Egzamin rzeczywiście poszedł gładko. Niezmordowany kandydat, mający tym razem osobistą motywację, powściągnął swój buntowniczy charakter i dowiódł, że na polu walki niewielu przeciwników mogłoby mu dorównać.
- Gratulacje, Seifer - blondyn był gotów przysiąc, że zauważył cień uśmiechu na ustach Squalla. - Jesteś teraz SeeD.
- Dzięki. Panie komendancie - dodał po chwili Seifer z szelmowskim mrugnięciem.
- Po swój przydział obowiązków udasz się do Xu, bo to ona się tym zajmuje - poinformował go Squall, dziwnie czując się po usłyszeniu swojego oficjalnego tytułu od kolegi.
- Tajest. Panie komendancie - zameldował służbiście Seifer, uznawszy to za niezłą zabawę.
Xu doskonale wiedziała o Seiferze i jego afekcie do Squalla. Jak inni rezydenci Ogrodu, była tym zaskoczona, ale przede wszystkim niezwykle ubawiona. Myśl, że arogancki gunblader zakochał się bez pamięci w swoim rywalu, z którym do tej pory darł koty, była przekomiczna. Domyślała się, czemu uparty Almasy chciał zdawać egzamin. Bo że nie dla siebie, to oczywiste. Gdy więc świeżo upieczony SeeD zameldował się u niej, postanowiła mu pomóc. Właściwie zawsze lubiła zadziornego szermierza.
- W końcu ci się udało, Seifer. Ileż to było tych egzaminów? Nikt chyba nie przebył tylu przeszkód na drodze do zostania SeeDem, co ty - powitała go kpiąco.
- Bo jestem wyjątkowy - oświadczył z bezczelnym uśmiechem, rozsiadając się na krześle przed biurkiem Xu i w ostatniej chwili powstrzymując przed położeniem nóg na blacie. To chyba nie zostałoby mile przyjęte, a nie chciał narażać się już na samym początku 'kariery'.
- Rzeczywiście. Brakowało nam twojej uroczej osoby - mruknęła Xu. - Mam dla ciebie zajęcie.
- Zamieniam się w słuch - wygłosił zblazowanym tonem Seifer. - Co to będzie za zadanie? Pomaganie pierwszoroczniakom w znalezieniu drogi do kibla? Pilnowanie bramy na dziedziniec?
- Hmm... miałam zamiar przydzielić cię do Squalla jako jego osobistego adiutanta - rzuciła od niechcenia Xu, obserwując go spod oka. - Ale jeśli bardziej pociąga cię pilnowanie bramy, z chęcią rozpatrzę pozytywnie twoją prośbę.
- Nie, nie! - przeraził się blondyn. Zrobiło mu się potwornie gorąco na myśl, że taka okazja mogłaby mu umknąć. "Przebywanie ze Squallem cały dzień!" - Tak mi się tylko głupio powiedziało. Mogę być adiutantem, naprawdę! - zapewnił żarliwie, całkowicie się zapominając.
Xu włożyła mnóstwo wysiłku w zachowanie profesjonalnej powagi. Kto by przypuszczał, że Seifer Almasy okaże się taki słodziutki?
- Na pewno? Nie chcę cię do niczego zmuszać. Wiem, że nie przepadasz za Squallem - powiedziała niewinnym tonem.
- Przesada! - zaprzeczył emocjonalnie chłopak. - Po prostu dawniej przytrafiło nam się kilka ...nieporozumień. Ale teraz jest już OK.
- Czyli nie będziesz miał problemów, żeby z nim współpracować? Wiesz przecież, że będziesz musiał słuchać jego rozkazów.
- Wiem - zapewnił pospiesznie Seifer, nie chcąc, żeby Xu zmieniła zdanie. - I dam sobie radę, nie będzie żadnych kłopotów.
- Skoro tak twierdzisz... Wobec tego możesz iść do swojego nowego szefa - zażartowała dziewczyna.
- Dzięki - wyszczerzył się niebotycznie uszczęśliwiony szermierz. Niecierpliwie zerwał się z krzesła i wybiegł z pomieszczenia. Xu śmiała się jeszcze długo po jego odejściu. W życiu by nie przypuszczała, że zobaczy coś takiego.
Seifer udał się błyskawicznie na swoje nowe miejsce pracy, po drodze minąwszy pędem młodego kadeta, trenującego biegi na pierwszym piętrze Ogrodu. Student popatrzył z zazdrością na wysokiego SeeDa, który tymczasem zniknął już w drzwiach windy. "Jak ktokolwiek może być taki szybki? Pewnie to przez te GFy" - wytłumaczył sobie. "Jak zostanę SeeDem, to też będę tak zasuwał" - i ze zdwojoną energią zabrał się do kolejnego okrążenia.
