W ułamek sekundy Hermiona wyciągnęła swoją różdżkę i odwróciła się błyskawicznie stając oko w oko z przynajmniej dwudziestoma Śmierciożercami w czarnych szatach oraz maskach i z uniesionymi różdżkami.
- Uwaga! – wrzasnęła, kiedy pierwsza klątwa śmignęła koło jej ucha i trafiła Charliego Weasleya w ramię. Rudzielec zatoczył się do tyłu i upadł na ziemię.
Kolejne klątwy poleciały w ich stronę, a Hermiona rzuciła się na ziemię i przeturlała, gdy jakiś Śmierciożerca w nią wycelował. Zaklęcie trafiło w trawę za nią rozrzucając kamienie, które zadrasnęły jej twarz. Poderwała się na równe nogi i skierowała różdżkę na niego.
- Stupefy!
Upadł, kiedy trafiła go prosto w pierś. Doskoczyła do niego, a z jej różdżki wystrzeliły liny, niczym wściekłe węże, owijając się wokół jego rąk i nóg. Odwróciła się, by poszukać kolejnego przeciwnika.
Zauważyła jednego przy Ginny i rzuciła szybką klątwę, która minęła Śmierciożercę o cale, ale odwróciła jego uwagę. Mężczyzna odwrócił się w kierunku Hermiony dając tym samym szansę Ginny, która trzasnęła go petryficusem, przez co upadł na ziemię, niczym skała. Hermiona rozejrzała się i ujrzała kolejnego Śmierciożercę, który wystrzelił zielonym promieniem w kierunku Albusa. Otworzyła usta ze zdziwienia, gdy dyrektor nagle zniknął, a gdy klątwa poleciała dalej, pojawił się nagle dokładnie w tym samym miejscu i obezwładnił przeciwnika jednym machnięciem różdżki.
Jakaś klątwa musnęła jej czoło, a ona poczuła, jak skóra w miejscu otarcia rozrywa się i zaczyna piec. Obróciła się błyskawicznie, by ujrzeć kolejnego Śmierciożercę biegnącego w jej stronę. Posłała w jego kierunku stupefy, ale zdążył przykucnąć. Sam rzucił kolejne zaklęcie, ona zaś rzuciła się na ziemię, by go uniknąć.
- Expelliarmus!
Jego różdżka wzbiła się wysoko w powietrze. Zwolnił, by sięgnąć pod poły płaszcza, skąd wyciągnął fiolkę, którą trzymał blisko piersi. Hermiona nie była pewna, czy chce znać zawartość fiolki. Jak w transie czekała z różdżką w pogotowiu, obserwując, jak się przybliżał. Gdy był już koło niej, zaatakowała go, trafiając go w pierś, przez co fiolka w jego dłoni pękła. Odleciał kawałek w tył, krzycząc, gdy szkło wbiło mu się w dłoń, a cała buteleczka zatonęła w płomieniach, które błyskawicznie pochłonęły jego rękę i sięgnęły do twarzy. Hermiona rzuciła najmocniejsze zaklęcie zamrażające, jakie znała, powodując, że ogień zmalał, a sam Śmierciożerca przymarzł do ziemi. Z lekkim uśmiechem spojrzała na efekt swojego zaklęcia, wiedząc że mężczyzna nie ruszy się z miejsca, dopóki nie przybędzie czarodziejska policja i go nie uwolni.
Nagle dotarło do niej, że zdrada Severusa spowodowała, że stał się on takim samym celem, jak Harry czy Albus. Próbowała znaleźć go pośród tego zamieszania uchylając się i unikając starannie klątw.
- Miona! Uważaj!
Usłyszała głos Harry'ego i w tym momencie instynkt przejął kontrolę nad ciałem. Rzuciła się w bok, zielony promień musnął skraj jej płaszcza, a ona wylądowała na ziemi, opierając się na łokciu i przeturlała, by zaraz zerwać się z powrotem na równe nogi i błyskawicznie obróciła się, zniżając różdżkę.
- Avada kedavra!
Słowa opuściły jej usta, zanim zdążyła je zatrzymać, po czym z końca jej różdżki wystrzelił zielony promień, a moment później Śmierciożerca upadł na ziemię bez życia.
- Nic ci nie jest? – krzyknął Harry, podbiegając do niej.
- O dziwo nie – odparła drżącym głosem. – Muszę znaleźć Snape'a.
- To ruszaj – odpowiedział, przecierając ręką czoło i zostawiając na nim osmoloną smugę. – Cholera! Chyba znowu muszę ratować Ronowi tyłek!
