Hermiona spojrzała na mapę, jej myśli urządzały gonitwę. Jeśli Snape był tylko kilka kilometrów dalej, to znaczyłoby, że Voldemort też tu jest, co znowu oznaczałoby, że Dumbledore się mylił, a to była ewidentnie pułapka. Co również znaczyłoby, że Snape mógł być w poważnych tarapatach.

Cholera.

Spojrzała przed siebie i ujrzała mężczyznę, który wcześniej tam był, ale teraz szedł w jej kierunku.

Cholera!

Zdecydowała, że najlepszą rzeczą, jaką może zrobić, to powrót do Hogwartu i złapanie Dumbledore'a. Wiedziałby co zrobić. Zamknęła oczy i skoncentrowała się, ale nic się nie stało. Zdezorientowana spojrzała na wprost i ujrzała ponurą, pokrytą śniegiem ulicę i mężczyznę podążającego w jej stronę. Jeszcze raz próbowała się aportować i znów jej się nie udało.

Jasna cholera!

Ruszyła szybko w kierunku ściany oddzielającej świat magiczny od mugoli przyglądając się swojej sytuacji. Była w obcym i nieprzyjaznym mieście, coś uniemożliwiało jej teleportację, jakiś mężczyzna szedł za nią, całkiem możliwe, że Snape był już martwy i nie miała możliwości skontaktować się z kimkolwiek. Jej szanse wydawały się nikłe.

Po kolei, musiała pozbyć się tej mendy, która była cały czas za nią. Przekroczyła barierę i dała nura w kolejną ulicę. Stwierdziła, że ma dwie możliwości: transmutacja albo zaklęcie kameleona. Zdecydowała się na to drugie, jako że wtedy wciąż mogłaby używać różdżki. Przygotowała się do kolejnego kroku i zwolniła nieco upewniając się, że jej prześladowca wciąż za nią podążał.

Kiedy minęła róg, wypowiedziała zaklęcie kameleona i cofnęła się, żeby nie wpadł na nią przez nieuwagę. Wyczuła różdżkę, czekała.

- Stupefy! – krzyknęła jak tylko miała czysty widok na niego.

Klątwa uderzyła go w klatkę piersiową pod kątem prostym i natychmiastowo upadł. Podeszła do niego i pociągnęła go do alejki mrucząc szybkie zaklęcie, żeby odwieść mugoli i słabszych czarujących z pobliża, po czym usunęła zaklęcie kameleona i skierowała różdżkę na mężczyznę mrucząc przy tym zaklęcie. Cienkie sznury wystrzeliły z końca jej różdżki owijając się wokół nieprzytomnej postaci na ziemi. Wyjęła apteczkę z eliksirami i wyciągnęła małą fiolkę podpisaną Veritaserum, co uznała za konieczne dla aurora. Odliczyła trzy krople podając je mężczyźnie, po czym ostrożnie odłożyła resztę i skierowała na niego różdżkę.

- Ennervate.

Mężczyzna jęknął i próbował się poruszyć mimo więzów i Hermiona pomogła mu się podmieść do pozycji siedzącej. Spojrzał na nią obojętnie, jego oczy zaszkliły się.

- Kim jesteś? – zaczęła.

- Siergiej Kirpichow.

- Czemu mnie śledzisz?

- Miałem podążać za tobą i twoim towarzyszem.

- Kto ci kazał?

- Wasilij Borodin mi kazał.

- Wasilij? – pogrzebała w kieszeni płaszcza w poszukiwaniu kopii zdjęcia, którą dał jej Snape zanim wyruszyli. – Czy to ten człowiek?

Jego oczy skupiły się na moment na fotografii, zanim odpowiedział.

- Tak.

Co tu się, do licha, dzieje?

- Czy byli tu ostatnio Śmierciożercy? Czarodzieje w czarnych szatach i maskach?

- Widziałem ich wielu. Nie wiemy kim są, ale nas przerażają. Powiedzieli, że jeśli będziemy rozmawiać z tobą albo twoim przyjacielem, zabiją nas i nasze rodziny.

- Dymitr Borodin jest w to wplątany?

- Ludzie w czarnych szatach trzymają się z nim.

- Widziałeś Wasilija z tymi w czarnych szatach?