Seifer zapukał do drzwi i po usłyszeniu "Wejść" wparował niezwłocznie do środka. Stanął przed Squallem, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Melduję, że jestem gotowy do wypełniania obowiązków - gorliwie zasalutował zdumionemu brunetowi.
- Co to za żarty, Seifer? - nachmurzył się Squall.
- To nie żarty. Dostałem do ciebie przydział od Xu. Od teraz jestem twoim adiutantem.
- Że... CO?! - oniemiał komendant. - Nic o tym nie wiem.
Blondyn wręczył mu stosowny papier. Squall nieufnie przyjął dokument i przebiegł go wzrokiem. Rzeczywiście, to był rozkaz od Xu, przydzielający mu Seifera. Ale po co?!
- Nie potrzebuję adiutanta! - naburmuszył się, rzucając papier na blat i zakładając ramiona w geście protestu.
- Ja to jednak mam pecha. Ledwo zacząłem być SeeDem, a już okazuje się, że jestem niepotrzebny - Seifer komicznie zwiesił głowę, udając zniechęcenie. Tylko sobie robił żarty, więc zdziwił się, usłyszawszy niepewny głos Squalla:
- Nie jesteś niepotrzebny, Seifer.
Zerknął na kolegę. Nie mógł wprost uwierzyć, że Squall potraktował poważnie jego wygłupy. Przecież nikt nie mógł być aż tak łatwowierny!
- Nie? Ale nie chcesz, żebym był twoim adiutantem - poskarżył się, postanawiając wykorzystać okazję, która sama wpadła mu w ręce. - Pewnie uważasz, że do niczego się nie nadam, a może po prostu wstydziłbyś się ze mną pokazywać. W końcu byłem rycerzem Ultimecji, do końca życia nikt mi nie zaufa! - oświadczył z melodramatycznym patosem, przybrawszy najbardziej zbolałą minę, na jaką było go stać. Teraz był już pewien, że Squall pozna się na jego błazeństwach i zaraz zdzieli go w głowę, a potem odeśle do pilnowania chodnika na dziedzińcu. Nie mógł się jednak powstrzymać przed dowcipami. Pokusa była zbyt silna.
- Nie o to mi chodziło... tylko, że ja... że... - tłumaczył się niezdarnie brunet. Ostatnia rzecz, jakiej spodziewał się po Seiferze, to takiego zachowania. Całkiem go to wytrąciło z równowagi.
Niechciany adiutant stał z cierpiętniczym wyrazem twarzy, grając skrzywdzonego i świetnie się przy tym bawiąc. Leonhart okazał się zaskakująco prostoduszny. Bez problemu dało się go nabierać, i to bez wspinania się na wyżyny aktorstwa.
Squall czuł się bezradny i winny. I odpowiedzialny za Seifera. Przecież to on ściągnął go z powrotem do Ogrodu, jakby nie patrzeć. Nie powinien go teraz odrzucać.
- Chciałbym zacząć wszystko od nowa - wyznał skruszony rycerz, spoglądając boleściwie na komendanta - ale nikt nie da mi szansy. Nawet ty nie traktujesz mnie poważnie - westchnął, starając się włożyć w to przesadną wręcz ilość smutku. "Sam bym się wzruszył", zachichotał w duchu.
- Seifer, ja... nie chciałem... - wymknęło się Squallowi. Czuł się coraz bardziej podle.
- A więc mogę zostać? - blondyn z nadzieją podniósł na niego wzrok.
- No dobra...
- Świetnie, Squally! Zobaczysz, że za dwa dni nie będziesz sobie wyobrażał, jak mogłeś dotąd beze mnie funkcjonować - zapewnił aktorski mistrz, podejrzanie szybko i gładko przechodząc od stanu głębokiej depresji do euforii.
Te słowa, poparte szerokim uśmiechem Seifera sprawiły, że oszołomiony brunet wymamrotał niedowierzająco:
- Taa... z pewnością.
Pierwszy dzień służby Seifer spędził głównie na beztroskim gapieniu się na Squalla, który siedział kilka godzin pogrążony w czytaniu raportów. Przez cały ten czas w ogóle się nie odzywał, ale Seiferowi to wcale nie przeszkadzało. Rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciwko, bezceremonialnie opierając nogi na biurku Squalla, i utkwił wzrok w milczącym koledze. Ponieważ nie miał nic lepszego do roboty, zatonął w przyjemnych myślach. Miał ogromną ochotę wstać, podejść do Leonharta, przewrócić go na biurko i pokazać mu, że ten mebel nie służy tylko do ślęczenia nad dokumentami. Oczywiście za coś takiego spotkałaby go natychmiastowa i bolesna śmierć z ręki wściekłego Squalla, więc nie zamierzał ...na razie... realizować swoich fantazji.