Harry pomknął, kierując się do wejścia na stadion. Nagle, sześciu funkcjonariuszy magicznej policji w granatowych szatach pojawiło się wśród zamieszania, a wśród nich Hermiona zauważyła dwóch aurorów w jasnych strojach. Rozległy się krzyki Śmierciożerców, którzy zaczęli uciekać od walki i teleportowywać się, ale niektórzy zostali zatrzymani przez zaklęcia, zanim zdążyli zniknąć.
- Gdzie jest Severus? – krzyknęła, ale nie było żadnej odpowiedzi, więc zaczęła się za nim dokładnie rozglądać.
Zauważyła go w końcu jakieś dobre sto jardów dalej w chwili, gdy został uderzony jakimś zaklęciem, a różdżka wyleciała mu z ręki. Pognała w jego stronę zastanawiając się, jak to się stało, że znalazł się tak daleko od pozostałych.
Czas zwolnił, gdy ujrzała, jak z różdżki Śmierciożercy wystrzelił zielony promień i mknął przecinając dystans pomiędzy dwoma mężczyznami, a po chwili uderzył Severusa w klatkę piersiową. Mistrz Eliksirów upadł na kolana z wyrazem kompletnego niedowierzania na twarzy.
- Nie! – krzyknęła, a przez jej głowę przepłynęło każde wspomnienie i każda myśl dotyczące tego człowieka, począwszy od chwili, gdy ujrzała go po raz pierwszy w Wielkiej Sali, kiedy miała jedenaście lat. Wszystko to połączyło się w jedną potrzebę dotarcia do niego.
Zebrała wszystkie siły, by znaleźć się tam szybciej, a Severus oparł się o ziemię drżącymi rękoma.
Musiał wziąć mortalis fallax, zanim wyruszyliśmy!
Śmierciożerca zbliżył się nieco do niego, nie rozumiejąc dlaczego klątwa nie zadziałała. Uniósł różdżkę i wycelował w Severusa, który próbował stanąć na nogi, i zaatakował go znowu, tym razem z bliska.
- Severus!
Dzieliło ją od nich już jedynie jakieś czterdzieści jardów i widziała wyraźnie, jak Severus znów stara się podnieść, a Śmierciożerca ponownie wycelował w niego różdżką. Tym razem się nie ruszył.
- Avada kedavra!
Zielone światło przemknęło koło Śmierciożercy, a kiedy się rozejrzała ujrzała Harry'ego, biegnącego w tym samym kierunku, co ona, z przygotowaną do ataku różdżką. Krzyknął ponownie, a tym razem klątwa trafiła w cel.
Hermiona nie zatrzymała się, dopóki nie upadła na kolana obok Severusa. Próbowała uspokoić oddech, podczas gdy jej płuca paliły od nadmiernego wysiłku. Ostrożnie odwróciła mężczyznę na plecy i sprawdziła puls. Nie mogła go wyczuć, więc pochyliła się nad nim, zbliżając policzek do jego ust i poczuła nikły oddech.
- Mobilicorpus – mruknęła, a jego ciało uniosło się i zawisło kilka stóp nad ziemią.
Wyczarowała szybko nosze i wsunęła je pod niego, po czym opuściła na niego jego ciało. Ręce jej się trzęsły, gdy usiłowała przebadać go zaklęciem.
- Co z nim? – zapytał Harry, gdy udało mu się już dotrzeć do nich.
- Nie wiem, prawdopodobnie powinien już nie żyć. Kurwa! – wykrzyknęła. – Nie mam czystych odczytów. Musimy go stąd w tej chwili zabrać.
Harry kiwnął głową.
- Dobra. Pójdę sprawdzić, co z resztą.
Ruszyli z powrotem w kierunku stadionu z Severusem na noszach, ale jakiś auror ich zaczepił. Był starszy, wśród jego czarnych włosów widać było siwe pasemka. Miał przeszywające niebieskie oczy, a jego zwykle pełne wargi zaciśnięte były w wąską linię.
- Potter, Granger – pozdrowił ich skinąwszy głową.
- Jones, dobrze cię widzieć – odpowiedział Harry.
- Minister chce cię widzieć. Teraz.
- Jak tylko wszystko tu doprowadzimy do porządku…
- Nie, obawiam się, że nalega, żebyś wyruszył już. Poradzimy sobie tutaj. Uzdrowiciele już są w drodze.
Harry zmarszczył brwi i zerknął na Hermionę sponad popękanych okularów wiszących mu na nosie.
- Będę w Hogwarcie, jak już to załatwię.
- W porządku.
Harry teleportował się, a ona podążyła za Jonesem do pozostałych czekających przed stadionem.
- Co się stało?
