Kolejne tygodnie mijały w spokoju. Jeśli w ogóle można tak było określić początek tego roku w Hogwarcie. Neville dusił w sobie złość, choć już nie raz zarobił siniaka. Modlił się tylko w duchu, żeby nie dostawać szlabanów. Luna także powstrzymywała się coraz częściej, chociaż przychodziło to jej tak trudno jak innym członkom GD.

Pomysł reaktywowania tej grupy na razie stał w miejscu. Neville nie chciał ryzykować, by krótko po pamiętnej, nocnej wyprawie do Pokoju Życzeń, zaczęli się potajemnie spotykać. Najbardziej przerażała go perspektywa, że musieliby mieć przywódcę, a ze względu na to, że to od niego wyszedł ten pomysł - byłby kandydatem. Oczywiście spodziewał się, że to nie będzie to samo, co w piątej klasie. Charakter spotkań - zupełnie inny, a przede wszystkim działalność GD byłaby jeszcze bardziej nielegalna niż przedtem.

Neville i Luna nie dzielili się tym pomysłem z żadną osobą. Gorączkowo myśleli na każdym, wspólnym spotkaniu wieczorem, jak zorganizować całe przedsięwzięcie. Kiedy już chcieli uprzedzać innych, odnajdywali jakieś luki w planie. Luna była bardzo zdenerwowana, że odwlekają to kolejne dni, a potem tygodnie.

- Neville, już czas! – Luna powtarzała to zdanie przynajmniej dwa razy na dobę, a Neville'a wyprowadzało to z równowagi.

- Ale jak będziemy się kontaktować między sobą? I przede wszystkim nadal nie mamy kontaktu z kimś poza Hogwartem. Wiesz, że tego potrzebujemy. – Neville cały czas powtarzał te same argumenty. Nie mogli użyć galeonów, bo jeden z nich wylądował w gabinecie Carrowa. Poza tym już od dłuższego czasu zachodził w głowę, co dzieje się poza Hogwartem. W Proroku pokazywały się same wymijające konkretne informacje i niezrozumiałe artykuły. Neville się tego spodziewał. Skoro przejęto Ministerstwo to prasa przy tym jest małym problemem. Chyba, że wziąć pod uwagę „Żonglera".

Luna nie wspominała o swoim tacie. Powtarzała Neville'owi, że dostaje od niego listy, które nie wskazują na to, by znajdował się w niebezpieczeństwie, ale on znał rodzinę Lovegood. Nie zdawali sobie nawet sprawy, jakim zagrożeniem jest narażanie się śmierciożercom, a Ksenofilius robił to bardzo otwarcie, czyli na łamach pisma. Neville martwił się o Lunę, dlatego czasami pytał ją o sytuację w ekspresie.

- Twój tata wie, co zaszło w pociągu?

- Tak, powiedziałam mu. Prawdopodobnie tylko się zaśmiał. Gdyby był szalony to napisałby o tym w swoim magazynie, ale… bez przesady. – uśmiechnęła się raźno, a Neville zastanawiał się nad tym, jak w oczach Luny musi wyglądać szalony, albo dziwny człowiek.

Po pewnej lekcji obrony przed czarną magią Ginny musiała udać się do skrzydła szpitalnego. Ćwiczyli na lekcji skomplikowane zaklęcia, które jak zawsze musieli próbować na kolegach z ławki. Doprowadzona do granic wytrzymałości Gryfonka rzuciła na oślep urok, który nieszczęśliwie trafił Ginny. Neville dowiedział się o tym od profesor McGonagall, która wydawała się poruszona, choć w jej oczach można było dostrzec znużenie. Idąc szybko w stronę skrzydła szpitalnego, Neville obmyślał, jaka misja mogła zostać jej powierzona.

Otworzył drzwi i zatrzymał o dwa centymetry od twarzy pani Pomfrey, która wydała z siebie krótki pisk, kładąc dłoń na piersi.

- Longbottom! Następnym razem może trochę ostrożniej. Panna Weasley leży tam. – wskazała palcem łóżko przy oknie i cały czas mrucząc coś o mugolskim zawale serca, odeszła do swojego kącika.

Ostatnimi czasy Neville dość często bywał w tej części szkoły, pokazując pani Pomfrey nowe rany. Największy problem miała z Seamusem, jego twarzy nie poznawał już żaden uczeń, ze względu na jego obrażenia. Skrzydło szpitalne to jedyne miejsce, gdzie można odpocząć od zasad nowego dyrektora. Niektórzy często sami siebie okaleczali, żeby spędzić tam jak najwięcej czasu. Neville nie miał pojęcia, gdzie podziewał się Snape. Na apelach pokazywał się raz na miesiąc. Wtedy wprowadzał w obłęd mniej odpornych na stres i strach uczniów.