Zamyślony Squall podniósł na chwilę wzrok znad papierów i napotkał spojrzenie Seifera. Jego adiutant przyglądał mu się z taką intensywnością, że mógłby stanowić poważną konkurencję dla Quistis i jej limitu Laser Eye.
- Na co się znowu gapisz?
- Na ciebie - rzucił niedbale blondyn, nie odwracając ani na moment przeszywającego spojrzenia.
Squall nie wiedział, jak to skomentować, wzruszył więc tylko ramionami i zażądał:
- Zabieraj kopyta, Almasy.
- OK, szefie - powiedział na odczepnego jasnowłosy obserwator, nie fatygując się jednak do spełnienia polecenia. Squall zresztą nie zwrócił na to uwagi, ponownie zanurzając się w świecie raportów i dokumentów.
Seifer naprawdę się starał. Szybko wdrożył się w nowe obowiązki i mimo obaw Squalla, że rychło się znudzi, radził sobie doskonale. Squall nie przyznałby się do tego za skarby świata, ale po kilku dniach odczuł poprawę - nowy podwładny faktycznie dużo mu pomagał. Nawet w pracy z papierami, co do czego komendant był stuprocentowo pewny, że blondyn się nie nada. Często chodzili razem załatwiać różne sprawy Ogrodu. Squall czuł się coraz swobodniej w towarzystwie byłego rywala. Był zadowolony, że kolega znowu jest przy nim, bo nie czuł się taki samotny, jak ostatnio. Obecność Seifera wydawała mu się teraz całkiem naturalna, zaskakująco szybko przywykł do spędzania z nim czasu. Co prawda musiał wysłuchiwać niekończących się kpin i docinków, ale niegdysiejsza zaczepność kolegi, zahaczająca o agresję, znikła gdzieś bezpowrotnie. Gdzie i z jakiego powodu, tego Squall nie wiedział, ale nie zamierzał na to narzekać.
- Idziemy do Xu, żeby omówić zmiany w egzaminach na SeeD - poinformował energicznie swojego adiutanta.
Seifer skinął głową i zebrał z biurka przygotowane foldery z dokumentami. Poczekał, aż dowódca wyjdzie pierwszy, po czym ruszył za nim. Kiedy szli korytarzem, spotykani kadeci uśmiechali się pod nosem, zerkając na zamyślonego Squalla i kroczącego obok z dumnie uniesioną głową Almasy'ego. Byli ciekawi, kiedy nawróconemu rycerzowi uda się zdobyć komendanta.
W biurze Xu Squall i Seifer usiedli na krzesłach przed jej biurkiem. Almasy przysunął swoje krzesło możliwie najbliżej swojego dowódcy. Na tyle, na ile Xu znała Squalla, wiedziała, że ten nie lubi fizycznej bliskości i nigdy nikomu nie pozwalał aż tak zbliżać się do siebie. Zawsze zachowywał dystans. Jednak dla Seifera robił wyjątek, nawet jeśli nieświadomie. "To bardziej niż pewne, że nieświadomie", pomyślała rozbawiona dziewczyna. Biedny Squall z pewnością nie zdawał sobie sprawy z prawdziwych intencji swojego towarzysza, dzięki czemu jego adiutant praktycznie wisiał na nim. Brunet trzymał na kolanach otwartą teczkę z dokumentami, a Seifer jedną ręką podsuwał mu potrzebne papiery, drugą trzymając na oparciu Squallowego krzesła.
Wreszcie spotkanie się skończyło i obaj szermierze opuścili pokój Xu.
- Teraz pójdziemy... - zaczął z namysłem Squall, ale Seifer mu przerwał:
- Do kafeterii - oznajmił stanowczo. - Na obiad.
- Później - uparł się komendant. - Musimy jeszcze skończyć sprawę tego kadeta z Galbadii, a potem...
- To może poczekać - stwierdził dyktatorskim tonem Seifer. - Jak nie będziesz jadł, to niedługo znikniesz. Jesteś za chudy, Leonhart. To niezdrowo.
- Bzdura - prychnął brunet. Od kiedy to Seifera obchodzi jego zdrowie? - Zresztą, to nie twój interes.
- A właśnie, że mój. Jestem twoim adiutantem, muszę o ciebie dbać.
- Pierwsze słyszę - powiedział sarkastycznie Squall - żeby bycie adiutantem równało się byciu niańką.
