Squall spał aż do późnego rana, co prawie nigdy mu się nie zdarzało. Nie obudził się ani razu w ciągu nocy, snu nie przerwały mu nawet poranne hałasy. Spałby pewnie dalej, ale stanowcze, acz delikatne szarpnięcie za ramię wyrwało go z oparów snu.
Seifer wszedł do gabinetu Squalla po jakieś papiery potrzebne na misji, nie spodziewając się obecności kolegi. Myślał, że Leonhart dawno po jego wczorajszym wyjściu wrócił do siebie. Zaskoczony, nie mógł ukryć uśmieszku na widok Squalla, śpiącego tak, jak go zostawił wczesnym wieczorem. Widocznie pracoholiczny komendant musiał być bardzo zmęczony. Bardziej, niż był gotów przyznać. Leżał na otwartym w połowie raporcie, opierając na nim policzek jak na najwygodniejszej poduszce.
- Pobudka, szefie!
Squall obudził się momentalnie, nie od razu jednak zorientował się, gdzie jest. Przez kilka sekund patrzył nieco nieprzytomnie na twarz nachylonego nad nim rozbawionego blondyna. Zamrugał niepewnie i usiadł na kanapie, rozglądając się dookoła. Nigdy nie miał problemów z porannym wstawaniem, ale dziś czuł się jakiś zagubiony.
- Seifer? - zapytał trochę bezsensownie. Koc, którym był okryty, zsunął mu się z pleców i chłopak poczuł nagły dreszcz.
- We własnej osobie - roześmiał się jasnowłosy szermierz, zerkając na skulonego bruneta, nadal nieco zaspanego i mającego rozwichrzone włosy. - Za niecałą godzinę powinniśmy wyruszać. Nasza misja - przypomniał.
W oczach Squalla pojawił się błysk zrozumienia, a zaraz potem - lekkiej paniki. Wyraźnie widać było, o czym teraz myśli. Po raz pierwszy w życiu obowiązkowy i skrupulatny Squall Leonhart zaspał na misję, i co gorsza - jest na nią nieprzygotowany! Seifer stłumił wesołość i powiedział uspokajająco:
- Nie przejmuj się niczym, wszystko przygotowałem.
Brunet popatrzył na niego nieufnie, ale trochę się rozluźnił. Miał nadzieję, że Almasy mówi prawdę. Nie lubił polegać na innych i nie rozumiał, jak mógł zaprezentować tak żałosny brak profesjonalizmu. Przypomniał sobie ubiegły wieczór, okoliczności zaśnięcia na kanapie we własnym gabinecie i poczuł zażenowanie. Jak mógł do tego dopuścić?!
Seifer przyglądał się milczącemu komendantowi. Domyślał się, co dzieje się w tym niespokojnym umyśle.
- Mam nadzieję, że dobrze ci się spało - zakpił. - Masz jeszcze pół godziny, zanim wyruszymy. Poczekam na ciebie przy bramie.
Squall kiwnął głową i wstał, kierując się do drzwi. Seifer z trudem zachował powagę, kiedy chłopak wrócił po zapomnianą kurtkę, leżącą na oparciu kanapy. Leonhart naprawdę nie był dzisiaj sobą.
Quistis siedziała w swoim biurze. Właśnie zaczęła pracę, gdy usłyszała pukanie do drzwi. O tej porze zwykle nikt jeszcze nie przychodził, więc trochę zdziwiona powiedziała:
- Proszę.
Zaskoczył ją widok Squalla, który niezbyt często pojawiał się w jej miejscu pracy, i to jeszcze tak wcześnie.
- Coś się stało? - momentalnie się zaniepokoiła.
- Nie, nic - zapewnił ją przyjaciel. - Po prostu... chciałbym, żebyś mnie zastąpiła przez tydzień.
- W porządku - odparła zaintrygowana Quistis. - Jedziesz gdzieś?
- Mhm. Na misję - odparł krótko.
- O. Sam?
- Nie. Z Seiferem - przyznał z ociąganiem Squall, jakby to było jakieś przestępstwo.
Trepe uśmiechnęła się domyślnie.
- Dobry pomysł. Za dużo ostatnio siedzisz przy papierach.
- To samo mówił Seifer - mruknął chłopak.
"Oczywiście. Wiadomo, czyj to był pomysł", pomyślała rozbawiona Qustis.
- I miał rację. Nieraz ci mówiłam, że nie musisz wszystkiego robić sam. Ja i Xu chętnie ci pomożemy - przypomniała blondynka. - W każdym razie nie martw się o nic, dam sobie radę. Jedź i baw się dobrze.
Squall rzucił na nią nieco podejrzliwe spojrzenie, ale skinął głową na pożegnanie i wyszedł.