- Wychodziliśmy z meczu, kiedy zostaliśmy otoczeni przez jakiś dwudziestu Śmierciożerców. Właściwie nie wiem za bardzo, co dokładnie się działo, wszystko się stało tak szybko. Jednego zabiłam i unieszkodliwiłam dwóch innych, a wtedy zaczęli uciekać, bo wy się pojawiliście.
- Nie mogę uwierzyć, że byli na tyle aroganccy, żeby zaatakować trzech aurorów, pracownika Ministerstwa i dyrektora Hogwartu w biały dzień – powiedział Jones, potrząsając głową.
- Ilu udało się złapać?
- Dziewięciu. Oczywiście zabierzemy ich do Ministerstwa na przesłuchanie.
- Dlaczego? Przecież niczego nie będą wiedzieli. Nawet jeśli użyjecie Veritaserum, nic wam to nie da. Wiedzie, jak działa Voldemort – wzdrygnął się, gdy wymówiła to imię, ale nie zwróciła na niego uwagi. – Tylko kilka wybranych osób wie dokładnie, co się właściwie dzieje, a pozostali nie wiedzą nic. Równie dobrze możecie ich wysłać prosto do Azkabanu.
- Wiem, ale musimy wziąć pod uwagę, że chociaż jeden z tych skurwieli może coś wiedzieć. – Uśmiechnął się i dodał. – Poza tym, przesłuchanie może mieć czasami działanie terapeutyczne.
Hermiona zmarszczyła brwi. Śmierciożerca, czy nie akceptowała przemocy na więźniach ani ignorującego stosunku Ministerstwa do tej sprawy.
- Muszę pogadać z Evansem – mruknął Jones, pożegnał się i odszedł.
Zauważyła czarodziei w zielonych szatach kręcących się w pobliżu, ale nie potrafiła powiedzieć, kto został ranny. Albus Dumbledore odsunął się od Uzdrowiciela, z którym akurat rozmawiał i zbliżył się do niej.
- Gdzie jest Harry? Nic mu nie jest?
- Nie, Knot go wzywał, więc teraz jest u niego, ale mówił, że później przybędzie do Hogwartu.
- Knot zawsze wybiera najmniej odpowiedni moment. – Zauważył nosze unoszące się za nią, a jego głos napełnił się niepokojem, gdy zapytał. – Co z Severusem?
- Nie jestem pewna, ale niedobrze. Oberwał klątwą uśmiercającą trzy razy. Musimy go zabrać do świętego Munga.
Dumbledore potrząsnął głową, jego oczy pozbawione były wesołych błysków.
- Musimy go zabrać do Poppy. Nie ma innego wyjścia.
- Ale uzdrowiciele są…
- Nie bardziej wykwalifikowani niż Poppy Pomfrey.
- Mają więcej…
- Możliwości? Nie sądzę. Pomfrey, McGonagall, Flitwick, Sprout i ja. A także również ty, profesor Granger. Czyż nie jesteśmy równie wykwalifikowani i zaradni? – Jego błękitne oczy wwierciły się w jej i nie mogła znaleźć na to dopowiedzi. – Ufam, że jesteś w stanie przetransportować go bezpiecznie do Hogwartu.
- Oczywiście. Co z pozostałymi?
Albus westchnął i przeczesał dłonią brodę.
- Charlie Weasley nie żyje.
- Cholera.
- Ginny i Artur zostali zabrani do św. Munga z dosyć poważnymi, ale wyleczalnymi obrażeniami. Reszta otrzymała drobniejsze rany i właśnie są leczeni tutaj. A teraz zabierz Severusa do Poppy.
- Dobrze, zaraz wrócę z powrotem – powiedziała Hermiona, ale gdy tylko słowa wydostały się z jej ust, wiedziała, że wolałaby zostać z Severusem, a wyglądało na to, że Dumbledore uważa tak samo.
- Nie, moja droga, musisz pomóc Poppy – odparł, jego spojrzenie było poważniejsze niż kiedykolwiek widziała. – Znasz jego stan lepiej niż inni i wiem, że Severus również chciałby, żebyś tam była. – Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale dyrektor już wciskał jej w rękę starą puszkę po wodzie sodowej. – Miał to być nasz transport powrotny do Hogwartu, ale tobie jest bardziej teraz potrzebny.
Ścisnęła puszkę w lewej dłoni, a drugą ręką złapała nosze. Zanim świstoklik przeniósł ich do zamku zdążyła zauważyć krótkie kiwnięcie dłonią od strony Dumbledore'a, po czym dyrektor odwrócił się do pozostałych. Moment później wylądowali w sali wejściowej w Hogwarcie, a siła rozpędu spowodowała, ze uderzyła kolanami o zimny marmur podłogi.
