Draco zmarszczył brwi przechodząc przez pokryty śniegiem dziedziniec i nakładając swoją maskę. Nienawidził uczestniczyć w tym, w tych festiwalach pełnego wypaczenia. Mimo, że potrafił odczuwać zadowolenie z mocy, jaką dzierżył będąc Śmierciożercą, były też rzeczy, którymi pogardzał.
W przeciwieństwie do Lucjusza – zadumał się. Ogarnęła go ponura świadomość, że gdyby nie takie, a nie inne okoliczności, Lucjusz byłby tutaj zamiast niego. Nie żeby chciał cofnąć śmierć tego potwora. W rzeczywistości chciał móc podziękować Snape'owi za jego czyn.
Voldemort będzie z niego dziś zadowolony, w końcu udało mu się dużo osiągnąć podczas tej wyprawy do Hogwartu. Próbka eliksiru wciąż była w mieszkaniu testowana i analizowana.
Zmarszczył brwi na widok mugolskiej rodziny wleczonej przez śnieg. Kobieta w średnim wieku i jej nastoletnia córka krzyczały w nieznanym języku, gdy zamaskowany czarodziej torturował ich ojca i męża Cruciatusem, po czym uderzył obie kobiety zaklęciem. Draco czuł rosnącą gulę w gardle, kiedy inny Śmierciożerca pochylił się nad dziewczyną i zaczął ją brutalnie macać.
Voldemort był znów w Rosji, w ogromnej posiadłości Dymitra Borodina, gdzie Lucjusz został zamordowany. Przeszedł przez bogato zdobione drzwi prowadzące do okazałego holu. Na środku pomieszczenia stała duża, marmurowa statua jednorożca, a dwóch Śmierciożerców trzymało się z boku.
Draco rozpoznał po głosie Glizdogona, zwracającego się do drugiego Śmierciożercy. Pettigrew uchwycił jego spojrzenie i wskazał na drzwi za nimi. Draco kiwnął głową, po czym skierował się do drzwi.
Otworzył je powoli, by wkroczyć do długiej jadalni. Ciemny, drewniany stół biegł przez całą długość pomieszczenia i spokojnie mogłoby przy nim usiąść trzydzieści osób. Na dalekim końcu jadalni, u szczytu stołu siedział Lord Voldemort otoczony sześcioma Śmierciożercami. Jego rubinowe oczy obserwowały Dracona, gdy szedł wzdłuż pomieszczenia.
- Draco – syknął, wysuwając gwałtownie różowy język, by zwilżyć jasne, cienkie wargi.
- Panie mój.
Będąc przy końcu stołu, Draco ściągnął maskę, przyklęknął, by pocałować skraj szaty Voldemorta, po czym skierował się do pustego krzesła. Chwilę później wszedł Pettigrew, zamykając za sobą drzwi. Usiadł naprzeciwko Dracona i również zdjął maskę.
- Skoro wszyscy są obecni, chciałbym, by Draco rozpoczął od swojej niedawnej wizyty w Hogwarcie.
- Zewnętrzne zabezpieczenia są tak silne, jak sądziliśmy, aczkolwiek myślę, że atak z powietrza za pomocą mioteł połączony z atakiem na ziemi mógłby wprawić Dumbledore'a w zaskoczenie.
- Tak, pracujemy nad planem ataku nawet w tej chwili – powiedział Voldemort zerkając na czarodzieja siedzącego po jego lewej, który pochylił głowę. – Możesz kontynuować.
- Kiedy Bole odciągnął Dumbledore'a na swoją inspekcję żywności, udałem się do lochów, skąd udało mi się wykraść próbkę tak zwanego cudownego eliksiru, nad którym pracują Snape i szlama. Na razie analizuję ją i próbuję ustalić składniki, żeby móc go uwarzyć na nowo. Jak na razie zajmuje to więcej czasu niż oczekiwałem, ze względu na złożoność eliksiru.
Napotkał czerwone oczy Voldemorta i wstrzymał oddech.
- Wierzę, że pracujesz tak szybko, jak to możliwe, panie Malfoy – jego lodowaty głos powodował dreszcze u Dracona.
- Oczywiście, mój panie. Dowiedziałem się również, że zarówno Harry Potter, jak i Albus Dumbledore będą obecni na meczu quidditcha w lutym, a będzie z nimi nasz stary przyjaciel Severus Snape. Myślę, że to by była dobra okazja, by w nich uderzyć.