W skrzydle szpitalnym były jak zwykle tłumy. Wielu uczniów leżało na łóżkach, a wokół nich stali odwiedzający. Neville współczuł pielęgniarce, że ma tyle schorzeń na głowie. Z politowaniem spojrzał na twarz pierwszoroczniaka, która nadmuchała się jak balon. Uśmiechając się do niego, podszedł do łóżka Ginny. Leżała do niego plecami. Niemożliwym było, żeby spała w najbardziej tętniącym życiem miejscu w szkole.

- Ginny? – poklepał ją po ramieniu. Odwróciła się gwałtownie, miała poharataną twarz i z trudem odwróciła ku niemu wzrok przekrwionych oczu.

- Przejdziesz na tą stronę? Tak mi wygodniej. – uśmiechnęła się do niego, przecierając dłońmi twarz. Neville zrobił to, o co go poprosiła.

- Jak się czujesz? McGonagall powiedziała mi co się stało.

- Spokojnie, nic mi nie jest. To biodro boli od upadku, ale pani Pomfrey mówi, że będę mogła jeszcze dzisiaj wyjść. Tym gorzej, przyjemnie tu. – wskazała spojrzeniem na inne łóżka, wokół których kręcili się uczniowie różnych domów. Faktycznie Neville poczuł tutaj przyjemną atmosferę, ale przeniósł wzrok na Ginny, która była w zupełnie innym nastroju.

- Co jest? Coś cię męczy. – zapytał Neville, a ona milczała. – I nie wciskaj mi kitów, po was to zawsze widać. – kiedy to powiedział, zmarszczyła brwi.

- Po nas? - zapytała z ironią.

- Kobietach, oczywiście. Słucham. – w tym momencie rozległ się cichy krzyk. Luna stała w drzwiach, a pani Pomfrey usunęła się z przestraszoną miną na bok. Znowu wymamrotała coś pod nosem. Neville pomachał do niej ręką. Usiadła obok niego na skraju łóżka i spojrzała na Ginny.

- No dobra, powiem wam coś, ale mnie nie wyśmiejecie, zgoda? – posłusznie skinęli głowami. Ginny podciągnęła się wyżej, wspierając się na rękach. Poprawiła poduszkę i zbliżyła do nich głowę, tak żeby nikt ich nie podsłuchał. – Słuchajcie. Leżałam na łóżku i ku zaskoczeniu wszystkich przyszedł tutaj… Snape. Wymienił szybko kilka zdań z panią Pomfrey i po prostu wyszedł. Dziwne to było. Skąd się tak nagle wziął w szkole skoro nie było go na apelu? Długo się nad tym zastanawiałam i przez to wpadłam na pewien pomysł. Nie wiem czy to w ogóle ma sens, bo jest kilka problemów. Może nam się nie udać, ale…

- Do rzeczy. Mów o co chodzi! – szepnął zniecierpliwiony Neville.

- Pomyślałam o tym, żeby wznowić działalność GD. – uśmiechnęła się nieśmiało. Neville nic nie mówił i spojrzał na Lunę, ale ona już szukała czegoś w torbie. Wyjęła plik kartek i podetknęła pod nos Ginny.

- Neville wszystko obmyślił. – Ginny spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Ja tylko spisałam. – Luna zaczęła machać beztrosko nogami. Po chwili milczenia, Ginny oddała notatki Lunie.

- Powinnaś z tym uważać. Jak ktoś to dorwie to po nas. Ale to jest… naprawdę dobre! Od czego zaczniemy? – patrzyła się na Neville'a, który nadal milczał. Luna nie uprzedziła go, że komukolwiek powiedzą, a on tak naprawdę nie wiedział, od czego wszystko zacząć.

- Nie mamy tego galeona. To by ułatwiło sprawę, ale odzyskanie go z powrotem to szaleństwo. Nawet jeśli, jakimś cudem, by nam się udało to w końcu nas złapią. – Luna niespodziewanie wyjęła różdżkę i mruknęła pod nosem zaklęcie. Kartki w jej lewej ręce zapłonęły. Neville patrzył na nią z niedowierzaniem. Kiedy ogień pochłonął prawie całe notatki, rzuciła je na podłogę i przydepnęła kolorowym butem. Spojrzała na nich z powrotem, jakby nic się nie stało.

- Miałaś rację, że ktoś może to przeczytać. Niepotrzebnie to zapisałam. – powiedziała od niechcenia po chwili milczenia. Neville był przyzwyczajony do spontanicznych zachowań Luny, ale rozejrzał się szybko, czy nikt tego nie zauważył. – Do tego uważam, że zdobycie tego galeona to dobry pomysł, pewnie schował go gdzieś w swoim gabinecie i kompletnie o nim zapomniał. – i wtedy coś olśniło Neville'a.