Seifer roześmiał się, klepiąc go po plecach.
- Nie każ mi ciągnąć cię siłą do kafeterii. Studenci mieliby niezłe widowisko.
- Jesteś okropnie upierdliwy - burknął komendant, ruszając jednak za swoim podkomendnym w żądanym kierunku.
- To jedna z moich zalet - wyszczerzył się blondyn.
Nida wyjrzał przez wielką szybę, upewniając się, że wszystko jest w najlepszym porządku, zabezpieczył panel kontrolny i ruszył w kierunku windy. Był przyjemnie podekscytowany, gdyż szedł złożyć raport Squallowi odnośnie następnego kursu Ogrodu. Od czasu zakończenia walk z Ultimecją mobilna forteca rzadko kiedy przemieszczała się ze swojego stałego miejsca i Nida widywał komendanta niestety już tylko sporadycznie. Każde takie spotkanie było dla ciemnowłosego pilota źródłem cichego szczęścia. Ciągle z głową w chmurach, zapukał do biura dowódcy, zupełnie nie spodziewając się tego, co nastąpiło w chwili, gdy otwarły się drzwi.
- Czego tu chcesz? - warknął jakiś nieprzyjazny głos i Nida został brutalnie wciągnięty do środka za kołnierz, nie mając nawet czasu na zastanowienie, co się stało. Jakiś zwalisty facet popchnął go, aż Nida uderzył plecami o ścianę, i stanął przed nim, przyglądając mu się podejrzliwie, jakby chłopak wparował tu z odbezpieczonym granatem. Pilot spojrzał na napastnika i rozpoznał go od razu. No tak, jak mógł zapomnieć o powrocie Almasy'ego. Zdecydowanie za dużo czasu ostatnio spędzał na mostku i nie miał pojęcia, co się dzieje na dole.
- Seifer, co ty wyprawiasz? Puść go natychmiast - Squall skarcił adiutanta.
- Po co tu przyszedłeś? - niezadowolony blondyn posłuchał go, nadal jednak stojąc przy pilocie.
"Cholerny kaskader. Rozwalił mi Galbadię", przypomniał sobie zły Seifer. Gdyby nie wkurzająco dobre manewry tego zakichanego pilota, bitwa wyglądałaby zupełnie inaczej, a on nie straciłby kontroli nad 'swoim' Ogrodem. W porę się opanował, powtarzając sobie, że to już stare dzieje i nie ma się o co złościć. To jednak nie znaczyło, że zamierzał polubić tego obrzydliwie uzdolnionego gnojka.
- Przychodzę z raportem, sir - zameldował Nida, prostując się z godnością i poprawiając kołnierz, przekrzywiony przez blondyna.
- Byłeś umówiony? - Seifer nie miał zamiaru odpuścić tak łatwo. - Do komendanta nie przychodzi się, kiedy cię najdzie ochota. To nie knajpa!
- Seifer, uspokój się! - zdenerwował się Squall. - Odsuń się od niego i pozwól mu powiedzieć, z czym przyszedł.
Jasnowłosy adiutant wzruszył ramionami i z obrażoną miną podszedł do Squalla. Stanął za nim, opierając się plecami o ścianę i przyglądał się Nidzie spode łba. Ten pilot zdecydowanie mu się nie podobał. Zachowywał się bardzo podejrzanie, a uśmiech, jakim obdarzył komendanta, był zupełnie nie na miejscu. Tego było za wiele. Seifer spiorunował pilota wzrokiem i znacząco przeciągnął palcem po gardle. Pilot posłał mu niepewne spojrzenie i zamilkł, skończywszy raport.
- W porządku, wszystko się zgadza. Możesz odejść... yyy... - zająknął się komendant.
- Nida, sir - podpowiedział melancholijnie pilot. "On ciągle nie zwraca na mnie uwagi. Tyle razem walczyliśmy, a nie może nawet zapamiętać mojego imienia", pomyślał rozżalony chłopak.
- Możesz odejść, Nida - powtórzył dowódca.
- Tak jest, sir. Przyniosę jeszcze później to podsumowanie - dodał pilot, ciesząc się, że znowu będzie miał okazję zobaczyć Squalla. I przy odrobinie szczęścia może bez tego nieokrzesanego Almasy'ego.
- Ależ nie musisz się fatygować taki kawał drogi - odezwał się złośliwie Seifer, bezlitośnie depcząc jego nadzieje. - Sam po to przyjdę. Przy okazji porozmawiamy sobie o ...różnych rzeczach.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak zawoalowana groźba, a nie zapowiedź przyjacielskiej pogawędki. Squall jednak tego nie zauważył i zdecydował:
- Dobra, a więc Seifer potem do ciebie wpadnie po te papiery. Odmaszerować.