- W takim razie ty powinieneś to zaplanować, Malfoy – zaszydził Pettigrew z drugiej strony stołu.
- I tak bym zrobił, Glizdogonie – odparł zgrabnie Draco. – Ale wciąż pracuję nad rozszyfrowaniem tego eliksiru. Już nie wspominając o tym, że mój udział w ataku na Pottera i Dumbledore'a mógłby zaszkodzić mojej reputacji w Ministerstwie.
- Z pewnością nazwisko Malfoy wciąż tam wiele znaczy – odpowiedział Pettigrew wpatrując się świdrującym wzrokiem w szare oczy Dracona.
- Nie mogę zaprzeczyć, że nie dzierżę takiej władzy, jaką posiadał mój ojciec, ale nawet on, po ataku na Pottera, w który by brał udział, nie wyszedł by z tego bez szwanku.
- Oczywiście, masz rację, Draco – powiedział miękko Voldemort wędrując wzrokiem od Dracona do Pettigrew. – Mój drogi Glizdogonie, powinienem zostawić tobie obowiązek zaplanowania ataku. Chcę widzieć Severusa Snape'a martwego, tak jak każdego, kto ośmieli się stanąć w jego obronie.
Pettigrew zmarszczył brwi, spojrzał na Dracona swoimi małymi, ciemnymi oczkami, po czym wymamrotał nie odwracając wzroku.
- Tak, mój panie, już się robi.
- Ingrid, jak wyglądają postępy w Polsce i Czechach? – Czerwone oczy prześlizgnęły się na blondwłosą czarownicę, a Draco usadowił się wygodniej na krześle, wciąż ignorując poirytowane spojrzenie Pettigrew.
Wszystko wróciło do normy, albo przynajmniej do znośnej podobizny normy, dla dwójki dorosłych, którzy przespali się ze sobą i musieli wciąż pracować razem efektywnie. Według niewypowiedzianego porozumienia, oboje zachowywali się, jakby nic nigdy się nie stało, chociaż Severus z każdym dniem stawał się coraz drażliwszy. Wszyscy nauczyciele to zauważyli. Szepty przemierzały pokój nauczycielski i korytarze, podczas gdy nieubłaganie zbliżał się początek nowego semestru, ale mimo to, nikt nie widział, co takiego wydarzyło się w trakcie przerwy świątecznej.
W ostatni wolny piątek Hermiona spotkała się z Dumbledorem, by przedstawić mu plany nauczania dla pierwszo i drugorocznych, których będzie uczył, by ona mogła pracować dłużej nad eliksirem Mortalis fallax. Przy okazji przejrzała ponownie plany dla pozostałych klas.
Nadeszła niedziela poprzedzająca początek semestru, a cisza została zastąpiona nieodłącznym szumem wywoływanym przez uczniów przemieszczających się po korytarzach. Hermiona spędziła większość dnia samotnie w lochach, które większość uczniów i nauczycieli omijała, a Severusa widziała jedynie kilka razy. Pozostałą część dnia przesiedziała przed swoim przytulnym kominkiem czytając o transmutacji molekularnej.
Po ciszy nocnej przechadzała się korytarzami w poszukiwaniu uczniów poza łóżkami, jako że w tym tygodniu ona była przydzielona do patrolu. Nie była z tego powodu zbyt szczęśliwa, ale po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego nauczyciele byli zawsze tak bardzo mściwi, gdy tylko razem z Harrym i Ronem została złapana po ciszy na korytarzu.
W połowie jej czterogodzinnego patrolu wpadła na dwójkę siedmiorocznych gryfonów przemykających do wieży. Gordon Graham i Edana Ross. Kiedy sama była na siódmym roku, oni byli już drugorocznymi, ale znała jedynie ich nazwiska, nic więcej.
- Panno Ross, panie Graham, rozumiem, że macie dobry powód do przebywania o tej porze poza wieża – powiedziała Hermiona unosząc brwi. Ross miała tyle przyzwoitości, by wyglądać na zmieszaną, ale Graham spoglądał na nią bezczelnie, zupełnie jak Harry i Ron, kiedy próbowali zgromić wzrokiem Snape'a.
- Uczyliśmy się w bibliotece. – Kiedy wargi Hermiony wykrzywiły się w sardoniczny uśmiech, dodał szybko. – Właśnie wracaliśmy do pokoju wspólnego!