Sterując noszami za pomocą różdżki wspięła się po schodach na trzecie piętro. Wpadła do skrzydła szpitalnego otwierając szeroko drzwi, które z rozpędu uderzyły o ścianę, a Poppy wybiegła z gabinetu z przerażeniem na twarzy. Kiedy zauważyła nosze, błyskawicznie znalazła się przy nich.
- Severus? Co się stało?
- Zostaliśmy zaatakowani. Dostał trzema klątwami uśmiercającymi i jest ledwie żywy.
- Ale jak…
- Eliksir – odparła krótko. – Potrzebny jest eliksir wzmacniający i woda.
- Oczywiście!
Poppy pomknęła do swojego magazynku, a Hermiona nakierowała nosze na puste łóżko i machnięciem różdżki odesłała je w niebyt, a Severus opadł na pościel. Zaczęła odpinać jego pelerynę, kiedy Poppy wróciła.
- Obawiam się, Hermiono, że musisz się doprowadzić do porządku, zanim będziesz mogła coś jeszcze tu zdziałać – powiedziała zaskakująco oficjalnym tonem, a Hermiona nie miała innego wyjścia, jak tylko się podporządkować. – W szafce nad toaletą są czyste szaty.
Hermiona skierowała się do łazienki i wzdrygnęła się na widok swojego odbicia w lustrze. Struga zaschniętej krwi biegła od rozcięcia na jej czole, przez prawą stronę twarzy, aż do linii szczęki. Na prawym policzku widniało parę siniaków, a lewą stronę szczęki pokrywało kilka drobniejszych zadrapań. Wyciągnęła różdżkę i zajęła się zaraz największym rozcięciem, po którym po chwili pozostała jedynie mała blizna. Zrobiła też porządek z siniakami, które zaraz całkowicie zniknęły. Mniejszymi zadrapaniami się nie przejmowała, bo wiedziała, że zaklęcie nie będzie wobec nich skuteczne, ale mogła wziąć od Poppy eliksir, by się ich pozbyć.
Zrzuciła brudne szaty, związała włosy i pochyliła się nad umywalką, odkręcając gorącą wodę. Starannie obmyła twarz z krwi uważając na pozostałości po ranach, które jeszcze pobolewały, po czym wytarła się i nałożyła czyste szaty Hogwarckie. Poczuła się lepiej.
Wróciła do skrzydła szpitalnego, gdy Poppy przebrała już Severus w bawełnianą koszulę szpitalną i zakopała go pod kilkoma kocami. Odwróciła się do Hermiony, która zatrzymała się w nogach łóżka.
- Podałam mu eliksir wzmacniający i oczyściłam go. Nie wiem, co jeszcze można dla niego zrobić.
- Obserwowałam szczury wracające do zdrowia po naszych testach. Nie możemy zrobić nic, tylko pozwolić mu odpocząć.
- Nie będę cię okłamywać – zaczęła Poppy i położyła dłoń na ramieniu Hermiony. – Nie wygląda dobrze. Może tego nie przeżyć.
Kiwnęła nieznacznie głową, a głos jej się załamał, gdy odpowiedziała,
- Wiem.
- Najlepiej, żeby jedna z nas była przy nim cały czas. – Poppy obserwowała, jak Hermiona przykucnęła przy łóżku i dotknęła dłonią jego policzka. – Chcesz zostać pierwsza? Czy wolisz odpocząć? Musisz być wyczerpana.
- Nie, zostanę z nim – odparła, stając plecami do Poppy.
- Potrzebujesz może czego, moja droga? Coś na to rozcięcie?
Hermiona odwróciła się do starszej czarownicy i potrząsnęła głową.
- Nie, jest już dobrze. Ale przydało by się coś na to – odparła wskazując zadrapania na szczęce.
- Oczywiście, poczekaj chwilę.
Poppy poszła do gabinetu, a Hermiona obróciła się z powrotem do łóżka i bladej postaci. Przywołała twarde krzesło i zmieniła je w mały fotel, nieco bardziej wygodny, ale wystarczająco twardy, by nie odpłynęła. Wiedziała, że Poppy miała rację, sugerując, by odpoczęła, bo naprawdę tego potrzebowała. Zapomniała już ile wysiłku i energii potrzeba, by rzucić na kogoś Avadę kedavrę.
Jednak wiedziała również, że nie będzie w stanie zasnąć. Nie z Severusem leżącym bez przytomności w skrzydle szpitalnym o krok od śmierci. Nie mogła go zostawić, gdy jego los był tak niepewny.