- Wasilij nienawidzi czarnych szat i swojego ojca, za bycie jednym z nich. Dlatego ojciec go szuka, bo nie chce przyłączyć się do czarnych szat.

- Zabierzesz mnie do Wasilija?

- Tak. Jestem zobowiązany zaprowadzić cię do niego zanim porozmawiasz z jego rodziną.

Jeśli zbliżyłaby się do Wasilija, mogłaby co nieco uporządkować.

- Bardzo dobrze, zabierzesz mnie teraz do niego.

Wymruczała kilka słów i sznury wiążące go zsunęły się i zniknęły. Wstał i odszedł odwracając się, żeby się upewnić, że Hermiona idzie za nim. Po kilku chwilach znaleźli się na ulicy wypełnionej nijakimi domami, kiedy on skierował się do jednego konkretnego, białego dwupiętrowego domu z łuszczącą się farbą i zarośniętym trawnikiem. Weszli po kilku stopniach na duży, otwarty ganek.

Siergiej zastukał dwukrotnie we frontowe drzwi, które otworzyły się po kilku chwilach ukazując niską blondynkę koło czterdziestki.

- Siergiej Fyodorowich, gdzieś ty był tyle czasu? Czy to ona? Ta kobieta z Anglii?

- Tak, to ona. Śledziłem ją i jej towarzysza, ale on odszedł.

- Bardzo dobrze – odpowiedziała kobieta i otworzyła całkowicie drzwi wpuszczając do środka Hermionę i Siergieja. Później zaprowadziła ich klatką schodową do małego salonu, gdzie poleciła Hermionie poczekać. Siergiej poszedł za kobietą na górę.

Hermiona sprawdziła pokój. Były tam dwa wytarte fotele i tak samo starta kanapa ustawiona przed kominkiem. Było też kilka czarno-białych fotografii rodzinnych, nie magicznych, wiszących na białych ścianach. Poza tym pokój był pusty. Usiadła i podjęła się jedynej rzeczy, którą mogła zrobić. Czekała.

Snape rozejrzał się błyskawicznie po aportacji. Stał na dziedzińcu pokrytym śniegiem. Miejsce wyglądało znajomo, ale odwiedził wiele takich miejsc w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Zauważył kilka czarnych postaci w rogu rozmawiających przyciszonymi głosami, wpatrujących się w niego i kolejną postać w czerni idącą w jego stronę. Lucjusz Malfoy.

- Lucjusz – warknął.

- Severusie, stary druhu – odpowiedział Malfoy z widocznym obrzydzeniem. – On chce cię natychmiast widzieć.

Snape kiwnął głową oczyszczając umysł i poszedł za Lucjuszem do środka okazałej posiadłości. Weszli schodami na górę, a Lucjusz zatrzymał się przed jednymi drzwiami.

- Czekaj – poinstruował Snape'a, po czym wszedł do środka.

Snape stał cierpliwie, aż Lucjusz pojawił się ponownie po kilku chwilach i przywołał go do środka. Pokój był bardzo duży, prawdopodobnie sala balowa, jak uznał Snape, dookoła sali było mnóstwo krzeseł i stołów. Podążał za Lucjuszem przez ciemny pokój, wyłapując oczami kształt Czarnego Pana w wielkim fotelu. Niedaleko stał Peter Pettigrew obserwując przybyłych.

- Severusie, jak miło, że do nas dołączyłeś – zasyczał Voldemort, a Snape poczuł jak czarne oczy wwiercają się w niego.

- Mój panie – odrzekł przyklękając i całując brzeg szaty Voldemorta, po czym szybko wstając z powrotem.

- Jakie nowe wieści przynosisz nam z Hogwartu?

Snape błyskawicznie przejrzał informacje od Dumbledore'a, które zgodził się, aby były przekazane jako dezinformacja, skupiając się na czymś, o czym Voldemort na pewno już wie.

- Jest duża wrzawa w Ministerstwie, pomiędzy Knotem a Dumbledore'em, a także Potterem. Są pogłoski, jakoby Potter miał próbować przejąć Ministerstwo i być kukiełką Dumbledore'a.

Voldemort obserwował Snape'a uważnie nie odzywając się. Pierwszy odpowiedział Pettigrew.