- W takim razie musieliście bardzo długo wracać, panie Graham. Przebywanie poza wieżą podczas ciszy nocnej będzie was kosztowało pięć punktów od Gryffindoru za każde z was.
- Profesor Granger, przecież pani też była Gryfonką, czemu nie da nam pani trochę luzu? McGonagall tak po nas jeździ, że jesteśmy już za Slytherinem w punktacji.
- Umówmy się tak, panie Graham. Wy się zaraz odwrócicie i pójdziecie prosto przed siebie, aż do wieży Gryffindoru, a ja zabiorę tylko dziesięć punktów za ciebie i dziesięć za pannę Ross i nie wspomnę o tym profesor McGonagall.
Dziewczyna złapała go za rękę i zaczęła go odciągać sycząc przy tym:
- Nawet jeszcze nie minął pełen dzień, odkąd wróciliśmy, a przez ciebie już straciliśmy punkty, Gordon!
Graham z początku gapił się na Hermionę idąc tyłem, aż w końcu obrócił się i wyszarpnął rękę z uścisku Ross. Obserwowała ich, jak skręcali za róg w stronę portretu Grubej Damy.
- Zawsze Gryffindor – dotarł do niej aksamitny głos Severusa, który wynurzył się z cienia. – Jakże wzruszające.
Hermiona, zaskoczona jego nagłym pojawieniem się, zmarszczyła brwi i skrzyżowała ręce.
- W przeciwieństwie do pewnego Opiekuna Domu, który pozwala swoim uczniom wykręcić się z każdego problemu.
- Obawiam się, że nasze poglądy są raczej odmienne. – Gdy jego czarne oczy wwierciły się w nią, zaczęła się zastanawiać, czy w tym zdaniu był jakiś ukryty podtekst.
- Co tu właściwie robisz? Wydawało mi się, że Hooch dzisiaj miała patrolować.
- Owszem. Na chwilę obecną jest w skrzydle szpitalnym, cierpiąc z powodu grypy, która wyraźnie opiera się najlepszemu eliksirowi pieprzowemu Pomfrey.
- Och. A nie masz przypadkiem jakichś…
- Nie jestem apteką, pani profesor! – warknął. – Nie przechowuję eliksirów na wypadek, gdyby ktoś ich potrzebował.
- Spokojnie, tylko zapytałam – mruknęła Hermiona wpatrując się w niego.
Nie pierwszy raz dziś na nią warczał. Nieco wcześniej wykłócali się w lochach o właściwą temperaturę potrzebną by powstrzymać smoczą krew od krzepnięcia, a co za tym idzie, zrujnowania Mortalis fallax.
Zastanawiała się, jak długo jeszcze będą w stanie pracować w takich warunkach. Od czasu Sylwestra, Severus był wobec niej zimny i zachowywał dystans. Rozważała rozmowę z Dumbledorem, ale nie wiedziała, co by miała mu powiedzieć.
Od kiedy pieprzyłam się ze Snapem w czasie przerwy świątecznej, stosunki między nami się nieco zmieniły.
Żałosny uśmiech wykrzywił jej usta, na co Severus zmarszczył brwi.
- Radziłbym ci zostać dziś na górze – rzucił niskim głosem i odszedł szybko powiewając szatami.
Spoglądała za nim zastanawiając się, czy mówił o patrolowaniu korytarzy, czy może kazał jej się trzymać z dala od lochów.
Świetnie, zrobię jedno i drugie.
Albus Dumbledore przechadzał się korytarzami starego zamku uśmiechając się i pozdrawiając mijanych uczniów, nauczycieli i duchy, a jego szmaragdowo zielone szaty szeleściły cicho, gdy szedł. Skorzystał z chwili czasu, by pozwolić myślom zgrupować się i poukładać, jak robiły to od wielu lat, kiedy był jeszcze dzieckiem, a pomysły, które wychodziły z takiego porządkowania wciąż go zaskakiwały. Właściwie, nadal uważał, że ta mała sztuczka z lustrem Ain Eingarp i kamieniem filozoficznym była najbardziej olśniewającym pomysłem, jaki kiedykolwiek miał.