- Tak jest, sir - Nida zasalutował ze smutkiem i wyszedł, żegnany szyderczym uśmieszkiem jasnowłosego adiutanta.
To spotkanie nie przebiegło tak, jak pilot sobie wymarzył. W ogóle wszystko szło nie tak. Gdy podczas bitwy Ogrodów powiedział Squallowi, że wszyscy go lubią i podziwiają, miał nadzieję, że komendant załapie oczywistą aluzję. Chyba nawet słup by się zorientował. Ale nic takiego nie nastąpiło, Squall był zupełnie nieświadomy. Nida westchnął smętnie i tak boleściwie, że przechodząca obok studentka zapytała z troską, czy coś mu się stało. Chłopak nawet nie usłyszał pytania i powlókł się na mostek w podłym nastroju, powoli godząc się z porażką. Szczególnie odkąd koło Squalla pojawił się ten blondwłosy barbarzyńca. Nida westchnął ponownie, pocieszając się wspominaniem pięknych czasów, gdy Almasy'ego nie było, a on widywał zabójczo przystojnego dowódcę codziennie. Serce pilota niemal się roztopiło, gdy przypomniał sobie, jak wspaniale wyglądał Squall podczas dowodzenia. Taki pewny siebie i odważny... Ale zawsze to coś, pocieszył się Nida, móc służyć pod takim komendantem. Choć wolałby służyć pod nim w nieco inny sposób. "Nida, przestań myśleć o takich rzeczach", skarcił się w myślach, niebezpiecznie sunących w kierunku, w którym sunąć nie powinny.
Seifer przeglądał ze znużeniem zlecenia dla SeeD. Same nudy, chronienie tego, chronienie tamtego. Zupełnie jakby wszyscy się zmówili. Ziewnął przeciągle, odkładając kolejną teczkę na blat. Posegregowane foldery leżały w trzech estetycznych kupkach na biurku. Squall był nieubłagany i wymagał idealnego porządku w dokumentach. Seifer, rzecz jasna, próbował protestować, ale to nie była rzecz, w której szef Ogrodu byłby gotów ustąpić choćby o cal. Zrzędząc pod nosem, blondyn uległ pedantycznemu dowódcy. W ramach rekompensaty zagarnął dla siebie jego fotel i biurko, rozpierając się wygodnie w ulubionej pozycji i kładąc nogi na blacie. Po bezskutecznym powtarzaniu niesfornemu adiutantowi przez kilka dni z rzędu, żeby zabierał nogi ze stołu, Squall skapitulował. Oddał ekspansywnemu koledze swoje miejsce pracy i przeniósł się z raportami na sofę.
Seifer rzucił oczekującym dokumentom nieprzyjazne spojrzenie i chwycił następną teczkę. Zerknął na nagłówek. To było coś innego niż reszta tego badziewia. Ożywił się nieco, gdy przeczytał dokładnie opis zlecenia. W jednej chwili w głowie zaświtał mu obiecujący pomysł.
- Jest tu jedna ciekawa misja, Squall. Wytropienie i zlikwidowanie potwora, który grasuje w okolicach jakiejś wiochy na południe od Dollet. Mam fajny pomysł w związku z tym.
- Pomysł? - zapytał nieufnie Squall, oderwany nagle od czytania raportu, napisanego wyjątkowo bełkotliwie i niezrozumiale.
- Tak - odparł z zapałem blondyn. - Pomyślałem sobie, że moglibyśmy we dwójkę pojechać na tę misję. To potrwa tylko tydzień.
- To nie wchodzi w rachubę, Seifer - sprowadził go na ziemię Squall.
- Dlaczego?
Squall spojrzał na swojego adiutanta, na twarzy którego malowała się taka żałość i rozczarowanie, że miał ochotę się roześmiać. Oczywiście nie zrobił tego. Zacisnął usta w wąską kreskę.
- Nie mam już czasu na uganianie się za potworami - wyjaśnił, a w jego głosie zabrzmiała nutka żalu.
Nie lubił pracy papierkowej ani przesiadywania w biurze. Robił to z poczucia obowiązku, ale stokroć bardziej wolałby pracować w terenie. Robiąc coś konkretnego, walcząc, będąc w centrum akcji. Teraz jednak był zbyt znany publicznie, więc większość misji SeeD była dla niego niedostępna. Przynajmniej tych tajnych - niestety, takich było najwięcej.