Po jego wyjściu Quistis odczekała chwilę, po czym udała się do Xu, której biuro sąsiadowało z jej pokojem.
- Xu, zaczęło się - oznajmiła, mrugając znacząco do przyjaciółki.
- Nie mów! - zachichotała ciemnowłosa dziewczyna. - Widziałam, że Squall był u ciebie. I co?
- Seifer wyciągnął go na tydzień w teren! - poinformowała ją triumfalnie Quistis. - A nie mówiłam, że coś wymyśli? Mam zastąpić Squalla przez ten czas.
- No, no. A więc nasz zakład liczy się od teraz.
- Tydzień, nie więcej - przypomniała Trepe.
- Myślę, że dwa tygodnie - oznajmiła Xu, podając jej rękę. - To co, pięćset gil?
Quistis kiwnęła głową, i odwzajemniła uścisk dłoni, przyjmując warunki zakładu.
- A jak tam inni? - spytała koleżankę.
- Większość obstawia tak jak ty - oświadczyła Xu. - Ciekawe, jak zmienią się stawki, kiedy wszyscy dowiedzą się o ich wspólnym wyjeździe.
- Myślę, że wszyscy JUŻ o tym wiedzą - przewróciła oczami Quistis. - Ten Ogród to istne siedlisko plotkarzy. Wieści rozchodzą się szybciej, niż zdążysz powiedzieć "Znowu dziś zabrakło hotdogów"... Wiesz co, zaraz wracam - oznajmiła z podejrzanym błyskiem w oku.
- Co kombinujesz?
- Powiem ci, jak wrócę.
Nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy tymczasowa pani komendant była z powrotem.
- Nie uwierzysz! - prychnęła z niedowierzaniem. - Byłam u Fujin-
- Quisty, jesteś okropna! - zaśmiała się Xu. - Z nią też się założyłaś?
- Tak - potwierdziła wcale nie skruszona Trepe. - I z Raijinem. Oni obstawiają trzy dni! Uwierzysz w taką bezczelność? - zapytała, zdegustowana.
- Ryzykowne - roześmiała się Xu. - Ale czego innego można było się spodziewać po przyjaciołach Seifera?
- Masz rację. No to czekamy na powrót pana komendanta - podsumowała Trepe.
- I jego drugiej połówki - dorzuciła Xu.
Obie dziewczyny spojrzały na siebie, z trudem powstrzymując śmiech.
Seifer nie musiał długo czekać na towarzysza broni. Przygotowany czy nieprzygotowany, wyspany czy nie, Squall był punktualny jak słońce na niebie. Zjawił się dokładnie po trzydziestu minutach, maszerując raźno na miejsce spotkania. W lewej dłoni dzierżył futerał z Revolverem.
- Gotowy? - zapytał z szerokim uśmiechem blondyn, podając mu ekwipunek.
- Mhm - potwierdził Squall, zastanawiając się, czemu kolega szczerzy się wesoło jak totalny idiota. "Łapanie jakiegoś potwora na zadupiu to żadna atrakcja", pomyślał cierpko. "W ogóle to jakim cudem SeeD dostało zlecenie na taką gównianą robotę? Kto to zatwierdzał?!"
Seifer za to promieniował radością i dobrym humorem. Ruszył obok milczącego kolegi, co chwilę rzucając na niego rozbawione spojrzenie. Gdy doszli do stacji, nie wytrzymał w końcu i zarzucił go pytaniami:
- Masz jakieś pomysły co do tego potwora? Jak go znajdziemy? Zaczynamy od tej wiochy czy gdzieś dalej?
- Prawdę mówiąc... nie znam szczegółów misji - przyznał niechętnie Squall.
Nawet nie zdążył przeczytać dokładnie specyfikacji zlecenia, bo niby kiedy? Piekielny Almasy już się o to postarał, zapewniając mu dwunastogodzinny sen.
Seifer ryknął gromkim śmiechem, poklepując go z wielką uciechą po plecach.
- Squally, jesteś po prostu bezkonkurencyjny - przyznał, ocierając łzy z oczu. - Normalnie nie poznaję cię. Gdzie podziała się twoja obowiązkowość i skupienie? A może to moja sprawka?
- Żebyś wiedział! - odpalił Squall, po czym zaraz tego pożałował. Od kiedy to w jego stylu było zrzucanie winy na innych?
- Rozpraszam pańską uwagę, komendancie? Trudności z koncentracją w mojej obecności?
- Daj mi spokój - burknął rozeźlony brunet.