Harry'emu udało się w końcu uwolnić od Korneliusza Knota, ale zaraz wpadł na Alexa Jonesa, który dopiero co wrócił ze stadionu. Jones poinformował go o Arturze i Ginny Weasley, którzy zostali zabrani do św. Munga i że reszta rodziny również się tam udała. Błyskawicznie udało się do magicznego szpitala.
Czarownica siedząca w izbie przyjęć przywołała go szybko, by mu powiedzieć, żeby udał się na czwarte piętro, na oddział krótko terminowy. Wspiął się po schodach, pokonując dwa stopnie na raz, a kiedy dotarł na odpowiednie piętro, pozostał przewie bez oddechu. Jak przez mgłę przypomniał sobie spotkanie z Lockhartem na tym samym piętrze przy poprzedniej wizycie.
Minął oddział długoterminowy, zastanawiając się, czy Frank i Alicja Longbottomowie, wciąż się tu znajdowali i jak się miewał Neville. Będzie musiał zapytać o to Ginny, jeśli nie będzie spała. Po ukończeniu Hogwartu młoda Weasley wciąż się przyjaźniła z Nevillem. Nagły smutek uderzył w niego, kiedy uświadomił sobie, że utracił prawie wszystkich przyjaciół, których poznał w Hogwarcie.
Odnalazł oddział krótkoterminowy i zamienił kilka słów z dyżurującą uzdrowicielką o imieniu Evelyn. Pomimo jej drobnej postury (Harry nie dałby jej więcej niż pięć stóp wzrostu) była przerażająca ze swoimi siwymi włosami i przenikliwym spojrzeniem zielonych przymrużonych oczu, a jej głos brzmiał niczym szorstkie płótno pocierane o kamień.
- A pan to?
- Harry Potter, prze pani. Przychodzę odwiedzić Ginny i Artura Weasley.
- Hmm, tak. Są razem na samym końcu po lewej – wychrypiała kobieta, wskazując rząd łóżek i dające prywatność parawany.
Podziękował jej i ruszył wzdłuż rzędu, nie rozglądając się na boki, jego myśli wciąż krążyły wokół wydarzeń z popołudnia. Pettigrew mówił, że nie będzie więcej niż piętnastu Śmierciożerców, ale Harry wiedział, że było ich tam z dwudziestu, albo i więcej i walczyli bardziej zażarcie niżby się spodziewał.
- Harry – krzyknął Ron, a Harry wypchnął ten problem z głowy.
Uściskał szybko Rona, kiwnął głową Billowi, który stał przy ścianie i zwrócił swoją uwagę na zalaną łzami Molly. Wstała z drewnianego krzesła ustawionego pomiędzy łóżkami Artura i Ginny. Harry uścisnął ją ostrożnie. Popłakała chwilę w jego ramię, on zaś poklepał ją pokrzepiająco po plecach, aż w końcu odsunęła się i wysiliła się na słaby uśmiech, zanim usiadła z powrotem.
- Harry, kochanie.
- Pani Weasley, jeśli jest coś, co mogę zrobić… - zamilkł, a ona kiwnęła głową, sięgając, by uścisnąć mu dłoń. – Co z nimi?
- Artur będzie mógł wyjść za kilka dni, chcą najpierw zostawić go na obserwację. Ginny powinna wyjść już rano, ale uzdrowiciele powiedzieli, że przynajmniej przez miesiąc, jak nie dłużej, nie będzie mogła grać w quidditcha przez klątwę, która trafiła ją w lewe ramię.
- Dalej nie mogę w to uwierzyć! – wtrącił się Ron siedzący na krześle po drugiej stronie łóżka Ginny. – Że też musieli próbować na nas tego cholerstwa!
- Ron – zaczęła Molly, ale jej głos pozbawiony był zwyczajowej stanowczości.
- Pani Weasley, muszę iść do Hogwartu i porozmawiać z Dumbledorem, ale wrócę później.
- Nie, daj spokój, odpocznij trochę – odparł Ron. – Fred i George później przyjdą, więc ja i Bill wrócimy do domu na trochę.
- W porządku.
Ron zwrócił się do Billa.
- Przejdę się z Harrym na dół i może zahaczę o kawiarnię. Chcesz coś z niej?
- Taa, przynieś mi czarną kawę.
- Mamo?
Molly kiwnęła głową powoli, oczy miała utkwione w mężu. Harry i Ron odwrócili się i opuścili oddział. Ron się nie odzywał, dopóki nie doszli do schodów.
- To czego Knot chciał?
- A tam, zwykle pieprzenie. Zapytał, dlaczego nie wiedziałem o tym wcześniej, skoro mam swego rodzaju przeczucie w tych sprawach.
- Pieprzony dureń – nachmurzył się Ron.
- Ta, nasz szef. Teraz muszę skoczyć do Dumbledore'a na podobną pogawędkę.
