Tym razem to Squall obudził się pierwszy. Wygrzebał się dziarsko z legowiska i wstał. Seifer miał jednak lekki sen, od razu otwarł oczy, usłyszawszy uaktywnionego kolegę.
- Już wstałeś? Lepiej wracaj do łóżka - zasugerował z cwanym uśmieszkiem, uchylając swoje przykrycie i sugestywnie wskazując miejsce obok siebie.
Niestety, w zamian otrzymał tylko zniesmaczone spojrzenie, a Squall bez najmniejszej litości ściągnął z niego okrycie. Blondyn wzdrygnął się, czując nagły powiew zimnego powietrza. Zrzędząc pod nosem, podniósł się z ziemi.
- Mamy dziś do spenetrowania spory kawałek - przypomniał Squall. - Powinniśmy szybko wyruszyć.
- Dobra, Panie Obowiązkowy Aż Do Przesady Dowódco - sarknął Seifer. - Już się zbieram.

Po kilku godzinach poszukiwacze smoka zrobili sobie postój. Bestii nigdzie nie było, a jedyne, co się im napatoczyło pod gunblade'y, to parę Funguarów i jakieś zabiedzone Anacondaury.
- Szukamy w złym miejscu. Teraz moja kolej na wybór trasy - uznał apodyktycznie Seifer.
- Jak chcesz. Tylko nie szukaj go już po śladach - nie mógł się powstrzymać Squall.
- Proszę, proszę, małemu Squally'emu zebrało się na żarty - zaszydził blondyn. - Tym zdaniem odpracowałeś chyba całą swoją roczną normę, co nie?
- Odwal się.
- Tak myślałem.

Przed wieczorem dotarli do miejsca, gdzie teren stawał się już bardziej pofalowany i pagórkowaty. Było to przyjemne urozmaicenie po całym dniu wpatrywania się w płaskie i nudne przestrzenie, na których w dodatku prawie nic nie rosło.
- Wejdźmy na tę górkę i rozejrzyjmy się po okolicy - zaproponował Seifer, wskazując niewysokie, ale strome wzniesienie nad brzegiem niedużej rzeczki.
Squall kiwnął głową na zgodę, po czym ruszył w kierunku pagórka. Seifer swoim zwyczajem udał się za towarzyszem. Po pokonaniu większości drogi dowódca zatrzymał się i zadarł głowę do góry. Skała, przed którą stali, była dość gładka i mogła sprawić trudności wspinaczkowe.
- Podsadzę cię - zaproponował blondyn, którego od dłuższego czasu aż nosiło. Wpatrywanie się w Squallowy tyłek było co prawda bardzo przyjemne, ale niestety powodowało efekty uboczne. Nie czekając więc na zgodę ani nawet na odpowiedź, wykonał zapowiedziany manewr.
- Seifer! Co to ma znaczyć?! - wysyczał rozwścieczony brunet, który dzięki 'podsadzeniu' spotkał się niemal twarzą w twarz ze skałą. Dłonie uczynnego kolegi znalazły się w zdecydowanie nieodpowiednich rejonach jego ciała, a Seifer przycisnął go do skalnej płaszczyzny zamiast mu pomóc we wspięciu się na nią.
- Hmm, no chciałem cię podsadzić - usprawiedliwił się niewinnym głosem "pomocnik", nie zamierzając rezygnować tak łatwo i z zadowoleniem przesuwając dłonie trochę niżej.
Rozgniewany Squall wymierzył celne uderzenie łokciem z półobrotu, prosto w szczękę natarczywego adiutanta. Zaskoczony Seifer puścił go i upadł na ziemię z cichym jękiem. Chwycił się za promieniujące bólem miejsce i spojrzał na kolegę z niedowierzaniem.
- Nie wiedziałem, że znasz takie ciosy - wymamrotał z pretensją, siadając na trawie i troskliwie rozmasowując obolałą szczękę.
"Ten tydzień nie będzie trudny. Będzie cholernie trudny".
- Trenowałem z Zellem - przyznał brunet, przypatrując się znokautowanemu towarzyszowi. Zrobiło mu się trochę głupio. Czy nie zareagował przesadnie? Podniósł z ziemi Hyperiona i podał koledze w ramach milczących przeprosin.
- Nie musimy wchodzić na sam szczyt - odezwał się po chwili Seifer.
- Nie musimy - zgodził się Squall.
Z miejsca, gdzie stali, roztaczała się rozległa panorama, w zupełności wystarczająca do orientacji w terenie. W trakcie schodzenia kamienistą ścieżką Seifer odezwał się z lekkim podziwem:
- Masz dobre uderzenie, Leonhart. Nieźle mi przywaliłeś.
- ...dzięki.
- Ale warto było dostać! - zarechotał niepoprawny podrywacz, wspominając niezwykle przyjemne chwile przed nokautem.
Squall skrzywił się na myśl o własnej naiwności. Niepotrzebnie żałował tego łotra.
- Chętnie "podsadziłbym" cię jeszcze raz - dodał Seifer z figlarnym błyskiem w oku.
- Co się z tobą dzieje?
- Po prostu trudno mi się przy tobie pohamować.
- Dawniej nie miałeś z tym problemu - wytknął zdenerwowany Squall.
- Dawniej... byłem młody i głupi - odparł z humorem blondyn.
- Chyba wolałem, jak byłeś głupi - wymamrotał pod nosem Squall, wspominając, jak prosto przedstawiały się przedtem ich relacje. Tłukli się wzajemnie i tyle. A teraz?
Zeszli na dół, nic już więcej do siebie nie mówiąc. Po krótkich przygotowaniach usiedli koło ogniska, które Seifer tym razem zapalił tradycyjnie.
- Nie wiedziałem, że podobają ci się faceci - powiedział po bardzo długim milczeniu Squall.
Blondyn drgnął zaskoczony, nie spodziewając się po koledze takich wynurzeń.
- Nie podobają mi się - obruszył się. - Ale tobie się podobają, mam rację?
- Nie, nie masz - odburknął Squall.
Obaj zamilkli, dąsając się w ciszy jeden na drugiego.