- Musimy dostać szlaban. – Ginny spojrzała na niego pytająco z lekkim rozbawieniem na twarzy.

- Myślę, że nie będziesz się nawet musiał wysilić, ale… - Luna umilkła w połowie zdania. – Rozumiem! – krzyknęła trochę zbyt głośno, bo wszyscy dookoła spojrzeli się właśnie na nią. Kiedy zorientowali się, że to Luna, odwrócili się z powrotem przyzwyczajeni do jej dziwnych zachowań.

- Eee, można jaśniej? Niestety nie mam zdolności telepatycznych, choć jak widać wam ich nie brakuje. – mruknęła z lekkim niezadowoleniem w głosie, a Neville uśmiechnął się szeroko do Luny.

- Zbierzemy członków GD. Powiemy im, że muszą dostać szlaban. Jak sama twierdzisz, nie będzie ciężko. Zwykle Carrow zbiera swoich uczniów w gabinecie, prawda? Ale nie zmieści tam wszystkich, przecież to logiczne! Im więcej osób tym on będzie bardziej zadowolony, ale na pewno nie zrobi tego w swoim gabinecie! Pomyśl sama… - Ginny zmarszczyła brwi.

- Wtedy my wykradniemy galeona! – wyszeptała podniecona. – Ale dobrze wiesz, jak ciężko będzie o tym wszystkich poinformować. Wszędzie chodzimy w zwartym szyku, a nauczyciele nas nadzorują. To „teoretycznie" wolne od nadzoru pół godziny wieczorem nie wystarczy.

- Chyba, że jakiś nauczyciel nam pomoże. – Ginny roześmiała się.

- Hm, niezły pomysł, Neville, podejdę do profesor Alecto i powiem jej: Przepraszam, może przekaże pani innym uczniom, że dziś chcemy wykraść coś z gabinetu pani brata? – zaczęła udawać jej głos, co rozbawiło Lunę, ale Neville gorączkowo myślał nad dalszymi punktami planu.

- A gdyby tak poprosić profesor McGonagall? – szepnął Neville. Dziewczyny umilkły. Należała do Zakonu, ale nie wiedzieli czy uda im się to zrobić, bo w końcu była nauczycielką. Zawsze dość surową, ale kiedy potrzeba, potrafiła zachować się po ludzku.

- Kto z nią porozmawia? – wyrzuciła z siebie Luna, choć było widać, że jeszcze nie wyraziła zgody na ten pomysł.

- Zrobimy tak. Dobrze wiecie, że ci nauczyciele, którzy jeszcze mają serce – pomyślał o Carrowach i skrzywił się lekko – wysyłają do skrzydła szpitalnego nawet najmniejsze obrażenia. Co gdybyśmy poprosili McGonagall, żeby sprowadziła GD właśnie tutaj? Przedstawilibyśmy im co mamy w planach no, a potem… odbilibyśmy galeona. – uśmiechnął się, bo zabrzmiało to bardzo zabawnie. Ciągłe spotykanie się w skrzydle szpitalnym byłoby ryzykowane, a nie chciał narażac nauczycieli. Prośba o pomoc profesor transmutacji wydawała się najlepszym wyjściem na „jeden raz". Potem mogliby już używać monet. – Co wy na to? – zapytał Neville, bo Ginny i Luna milczały.

- Dobra, ale… Nadal nie mamy chętnego do porozmawiania z nią. – wycedziła Ginny, której myśli błądziły gdzieś poza skrzydłem szpitalnym.

- Za godzinę mam transmutację. Poproszę ją, a przy okazji wprowadzę Seamusa w pomysł, on mi pomoże. – spojrzał na niespokojne miny dziewcząt. – Nie martwcie się, to profesor McGonagall. Poprosimy ją o pomoc ten jeden raz, potem mam nadzieje Zgredek się pojawi i w końcu powie, o kogo mu chodziło… - od wieczoru, kiedy skrzat zniknął, Neville był przygnębiony. Zgredek zostawił go bez żadnych informacji i nie pojawił się ponownie, a czas płynął im coraz szybciej…

Neville dołączył do korowodu Gryfonów, którzy szli w stronę sali transmutacji. Tak wyglądały ich podróże po zamku po rozporządzeniu Snape'a. Kiedy prowadzili ich nauczyciele pokroju McGonagall czy Sprout to mieli więcej swobody, ale przy Carrowach musieli nawet kroczyć tą samą nogą. Neville dotarł na lekcję transmutacji, podczas której krótko opowiedział Seamusowi o ich planach. Tak się ucieszył, że zbyt głośno krzyknął i profesor McGonagall zadała mu dodatkową pracę domową (Nauczyciele unikali dawania im szlabanów u rodzeństwa Carrow). Uśmiech nie spełzł mu z twarzy do końca lekcji. Potem z Neville'm długo pakowali swoje rzeczy i nieśmiało podeszli do biurka z przodu sali. Profesor transmutacji szybko pisała coś na zwitku pergaminu.