- Ale chyba nie będzie tak źle, co? Zawsze mi się wydawał taki raczej nieszkodliwy.
- W tym sęk – mruknął Harry, rzucając przez ramię spojrzenie pełne wyrzutu. – Dlatego jest taki wspaniały: nikt go nie docenia.
- Och.
- I muszę zajrzeć do Hermiony i Snape'a.
- Z nim jest naprawdę tak źle?
- Nie jestem pewien, Hermiona nie umiała powiedzieć. Ale widziałem, jak dostał trzy razy Avadą kedavrą i dalej żyje, chociaż ledwie.
- Święty Merlinie! Trzy razy? – wykrzyknął Ron, całkowicie pod wrażeniem. – Jak on to zrobił?
- Co, Hermiona ci nie mówiła o tym cudownym eliksirze, nad którym pracuje?
- Coś tam wspominała, ale wiesz, jak ciężko skupić jej uwagę, kiedy nad czymś pracuje.
Harry roześmiał się.
- Tak, wiem, o czym mówisz. Ale to było niesamowite, za każdym razem, gdy obrywał klątwą myślałem, że już nie żyje, chociaż naprawdę uważam, że po następnej by już zginął.
- A byłoby tak źle wtedy? Świat bez Snape'a?
Harry nie odpowiedział. Dotarli na parter, gdzie uścisnęli się znowu, zanim Ron wrócił na górę do kawiarni, a Harry wyszedł na zewnątrz, na prawie całkiem opustoszałą ulicę. Wślizgnął się w nieuczęszczaną uliczkę, a już po chwili pojawił się przy bramie Hogwartu. Przeszedł szybko przez błonia do frontowych drzwi, po czym ruszył w kierunku skrzydła szpitalnego.
Gdy tylko wkroczył do środka, Poppy zawołał go z gabinetu i wyszła do niego.
- Harry, nic ci nie jest? Chociaż jakiś uzdrowiciel cię przebadał?
- Wszystko ze mną w porządku, pani Pomfrey – odparł z chłopięcym uśmiechem. – Chciałem tylko zobaczyć się z Hermioną, to wszystko.
- Siedzi z Severusem od czasu, gdy tu przybyli – powiedziała Poppy, a kąciki jej ust opadły nieco. – Tak, jakby się bała zostawić go samego.
- Hmm. Cóż, spróbuję ją wyciągnąć na spacer.
Podszedł do dalekiego rogu pomieszczenia i wślizgnął się za parawan, a Hermiona poderwała się na jego widok.
- Harry – wymamrotała zaspanym głosem. – Cholera, musiałam się zdrzemnąć.
Zbliżyła się do łóżka, a Harry po raz pierwszy spojrzał na Severusa Snape'a, gdy ten leżał na łóżku. Był całkowicie przykryty kocami, za wyjątkiem głowy, a jego twarz była kompletnie blada, jego włosy wyglądały na jeszcze bardziej przetłuszczone na tle białej poduszki. Wyglądał przerażająco, tak jakby miał w każdej chwili umrzeć. Harry z ciekawością obserwował, jak Hermiona pochyliła się nad nim sprawdzając jego siły witalne i podała mu eliksir.
- Co to?
- Eliksir wzmacniający. Jedyna rzecz, która może mu jakoś pomóc.
Rozprostowała się i odstawiła fiolkę na stoli przy łóżku, po czym dotknęła jego czoła. Niezadowolona z tego, co wyczuła, odsunęła koce, odsłaniając jego wątłą klatkę piersiową, która minimalnie poruszała się w górę i w dół z każdym oddechem, który wydostał się z jego płuc. Hermiona położyła dłonie na jego piersi na wysokości serca i wymruczała jakieś słowa, z których Harry rozpoznał zaklęcie ogrzewające. Jej dłonie rozbłysły na czerwono, a światło wniknęło pod skórę Severusa, rozpłynęło się na całe jego ciało, a Hermiona przykryła go z powrotem.
- Chodźmy się przejść – powiedział Harry i uniósł dłoń, zanim zdążyła coś powiedzieć. – On nie umrze, jak cię nie będzie przez jakiś czas. Zresztą pani Pomfrey chyba dobrze się nim zajmie w międzyczasie.
Hermiona zaśmiała się cicho.
- Jesteś drugą osobą, która mi to mówi.
- Niech zgadnę, Dumbledore był pierwszy? – Przytknęła. – Muszę się z nim zobaczyć, ale najpierw chcę porozmawiać z tobą.
W końcu się zgodziła, a gdy pani Pomfrey zajęła jej miejsce przy łóżku Severusa, wyszła ze skrzydła szpitalnego i podążyła za nim piętro niżej.