- Już o tym wiemy, Snape, piszą o tym codziennie w Proroku Codziennym.

Snape spojrzał na niego gniewnie i zwrócił się ponownie do Voldemorta.

- Mój panie, może mógłbym przekonać Dumbledore'a, żeby…

- Żeby co? – przerwał mu lodowaty głos. – Żeby dawał ci więcej błędnych informacji dla mnie?

On wie.

Serce przyspieszyło mu w piersi, kiedy zrozumiał, że na pozór nic nie zdradził. Możliwe, że mógł jeszcze to uratować.

- Błędne informacje? Mój panie, nigdy świadomie bym czegoś takiego nie zrobił. Jeśli otrzymuję takie informacje od Dumbledore'a, powinienem go własnoręcznie zabić.

- Coś, co powinieneś był zrobić lata temu, Severusie – powiedział Malfoy. – Bez tego starego głupca Ministerstwo rozpadło by się dawno temu.

- Ale mój panie, …

- Mimo, że chciałbym pograć z tobą w tą grę, Severusie, nie mam na to czasu – urwał, jego czerwone oczy zwężyły się, kiedy skierował różdżkę na Snape'a. – Miałeś taki potencjał, a tak go zaprzepaściłeś. Nacieszę się tym. Crucio!

Ta chwila była dziwnie surrealistyczna dla Snape'a. Czas zwolnił i Severus spojrzał na Pettigrew, głupiego, śmiejącego się Glizdogona przypominając sobie szansę, którą miał kilka lat temu na zabicie go, jak ją zmarnował z powodu jego nienawiści do Harry'ego Pottera. Malfoy, oślizgły, podstępny Malfoy. Ile razy musiał udawać, że przyjaźni się z tym sukinsynem, przymykać oko na jego bękarta? Spojrzał też na swojego rzekomego pana, Voldemorta, na te czerwone oczy jarzące się na tle białej twarzy, na nozdrza rozszerzające się, kiedy uśmiechał się podle.

Snape pomyślał o Dumbledorze, jego przyjacielu, jego jedynym przyjacielu, i McGonagall, której towarzystwo lubił od czasu do czasu i, jeśli miał być szczery sam ze sobą, i Hogwartem, o swoich lochach, swoim jedynym, prawdziwym domu. Jeśli to było jego życie przemykające mu przed oczami, to nie chciał tego oglądać, jako że nie znosił go bardziej niż Voldemorta i wszystkich jego Śmierciożerców.

Ból wywołany przez Cruciatusa zawsze jest większy niż się spodziewał. Każdy nerw w jego ciele krzyczał w udręce, upadł na kolana zużywając całą samokontrolę, żeby nie krzyczeć, nie błagać o litość. Upadł na ramiona twarzą do ziemi czując zbliżającą się błogą nieświadomość, gdy piekące katusze zakończyły się i zmieniły w tępy, pulsujący ból. Odwrócił się na plecy oddychając głęboko.

- Jakie wieści od Dymitra? – spytał Voldemort.

- Na razie żadne, mój panie – odpowiedział Lucjusz. – Zastawił pułapkę i to tylko kwestia czasu, kiedy ona połknie przynętę.

- Severusie, powiedz mi gdzie jest dziewczyna, a rozważę zabicie cię teraz i oszczędzenie ci tego bólu.

Hermiona.

- Dam ci chwilę na podjęcie decyzji.

Ogarnęła go kolejna fala bólu, Snape krzyknął, skulił się i zatonął w ciemności.

Hermiona zgarbiła się w fotelu czując nagle zmęczenie. Sięgnęła do tyłu i pomasowała obolały kark tłumiąc ziewnięcie. Wyprostowała się, kiedy Wasilij Borodin wszedł do pokoju.

- Hermiona Granger – powiedział przyglądając się jej. Skorzystała z okazji, aby również mu się przyjrzeć, jako że nie miała tej możliwości wcześniej w tygodniu. Był wysoki, sporo wyższy od niej i miał szerokie, ale chude ramiona. Jego czarne włosy nie były właściwie czarne, ale ciemno brązowe i miał lodowate, niebieskie oczy. Żałowała, że nie był jej nauczycielem Numerologii zastanawiając się ilu uczniów wybrało jego przedmiot jedynie dzięki temu, że był tak przystojny.