Jednakże w tym momencie, Albus niepokoił się trochę o swojego Mistrza Eliksirów. Od czasu początku semestru Severus nie był sobą, a każdy, kto znalazł się w odległości piętnastu jardów od niego, mógł się przekonać o jego gwałtownym i bezkresnym gniewie. Bez prowokacji atakował każdego, nawet biedną Poppy, która jedynie próbowała przekonać Severusa, by zażył eliksir na sen. Zadawał mnóstwo esejów w każdej klasie, a prawie każdą pracę oblewał, nawet jeśli należała do Ślizgona. Przez cały czas Albus starał się powstrzymywać przed pójściem do niego i pozwolić mu samodzielnie rozwiązać problemy. Ale kiedy usłyszał, że Severus odjął Slytherinowi punkty podczas podwójnych Eliksirów z Gryfonami, wiedział, że nie może dłużej ignorować tej sytuacji.
Minerwa powiadomiła go o krążących pogłoskach, jakoby coś się wydarzyło między Severusem a Hermioną w trakcie przerwy świątecznej, ale, poza Minerwą, nikt w to nie wierzył. Albus sam miał pewne podejrzenia od jakiegoś czasu, a których powiedział Minerwie. Właściwie, był prawie pewien, że wie, co się między nimi wydarzyło.
Uśmiechnął się do siebie. Ludzie wierzyli, że był wszechwiedzący, kiedy jedynie miał bystry umysł i zwracał uwagę nawet na najbardziej trywialne szczegóły, ale mimo wszystko, to błędne wierzenie zapewniło mu wiele korzyści.
Kiwnięciem głowy pozdrowił parę Ślizgonów, których minął kierując się do lochów i przeszedł przez pustą klasę prosto do ciemnego gabinetu Severusa. Przeszedł w dalszy kąt gabinetu, zaraz za biurkiem, ale zwolnił, gdy jakaś myśl uświadomiła mu, że o czymś zapomniał i uśmiechnął się.
Severus musiał zmienić zaklęcia… były silniejsze niż, kiedy był tu poprzednim razem. Zamknął oczy, by wyciszyć umysł, a kiedy znów je otworzył, ujrzał przed sobą drzwi. Zapukał delikatnie, a gdy nie było odpowiedzi, zastukał ponownie.
- Severusie – zawołał, gdy wciąż nie było odpowiedzi.
- Odejdź!
- Nie zamierzam.
Albus przysiadł na krawędzi biurka Severusa, uprzednio odsuwając wszystkie pergaminy na bok. Po kilku minutach drzwi się otworzyły, ukazując właściciela kwater, który spojrzał na niego jedynie, po czym odwrócił się i wrócił w głąb kwater zostawiając otwarte drzwi. Albus skoczył na równe nogi i podążył za nim, zamykając drzwi za sobą.
Severus usiadł na sofie przed kominkiem ze szklanką wypełnioną bursztynowym płynem, którą uniósł w niemej propozycji.
- Nie dziękuję, jest trochę za wcześnie na picie. – Albus usadowił się na fotelu obok sofy poprawiając swoją śnieżnobiałą brodę. – Może powinieneś poczekać z piciem, aż skończymy rozmawiać.
- Och, musimy porozmawiać? W takim razie…
Odchylił głowę w tył i wypił wszystko jednym haustem, po czym odstawił szklankę i wbił wzrok w Albusa.
- Severusie, wiem, że nie lubisz, gdy się wtrącam w twoje sprawy, więc przez większość czasu staram się trzymać z boku. – Severus prychnął i spojrzał na kominek, jakby on był przyczyną jego złości. – Ale kiedy twoje… problemy mieszają się w moją szkołę, muszę interweniować.
- O czym ty mówisz?
- Mówię o Severusie Snapie odejmującym punkty Ślizgonom. I warczącym na wszystkich nauczycieli, nie wspominając o uczniach. Zarówno nauczyciele, ja i uczniowie zaczynają rozmawiać.
- O czym? – warknął napełniając znów szklankę pomimo potępiającego spojrzenia Albusa.
- O tobie. Martwię się o ciebie, tak jak i niektórzy inni nauczyciele.
- Nic mi nie jest – odwarknął Severus odrobinę za szybko. – Jestem trochę zajęty eliksirami i zajęciami, uczniowie to jak zwykle mali gówniarze, a praca razem z Granger nieustannie powoduje u mnie poważne zirytowanie. Z tym wszystkim jestem w stanie poradzić sobie sam.
Przez dłuższy czas Albus przyglądał mu się z ponad okularów połówek chwiejących się na końcu długiego nosa.