Seifer bezbłędnie odgadł, co dzieje się w duszy byłego rywala. Sam na jego miejscu chyba by oszalał, siedząc ciągle przy biurku. Współczuł Squallowi, który, tak jak on sam, był świetnym fighterem. Nie był stworzony do przerzucania dokumentów z miejsca na miejsce.
- Nie powinieneś tyle przesiadywać nad tym papierowym chłamem - oznajmił, wstając od biurka i nachylając się nad komendantem, który oparł łokcie na kolanach i objął skronie dłońmi. Wyglądał na bardzo zmęczonego. - Kiedy ostatnio zrobiłeś sobie urlop?
- Urlop? - zapytał z niedowierzaniem Squall, unosząc głowę i spoglądając na towarzysza.
- No wiesz, to taki czas, kiedy wstajesz późno, nic nie robisz przez cały dzień, idziesz powylegiwać się na plaży albo coś w tym guście - zaśmiał się blondyn. - Ech... nie masz pojęcia, o czym mówię, prawda? - westchnął ciężko, obserwując nachmurzonego Leonharta.
- Nie mogę iść na urlop - odparł beznamiętnie Squall. - Jestem komendantem i muszę...
- Daj spokój, Squally! Nie jesteś niezastąpiony - zadrwił jasnowłosy szermierz. - Na pewno przez tydzień twojej nieobecności Ogród się nie zawali.
Kolega nachmurzył się jeszcze bardziej. Nie odpowiedział na zaczepki i sięgnął z powrotem po odłożone dokumenty, nie wdając się w dalszą wymianę zdań. Seifer miał ochotę przyłożyć sobie za spapranie sprawy.
- Leonhart, nie udawaj, że nie słuchasz - zażądał. - Nienawidzę, gdy to robisz. Odpowiedziało mu milczenie i szelest kartek, gdy dowódca czytał kolejne raporty. - Squall! Squally! Panie WAŻNY-I-NIEZASTĄPIONY-KOMENDANCIE!
Osiągnął wreszcie cel. Brunet spojrzał na niego z irytacją. Gdy inni ludzie pukali grzecznie do drzwi przed ich otwarciem, Seifer wywalał je kopniakiem. Nie dało się go zignorować, jak pozostałych. Zawsze potrafił zmusić młodszego kolegę do reakcji, nawet jeśli robił to w niezbyt przyjemny sposób.
- Nie mam zamiaru kontynuować tej głupiej rozmowy - syknął rozzłoszczony. - Ani słowa więcej o urlopie.
- Dobra - zgodził się podejrzanie skwapliwie blondyn. Squall uniósł brew z niedowierzaniem. Seifer nie poddawał się tak łatwo. Rzeczywiście, jego kolejne słowa udowodniły, że to był tylko taktyczny unik.
- Możemy pójść na kompromis - zaproponował z chytrym uśmieszkiem.
"Kompromis? Od kiedy Seifer ma takie wyrazy w słowniku?!"
- To znaczy?
- Nie będę ci już zawracał głowy urlopem, ale pojedziemy razem na tę misję - wypalił Seifer i kontynuował, nie dając Squallowi dojść do słowa. - Przecież to normalna praca, tylko że nie za biurkiem. Możesz jechać i nie mieć wyrzutów sumienia, że nic nie robisz. Marnujesz się przy papierach. A tam znowu będziesz mógł się sprawdzić w terenie - kusił dowódcę. - Pomyśl o tych wszystkich czekających walkach...
Zauważył błysk tęsknoty i ekscytacji w oczach Leonharta. Uradował się, wiedząc, że jest na dobrej drodze.
- Poza tym dowódca nie dowódca, ale powinieneś być na bieżąco z pracą polową. A to dobra okazja - nęcił Squalla. - Tylko siedem dni, i łatwizna. Taka plenerowa wycieczka.
Widział, że brunet zaczyna się łamać i w myślach zatarł ręce z zadowolenia. Tyle dni sam na sam z Leonhartem!
- Może masz rację - powiedział niepewnie Squall. Rzeczywiście miał już dość tej stagnacji. Jego natura rwała się do czynu. - Właściwie mógłbym jechać.
- Świetnie! - wykrzyknął wesoło blondyn, waląc zdumionego kolegę w plecy.
- Nie wiem, z czego się tak cieszysz - Squall przyjrzał mu się krytycznie. - Misja jak misja, niespecjalnie ciekawa.
"Owszem, ale przez tydzień będziesz tylko MÓJ! - Seifer zaśmiał się mrocznie w duchu. - Nie ma bata, żeby przez ten czas nie udał mi się podryw!"