- Mądrze było zabrać go tutaj zamiast do św. Munga.
- To był pomysł Albusa. Szczęście, że był spokojniejszy niż ja. Teraz wiem, dlaczego, jako że nie musieliśmy nikomu tłumaczyć, jak Severusowi udało się przeżyć trzy klątwy uśmiercające.
- Skoro o tym mowa, jak to zrobił? – zapytał Harry, zwalniając nieco. – Nie wiedziałem, że prace nad eliksirem zaszły tak daleko.
- Ja też nie. Jeszcze nie testowaliśmy go w ten sposób, jedynie na szczurach. Wydawało mi się, że w przypadku ludzi efekt powinien być słabszy, a wygląda na to, że jest wręcz przeciwnie.
Przez chwilę chodzili w ciszy, aż Harry zadał pytanie, którego Hermiona skutecznie unikała.
- Wyjdzie z tego?
- Ja… ja nie wiem. W przypadku szczurów, była widoczna poprawa po kilku godzinach odpoczynku, ale minęło już pięć godzin, a jego stan jest niewiele lepszy od tego, w którym się znajdował, jak tu dotarliśmy.
- A ty byłaś przy nim przez cały ten czas? – Hermiona nie spojrzała na niego, ale kiwnęła głową. – Miona, musisz trochę odpocząć. Wiem, że zależy ci na nim, ale nie zapominaj o sobie.
Zatrzymała się w połowie korytarza, a Harry odwrócił się, by na nią spojrzeć.
- Co… Co ty…
- Nie wiem, co ci się przytrafiło, ale w porządku, nie gniewam się, że mi nie powiedziałaś. Ale to oczywiste, że się o niego troszczysz, widziałem to dziś po południu i widziałem to znowu tutaj, tak samo Pomfrey. Nawet teraz, gdy patrzysz na mnie, mogę powiedzieć, że martwisz się o niego. Mi naprawdę to nie przeszkadza.
- No cóż, to dobrze, bo nie potrzebuję twojej aprobaty wobec moich uczuć! – powiedziała ze złością, krzyżując ręce i wpatrując się w niego gniewnie.
- Słuchaj, próbuję powiedzieć, że powinnaś też zadbać o siebie. Idź się zdrzemnij, chociażby w skrzydle szpitalnym, jeśli nalegasz, ale zdrzemnij się i pozwól pani Pomfrey pracować.
Zielone oczy Harry'ego spojrzały na nią błagalnie, aż w końcu się poddała.
- W porządku, położę się w gabinecie Poppy.
- Dziękuję. Chodź, odprowadzę cię, zanim pójdę do tego starego człowieka – powiedział z uśmiechem i objął ją ramieniem przyciągając ją do siebie. Była wdzięczna za ten fizyczny kontakt i oparła się o niego, kładąc rękę na jego dłoni obejmującej jej talię.
- Ostatnio powtarza mi się dziwny sen o tobie – powiedziała Hermiona, a on spojrzał na nią unosząc brwi. – Za każdym razem jest to samo. Ty i Draco mieszkacie razem, on jest bardzo chory, ale ty się nim opiekujesz.
- To jest dziwne. Jest tam jeszcze coś?
Potrząsnęła głową.
- Nic, co bym mogła zapamiętać.
- Może powinnaś wziąć eliksir słodkiego snu? – zasugerował.
- Właściwie mi to nie przeszkadza, ani mnie nie budzi. Po prostu to jest dziwne, że ciągle mi się to śni.
- Powinnaś powiedzieć o tym Trelawney. Może ona będzie w stanie ci powiedzieć, co to oznacza.
- Jasne – odparła, uderzając go lekko w ramię.
Zostawił ją pod opieką Poppy Pomfrey, która była w szoku, że zdołał ją namówić do odpoczynku. Ona sama nie była w stanie tego dokonać kilka godzin wcześniej. Później, skierował się do gabinetu dyrektora, by złożyć sprawozdanie, ale nie był w stanie wnieść zbyt dużo nowych informacji na temat wydarzeń z popołudnia. Ostatecznie Albus pozwolił mu iść, a Harry prawie wyskoczył z zamku i przemknął szybko ścieżką. Gdy tylko dotarł za bramę Hogwartu, teleportował się na znajomą mu uliczkę i wbiegł po schodach do swojego mieszkania. Westchnął, zauważając, że zaklęcia zabezpieczające, które rzucił przed wyjściem, są nietknięte.
- Merlinie! Zaczynałem się już martwić! – krzyknął Draco, gdy Harry przekroczył próg.
- Nie ty jeden – wymamrotał Harry, opadając na przetarty fotel. Z roztargnieniem potarł policzek.