- Wybacz, chłopcze, że znów wymagałem od ciebie za wiele. – Starszy czarodziej westchnął, a na jego zmęczonej twarzy było wydać wszystkie lata, które przeżył. – Miałem nadzieję, że koniec szpiegowania zapewni ci nieco odpoczynku, na który zresztą zasługujesz, ale wygląda na to, że się myliłem.
Severus wpatrywał się w niego swoimi czarnymi oczami, a Albus żałował, że nie potrafi zrozumieć mężczyzny siedzącego przed nim.
- To nie… - zaczął i urwał spoglądając w dół na pustą szklankę, którą wciąż trzymał w swoich wrażliwych dłoniach. – Wiesz, jak wszystko się komplikowało z Voldemortem, sam widziałeś.
Albus kiwnął głową przypominając sobie niezliczone przypadki, gdy on czy inny nauczyciel znajdował Severusa leżącego bez sił przy bramie wjazdowej i jak później dużo czasu zajmował mu powrót do pełnego zdrowia po każdym wezwaniu. Bolało go, że zmuszał Severusa, który całkowicie mu ufał, do powrotu do Voldemorta, kiedy tylko był wzywany.
- Czuję się, jakbym nie był w stanie przystosować się do… normalnego życia. W pewnym sensie brakuje mi mojego poprzedniego życia, kiedy nie miałem niczego do stracenia.
Starszy czarodziej znów wpatrzył się w niego obserwując smutek pojawiający się na jego twarzy.
- Severusie – zaczął i poczekał, aż Mistrz Eliksirów na niego spojrzy. – Nie mogę skłamać i powiedzieć ci, że nigdy nie stracisz czegoś, na czym ci zależy, albo że lepiej być kochanym i to stracić niż nigdy nie kochać. Większość nie docenia wartości tej prawdy, dopóki naprawdę nie pokocha i nie straci.
- Dziękuję bardzo – warknął. – Doceniam, że nie mówisz mi takich rzeczy.
- Jednak zapewniam cię, że jeśli twój nastrój się nie poprawi wkrótce, będę zmuszony wysłać cię w jakieś okropne miejsce, pełne słońca i bez żadnej biblioteki w promieniu kilku mil.
Severus zmarszczył brwi na widok uśmiechu, który błąkał się na twarzy starego mężczyzny tak, jak stare barowe pianino pobrzękiwało znane melodie dla swoich popijających gości.
- Nie ośmielisz się – odparł, ale w głębi ducha wiedział, że Albus nie blefował i naprawdę by to zrobił.
Albus uśmiechnął się, a jego błękitne oczy zamigotały, kiedy zapytał:
- Mam jeszcze szansę na tego drinka? W gruncie rzeczy, chyba nie jest aż tak wcześnie.
Severus z prychnięciem nalał kolejnego drinka.
- A czy teraz jest to wizyta towarzyska?
- Właściwie chciałbym ci przypomnieć, że w przyszły czwartek będziemy uczestniczyć w meczu quidditcha panny Weasley. – Severus jęknął. – Artur Weasley załatwił świstoklika z mojego gabinetu o drugiej.
- Jakże potwornie ekscytujące – mruknął przeciągle. – A jeśli się nie zjawię?
- Jak szybko chciałbyś wziąć ten urlop?
Hermiona z Minerwą rozmawiały podekscytowane o nadchodzącym meczu Ginny stojąc przed Dumbledorem zasiadającym za swoim potężnym biurkiem i słuchającym ich. Czekali na Severusa, a kiedy wreszcie wpadł do gabinetu jak burza z twarzą wykrzywioną grymasem niezadowolenia, była już prawie druga. Nic nie powiedział, sięgnął jedynie razem z nimi do stalowego pręta leżącego na biurku.
Chwilę później pojawili się przed stadionem i dołączyli do czarodziei i czarownic czekających na wejście i przedstawiających sobą rzekę pomarańczu i czerni z białymi i szarymi plamami. Kiedy dotarli do początku kolejki, Hermiona podała ich bilety starszej czarownicy w stroju z pomarańczowymi i białymi paskami.
- Miłego oglądania! – powiedziała kobieta wręczając każdemu z nich program.
Bez problemu znaleźli swoją lożę. Harry i Ron razem z Weasleyami już tam byli, a każdy z nich miał parę omnikularów i rozmawiał z ożywieniem.
- Hej, Miona! – zawołał Ron i pomachał do niej jak oszalały w razie, gdyby miała mieć problem z odnalezieniem go w małej, podwyższonej loży.