W pociągu Seifer litościwie streścił koledze szczegóły kontraktu. Squall słuchał z uwagą, zadawszy dwa czy trzy krótkie pytania. Zadanie było nieskomplikowane, choć wymagające nieprzerwanego pobytu w terenie. Squall nie przepadał jakoś wybitnie za uganianiem się po bezdrożach za potworami, ale tym razem nie miał nic przeciwko temu. Praca za biurkiem dała mu nieźle popalić swoją monotonią. Seifer też wolałby coś efektowniejszego, ale zdawał sobie sprawę, że lepiej na razie nie rzucać się ludziom w oczy. Pamięć o jego udziale w konflikcie z Ultimecją była jeszcze zbyt świeża, a nie wszyscy byli tak wyrozumiali jak koledzy z Ogrodu. Ta skromna misja była więc idealna dla obydwóch szermierzy.
W trakcie podróży było na szczęście wystarczająco dużo czasu, by ustalić plan działania, przynajmniej w ogólnym zarysie. Po kilku godzinach obaj SeeD dojechali do stacji docelowej, wysiedli i skierowali się na południowy zachód.
- Jak myślisz, jakiego potwora tropimy?
Maszerowali wytyczoną wcześniej przez Seifera trasą ku miejscu, które miało być pierwszym punktem postojowym. Chcieli spenetrować dosyć duży obszar, gdzie grasowała bestia. Teren był dziki, więc eksploracja z konieczności musiała odbywać się na piechotę.
- Z opisu wynika, że to jakiś smok - odparł z roztargnieniem Squall, wpatrując się w mapę.
- Tak nawiasem mówiąc, to skąd tutaj wziął się smok? Przecież nigdy ich tu nie było - stwierdził blondyn, drapiąc się z zastanowieniem po głowie.
- Księżycowy Płacz.
- Aha, spadło tu trochę nowych potworów?
- Same z siebie nie spadły. Ktoś - powiedział znacząco Squall - je tu ściągnął.
- To byłem ja - oznajmił Seifer odkrywczo.
- Co ty nie powiesz - odparł ironicznie komendant. - Kto inny mógłby-
- ...dokonać takiego wyczynu? - wpadł mu w słowo blondyn, a na jego ustach pojawił się zarozumiały uśmieszek.
- Wyczynu? - skrzywił się Squall. - Traktujesz to w takich kategoriach?
- Nie bądź taki świętoszkowaty - zbeształ go Seifer. - Wydobycie i uruchomienie Pandory to była wielka rzecz. Musisz to przyznać.
Squall prychnął z niechęcią.
- Chyba nie przyniosła ci szczęścia - zauważył zgryźliwie.
Nie dał po sobie poznać, ale rozbawił go gniew malujący się na twarzy kolegi. Pewnie, że nie wspominał dobrze Pandory. W końcu to tam dostał łupnia od Squalla w finałowej walce.
- Mądrala! Ja byłem sam, a tobie pomagały twoje łapiduchy, Dincht i reszta! - wypalił zły i rozżalony blondyn, rozumiejąc przytyk.
- A tobie Ultimecja - odciął się niewzruszony komendant.
- Leonhart! - warknął coraz bardziej zdenerwowany Seifer. - Prosisz się o kłopoty!
- Lepiej nie zapominaj, kto jest komendantem, a kto adiutantem - przypomniał sucho dowódca.
Blondyn sapnął wściekle i wziął głęboki oddech, starając się uspokoić. "To będzie trudny tydzień", pomyślał z rozpaczą.
Uszli najwyżej pół kilometra od czasu ostatniej rozmowy, ale urażony szermierz nie potrafił tak po prostu porzucić poprzedniego wątku. I dać Leonhartowi zatriumfować.
- No, niech ci będzie z tą Pandorą - rzucił łaskawie, przerywając ciszę. - Ale Odina ładnie ci rozwaliłem, co nie?
- Jak to zrobiłeś? - zapytał Squall. W jego głosie zabrzmiała niechęć pomieszana z respektem. I zazdrością. - Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek ktoś zniszczył GFa.
Blondyn dosłownie pławił się w samozadowoleniu.
- Może kiedyś ci powiem. Jak ładnie poprosisz.
Squall nachmurzył się i nic nie odpowiedział. Seiferowi jednak to nie wadziło. To drobne zwycięstwo usatysfakcjonowało go w zupełności.
- I co, Leonhart, jak się czujesz bez swojego kompa i raportów?
- Dziękuję, dobrze - odparł chłodno komendant.
- Na pewno? A segregatorów i papierów w równych stosikach ci nie brakuje? - dokuczał mu blondyn, ale zarobił tylko na znużone spojrzenie Squalla.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? Wydaje mi się, że wziąłeś złą mapę, Squally.
- To raczej TY wziąłeś złą mapę. Kto powiedział, że "wszystkim się zajmie"?