Oczyściła gardło.

- Wasilij Borodin.

Usiadł na kanapie z dala od niej.

- Przypuszczam, że chciałabyś wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? – kiwnęła głową zachęcając go do kontynuowania. – Przybyłem tu we wtorek, późnym popołudniem, a mój przyjaciel, Siergiej Fyodorowich, zatrzymał mnie zanim wyruszyłem do ojca. Powiedział mi, że powrót do domu nie jest bezpieczny ze względu na Śmierciożerców.

- Więc byłeś tu od wtorku?

- Tak, ukrywałem się, jako że ojciec mnie szukał.

- Jeśli wiedział, że tu jesteś, dlaczego powiadomił Dumbledore'a? – rozmyślała na głos, a Wasilij wzruszył ramionami. – Kurwa! Bo Voldemort wiedział, że wysłałby Snape'a na poszukiwania!

- Snape'a? On tu jest?

- Tak i jest w poważnym niebezpieczeństwie. Voldemort już go na pewno dopadł.

Wasilij kiwnął powoli głową, ale zanim odpowiedział wrócił Siergiej.

- Wasilij, musimy się pospieszyć jeśli chcemy niedługo wyruszyć.

- Wyruszyć? Gdzie się wybieracie? Musimy znaleźć Snape'a.

- Obawiam się, że ratowanie profesora Snape'a nie jest na liście moich rzeczy do zrobienia – powiedział drwiąco wyjmując różdżkę i kierując ją na Hermionę. – W gruncie rzeczy niedługo do niego dołączysz.

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Ale, co…

- Czarny Pan życzy sobie twojej obecności, a ja zasłynę jeśli wrócę z tobą.

Jak mogłaś być tak głupia! Weszłaś prosto w pułapkę! –zgromiła się w myślach. – Koniec z tym, teraz ważniejsze jest, jak się z tego wydostać.

Siergiej wyglądał na równie zaskoczonego co Hermiona i sprzeciwił się.

- Ale Wasilij, nie możesz być jednym z czarnych szat!

Drugi Rosjanin uśmiechnął się podle, oczy mu rozbłysły, kiedy skierował różdżkę na Siergieja.

- Nie masz pojęcia, mój przyjacielu. Avada kedavra.

Zielony promień wystrzelił z różdżki Wasilija i Siergiej błyskawicznie padł. Wykorzystując chwilową nieuwagę Wasilija Hermiona wyciągnęła z kieszeni różdżkę i wycelowała w niego.

- Expelliarmus! – krzyknęła z łatwością łapiąc jego różdżkę, która wyrwała mu się z ręki i poleciała do niej. Poderwała się z fotela, kiedy wstał i ruszył w jej kierunku. – Stupefy!

Zaklęcie otarło się o jego ramię odrzucając go z powrotem na kanapę. Wiedziała, że był tylko chwilowo ogłuszony, więc pobiegła do drzwi, a Wasilij zawołał drugą kobietę, jak już z trudem wstał.

- Alohomora! – krzyknęła kierując różdżkę na frontowe drzwi. Usłyszała kobietę na schodach i rzuciła kolejne Stupefy nie oglądając się i biegnąc dalej. Dotarła do drzwi i odetchnęła otwierając je szarpnięciem.

Kiedy przestąpiła próg zmieniła się w kota i skoczyła w krzaki spiesząc do następnego domu, gdzie zatrzymała się obracając się, aby spojrzeć za siebie. Wasilij pojawił się po chwili spoglądając w górę i dół ulicy mówiąc gniewnie do kobiety, która dołączyła do niego na ganku, po czym oboje się odwrócili i weszli z powrotem do domu zatrzaskując drzwi.

Zaczekała parę minut zanim przeszła przez trawnik. Podążyła na wschód kierując się na obrzeża miasta. Wiedziała, że teraz była sama, że musiała się dostać do Snape'a. Wiedziała też, że podąża na ślepo bez jakiegokolwiek sprzeciwu. Hermiona zebrała całą swoją gryfońską odwagę i puściła się truchtem. Niezwykły, szary kot biegł w dół ulicy, kiedy zapadał zmrok.