literami, ponieważ dla Eryka, wszystko, co kobiece, było całkowicie obce, tajemnicze i przerażające. Wystarczyło powiedzieć, że miał starszą siostrę, która muskulaturą mogła wprawić niejednego mężczyznę w stan podwyższonej samoświadomości i kompleksów ego.
Gabinet lekarski był miejscem scen iście dantejskich. Drobna blondynka siedziała na kozetce, cała roztrzęsiona, ze wzrokiem wbitym w ścianę. Drżące wargi co raz dawały uciec stłumionemu jękowi, szeroko otwarte oczy pełne były łez. Potężne siniaki na twarzy dopełniały obrazu.
Deyna Alesse odetchnęła głęboko, wiedząc, że zadanie przed nią nie było łatwe ani przyjemne, ale ktoś musiał się go podjąć – a tą osobą była ona. Czerpała dumę ze swojej pracy, tak bardzo potrzebnej w instytucji tak przestarzałej, jak wojsko.
Pochyliła się przed dziewczyną, i cicho, spokojnie, głosem miękkim i delikatnym, spytała:
- Wiem, przez co przechodzisz, kochanie, ale musisz mi powiedzieć. Czy ktoś… dotykał cię w niewłaściwy sposób?
Blondynka spojrzała na nią, przez chwilę nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku, po czym otworzyła usta i wrzasnęła, przeciągle, umęczenie. Deyna niemal sama się rozpłakała ze współczucia. Czas był zacząć szukać próbek skóry. Naciągnęła gumowe rękawiczki.
Zastając ambulatorium w stanie takim, jakim je zastał, Zack poczuł się głęboko zaniepokojony. Szczególnie biorąc pod uwagę, że kozetka wbiła się w ścianę na wysokości półtora metra, i nie odpadła jeszcze pod swoim ciężarem. Drugą niecodzienną sytuacją była ta straszliwa wiedźma z zasobów ludzkich od równego traktowania, zwisająca przez parapet okna, wyraźnie nieprzytomna. Cokolwiek zaszło, to pod tym względem Zack z głębi serca popierał akurat tę jedną ofiarę.
Trzecim powodem do zmartwienia był brak osoby, której szukał. Sądząc po szlaku zniszczenia można było przypuszczać, że biedną i bezbronną kadetkę uprowadził Bahamut. Lub Hojo. Zack wolał Bahamuta. Wtedy mógłby udawać rycerza. Przy Hojo, po prostu czułby się głupio, jeśli nawet adekwatnie.
Po drodze minął usychającą plastikową palemkę w doniczce. (Jak w ogóle plastikowa palma mogła usychać?, Zack zastanowił się, po czym przypomniał sobie, że była po drodze z Departamentu Nauki do kwater. Poprzednia palma była prawdziwa, ale po podlewaniu taką ilością mako o mało nie odgryzła pewnej osobie niewymownego w trakcie aktu podlewania. Trudno było to wytłumaczyć lekarzowi.) Wyminął też Genesisa, który z zamglonym wzrokiem ściskał najwyraźniej złamany i obficie krwawiący nos, bełkocząc coś o Niezasłużonym Gniewie Bogini. Zack zrozumiał po tym, jak skręcił w boczny korytarz.
Spoglądając na zimną, kalkulującą furię w błękitnych oczach Zack, SOLDIER pierwszej klasy, doszedł do wniosku, że z trojga złego wybrałby nawet Bahamuta dosiadanego przez Hojo. Nagiego Hojo uzbrojonego w największą zardzewiałą strzykawkę z mako, jaką był w stanie sobie wyobrazić.
-…uh?
- Zachary Fair,- drobniutka blondynka zasyczała, trzymając jego sweter w stalowym uścisku, i pociągając go w dół.- Zabierzesz mnie stąd do najbliższego baru, gdzie pozwolisz mi się upić tak, żebym nic nie pamiętał. Zrozumiałeś?
- …uh. Okay. – Brunet zgodził się chętnie, byle by odwlec swoją egzekucję.
Dopiero cztery godziny później, kiedy Cloud oznajmiła wszem i wobec, że 'ma pierdoloną Planetę gdzieś i zostaje pierdolonym najemnikiem', po czym przewróciła się na stole i o mało nie opróżniła zawartości swojej czaszki o kant, Zack przypomniał sobie bardzo ważny szczegół. Dokładniej, pięć bardzo ważnych szczegółów, w czasie, gdy wbijał kod do swoich drzwi.
Jeden: to, że drobna blondynka chrapiąca mu w ramię przez cały czas mówiła o sobie 'on'. Postanowił zwalić to na 'epizod psychotyczny'.
Dwa: to, że drobna blondynka, która właśnie beknęła przez sen, i ,na cycki Shivy, ale śmierdziało, była nieletnim kadetem.
Trzy: była też nieletnim kadetem płci żeńskiej, w dodatku całkowicie zalanym, i to on kupował wódkę. Zack odchrząknął.
Cztery: nieletnim kadetem płci żeńskiej, za którym połowa ShinRy odwracała głowy, i którego zdecydowanie należało chronić przed zakusami różnego rodzaju zboczeńców. W tym Hojo na Bahamucie z… Zack wstrzymał tor myśli, zanim doszedł do bardziej traumatyzujących obrazów.
Pięć: oraz adiutantką Sephirotha.
Zack jęknął pod nosem, mając cichą nadzieję, że nikt niczego nie widział. To, że ktoś mógłby go zadenuncjować nie stanowiło problemu, poza śmiercią ze względu na przebicie Masamune, od drugiego końca, a do tego nie było mu śpieszno. Problem stanowiłyby gratulacyjne klepnięcia po plecach i otwarty sezon łowiecki. Miał przerąbane.
Gorzej, miał przejebane, jego mózg radośnie potwierdził następnego dnia rano.
- Mogę wszystko wytłumaczyć. Obiecuję, uh, Sir,- oznajmił próbując nie wybuchnąć ze śmiechu, porażony głęboką absurdalnością zaistniałej sytuacji, i, mimo wszystko, przesuwając się w stronę okna. Śmierć samobójcza była śmiercią z honorem w tych okolicznościach.