Molly i Artur siedzieli w jednym rzędzie, Fred, George, Bill i Charlie w rzędzie za nimi, a Harry i Ron w trzecim. Za nimi były jeszcze dwa wolne rzędy. Hermiona uściskała Harry'ego i Rona, po czym zajęła wolne miejsce obok Harry'ego.
- Jak ci się układa, Harry? – zapytała, gdy już usiadła.
Wzruszył ramionami i odpowiedział:
- Raczej nie mogę narzekać.
- Mam nadzieję, że nie wpadałeś już na Malfoya?
- Nie, dzięki Merlinowi – odpowiedział z uśmiechem. – A co z tobą? Jak się trzymasz?
- O, jakoś przeżyję. Rok szkolny mija dużo szybciej, jak już się nie jest studentem.
- Hej, Miona – wtrącił się Ron, wychylając się zza Herry'ego. – Mówił ci o siedmiu Nimbusach 3000, które zostały anonimowo ofiarowane Armatom w zeszłym tygodniu?
- Nie, nie mówił! – odparła z zupełnym zaskoczeniem i uniosła brwi patrząc na Harry'ego.
- Co? Dlaczego miałbym ofiarować Nimbusy 3000 takiej żałosnej drużynie, skoro sam nie mam nawet jednego?
- Racja, Harry – odparł Ron z głosem pełnym sceptycyzmu, a Hermiona roześmiała się.
Przekartkowała program uśmiechając się do drużynowego zdjęcia Ginny, gdzie ta uśmiechnęła się nieśmiało i wymknęła się za ramy zdjęcia.
Nagle męski głos zagrzmiał w wypełnionym do połowy stadionie.
- Dzień dobry! Witam na dzisiejszym meczu pomiędzy Sokołami z Falmouth i Armatami Chudleya! Przywitajcie proszę Sokoły z Falmouth! – Siedem postaci w szaro-białych strojach wleciało na boisko przy uprzejmym aplauzie, a głos spikera nabrał ekscytacji, gdy kontynuował. – A teraz! Wasze! Armaty Chudleya!
Kiedy Armaty wleciały zmieniając się w pomarańczowo czarne plamy wszyscy w loży podskoczyli krzycząc głośno, z wyjątkiem Severusa, który klasnął kilka razy i wysilił się, by wyglądać na śmiertelnie znudzonego. Pomarańczowe i czarne fajerwerki wybuchły ponad stadionem, a iskry skupiły się jak świetliki układając się w słowa.
GINNY WEASLEY NA PREZYDENTA
Harry i Ron zgięli się wpół ze śmiechu, kiedy Fred i George uśmiechnęli się dumą. Molly odwróciła się do nich.
- George! Fred! Oboje będziecie mieć wielkie kłopoty, jak wrócimy do domu!
- Zawsze tak mówi – szepnął Ron do Harry'ego i Hermiony, kiedy Molly odwróciła się do męża, który również śmiał się z psikusa bliźniaków. – Ale oni już nawet tam nie mieszkają.
Spiker znów powrócił, a jego głos dźwięczał rozbawieniem.
- Wygląda na to, że Ginny Weasley zaopatrzyła się dziś we własną reklamę.
Drużyny zebrały się na boisku, unosząc się nad sędzią, który powiedział kilka słów do zawodników, po czym uwolnił cztery piłki. Armaty szybko przejęły kafla i skierowały się w stronę bramek Sokołów.
- Williams ma kafla, podaje go do nowego członka drużyny, Ginny Weasley- Wow! Uważaj Weasley! Sokoły grają brutalnie!
Ron podskoczył i krzyknął wulgarnie na pałkarza Sokołów, który posłał tłuczka prosto w głowę Ginny. Ledwie go uniknęła, ale upuściła przy tym kafel, który został zaraz przejęty przez ścigającego Sokołów.
- Ronaldzie Weasley, uważaj na swój język! – zagrzmiała Molly, a Harry z Hermioną zachichotali, kiedy Ron poczerwieniał na całej twarzy i usiadł z powrotem.
Sokoły trafiły po raz pierwszy, później przejęli podanie od Williamsa do Phelpsa, trzeciego ścigającego Armat. Trafili znów, przez co wynik zmienił się na 20-0.
- Robi się nieciekawie – jęknął Ron.
- Właściwie – wyjaśnił Harry Hermionie – kiedy grali z Sokołami w zeszłym roku, przegrali 310-50.
- Ouch!