- Powinniśmy wyruszyć jutro rano - powiedział prędko, chcąc zatrzeć wrażenie i sprawić, by Squall zapomniał o jego podejrzanym ożywieniu. Jeszcze by się rozmyślił. - Trzeba dojechać na okropne zadupie.
- To potrwa co najmniej kilka godzin - zgodził się brunet.
- Zajmę się wyposażeniem i wszystkim - zaproponował Seifer. - A ty sobie odpocznij.
Squall popatrzył na niego bez wyrazu.
- Nie jestem zmęczony.
- Gadaj zdrów. Po tylu godzinach ślęczenia przy biurku każdy byłby zmęczony - stwierdził Seifer, podchodząc do niego i stając za jego plecami. - Ja po czymś takim byłbym cały zdrętwiały - zasugerował, kładąc mu dłoń na łopatce.
Brunet momentalnie stężał, czując niespodziewany dotyk. Chciał się odsunąć, ale Seifer uspokajającym gestem położył mu dłonie na ramionach, zmuszając go do pozostania na miejscu. Powoli przesunął ręce na kark ciemnowłosego kolegi, który siedział sztywno, jak porażony. Nie wiedział, co o tym sądzić. Czemu Almasy tak dziwnie się zachowywał?
- Seifer, co ty robisz? - zapytał niepewnie, czując, jak blondyn spokojnymi, zdecydowanymi ruchami ...masuje mu kark. Chciał zaprotestować, ale to było tak niespodziewanie... przyjemne...
- Pomagam ci, bo jesteś bardzo spięty - wyjaśnił z prostotą kolega. - Lepiej?
- Tak - potwierdził odruchowo Squall. Cholera, nie to miał powiedzieć. Miał wstać i ochrzanić Almasy'ego. Tylko jakoś... hmm, nie wyszło mu za bardzo.
- Jak się położysz, to będzie wygodniej - zasugerował Seifer, rad, że siedzący tyłem chłopak nie widzi jego dwuznacznego uśmieszku. Od razu by się wszystkiego domyślił.
- Jeszcze czego! - oburzył się Squall. - Zabieraj ręce.
- Spokojnie, Squally - blondyn łagodził podenerwowanego bruneta, nie mając najmniejszej ochoty słuchać polecenia. - Nie ma się o co wkurzać.
- Co ty kombinujesz? - spytał podejrzliwie Squall, odsuwając przeczytane raporty, które leżały obok niego na kanapie, i zastanawiając się, o co chodzi. Seifer nigdy się tak nie zachowywał. Co miał począć z czymś takim?
- Ja? Nic - odpowiedział Seifer tonem oskarżonej niesłusznie niewinności. - Po prostu się połóż, to dokończę-
- Ani mi się śni - nastroszył się chłopak. - Poza tym mam jeszcze dużo pracy.
- Właśnie, za dużo pracujesz, a za mało odpoczywasz. Połóż się, Leonhart. Nie ugryzę cię - obiecał kpiąco jasnowłosy gunblader.
- Nie.
- A co, boisz się mnie? Dużego, złego Seifera? - zadrwił złośliwie blondyn.
- Też coś! - parsknął dotknięty do żywego Squall. - Wcale się nie boję.
- No to się połóż.
- Nie.
- Boisz się.
- Nieprawda!
- To się połóż.
- Cholera, Almasy - jęknął udręczony brunet.
Seifer był namolny i uparty jak nikt inny. Squall nie miał siły na użeranie się z nim. Faktycznie był wykończony. Rzucając koledze ostrzegawcze spojrzenie "A spróbuj tylko wykręcić jakiś numer!", nieufnie i z ociąganiem ułożył się na kanapie, ignorując wszystkie dzwonki alarmowe brzmiące mu w głowie. Seifer miał za to ochotę odtańczyć mały taniec radości. Uśmiechnął się triumfalnie i usiadł obok leżącego Leonharta, wracając do przerwanej "terapii".
- Seifer, czemu właściwie to robisz? - ta kwestia nie dawała Squallowi spokoju. - Nie przypominam sobie, by twój zakres obowiązków obejmował-
- Przecież to nic nadzwyczajnego - zbagatelizował blondyn, przesuwając powoli dłonie wzdłuż jego kręgosłupa. - Potraktuj to jako hmm... rehabilitację, coś jak w sporcie - kiedy uszkodzisz sobie nadgarstek albo naciągniesz mięśnie łydki, no wiesz - łgał bezczelnie.
- Mnie się nic nie uszkodziło - zauważył z naciskiem Squall, wkładając jednak w ten protest mniej przekonania, niż zamierzał, i z grubsza kupując to logiczne wyjaśnienie. Zresztą nie miał lepszego wytłumaczenia.