- Nie bądź taki drobiazgowy. A zresztą, po co nam mapa! Mapy są dla idiotów. Trafimy, gdzie trzeba.
- Myślisz, że za godzinę będziemy na miejscu?
- Może.
- Squally...
- Co?
- Daleko jeszcze?
- Hmm...
- No to daleko jeszcze?
- Tak.
- Zobacz, to są ślady smoka! - zawołał z nagłym ożywieniem Seifer, nachylając się nad wyschniętym gruntem i wskazując towarzyszowi nierówne zagłębienia. - Spójrz, tu stawiał łapy, a tutaj ciągnął ogon po ziemi!
Squall popatrzył sceptycznie na kolegę, który kucnął obok "śladów" i badał je ze skupieniem.
- Nie wydaje mi się.
- Ty Leonhart, nie umiałbyś odróżnić śladów smoka od śladów Blobry, mieszczuchu! - złajał go dotknięty Seifer.
- Almasy. Obaj jesteśmy z Ogrodu. Jesteś takim samym 'mieszczuchem', jak ja - odparł Squall, wznosząc wzrok do nieba. - A to nie są ślady smoka, tylko erozja gleby, głupku.
- Erozja? Taka, co zieje ogniem i ma skrzydła? Chodźmy za śladem, a sam zobaczysz!
Gunbladerzy przemierzyli kilkaset metrów, gdy ślad zaczął się stopniowo rozszerzać w głębokie koleiny i stawać coraz bardziej nieregularny, aż wreszcie skończył się nagle na brzegu urwiska. Seiferowi nieco wydłużyła się mina. Obaj koledzy stanęli na krawędzi i spojrzeli w dół małego kanionu. Squall odchrząknął znacząco.
- Ale to MOGŁY być ślady smoka! - wypalił Seifer obrażonym tonem.
- Myślę, że jesteśmy mniej więcej na miejscu - oświadczył brunet, rozglądając się uważnie dookoła.
- Taa, chyba masz rację. Też sobie przypominam, że miały być jakieś takie czerwone skały - zgodził się Seifer. - To co, zatrzymujemy się tu na noc, no nie?
Squall skinął głową i z ulgą zrzucił niesione wyposażenie na trawę. Seifer zrobił to samo, po czym zniknął na chwilę w pobliskim zagajniku i wrócił, niosąc w objęciach naręcze gałęzi. Ułożył je w zgrabny stosik i przez chwilę zastanawiał się nad czymś. W końcu zdecydował się i wprawnym ruchem ręki cisnął w kierunku stosu Firagę. Squall obserwował te manipulacje, nie mogąc się nadziwić ekscentrycznym pomysłom kolegi.
- Co ty wyprawiasz, Seifer?
- A nie widać? Próbuję zapalić te patyki - poinformował go nonszalancko blondyn.
- Firagą? To nie działa na materię nieożywioną - skwitował ironicznie Squall.
- A czy ktoś to sprawdzał?
- Jak rozpalać ognisko Firagą? Nie było dotąd takiego idioty.
- A mnie się uda!
Uparty szermierz próbował szczęścia kilkanaście razy. Zacisnął zęby, i równie wytrwale, co bezskutecznie, usiłował zapalić leżące gałęzie. Squall przyglądał się temu z osobliwą fascynacją przez jakiś czas, ale w końcu oprzytomniał i podszedł do niezmordowanego podpalacza, podając mu zapałki. Seifer podniósł wzrok na Leonharta. W jego oczach dostrzegł ledwo zauważalne wesołe iskierki. Świetnie. Miał zamiar olśnić kolegę swoją oryginalnością, a nie robić z siebie błazna. Z niezadowoleniem przyjął pomoc.
Żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli w milczeniu przy palącym się ognisku.
Seifer leżał na wznak, nie mogąc zasnąć. Na lewym boku też nie mógł. A na prawym było jeszcze gorzej, bo z tej pozycji widział śpiącego Squalla, a konkretnie jego plecy i tył głowy. Ciemnowłosy szermierz usnął już dawno. Odwrócił się do kolegi tyłem, ale dłoń trzymał czujnie na rękojeści Revolvera. Seifer po raz kolejny obrócił się, licząc na zaśnięcie. Rozgalopowane myśli nie pozwalały mu jednak na to. Był tak blisko... tak cholernie blisko Leonharta i nie mógł NIC zrobić. Na dodatek nie posunął się ani o centymetr bliżej do celu. Miał zamiar zaimponować Squallowi swoimi tropicielskimi umiejętnościami. Czy to jego wina, że ta przeklęta erozja wyglądała jak ślady Ruby Dragona? Z ogniskiem też klops. Westchnął melancholijnie. "Jeszcze sześć dni. To kawał czasu, na pewno mi się uda", pocieszył się.