- I znów atakują Armaty, Williams ma kafla – krzyknął spiker. – Podanie do Phelpsa, z powrotem do Williamsa, paskudne podanie do Weasley, ale ładnie je przyjęła.
Hermiona uważnie obserwowała, jak Ginny uchyla się i wymija ścigających Sokołów, patrzyła jak wciąż ściskając czerwonego kafla obraca się w powietrzu na miotle, by przemknąć obok tłuczka.
- Harry! Widziałeś to? Ukradła twój manewr!
- Tak, jestem pod wrażeniem, że to opanowała!
- Weasley wyrzuca do Phelpsa, który prześlizguje się i zdobywa punkty! 20-10 dla Sokołów! Lana Allen, obrońca Sokołów, nie poradziła sobie z tym!
Gra toczyła się dalej, a po piętnastu minutach Sokoły zdobyły już trzy kolejne gole, więc było już 50-10.
- Znicz! – wykrzyknął Harry. – Ukrywa się za bramkami Sokołów!
Hermiona i Ron spojrzeli tam, gdzie wskazywał i przybliżyli widok na omnikularach, by odnaleźć złotą plamkę. Wyglądało na to, że szukająca Armat, Connolly, też go zauważyła i pochylała się właśnie nad lśniącym Nimbusem 3000. Sokoły w tym czasie znów zapunktowały.
Connolly przeleciała zygzakiem przez należącą do Sokołów część boiska śledząc znicz, a Hermiona obserwowała ją przez swoje omnikulary. Żadna z nich nie zauważyła krzepkiego pałkarza Sokołów, dopóki ten nie obniżył lotu, żeby odbić znicz daleko w boisko.
- To nie fair! – jęknął Ron, kiedy sędzia zagwizdał i wstrzymał grę.
- Wygląda na to, że szykuje się karny za atak przepuszczony na znicz przez Kelly'ego, pałkarza Sokołów. Williams wykona rzut.
Williams odebrał kafel od sędziego i odleciał na pozycję naprzeciwko obrońcy Sokołów. Zamachnął się w jedną stronę, ale rzucił kaflem w stronę lewej bramki. Obrończyni rzuciła się w stronę piłki, niepewnie trzymając się miotły jedynie nogami, ale kafel prześlizgnął się po jej palcach i wpadł w sam środek bramki.
- I jest dobrze! Williams zapunktował, a przewaga Sokołów zmniejszyła się do 50-20!
Kafel wrócił do gry, a ścigający Sokołów posłał długie podanie tuż nad ziemią do drugiego ścigającego, ale Ginny wystrzeliła w ich kierunku i przechwyciła piłkę. Rzuciła błyskawicznie do Phelpsa, który złapał ją jedną ręką i zaraz posłał ją poprzez obronę Sokołów.
- Kolejne trafienie Phelpsa po asyście Weasley! 50-30!
Ścigający Armat wycofali się do obrony, kiedy Sokoły ruszyły do ataku.
- Patrzcie! – krzyknął Ron wskazując szukającego Sokołów lecącego tuż przy ziemi z szukającą Armat na ogonie.
Znicz tańczył tuż powyżej linii trawy, a oboje szukający podnieśli lot, by uniknąć kolizji. Znicz się przemieścił, a oni zaraz za nim zygzakując raptem kilka cali ponad trawą.
Nagle Harry razem z Weasleyami podskoczył i zaczął krzyczeć.
- Dawaj Ginny!
Hermiona oderwała wzrok od szukających ścigających znicza i zobaczyła Ginny zbliżającą się do bramek. Kafel ściskała niczym drogocenny kamień, a pomiędzy nią i pętlami był jedynie obrońca. Tłuczek wystrzelił w jej kierunku, a ona nawet nie zwolniła, kiedy przekręciła się na miotle robiąc pełne okrążenie wokół niej, by uniknąć zderzenia.
- Jasna cholera! Gdzie ona się tego nauczyła? – krzyknął Harry. – Ja jej tego nie uczyłem!
- Nie, ale ja owszem – rzucił Charlie odwracając się do Harry'ego z uśmiechem.
- Świetna robota!
Ginny wystrzeliła w kierunku lewej bramki, obrońca podążyła za nią, a wtedy Ginny szarpnęła miotłę ostro w prawo i śmignęła ku kolejnej pętli prawie kładąc się na miotle, jakby chciała ją namówić do szybszego lotu. Obrończyni wykręciła z wolna, ale zaraz wystrzeliła w stronę Ginny, która trzymała już kafel palcami jedynie, a w odpowiedniej chwili wypuściła go. W chwili, gdy piłka przeleciała przez pętlę, sędzia zagwizdał.