Zaczynał robić się senny. Od dawna przesiadywał całymi dniami nad raportami i był tym potwornie zmęczony, a Seifer miał takie utalentowane dłonie... "Utalentowane? Co za głupoty mi przychodzą do głowy?!"
Jeszcze pół roku temu nie dopuściłby Seifera do siebie na odległość mniejszą niż długość Revolvera, a teraz tak sobie leżał w jego obecności. Ufał mu? Może był naiwny, ale ...tak.
- Twój kark jest na skraju kontuzji - przypomniał Seifer.
- Nie wydaje mi się, żeby to był mój kark... - mruknął coraz bardziej śpiący komendant, bezskutecznie walcząc ze snem i ostatkiem przytomności rejestrując mocno zastanawiającą obecność rąk Seifera w dole swoich pleców.
- A to tak gratisowo - palnął bezwstydnie samozwańczy terapeuta.
Zdziwił się brakiem reakcji i zerknął na swojego pacjenta. Usnął. Seifer spojrzał na własne dłonie, spoczywające tak blisko upragnionego celu. Zaledwie centymetry dzieliły go od kontaktu z najbardziej emocjonującą częścią Leonharta. Przez kilka minut zmagał się dramatycznie z niezbyt przyzwoitą stroną swojej duszy, która szeptała mu do ucha coś o wykorzystywaniu okazji. W końcu jednak przyzwoita strona wygrała, więc wstał, jęknąwszy w duchu rozdzierająco, i postanowił, że chwilowo będzie grzeczny i miły. Nie zamierzał jednym głupim wybrykiem zaprzepaścić szansy na oswojenie nieufnego bruneta. Gdyby Leonhart obudził się, czując jego dłonie na swoim tyłku, przyszłość Seifera malowałaby się w nieciekawych barwach. Zapewne w krwistoczerwonych.
Spokój Squalla był mylący. Jeśli ktoś traktował go jako oznakę słabości, prędko przekonywał się w przykry albo wręcz bolesny sposób o własnym błędzie. Seifer zdawał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z puszystym kotkiem, tylko z lwem, jeśli bawić się w zoologiczne porównania. "Ale gdzie jest powiedziane, że lwa nie da się poskromić?", pomyślał przekornie.
W końcu za podszeptem swojej zwycięskiej przyzwoitej strony okrył śpiącego Squalla i pozbierał leżące na podłodze raporty, burcząc z frustracją pod nosem. "Właściwie kto tu kogo poskramia?"Uznał, że jeśli zostanie tu choćby minutę dłużej, to nie wytrzyma i zrobi coś, czego potem pożałuje. Rzuciwszy tęskne spojrzenie na uśpionego bruneta, wyszedł z pokoju. W końcu musiał jeszcze poczynić przygotowania do jutrzejszego wyjazdu.
- Coś ty taki nakręcony, Seif? - zapytał Raijin, który po całodniowej służbie zbierał się właśnie do dormitorium na zasłużony odpoczynek. Fujin stała obok niego. Oboje przyglądali się z ciekawością jasnowłosemu przyjacielowi. Nie mógł usiedzieć spokojnie, oczy błyszczały mu z podniecenia.
- Wyjeżdżam jutro ze Squallem na misję!
Raijin zarechotał głośno. Kumpel przypominał mu dzieciaka, który nie może się doczekać jakiejś atrakcji.
- DŁUGO? - zapytała Fujin.
- Jedziemy na tydzień - odpowiedział Seifer, przyzwyczajony do skrótowych wypowiedzi przyjaciółki. Przy Fujin nawet Leonhart mógł uchodzić za gawędziarza.
- Czyli po tych siedmiu dniach wrócicie już jako zakochane gołąbki? - zadrwił Raijin.
- Nie może być inaczej - potwierdził dumnie szermierz. - Czyżbyś we mnie nie wierzył?
- Jeszcze niedawno rozpaczałeś, że nic z tego nie będzie, bo Squall cię nie lubi i nie podobają mu się faceci. Coś się zmieniło? - uśmiechnął się domyślnie ciemnowłosy kolega.
- Podobają mu się czy nie, to nieważne. Ważne, żebym JA mu się podobał. A czy ja mogę komukolwiek się nie podobać? - spytał Seifer z miną wielkiego zdobywcy.
- ZOBACZYMY - parsknęła rozbawiona Fujin, przewracając oczami.
- Mógłbym się nawet z wami założyć, ale nie chcę, żebyście oboje przegrali - powiedział miłosiernie Seifer, podając przyjaciołom rękę na pożegnanie.
- No to miłej zabawy - mrugnął do kumpla Raijin.
- POWODZENIA - dołączyła się Fujin.