- Jak poszło? – zapytał Draco nachylając się.
- Totalny bałagan. Tam było z dwudziestu Śmierciożerców…
- Dwudziestu! Wydawało mi się, że Pettigrew mówił o piętnastu!
- Tak i dlatego mnie to ciekawi – urwał, zamykając oczy. Po dłuższej chwili otworzył je i zaczął mówić dalej. – Uderzyli zaraz po zakończeniu meczu, jak tylko wyszliśmy. Snape mocno oberwał, nie wiem, jak mocno, ale Hermiona się obawia, że może tego nie przeżyć. Jej nic nie jest, tylko kilka zadrapań, tak samo Dumbledore. Ron wypadł z gry, ale już z nim wszystko w porządku, tak jak McGonagall. Artur i Ginny Weasley są w szpitalu, a Charlie Weasley nie żyje.
- Co ze Śmierciożercami?
- Większość zwiała, kiedy zjawiła się magiczna policja z dwoma aurorami. Kilku udało się aresztować, a dwóch zabiłem sam, za co prawdopodobnie dostanę oficjalną reprymendę. – Poszedł do kuchni, z lodówki wyjął piwo i wrócił z powrotem. – Nie mam pojęcia, jak niby mam walczyć z taką grupą Śmierciożerców i w tym samym czasie bronić Snape'a i wszystkich dookoła.
- Będzie wściekły, że Snape wciąż żyje – powiedział Draco. – W końcu to był cel ataku.
- Tak, z pewnością to będzie zabawne spotkanie. – Harry wziął głębszego łyka piwa i przez chwilę siedział cicho. – Mam kilka informacji o tym cudownym eliksirze.
- Naprawdę? – zapytał Draco, unosząc brwi. – Nie dowiedziałem się zbyt dużo z tej próbki.
- Przełożę później myśli do myślodsiewni, żebyś mógł wszystko sobie poukładać. To jest cholernie niesamowite, Draco, widziałem jak oberwał trzema klątwami i ciągle żył.
- Voldemort zabiłby za ten eliksir.
- Wiem – odparł Harry, popijając znowu. – Dlatego musimy się upewnić, że Snape przeżyje, żeby go ukończyć. Nie sądzę, żeby Hermiona zrobiłaby to sama.
- Oczywiście, że nie – zakpił Draco.
- Nie to miałem na myśli. Znaczy, mogłaby go dokończyć, ale… - urwał, uświadamiając sobie, że Draco nie zrozumie, co próbuje powiedzieć. – Wspomniała o tobie. Mówiła, że ma dziwne sny, w których ty jesteś chory, a ja się tobą opiekuję.
- To wszystko?
Wzruszył ramionami.
- Mówiła, że to wszystko, co pamięta.
- Myślisz, że zapamiętała coś z tej wizyty?
- Nie, wspomniałaby o tym.
- Mam nadzieję. Jeśli zaczęłaby cię podejrzewać, mogłoby to narobić kłopotów.
Harry uśmiechnął się. Zsunął okulary z nosa, wyciągnął różdżkę, jednym machnięciem naprawił je szybko i założył z powrotem.
- Nie wiedziałeś, że kłopoty to moje drugie imię? – Draco wywrócił oczami, a Harry odstawił piwo i wślizgnął się na sofę, by objąć ramieniem Dracona i pocałować go delikatnie. – Jak się czujesz?
- Jestem zmęczony. Eliksir niedługo przestanie działać.
- Już? – zapytał Harry z niedowierzaniem. – Powinieneś czuć się dobrze jeszcze przez co najmniej trzy godziny!
- Myślisz, że o tym nie wiem? – warknął Draco, ale zaraz poczuł się głupio, gdy zobaczył smutek na twarzy Harry'ego. – Wydaje mi się, że mój organizm zaczyna to tolerować. Nie chciałem ci o tym wcześniej mówić.
- Kurwa! – wykrzyknął Harry, zaciskając dłonie w pięści. – Mogliśmy lepiej nad tym popracować, jakoś to naprawić. Może Snape by mógł coś z tym zrobić.
- Nie sądzę, żeby to coś dało.
- Co masz na myśli?
- Harry – odezwał się Draco cichym głosem. – Wiesz, co mam namyśli. Kilka tygodni więcej nie zrobi nic, poza odwlekaniem nieuniknionego i daniem ci fałszywej nadziei. Umieram, Harry, wcześniej, nie później.
Zobaczył łzy formujące się w szmaragdowych oczach Harry'ego i przyciągnął go do siebie głaszcząc go po włosach, podczas gdy Chłopiec-Który-Przeżył szlochał w jego wątłe i umierające ciało.