- I gol dla Weasley! Chwila, nie, sędzia mówi, że się nie liczy, bo… bo Sokoły złapały znicz! A to oznacza koniec gry! Sokoły wygrywają 200-30!
Loża wybuchła podniesionymi głosami, kiedy wszyscy zaczęli mówić w tym samym momencie.
- Co!
- Ale ona trafiła, zanim złapali!
- Sędzia jest ślepy!
- Nie mogę w to uwierzyć!
Hermiona skierowała swoje omnikulary na Ginny i Williamsa, kapitana, którzy wykłócali się z sędzią. Ciemnowłosy mężczyzna wzruszył jedynie ramionami i odwrócił się, by odejść. Ginny chciała ruszyć za nim, ale Williams złapał ją za rękę i pociągnął z powrotem szepcząc jej coś do ucha. Zmarszczyła brwi, ale kiwnęła głową i poszła za resztą drużyny, która właśnie schodziła z boiska.
Molly wstała i powiedziała:
- Przynajmniej dobrze grała.
- Ja bym powiedziała – wtrąciła Minerwa – że jej umiejętności naprawdę wzrosły od czasów Hogwartu.
- Ginny chciałaby, żebyście wszyscy zostali na obiedzie w Norze – odezwał się Artur, również wstając.
- My nie możemy – powiedział George. – Mówiliśmy już jej o tym.
- Ja też – dodał Charlie. – Mam wieczorem randkę.
Molly spojrzała na swoich synów.
- Powinniście bardziej ją wspierać!
- Wie, że ją kochamy i jesteśmy z niej dumni – wtrącił Bill. – Powiedziała mi, że bardzo się cieszy, że wszyscy przyszliśmy ją zobaczyć.
- Przypuszczam, że też nie zostajesz? – Bil potrząsnął głową i rzucił matce ukradkowy uśmiech, a Molly odwróciła się do Hermiony, Harry'ego i Rona. – A co z wami? Też zamierzacie zniknąć?
Hermiona pokręciła głową i spojrzała na Rona i Harry'ego, którzy uczynili to samo.
- Nie, mamo, my zostajemy.
Głos Molly złagodniał, kiedy zwróciła się do Dumbledore'a.
- Oczywiście wasza trójka jest również mile widziana.
- Chętnie pozostaniemy – odparł rozpromieniony Albus, a Minerwa przytaknęła.
Hermiona zerknęła na Severusa, ciekawa czy będzie próbował jakoś się wymigać od obiadu, ale on jedynie wpatrywał się w milczeniu na opustoszały już stadion.
Molly odwróciła się z powrotem do swoich synów i zmarszczyła brwi.
- Moglibyście chociaż poczekać i powiedzieć jej, jak dobrze grała, zanim uciekniecie.
- Oczywiście tak zrobimy – odpowiedział za wszystkich Bill i spojrzał srogo na Freda i George'a, którzy wzruszyli ramionami.
- Bardzo dobrze. Teraz mają spotkanie drużyny, a potem spotka się z nami przed stadionem.
Wstali i zaczęli powoli opuszczać lożę. Tłum w większości się zdążył rozproszyć, zanim dotarli przed stadion. Po piętnastu minutach czekania, pojawiło się kilku zawodników Armat, a w końcu i Ginny. Szybko została przez nich otoczona i przytuliła po kolei wszystkich prócz Snape'a, do którego się jedynie uśmiechnęła i kiwnęła głową, a Hermiona z zaskoczeniem zauważyła delikatny uśmiech na jego twarzy.
Rozmawiali kilka minut o meczu, Harry i Charlie omawiali różne ruchy, jakie wykonała, po czym Fred z Georgem ogłosili, że muszą już odejść. Ginny przytuliła ich jeszcze raz, później też Billego i Charliego, którzy również już mieli iść. Fred zasalutował wszystkim, George skłonił się i po chwili zniknęli z dwoma wyraźnymi pyknięciami.
Pop. Pop.
Hermiona rozejrzała się dookoła myśląc, że Bill i Charlie teleportowali się bez pożegnania, ale zauważyła, że wciąż byli z Ginny.
Pop. Pop. Pop.
Rozpętało się piekło.