- Pani profesor, my… eee… chcieliśmy porozmawiać. – powiedział cicho Neville.

- O czym, Longbottom? Do rzeczy. – podniosła wzrok i szybko dokończyła. – Nie, Finnigan, nie odwołam ci dodatkowej pracy domowej.

- Nie chodzi o to… - Neville bardzo chciał, żeby teraz profesor McGonagall już sama domyśliła się, o co tak naprawdę chodzi. Niestety nie odezwała się ani słowem i czekała na jakieś wyjaśnienia z coraz bardziej zaskoczoną miną.

- Jak zaraz nie powiecie mi o co chodzi, spóźnicie się na następną lekcję. – rzekła już bardziej surowym tonem i wróciła do pisania.

- Chcieliśmy prosić panią o pomoc. – Neville głośno wypuścił powietrze.

- Mamy plany, żeby reaktywować GD… - teraz mówili szybko na zmianę z Seamusem. McGonagall podniosła głowę w milczeniu.

- I potrzebujemy pierwszego spotkania…

- I pomyśleliśmy o pani…

- Czy nie mogłaby pani sprowadzić wyznaczonych przez nas uczniów do skrzydła szpitalnego, bo…

- Tam jest najbezpieczniej…

Profesor McGonagall patrzyła na nich przez okulary okrągłymi jak monety oczami. Wstała i Neville spodziewał się, że im się nie udało.

- Ilu ich jest? Kto to? I kiedy? – jej wyraz twarzy nie pasował do tego, co przed chwilą wypłynęło z jej ust.

- Czyli pani się zgadza? – wyszeptał Seamus.

- Jeszcze jedno słowo i zacznę się zastanawiać. – uśmiechnęła się, a Neville dał jej kawałek pergaminu, na którym czarnym atramentem wypisali wszystkie potrzebne nazwiska, datę i godzinę. Profesor przechwyciła notatkę, schowała pod swoją szatę i spojrzała wyczekująco.

- Coś jeszcze? Uprzedzę was na kiedy dodatkowa praca ma być gotowa. Teraz idźcie już na lekcje. – Neville był całkowicie zdezorientowany, nie rozumiał połowy słów. Odwrócił się i już chciał zrobić pierwszy krok, ale go zamurowało. W drzwiach stał Amycus Carrow. Seamus popchnął go lekko i poszli w tamtą stronę.

- Co się tutaj dzieje? Potrzebujecie specjalnego zaproszenia? – ryknął profesor obrony przed czarna magią.

- Zadawałam im dodatkową pracę domową. Proszę się nie denerwować. W końcu to ich czegoś nauczy. Idźcie już. – odwróciła się do nich plecami i machnęła różdżką. Jej rzeczy zaczęły układać się na biurku. Seamus i Neville wyszli z klasy, podążając na następną lekcję.

Wieczorny, wolny czas Neville spędził z Luną na dopełnianiu całego planu na błoniach. Sami zaproponowali piątek, w czasie lekcji, ale profesor McGonagall tego nie potwierdziła. Bali się, że zmieni zdanie lub termin. Wokół nich czaił się jakiś pierwszoklasista, który wyraźnie bał się do nich podejść. Kiedy ich spojrzenia się napotkały, podszedł powolnym krokiem.

- Co jest, młody? – zapytał Neville, a Luna się uśmiechnęła.

- Mam wiadomość od profesor McGonagall. – wyszeptał, a Neville'owi serce podeszło do gardła. Miała im jednak coś do powiedzenia.

- No więc? – maluch wyjął z kieszeni mały zwitek pergaminu, potem szybko pobiegł w stronę zamku. Luna rozwinęła go, ale był pusty. Neville, zaskoczony tym faktem, poczuł złość. Jakiś głupi pierwszoroczniak zrobił sobie z nich żarty. Już chciał wstać i popędzić za nim, ale Luna w spokoju wyjęła różdżkę.

- Aperacjum. – szepnęła, a na kartce zaczęły się pojawiać słowa tak, jakby ktoś pisał je w tym momencie. Neville usiadł obok niej i przeczytał fragment pergaminu.

Piątek, 12.00.
Będziecie mieli pół godziny.
Nie będzie profesora Snape'a w szkole.
Parę ryzykownych nazwisk zniknęło z listy.
Uważajcie na palce.

Minerwa McGonagall

Zanim Neville zdążył się zastanowić nad sensem ostatniego zdania, kartka stanęła w płomieniach. Rzucił ją przed siebie, wyciągnął różdżkę.

- Aguamenti! – rzucił zaklęcie, po czym podążył za spojrzeniem Luny w stronę jeziora. Czekał ich ciężki weekend.